tojajurek
26.05.11, 20:18
Postanowiliśmy dziś z Kiciusiem obejść Dzień Matki Bez Garów i wybrać się na miejskie jedzonko w jakiejś knajpie dotąd nie obwąchanej. Padło na restauracyjkę gruzińską, która po długim remoncie od niedawna znowu wydaje posiłki i zapachy, a jest od domu o rzut beretem. Żeby się nie narażać na niesłuszne i krzywdzące zarzuty krzewienia poglądów nacjonalistyczno-rasistowskich, z góry zastrzegam, że Gruzinów dosyć lubię i wcale ich nacji nie uważam bynajmniej za dzikich, chlejących kwaśne wino, skotopasów współżyjacych z baranami w idiotycznych strojach i szablą w każdej ręce. Dodam nawet, że moja Mamuśka w młodydh leciech zamieszkiwała dłuższy czas w Tyflisie, a nawet została obiecana za przyszłą żonę dla syna jednego z góralskich klanów kaukaskich. Nic z tego nie wyszło, bo przyszli bolszewicy i trza było wiać - górale w góry, a Mamuśka za morze - ale zawsze.
Zatem, wracając do naszych baranów, poszliśmy do tej knajpki, dość zgrzebnej z wygladu. Opryskliwa dziewoja przyniosła nam karty, gdzie wybór dań był wiecej niż mizerny, a z dziewoją niewiele pogadaliśmy, bo mówiła niemal wyłacznie łamanym rosyjskim. Ponieważ za baraniną nie przepadamy, zamówiliśmy coś co brzmiało dzundzycośtam i było opisane jako duszone warzywa z kartoflami, a do tego lemoniadę cytrusową, bo wody zabrakło. Danie okazało się być, najogólniej, odmianą wynalazku śródziemnomorskiego, znanego od Turcji po Prowansję pod nazwą ratatouille, bądź lokalnie inną. Było dość pieprzne, z przewagą duszonej papryki, zaś konsystencję miało gęstej zupy. Dano nam łyżki, więc nie było wyjścia zaczęliśmy wiosłować. Po pierwszych łykach Kiciuś wykrztusił coś co brzmiało, że Kałmanawardze, czy cóś? Ja, jako zwierzę stołówkowe, jadam w zasadzie wszystko, więc opędzlowałem ową michę, troche tylko zionąc słabym ogniem. Najlepszy jednak w całym interesie okazał się chlebek gruziński w postaci pysznego płaskiego precla.
Clou przyjęcia okazała się jednak gruzińska lemoniada o smaku przypominającym czasy głębokiego PRLu, a zwłaszcza jej nazwa "Suliko". Natychmiast ogarnęła mnie nostalgia i wspomnienia czasów, gdy wraz z chórem szkolnym ćwiczyliśmy wykonanie rzewnej gruzińskiej melodii o tej nazwie, powszechnie znanej jako ulubiona pieśń ludowa towarzysza Stalina. I poczułem pewną pokrętną wieź z narodem gruzińskim, który do dziś chlubi się wydaniem ze swego łona Wielkiego Soso, Słoneczka i Ojca Narodów. I postawili mu nie mniej paskudnych pomników niż my Papieżowi Polakowi, gdyż dla nich zawsze pozostanie świetym, który wysłał na tamten świat więcej Ruskich, niż wszyscy carowie.
Dziwny jest ten świat.