damakier1
05.05.12, 23:18
Nastał czas matur, a z nim różne maturalne wspominki w radiu i w tv. Również w dzisiejszym Śniadaniu mistrzów śniadający kilka słów poświęcili wspomnieniom swoich matur. I każdy ze wspominających swą maturę, z naciskiem podkreślał, że język polski to zdawał Ho, ho, ho, jak śpiewająco!, natomiast przez matematykę przeczołgał się ledwo ledwo i gdyby nie ściąga, pomoc nauczyciela albo nadzwyczajna łaskawość komisji maturalnej, nigdy by tej nieszczęsnej matematyki nie zdał. A przecież na maturze zarówno język polski, jak i matematykę zdaje się w zakresie takim, jaki ogólnie ogólnie wykształcony człowiek, kończący szkołę średnią powinien opanować w stopniu przynajmniej dostatecznym. I tak, jak dla człowieka jako tako wykształconego, aspirującego do inteligencji, wstydem jest nieznajomość podstawowych dzieł literackich, brak podstawowego rozeznania w malarstwie i muzyce nie mówiąc już o poprawnym pisaniu i mówieniu – tak samo wstydem być powinien analfabetyzm matematyczny.
Jakoś nie zdarzyło mi się słyszeć, by ktoś, zwłaszcza ktoś znany, chwalił się publicznie nieopanowaniem zasad ortografii lub brakiem minimalnego choćby oczytania. Natomiast przyznanie się do nieznajomości twierdzenia Pitagorasa, nieodróżniania tangensa od cotangensa, mylenia sinusa z cosinusem i braku pojęcia, co to za dziwoląg ten logarytm przychodzi każdemu bez cienia żenady, a nawet z pewnym rodzajem dumy.
I jak tak patrzę na tych wszystkich intelektualistów przewalających się przez wszystkie kanały telewizyjne i wszystkie stacje radiowe, to myślę sobie, że to, co napisałam wyżej, wiele wyjaśnia.