trusiaa 08.08.12, 19:24 PROLOG Była taka książka o Marku Piegusie, tamtego pana akurat nie znam, ale TW - trochę. I założę się, że czego jak czego, ale przygód to mu nie brakuje. Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
scoutek Re: "Niewiarygodne przygody TW Wielgusa" 08.08.12, 19:54 to teraz czołówka Niewiarygodne przygody Marka Piegusa - czołówka, 1966 - (czarseriali.pl) Odpowiedz Link
ave.duce Pięknościowy dzień letni nastał, 09.08.12, 08:26 Wielgus przemierzał Puszczę Pi$ką na Pustyni Błędowskiej, wielce zadumany nad losem NARODU i podśpiewywał ścichapęk ... Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy! ..., pogwizdując nosem: ... Bim – bom, jak marzną mi paluszki ... ps. proszę kontynuować, bo muszę spadać na dŻewo Odpowiedz Link
trusiaa Re: Pięknościowy dzień letni nastał, 09.08.12, 11:58 Paluszki, choć słone i z sezamem - na nic nie przydały się w pustynnych warunkach - pośród suchorostów, kocanek i chrzęszczących kompotów z suszu na próżno było szukać choćby kropli czegoś nawilżającego. Już płuca wyplute, już zęby przeżarte szkorybutem (Wiśniowieckim zresztą). - Wina, wina dajcie... wychrypiał ostatkiem Wielgus (wiadomo, kto je ostatki...) - Moja wina, moja bardzo wielka wina! - odpowiedziało - echo? Odpowiedz Link
gat45 Re: Pięknościowy dzień letni nastał, 10.08.12, 01:06 - Co to za pies niewierny woła o wino ? - zakrzyknął dowódca konnego patrolu Pustynnych Fundamentalistów Islamskich. Na pustyni ? Wszystkie pustynie należą do wyznawców jedynej prawdziwej wiary ! Na szczęście Echo czuwało nad naszym biednym wędrowcem. Zręcznie wskoczyło na łęk i wyszeptało wprost do ucha dżygita : "Błędowska... Błędowska... od błędu" - Op-pardąs - uznał się za pokonanego dowódca patrolu. Zapędzili my się ciutkę daleko. Kuruj pan sie zdrowo ! Na dany znak oddział zawrócił w miejscu i oddalił się w tumanie kurzu, śpiewając przez pomyłkę Bogurodzicę. Tymczasem nasz bohater ..... Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Tymczasem nasz bohater... 10.08.12, 07:54 ...odprowadził wzrokiem oddalających się Pustynnych Fundamentalistów, Islamskich zresztą. Splunąłby ale nie mógł bo w ustach miał suchą skorupę. Ograniczył się do rzucenia ciężkim słowem ochrypłym głosem po czym już, już miał się pogrążyć w zwątpieniu gdy poczuł, że pogrąża się w miękkim podłożu. Grunt usunął mu się spod stóp. Spadał bezwładnie a w ułamkach sekund podczas lotu w dół wśród piasków przez głową przelatywało mu przypomnienie filmu "Kosmiczne jaja". Pomieszawszy dokumentnie Yodę z Yogurtem uczepił się nadziei, że on na pewno pomoże. Yogurt bowiem skojarzył mu się z przyjemnym chłodnym napojem. Tymczasem wciąż leciał w dół... Odpowiedz Link
ave.duce Wciąż leciał w dół, 10.08.12, 08:40 pomimo szaleńczego powiewania uszam ... a uszy miał ogromne, muskularne ... w przeciwieństwie do lewej - najwidoczniej kontuzjowanej - nogi. "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" - pomyślał optymistycznie, chowając trąbę w piasek. Odpowiedz Link
trusiaa Re: Wciąż leciał w dół, 10.08.12, 09:27 Dziad Borowy - pustelnik, któren nadal we włochatą pierś się grzmocił pięścią, zawywając śpiewnie - Moja wina, moja wina! nachylił się nad Wielgusem ciekawie. - Czego ta fatamorgana z ludźmi nie wyczynia, no, no: i kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate, te, co skaczą i fruwają... ooo: sonik i tąbe ma! Dziecinnieję na starość - westchnął Dziad, a tak silnie, że fatamorganę wielgusową zdmuchnął. TW oczami gwałtownie zamrugał, rzęsami zatrzepotał, a ujrzawszy nad sobą twarz nieznaną, wzrok na wpół dziki, suknię na Dziadzie plugawą, jęknął cicho - Tylko zbójców mi tu brakowało. - Nie szata zdobi człowieka, ale człowiek szatę - rzucił Dziad, jednocześnie zarzucając sobie Wielgusa na plecy. Czyżby oczy pustelnika zajarzyły się niebezpiecznie? Czyżby ślinka pociekła mu po brodzie? Daaawno już nie jadł, fakt. Odpowiedz Link
zbigniew_clapton Re: Wciąż leciał w dół, 10.08.12, 09:33 Tu przerwał, lecz róg trzymał, Wszystkim się zdawało, że Wielgus gra jeszcze, a to radio grało... Odpowiedz Link
ave.duce A to radio grało 10.08.12, 09:46 natenczasa, ogary wraz z nauką właśnie poszły w las, a TW, trąbę z piasku otrzepawszy, rzucił okiem tu i tam i szepnął: "lubię lody"... Odpowiedz Link
trusiaa Re: A to radio grało 10.08.12, 10:00 Dziad Borowy wzruszył ramionami, ale Wielgusa nie upuścił - nieskory był do wzruszeń on. Wolno, lecz nieubłaganie zbliżał się do swojej leśnej gawry. Gawryła jej było. Gotowała nieźle i tanio, ze wszystkiego co w puszczy samo w ręce lazło. - Ucieszy się Gawrycha, nie ma co - uśmiechnął się Dziad pod wąsem i oblizał osobliwie. Odpowiedz Link
ave.duce A wąsy miał "ogromne, muskularne..." - niczym 10.08.12, 18:44 ucha wielgusowe, ten Dziad. Odpowiedz Link
tw_wielgus Cudnej urody opowieść 10.08.12, 19:10 siądę sobie w kąciku i nie będę przerywał tak obiecująco rozwijającej się akcji. Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Re: Cudnej urody opowieść 10.08.12, 22:28 Dziad Borowy wszedłszy do gawry rzucił podduszonego nieco Wielgusa pod piec, przy którym krzątała się Gawrycha- cudnej urody połowica Dziada. To znaczy cudnej urody to ona była w oczach Dziada bo obiektywnie rzecz biorąc Gawrycha powierzchowność miała alternatywną. -Masz moja duszko prezent na dobry dzień!- huknął gromko Borowy podkręcając wąsa. -A co ty mi tu za ochłap zakurzony jakiś z piasku cały, dajesz?!- gderliwie zaskrzeczała Gawrycha- chudy on jakiś i i żylasty... Fachowo obmacała potencjalne pożywienie po czym skrzywiła się raz jeszcze i mamrocząc coś pod nosem postawiła na piecu ogromny sagan z wodą po czym zaczęła metodycznie obierać marchewki. Odpowiedz Link
trusiaa Re: Cudnej urody opowieść 10.08.12, 23:00 Mar...chewki? - szarawy królik, siedzący dotąd cicho pod miotłą, wzdrygnął się cały, jego bródka niebezpiecznie zadrżała: - Marchewki dusić będzie - wyszeptał, a jego oczka się zaszkliły. - Biedne marchewki, biedne.., Odpowiedz Link
tojajurek Re: Cudnej urody opowieść 10.08.12, 23:30 Nagle w chytrych, choć z pozoru łagodnych, króliczych oczkach zamigotał czerwony błysk. I z miejsca królik - jak wszystkie trusie - począł mnożyć się jak szalony w postępie geometrycznym, a nawet wykładniczo-sinusoidalnym. Przy 148 sztukach chytrusy wyhamowały z niewielkim poślizgiem czynności mnożenia. Przy tak zwielokrotnionej trusiej mocy stworzonka bez trudu wywlekły w trawę pod gawrą wypatrzone uprzednio solidne grabie. Teraz wystarczyło tylko ostentacyjnie zachrobotać, aby Dziad wybiegł przez otwór wejściowo-wyjściowy gawry i nadepnąwszy na grabie padł z łomotem bez przytomności. Ten sam los spotkał paskudną Dziadówkę, gdy poszła sprawdzić źródło podejrzanych hałasów. Wielgus był wolny... Odpowiedz Link
inna57 Re: Cudnej urody opowieść 10.08.12, 23:59 Wielgus był wolny i w te pędy zaczął ze swej wolności korzystać. Rzucił się pędem przed siebie nie zauważając jednak że gawra w której tak niecnie był więziony była na wysokiej skarpie. Pędząc zauważył że grunt się skończył a on przebiera trampeczkami w powietrzu bez żadnego podparcia. Ale miał przecież uszy którymi zatrzepotał, załopotał niczym Dumbo i dzięki temu wylądował miękko na przecudnej polanie. Braw mu nie bito bo nie było na podorędziu polskich turystów ale natknął się na jelonka lekko już podrośniętego. Ukłonił się grzecznie i przedstawił. Jelonek zmierzył go wzrokiem peta z kącika pyska wypluł i powiedział - Mów mi Bambek.... Odpowiedz Link
zbigniew_clapton Re: Cudnej urody opowieść 11.08.12, 10:00 Jak ktoś jest wolny, to przecież nie może w te pędy popędzić. Powinno być - "szczęśliwy, wolny Wielgus poczłapał radośnie przed siebie". Odpowiedz Link
tojajurek Re: Cudnej urody opowieść 11.08.12, 16:24 Drepce sobie radośnie Wielgus brzegiem rzeczki, rad że umknął w ostatniej chwili z patelni Dziada, nie wpadając przy tym w ogień. Nuci wesołą piosnkę, wspominając z rozrzewnieniem trusiową zmultiplikowaną pomoc w ciężkiej godzinie. Idzie sobie, idzie, gdy nagle słyszy w oddali podejrzane chlupanie i mlaskanie. Wychodzi ostrożnie zza zakrętu rzeczki i staje osłupiały. Pośrodku nurtu stoi sobie ogromne bydlę, wieksze od największego słonia, superwielguśne wręcz i chłepce w najlepsze wodę długimi łykami. Całe ono zielone jest, bezwłose i paskudne, na grzbiecie dziwne ma wypustki, oczka maleńkie, a pysk ma wielkości bramy więziennej. - Ki, czort! - Zasyczał bezgłośnie Wielgus, nie chcąc nieopatrznie podrażnić stwora. - Czy to jakiś żabi mutant, żeby nie rzec - mutas - z uwagi na wredny wygląd? Aliści stwór musiał posiadać wyborny słuch, bo natychmiast popatrzył nieprzyjaźnie na Wielgusa i zahuczał tubalnym głosem. - Czy ty, człowieku, opiłeś się wina, albo paliłeś jakieś zioła, że gadasz jak potłuczony? ... Odpowiedz Link
ave.duce ... gadasz jak potłuczony? ... 11.08.12, 17:45 - Miałem ciężkie dzieciństwo - wyjąkał Wielgus znienacka, a sznurowadła różowych trampeczek zapętliły się na gordyjsko. - Bez Aleksandra nie da rady! Odpowiedz Link
gat45 Bez Aleksandra nie da rady ? ... 11.08.12, 18:07 - Co też za głupoty godocie ! - dobiegł Wielgusa i Stwora dziarski głos z pobliskich zarośli. W ślad za głosem z listowia wychynął Czerstwy Staruszek, którego małe i tylko trochę kaprawe oczka ciekawie wpatrywały się w Wielgusowe trampeczki. - Bracie, cho no tu i pacz ! - na zawołanie Czerstwego Staruszka z zarośli wyszedł drugi osobnik, równie wiekowy i pomarszczony. Podobni byli do siebie jak dwie gruszki z tej samej wierzby, drugi jednak trzymał w ręku pokaźnych rozmiarów miecz. - Damokles, do usług - odezwał się nowoprzybyły skrzekliwym głosem. Pan wyciągnie te kończyne, się powiesi nad i za jakiś czas będzie spokój. - Ale ile to potrwa ? - z niepokojem zapytał właścicel trampeczek. - Potrwa, co ma potrwać. Fatuma pan nie pogonisz - odparł FLozoficznie Damokles, podczas gdy jego bliźniak zabierał się do unieruchomienia Wielgusowej kończyny. Zielony Stwór wodził pełnym niezrozumienia wzrokiem od Wielgusa do Damoklesa, zahaczając po drodze o pierwszego bliźniaka. Odpowiedz Link
ave.duce zahaczając po drodze o pierwszego bliźniaka. 11.08.12, 18:13 A to Syzyf właśnie ;) Odpowiedz Link
tojajurek Re: ... 11.08.12, 18:33 Zielony stwór nagle ocknał się z osłupienia i zaryczał: - Człowieku! Nie widzisz, że to Bliźniaki? Trza spierdzielać co sił w łapach zanim nas zamęczą. I hycnął w gąszcz ze zwinnością wytrawnego polityka. Odpowiedz Link
ave.duce Gąszcz 11.08.12, 18:54 okazał się marną kępą, w której wróbel uwiał sobie gniazdko, a Sobecka Anna właśnie złożyła wniosek o zasiedzenie kempy onej;) Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Wielgus tymczasem... 11.08.12, 18:27 Wielgus postanowił, że się nie da. Wrzeszcząc, charcząc, miotając przekleństwa wyrywał się wściekle napastnikom, którzy nie wiedzieć czemu chcieli pozbawić go kończyny. -Łapy precz cudaki, przebierańcy paskudne- ryknął i ze straceńczą odwagą( wszak był osamotniony w swej walce) rzucił się z pięściami na Damoklesa bębniąc go w popiersie i gdzie popadnie. Udało mu się końcu jakimś cudem wyrwać zaczął chyżo umykać w stronę zarośli aż pogubił niedokładnie zawiązane obuwie. I ciągle cholernie chciało mu się pić. Odpowiedz Link
ave.duce ... cholernie chciało mu się pić. 14.08.12, 07:19 "Jak to leciało...? - zadumał się na paryskim, ups!, sawannowym bruku Wielgus. - Starość nie radość,młodość nie wiek - skonstatował z ukontentowaniem miernym. - Poloneza czas zacząć!" - zgodnie z podjętą bohatersko decyzją potruchtał utykając do znanej melyny dilerki siary... Odpowiedz Link
trusiaa Re: ... cholernie chciało mu się pić. 14.08.12, 08:23 A zanim powlókł się Potwór Zielony - Zazdrośnik. Odpowiedz Link
ave.duce Re: ... cholernie chciało mu się pić. 19.08.12, 19:04 A co bylo zanim sie za nim powlokl? Odpowiedz Link
trusiaa Re: Bez Aleksandra nie da rady ? ... 11.08.12, 18:31 Szybka decyzja. Pierwszy bliźniak był łykowaty, drugi czerstwy - Błeeeh - odbiło się Stworze nieprzystojnie. Jakiś fragment zjawiska biologicznego utkwił bestii między zębami, ale od czego miecz damoklesowy? Zielony podłubał chwilę w paszczy i z lubością zmrużył ślepia. - O taak. Nareszcie porządna wykałaczka wielokrotnego użytku. Otworzył piterek uwieszony u pasa, wykałaczkę wsunął ostrożnie między inne przydasie, teraz już miał czas dla Wielgusa. - Ekhm - chrząknął znacząco. Wielgus zamarł - bladość jego cery dorównywać mogła wapiennym murom Jerycha. Trwał jako ta trąba. Powietrze z wolna uchodziło mu z płuc, oczy zaś wyszły na wierzch. - Jo cłek wolny i ślebodny!!! - wychrypiał wreszcie w nieznanym sobie narzeczu. Odpowiedz Link
ave.duce Re: Bez Aleksandra nie da rady ? ... 11.08.12, 18:43 ... pienne mury Jereycha ;) Odpowiedz Link
trusiaa Re: Pienne mury Jerycha ... 13.08.12, 08:39 - Wolny-wolny-szybki-szybki-wolny - Wielgus powtarzał jak mantrę, bezradnie drepcząc w kółko. - Bo do tanga trzeba dwojga - mlasnął Potwór Zielony. - Dziękuję, nie tańczę - odparował Wielgus i idąc za ciosem, a co tam:jeśli lec to z honorem! dopytał: - A masz coś do picia? Zielny zamrugał szybko. - A mam. Oranżadę w proszku. Wielgus z trudem przełknął resztkę śliny. - W czym? - W proszku, żeby płynem ognia w paszczy nie zgasić - to chyba jasne? Odpowiedz Link
ave.duce Re: Pienne mury Jerycha ... 19.08.12, 19:09 Wielgusowi jedna mysl nie dawala spokoju: wszak sklerozy jeszcze u siebie nie stwierdzil i pamietal dobrze slowa, jakie wypowiedzial niegdys sp. polegly na siewiernym polu Gosio. TW zacytowal z glowy: bo do tanga trzeba TROJGA!!! No tak, trojkat... Ale jaki?! Odpowiedz Link
trusiaa Re: Pienne mury Jerycha ... 19.08.12, 21:11 Gosio z Gąsewa?! Toż tu wszystko w ostatnim akapicie wyjaśnione: www.zamczysko.art.pl/index.php?do=strony&strona=845 Odpowiedz Link
gat45 Trojka ! 19.08.12, 22:06 - zakrzyknął nagle wielkim głosem Zielony i na to zawołanie spłynął z niebios czarodziejski zaprząg. Wielgus ani się nie spostrzegł, jak już siedział w saniach spowity w błamy miękkich futer, a Zielony strzelał z bicza rycząc wesoło "Hajda, trojka, snieg puszystyj, nocz' maroznaja krugom". I ruszyły kłusem wszystkie trzy : ten od sufitu i ten od dębu dziarsko przeszły w krótki galop ; niestety ten od marchwi opóźniał krok jakby na coś czekał i tęsknie czegoś wypatrywał. Nagle na horyzoncie pojawił się Królik, trzymajacy w łapce pęczek czegoś zielono-pomarańczowego. Ten od marchwi zerwał się z uprzęży i pocwałował w kierunku Trusii. Trojka stała się nagle dwojką, zdezorientowany Zielony rozglądał się wkoło, a Wielgus poczuł nagle, że drogocenne futra nie są najepszym pomysłem na pustynny klimat. Pić chciało mu się coraz bardziej.... Odpowiedz Link
tojajurek Re: Trojka ! 19.08.12, 23:16 Uznał Wielgus, że w sprawie napitku nie dojdzie ze szkapami do porozumienia, więc płynnym ruchem opuścił ów archaiczny pojazd i zgrabnie wturlał się do rowu. Rozejrzał się bacznie i pomimo mroku stwierdził łacno, że to nie rów jakowyś zwykły jest, a raczej wykop, nad którym wznosi się solidny nasyp. Wytężywszy wzrok ujrzał sterczącą z nasypu rurę wielguśną, która po bliższym badaniu okazała się potężną kolubryną. Nad głową Wielgusa rozległy się kroki, a jakiś zachrypnięty z przepicia głos zapytał w obcym języku: - Wer da? - Werda, werda vieja mierda - mruknął pod nosem Wielgus - Mam was, bezecne heretyki! To rzekłszy zaczął szperać po kieszeniach, a nic nie znalazłszy prócz zapalniczki gazowej, pogrzebał w plecaku i z radością wyciągnął zeń potęzną kiszkę z prochem. - Udławisz się tą kiszką stara ruro - rzekł z ironią. Zgrabnym ruchem wsadził kiszkę w otwór kolubryny i podpalił zapalniczką zwisający z kiszki sznurek. Odpełzłszy na słusznny dystans zatkał oburącz uszy lecz nic sie nie stało. I wtedy zrozumiał straszną prawdę. To nie była kiszka z prochem, ale kiszka z grochem. I to ostatnia. Odpowiedz Link
gat45 Re: Trojka ! 19.08.12, 23:43 Wielki rozgardiasz zapanował w myślach w Wielgusa. "Ki diabli, czy ja jestem Gonczarow ?" przemknęło mu na czwartym od dołu poziomie podświadomości, lecz Wielgus zdawał sobie sprawę, że to nie pora na introwertyczną introspekcję ani na egzamin ze znajomości literatury rosyjskiej XIX wieku. Ruszył więc w kierunku rysującego się nieopodal wzgórza, zwieńczonego księdzem Kordeckim nadnaturalnej wielkości. Już-już miał zaintonować pieśń "kto się w opiekę", lecz nagle rozległ się znajomy świst bicza w powietrzu, a Wielgusa ucapiły potężne, zielone łapska. "Chodź ze mną, serdeńko" - wyszeptał donośnie Stwór. Szopa niedaleko, kwacz już mam, będziemy przysmażać boczek. U-ha-ha !" - zakończył z przytupem, zapominając o dyskrecji. - "Boczek bez popitki ? - wyrwało się smętnie ze spieczonych warg Wielgusa. Odpowiedz Link
trusiaa Re: Trojka ! 20.08.12, 07:42 - Nie lubisz boczku? Masz wybór: Szaszłyk Szefa! - mlasnął Zielony i pociągnął Wielgusa za sobą. - Un na pal - ona Blanka - zanucił rozmarzony. Ckliwą melodyjkę zagłuszył donośny, a skoczny marsz Radetzkiego. - Czyje to kiszki?! - oburzył się Zielony. - Twoje? - zajęczał Wielgus. - A! Faktycznie: przydałoby się wrzucić coś na ząb. Tu porwał Wielgusa, co jak ruda chmura zwisał i ruszyli obaj w wirowym chocholim tańcu - raz dokoła, raz dokoła! po zakurzonym gościńcu, aż tuman jakiś - miejscowy głupek - sierota zasłonił wszystko. Odpowiedz Link
tojajurek Re: Trojka ! 20.08.12, 19:03 Otumaniony Wielgus ostatkiem sił dał drapaka w pole. Parł przed siebie zaciskając zęby, a także kolana, gdyż nie tylko pić mu się chciało coraz bardziej. Wdrapawszy się na pagórek zobaczył w oddali dróg rozstaje, a przy nim domeczek maleńki, drewniany, z wyciętym w odrzwiach serduszkiem. - Nareszcie jakaś sławojka - wydyszał radośnie. Aliści, gdy dobiegł kłusem do owej budowli, okazała się ona być chatynką dziwaczną, a w otwartych drzwiach pojawiła się babuleńka siwa z kosturkiem w dłoni. - Witaj piękny młodzieńcze! - wysepleniła starucha przez bezzębne usta - Dokąd tak wędrujesz? - Ja, ten tego... właśnie szukam takiego, hmmm, miejsca... - Wiem ci ja czego szukasz. Szczęścia szukasz, rycerzyku młody. A ja ci powiem gdzie je znajdziesz. Jeśli pójdziesz na rozstajach w prawo - znajdziesz szczęście. Po prawej, bowiem stronie mojej chatki biegnie droga do ogromnego zamku, w zamku mieszka prześliczna księżniczka, fajna laska, przysięgam. Ona właśnie na ciebie czeka. Możesz się z nią ożenić. Jej ojciec – król - jest już starym piernikiem, niedługo odejdzie z tego świata, a jak wykituje, ty odziedziczysz jego majątek i całe królestwo. Mówię ci młody. Jak pójdziesz w prawo - będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Wielgus popatrzył z powątpiewaniem na staruchę. Za dobrze to jakoś brzmiało. - Co sie tak gapisz? - wrzasneło babsko - Znam ja was, łobuzów i chuliganów. Pewnie zaraz się na mnie rzucisz i będziesz gwałcił. - Ależ, babulenko, co mówisz? Nie będę! Na pewno! - A będziesz, będziesz! - zasyczała jadowicie babuleńka. I łup kosturem w łeb Wielgusa, aż mu w oczach pociemnieło. I łup. I łup. - Ratunku! - wrzasnał Wielgus i padł bez czucia na glebę. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Trojka? 22.08.12, 18:36 „- Ratunku! - wrzasnał Wielgus i padł bez czucia na glebę.” Oj, nie, nie, nie zupełnie pokręciliście! To było nie tak lub może nie zupełnie tak jakby mogło być. Zacznijmy wiec od początku… Ułóżmy zdarzenia w chronologicznie. Odpowiedz Link
tw_wielgus Podróż pierwsza dzielnego pilota TW_Wielgusa. 22.08.12, 18:37 Spotkanie z wyznawcami kultu niebie/a/skiego światła. A było to pewnego słonecznego dnia, kiedy to nasz bohater testował „srebrną strzałę” na wyboistych mazowieckich drogach. Trzeba wam wiedzieć drodzy czytelnicy, iż „srebrna strzała” pod wieloma względami różni się od „zielonego ropucha”®. Jedną z zasadniczych różnic jest to, że pedał gazu ma ogromną przepaść do pokonania zanim metalicznie uderzy o podłogę. Droga jak to droga, wąska, ale z poboczem, czarna z namalowanymi na biało pasami, które coś podobno oznaczają i gdyby nie upłynęło 100 lat, 13 miesięcy, dziesięć dni i dwanaście godzin od czasu, kiedy zdobywałem swoje pierwsze szlify, jako kierowca pewnie bym wiedział, że te dwa ciągłe pasy to nie ślady po ciągnięciu sanek środkiem asfaltu. Przede mną tir. Wielki kanciasty drogo-zawalaka na zagranicznych tablicach rejestracyjnych. Odezwał się we mnie duch zniecierpliwości gdyż auto to gremialnie zasłaniało mi piękne widoki mazowieckich pól, na których okoliczne chłopstwo rznęło lub żęło (nie wiem, który wyraz jest najbardziej poprawny do określenia czynności żniwiarskich). Wyprostowałem prawą nogę wciskając pedał w gumowy dywanik. Rzuciłem okiem w lusterko wsteczne, poprawiłem makijaż, włączyłem kierunkowskaz i wychyliłem się autem na przeciwległy pas. Szum powietrza rozwiewał moje bujne włosy, wiatr delikatnie pieścił mnie po policzkach. Mniej więcej w połowie tira zauważyłem tych dziwnych ludzików poprzebieranych w stroje liturgiczne. Jeden z nich mierzył we mnie z dziwnej broni, jakiej nie spotyka się na wyposażeniu armijnym. Zląkłem się lekko, skuliłem w sobie ale nie dałem nic po sobie poznać. Kapłan nie strzelił jednak, a jedynie machajac biało-czerwonym (patriotycznym) lizakiem przekazał mi „znak pokoju”. Zaintrygowany zatrzymałem się na poboczu. Wysiadłem z auta i podszedłem w ich kierunku. Ten, który mnie serdecznie pozdrowił stał oparty o mobilną świątynie, na której dachu błyskało niebieskie światełko – symbol kultu, w środku siedział jeszcze jeden ksiądz, który przez radio porozumiewał się z centralą ( episkopatem). Bardzo chcieli mnie poznać, wiec wyjąłem wszystkie posiadane dokumenty i przekazałem temu uzbrojonemu w kosmiczny pistolet. To jest mniej więcej tak jak z sektą wyznawców Jehowy. Zatrzyma się człowiek i musi wysłuchać zasad wyznawanej przez nich wiary. Sekta niebieskoświatłości w niczym się od Jehowitów nie różni. Też są natarczywi i uparci w przekonywaniu do zasad zapisanych w ich dekalogu, który potocznie nazywają „Kodeksem drogowym”. Nie chciałem mu przerywać gdyż mówił rzeczy interesujące i zupełnie dla mnie nowe. Co więcej - polubił mnie. Wiem, bo spisał sobie z dowodu moje dane. Wcale to a wcale się nie zdziwię jak mi przyśle pocztówkę z wakacji. Wiedziałem jak się mam zachować gdy wręczył mi papier, na którym coś tam nasmarował długopisem. Nie uwierzycie kochani czytelniówcy i czytelnoczki U nich „ofiara” nazywa się „mandat”. Powiedziałem, że uiszczę bez zbędnej zwłoki w związku z tym wprawiłem go w tak dobry humor iż moją hojność dodatkowo nagrodził 10 pkt… Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Podróż pierwsza dzielnego pilota TW_Wielgusa. 22.08.12, 18:41 A tak wygląda ojciec ścięcisław błękitny gdy udziela błogosławieństwa: Odpowiedz Link
tw_wielgus I jeszcze pytanko w związku, bo może ktoś wie... 22.08.12, 18:47 - czy mogę rzeczone 10 punktów wymienić na darmowe minuty lub pakiet SMS? Odpowiedz Link
tojajurek Re: I jeszcze pytanko w związku, bo może ktoś wie 22.08.12, 21:27 tw_wielgus napisał: > - czy mogę rzeczone 10 punktów wymienić na darmowe minuty lub pakiet SMS? > Znawcy tematu mówią, że łacno możesz wymienić owe 10 punktów, na serię nabożeństw proszalno-wotywnych, połączonych z wysłuchaniem nauk o Świętym Kodeksie Drogowym. Prowadzący spotkanie Błękitny Kapłan może nawet pozwolić na przepisanie najważniejszych fragmentów z ostatniej księgi objawionego prawa, zwanej Mandatownikiem. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: I jeszcze pytanko w związku, bo może ktoś wie 23.08.12, 16:57 Hmmmm liczyłem na jakiś lepszy wic. Ale cóż. Niechaj będzie i to, zawsze to lepsze od wiekuistej pokuty. Odpowiedz Link
gat45 Re: Podróż pierwsza dzielnego pilota TW_Wielgusa. 23.08.12, 20:08 Bardzo ciekawe. Szczególnie zainteresował mnie ten pedał. No ten, co to metalicznie uderza o podłogę, pokrytą gumowym dywanikiem. Też bym chciała mieć taki. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Podróż pierwsza dzielnego pilota TW_Wielgusa. 24.08.12, 17:22 Do tej pory nie udało mi się ustalić przyczyn tego fenomenu. Być może to cecha akurat tego modelu. Odpowiedz Link
ave.duce Re: Trojka? 23.08.12, 19:50 Chronologicznie bylo tak: Wielgus padl bez czucia na glebe i wrzasnal: - Ratunku! Odpowiedz Link
trusiaa Re: Trojka? 23.08.12, 20:18 Bo jak Babuleńka coś postanowi, to tak być musi. I basta. I bez kija ani przystąp (z kijem do Babuleńki? - w życiu! tak się nie godzi!) Toteż gdy Wielgus - na szczęście bez czucia, zaścielał glebę całym sobą - całą swoją osobą, Babuleńka nie żałowała sobie. Tak to zwykle babkom bywa - jak nic to nic, ale jak już - to Wielgus TW od rass - łakomy kąsek znaczy, rzadka gratka można by rzec. Luksus, biały kruk, czarny koń. Na koń, na słoń! Słoniocy słoniocy... Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyna milczenia. Odpowiedz Link
ave.duce Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyna 24.08.12, 07:53 milczenia. I tak oto TW wyladowal za zelazna kurtyna. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyn 24.08.12, 17:34 Hop hop nie tak szybko. Jeszcze na dobre nie wystartował o czym traktuje rozdział - "Tw_Wielgus i wielguśny żelazny ptak". Odpowiedz Link
tojajurek Re: Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyn 24.08.12, 18:33 Łomatko! Tu są panie. A wewogle - żeby tak się chwalić... Odpowiedz Link
ploniekocica Re: Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyn 24.08.12, 18:36 tojajurek napisał: > Łomatko! Tu są panie. > A wewogle - żeby tak się chwalić... Ja nie chcę nic mówić, ale to się kiedyś nazywało KWA (Kryształowy Wielgusa Anemon). Nawet ordery za to dawali. Odpowiedz Link
ave.duce Re: Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyn 25.08.12, 07:52 Ordery? Jeden raptem i to NA PEWNO bylo kumoterstwo albo i o wiele gorzej. Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa To co? 25.08.12, 07:59 Przygody Wielgusa już zakończone? Urwały się za kurtyną? Chciałam go trochę jeszcze pociągać po bezdrożach. Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Opadła litościwie kurtyna... 25.08.12, 21:40 Za kutyną na wielkiej stercie czegoś bardzo niewygodnego leżał Wielgus na razie jeszcze bez czucia. Z każdą chwilą jednak czucie wracało a wraz z nim niemiła świadomość poczucia zagrożenia. Kreator dziejów Wielgusa nie ułatwiał mu życia co rusz wymyślając jakieś dziwactwa zamiast porządnej przygody z happy endem. Póki co Wielgus leżał co prawda już z czuciem ale bez ruchu bo bolało go wszędzie a najbardziej w środku Wielgusa. Postarał się jednak zebrać w sobie i uczynić jakiś ruch kontrolny. Poruszył palcami lewej ręki. Całe. Poruszył prawą stopą, coś ukłuło ale to znaczy, że jest zespolona z resztą Wielgusa- dobry znak. Gdy tak kontemplował swoje członki do uszu Wielgusa dobiegł dziwny pomruk, który jako żywo przypominał porykiwanie głodnego dzikiego zwierza. Tak mu się skojarzyło, bo słyszał kiedyś coś podobnego w Zoo. Nagły atak odwagi pomieszanej z paniką pozwolił na bohaterskie zerwanie się na równe nogi, które natychmiast się pod Wielgusem ugięły. Zza zasłony, która w tej scenie robiła za teatralną kurtynę wyłonił się wielki jak szafa lew! Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Lew łypnął groźnie... 25.08.12, 22:02 ...ale chyba był w trakcie podejmowania decyzji o ataku bo żadnych zdecydowanych działań nie podejmował. Wielgus nie poruszał się i zezując okropnie próbował namierzyć jakieś narzędzie, które nadawałoby się do obrony. Sterta, na której wcześniej leżał nieprzytomny nasz bohater okazała się być połamanym styropianem. - Chyba mu właduję palce do oczu- pomyślał Wielgus rozpaczliwie gdy zrozumiał, że styropianem wiele nie zwojuje. Tymczasem lew zaczął się powoli zbliżać stąpając miękko i powoli. - Kici, kici, kici- natychmiast wyrwało się Wielgusowi, który choć sparaliżowany ze strachu, lubił koty i miał do nich podejście. Odpowiedz Link
tojajurek Re: Lew łypnął groźnie... 25.08.12, 23:47 Po krótkim namyśle Wielgus postanowił dać drapaka, tak na wszelki wypadek. Zwłaszcza, że wciąż nie wiedział gdzie właściwie jest. Mogły tu na przykład buszować znacznie groźniejsze bestie, jak skolopendry, ropuchy czy wielguśne oślizgłe ślimaki. Popędził więc Wielgus w górę stromego stoku, który wznosił się opodal. Wiedział bowiem, że wszystkie koty są z natury leniwe jak pierogi i nie chce się im męczyć biegając pod górkę, gdy mogą z górki. Zziajany Wielgus ostatkiem sił wdrapał się na szczyt owego wierchu i klapnął na wielki kamień. Po chwili rozejrzał się dokoła i osłupiał. Gdzie nie popatrzył - rozciągał sie bezmiar wód. Był na wyspie. - O kurde! - jęknął - Wyspa? Ja pierdzielę! Straszna prawda docierała do niego powoli. - Jeżeli w stanie pomroczności jasnej znalazłem się, samotny jak palec w zadku, na pieprzonej wyspie, to właściwie jak ja się nazywam? To chyba było coś na literę "R". Rob Roy? Nie. Robin Hood? Nie. Robin i Batman? Też nie. Syn Robina? Tak! Już wiem! Robin-son. Uświadomiwszy sobie tę porażającą prawdę, byłby sfajdał się w spodnie, ale było to niewykonalne, gdyż od początku swej epopei nasz biedny bohater nic nie jadł. Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Ani nie pił... 26.08.12, 00:25 ...więc mokrość spodni nie groziła mu także. No, chyba że wlazłby do tego bezmiaru wód co się rozciągał wokół lecz nie miał na to najmniejszej ochoty bo zgubił co prawda lwa ale dojrzał wśród fal czarne trójkąty zdradzające obecność rekinów. Za dużo filmów oglądał o szczękach jeden i szczękach dwa by ryzykować. Wstał więc i ledwo trzymając się na trzęsących wciąż nogach otrzepał spodnie, pogroził pięścią komuś niewidzialnemu i postanowił eksplorować wyspę. Rzut oka wystarczył by stwierdzić, że wyspa jest wielkości chustki do nosa. No, może ciut większa bo mieściła się na niej jedna palma z orzechem kokosowym. -Kurna, jak w dowcipach rysunkowych o bezludnych wyspach- pomyślał sarkastycznie- Teraz jeszcze powinna podpłynąć jakaś cud blondyna na pustej beczce. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Ani nie pił... 27.08.12, 11:21 Czy jako główny bohter tej opowieści mogę wprowadzić w tym wątku elementy cenzury obyczajowej? dzidzia_bojowa napisała: > ...więc mokrość spodni nie groziła mu także. No, chyba że wlazłby do tego bezmi > aru wód co się rozciągał wokół lecz nie miał na to najmniejszej ochoty bo zgubi > ł co prawda lwa ale dojrzał wśród fal czarne trójkąty zdradzające obecność reki > nów. Za dużo filmów oglądał o szczękach jeden i szczękach dwa by ryzykować. > Wstał więc i ledwo trzymając się na trzęsących wciąż nogach otrzepał spodnie, > pogroził pięścią komuś niewidzialnemu i postanowił eksplorować wyspę. > Rzut oka wystarczył by stwierdzić, że wyspa jest wielkości chustki do nosa. No, > może ciut większa bo mieściła się na niej jedna palma z orzechem kokosowym. > -Kurna, jak w dowcipach rysunkowych o bezludnych wyspach- pomyślał sarkastyczni > e- Teraz jeszcze powinna podpłynąć jakaś cud blondyna na pustej beczce. Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Re: Ani nie pił... 27.08.12, 14:01 Bez obawy, nie będzie żadnej blondyny więc i cenzura obyczajowa niepotrzebna. Ciąg dalszy mam już w głowie tylko na razie nie mogę pisać. Zapewniam- niczego nieobyczajnego nie przewiduję. Nie wiem jak inni Autorzy:) Odpowiedz Link
tojajurek Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać 26.08.12, 20:45 Pozwoliłem sobie zadać trud edytora-amatora i poskładać we względnie jednolitą całość nasze wspólne dzieło, które - być może - będzie kontynuowane, a w każdym razie ma szanse stać się bestselerem. A zatem - pierwsza część (o ile się zmieści) "Niewiarygodne przygody TW Wielgusa" (praca zbiorowa) PROLOG Była taka książka o Marku Piegusie, tamtego pana akurat nie znam, ale TW Wielgusa - trochę. I założę się, że czego jak czego, ale przygód to mu nie brakuje. A więc… Wielgus przemierzał Puszczę Pi$ką na Pustyni Błędowskiej, wielce zadumany nad losem NARODU i podśpiewywał ścichapęk ... Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, nie damy pogrześć mowy! ..., pogwizdując nosem: ... Bim – bom, jak marzną mi paluszki ... Paluszki, choć słone i z sezamem - na nic nie przydały się w pustynnych warunkach - pośród suchorostów, kocanek i chrzęszczących kompotów z suszu na próżno było szukać choćby kropli czegoś nawilżającego. Już płuca wyplute, już zęby przeżarte szkorybutem (Wiśniowieckim zresztą). - Wina, wina dajcie... wychrypiał ostatkiem Wielgus (wiadomo, kto je ostatki...) - Moja wina, moja bardzo wielka wina! - odpowiedziało - echo? - Co to za pies niewierny woła o wino ? - zakrzyknął dowódca konnego patrolu Pustynnych Fundamentalistów Islamskich. Na pustyni ? Wszystkie pustynie należą do wyznawców jedynej prawdziwej wiary ! Na szczęście Echo czuwało nad naszym biednym wędrowcem. Zręcznie wskoczyło na łęk i wyszeptało wprost do ucha dżygita : "Błędowska... Błędowska... od błędu" - Op-pardąs - uznał się za pokonanego dowódca patrolu. Zapędzili my się ciutkę daleko. Kuruj pan sie zdrowo ! Na dany znak oddział zawrócił w miejscu i oddalił się w tumanie kurzu, śpiewając przez pomyłkę Bogurodzicę. Tymczasem nasz bohater odprowadził wzrokiem oddalających się Pustynnych Fundamentalistów, Islamskich zresztą. Splunąłby ale nie mógł bo w ustach miał suchą skorupę. Ograniczył się do rzucenia ciężkim słowem ochrypłym głosem po czym już, już miał się pogrążyć w zwątpieniu gdy poczuł, że pogrąża się w miękkim podłożu. Grunt usunął mu się spod stóp. Spadał bezwładnie a w ułamkach sekund podczas lotu w dół wśród piasków przez głową przelatywało mu przypomnienie filmu "Kosmiczne jaja". Pomieszawszy dokumentnie Yodę z Yogurtem uczepił się nadziei, że on na pewno pomoże. Yogurt bowiem skojarzył mu się z przyjemnym chłodnym napojem. Wciąż leciał w dół pomimo szaleńczego powiewania uszami ... a uszy miał ogromne, muskularne ... w przeciwieństwie do lewej - najwidoczniej kontuzjowanej - nogi. "Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło" - pomyślał optymistycznie, chowając trąbę w piasek. Dziad Borowy - pustelnik, któren nadal we włochatą pierś się grzmocił pięścią, zawywając śpiewnie - Moja wina, moja wina! nachylił się nad Wielgusem ciekawie. - Czego ta fatamorgana z ludźmi nie wyczynia, no, no: i kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate, te, co skaczą i fruwają... ooo: sonik i tąbe ma! Dziecinnieję na starość - westchnął Dziad, a tak silnie, że fatamorganę wielgusową zdmuchnął. TW oczami gwałtownie zamrugał, rzęsami zatrzepotał, a ujrzawszy nad sobą twarz nieznaną, wzrok na wpół dziki, suknię na Dziadzie plugawą, jęknął cicho - Tylko zbójców mi tu brakowało. - Nie szata zdobi człowieka, ale człowiek szatę - rzucił Dziad, jednocześnie zarzucając sobie Wielgusa na plecy. Czyżby oczy pustelnika zajarzyły się niebezpiecznie? Czyżby ślinka pociekła mu po brodzie? Daaawno już nie jadł, fakt. Tu przerwał, lecz róg trzymał, wszystkim się zdawało, że Wielgus gra jeszcze, a to radio grało... Natenczas, ogary wraz z nauką właśnie poszły w las, a TW, trąbę z piasku otrzepawszy, rzucił okiem tu i tam i szepnął: "lubię lody"... Dziad Borowy wzruszył ramionami, ale Wielgusa nie upuścił - nieskory był do wzruszeń on. Wolno, lecz nieubłaganie zbliżał się do swojej leśnej gawry. - Ucieszy się Gawrycha, nie ma co - uśmiechnął się Dziad pod wąsem i oblizał osobliwie. Gawrycha jej było. Gotowała nieźle i tanio, ze wszystkiego co w puszczy samo w ręce lazło. A wąsy miał „ogromne, muskularne…” – niczym ucha wielgusowe, ten Dziad. Dziad Borowy wszedłszy do gawry rzucił podduszonego nieco Wielgusa pod piec, przy którym krzątała się Gawrycha - cudnej urody połowica Dziada. To znaczy cudnej urody to ona była w oczach Dziada bo obiektywnie rzecz biorąc Gawrycha powierzchowność miała alternatywną. -Masz moja duszko prezent na dobry dzień!- huknął gromko Borowy podkręcając wąsa. -A co ty mi tu za ochłap zakurzony jakiś z piasku cały, dajesz?!- gderliwie zaskrzeczała Gawrycha - chudy on jakiś i żylasty... Fachowo obmacała potencjalne pożywienie po czym skrzywiła się raz jeszcze i mamrocząc coś pod nosem postawiła na piecu ogromny sagan z wodą po czym zaczęła metodycznie obierać marchewki. - Mar...chewki? - szarawy królik, siedzący dotąd cicho pod miotłą, wzdrygnął się cały, jego bródka niebezpiecznie zadrżała: - Marchewki dusić będzie - wyszeptał, a jego oczka się zaszkliły - Biedne marchewki, biedne.. Nagle w chytrych, choć z pozoru łagodnych, króliczych oczkach zamigotał czerwony błysk. I z miejsca królik - jak wszystkie trusie - począł mnożyć się jak szalony w postępie geometrycznym, a nawet wykładniczo-sinusoidalnym. Przy 148 sztukach chytrusy wyhamowały z niewielkim poślizgiem czynności mnożenia. Przy tak zwielokrotnionej trusiej mocy stworzonka bez trudu wywlekły w trawę pod gawrą wypatrzone uprzednio solidne grabie. Teraz wystarczyło tylko ostentacyjnie zachrobotać, aby Dziad wybiegł przez otwór wejściowo-wyjściowy gawry i nadepnąwszy na grabie padł z łomotem bez przytomności. Ten sam los spotkał paskudną Dziadówkę, gdy poszła sprawdzić źródło podejrzanych hałasów. Wielgus był wolny... Wielgus był wolny i w te pędy zaczął ze swej wolności korzystać. Rzucił się pędem przed siebie nie zauważając jednak że gawra w której tak niecnie był więziony była na wysokiej skarpie. Pędząc zauważył że grunt się skończył a on przebiera trampeczkami w powietrzu bez żadnego podparcia. Ale miał przecież uszy którymi zatrzepotał, załopotał niczym Dumbo i dzięki temu wylądował miękko na przecudnej polanie. Braw mu nie bito bo nie było na podorędziu polskich turystów ale natknął się na jelonka lekko już podrośniętego. Ukłonił się grzecznie i przedstawił. Jelonek zmierzył go wzrokiem peta z kącika pyska wypluł i powiedział - Mów mi Bambek... Szczęśliwy, wolny Wielgus poczłapał radośnie przed siebie. Drepce sobie beztrosko Wielgus brzegiem rzeczki, rad że umknął w ostatniej chwili z patelni Dziada, nie wpadając przy tym w ogień. Nuci wesołą piosnkę, wspominając z rozrzewnieniem trusiową zmultiplikowaną pomoc w ciężkiej godzinie. Idzie sobie, idzie, gdy nagle słyszy w oddali podejrzane chlupanie i mlaskanie. Wychodzi ostrożnie zza zakrętu rzeczki i staje osłupiały. Pośrodku nurtu stoi sobie ogromne bydlę, wieksze od największego słonia, superwielguśne wręcz i chłepce w najlepsze wodę długimi łykami. Całe ono zielone jest, bezwłose i paskudne, na grzbiecie dziwne ma wypustki, oczka maleńkie, a pysk ma wielkości bramy więziennej. - Ki, czort! - Zasyczał bezgłośnie Wielgus, nie chcąc nieopatrznie podrażnić stwora. - Czy to jakiś żabi mutant, żeby nie rzec - mutas - z uwagi na wredny wygląd? Aliści stwór musiał posiadać wyborny słuch, bo natychmiast popatrzył nieprzyjaźnie na Wielgusa i zahuczał tubalnym głosem. - Czy ty, człowieku, opiłeś się wina, albo paliłeś jakieś zioła, że gadasz jak potłuczony? - Miałem ciężkie dzieciństwo - wyjąkał Wielgus znienacka, a sznurowadła różowych trampeczek zapętliły się na gordyjsko. - Bez Aleksandra nie da rady! cdn. Odpowiedz Link
tojajurek Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać (2) 26.08.12, 20:49 - Co też za głupoty godocie ! - dobiegł Wielgusa i Stwora dziarski głos z pobliskich zarośli. W ślad za głosem z listowia wychynął Czerstwy Staruszek, którego małe i tylko trochę kaprawe oczka ciekawie wpatrywały się w Wielgusowe trampeczki. - Bracie, cho no tu i pacz! - na zawołanie Czerstwego Staruszka z zarośli wyszedł drugi osobnik, równie wiekowy i pomarszczony. Podobni byli do siebie jak dwie gruszki z tej samej wierzby, drugi jednak trzymał w ręku pokaźnych rozmiarów miecz. - Damokles, do usług - odezwał się nowoprzybyły skrzekliwym głosem. Pan wyciągnie te kończyne, się powiesi nad i za jakiś czas będzie spokój. - Ale ile to potrwa ? - z niepokojem zapytał właścicel trampeczek. - Potrwa, co ma potrwać. Fatuma pan nie pogonisz - odparł FLozoficznie Damokles, podczas gdy jego bliźniak zabierał się do unieruchomienia Wielgusowej kończyny. Szybka decyzja. Pierwszy bliźniak był łykowaty, drugi czerstwy - Błeeeh - odbiło się Stworze nieprzystojnie. Jakiś fragment zjawiska biologicznego utkwił bestii między zębami, ale od czego miecz damoklesowy? Zielony podłubał chwilę w paszczy i z lubością zmrużył ślepia. - O taak. Nareszcie porządna wykałaczka wielokrotnego użytku. Otworzył piterek uwieszony u pasa, wykałaczkę wsunął ostrożnie między inne przydasie, teraz już miał czas dla Wielgusa. - Ekhm - chrząknął znacząco. Wielgus zamarł - bladość jego cery dorównywać mogła wapiennym murom Jerycha. Trwał jako ta trąba. Powietrze z wolna uchodziło mu z płuc, oczy zaś wyszły na wierzch. - Jo cłek wolny i ślebodny!!! - wychrypiał wreszcie w nieznanym sobie narzeczu. - Wolny-wolny-szybki-szybki-wolny - Wielgus powtarzał jak mantrę, bezradnie drepcząc w kółko. - Bo do tanga trzeba dwojga - mlasnął Potwór Zielony. - Dziękuję, nie tańczę - odparował Wielgus i idąc za ciosem, a co tam: jeśli lec to z honorem! dopytał: - A masz coś do picia? Zielny zamrugał szybko. - A mam. Oranżadę w proszku. Wielgus z trudem przełknął resztkę śliny. - W czym? - W proszku, żeby płynem ognia w paszczy nie zgasić - to chyba jasne? Zielony Stwór wodził pełnym niezrozumienia wzrokiem od Wielgusa do Damoklesa, zahaczając po drodze o pierwszego bliźniaka. Nagle ocknął się z osłupienia i zaryczał: - Człowieku! Nie widzisz, że to Bliźniaki? Trza spierdzielać co sił w łapach zanim nas zamęczą. I hycnął w gąszcz ze zwinnością wytrawnego polityka. Gąszcz okazał się marną kępą, w której wróbel uwiał sobie gniazdko, a Sobecka Anna właśnie złożyła wniosek o zasiedzenie kempy onej. Wielgus tymczasem postanowił, że się nie da. Wrzeszcząc, charcząc, miotając przekleństwa wyrywał się wściekle napastnikom, którzy nie wiedzieć czemu chcieli pozbawić go kończyny. - Łapy precz cudaki, przebierańcy paskudne - ryknął i ze straceńczą odwagą (wszak był osamotniony w swej walce) rzucił się z pięściami na Damoklesa bębniąc go w popiersie i gdzie popadnie. Udało mu się końcu jakimś cudem wyrwać zaczął chyżo umykać w stronę zarośli aż pogubił niedokładnie zawiązane obuwie. I ciągle cholernie chciało mu się pić. - Jak to leciało...? - zadumał się na paryskim, ups!, sawannowym bruku Wielgus. - Starość nie radość, młodość nie wiek - skonstatował z ukontentowaniem miernym. - Poloneza czas zacząć! - zgodnie z podjętą bohatersko decyzją potruchtał utykając do znanej melyny dilerki siary... A za nim powlókł się Potwór Zielony - Zazdrośnik. Wielgusowi jedna myśl nie dawała spokoju: wszak sklerozy jeszcze u siebie nie stwierdził i pamiętał dobrze słowa, jakie wypowiedział niegdyś sp. poległy na siewiernym polu Gosio. TW zacytował z głowy: Bo do tanga trzeba TROJGA!!! No tak, trójkąt... Ale jaki?! Trojka - zakrzyknął nagle wielkim głosem Zielony i na to zawołanie spłynął z niebios czarodziejski zaprząg. Wielgus ani się nie spostrzegł, jak już siedział w saniach spowity w błamy miękkich futer, a Zielony strzelał z bicza rycząc wesoło "Hajda, trojka, snieg puszystyj, nocz' maroznaja krugom". I ruszyły kłusem wszystkie trzy : ten od sufitu i ten od dębu dziarsko przeszły w krótki galop ; niestety ten od marchwi opóźniał krok jakby na coś czekał i tęsknie czegoś wypatrywał. Nagle na horyzoncie pojawił się Królik, trzymający w łapce pęczek czegoś zielono-pomarańczowego. Ten od marchwi zerwał się z uprzęży i pocwałował w kierunku Trusii. Trojka stała się nagle dwojką, zdezorientowany Zielony rozglądał się wkoło, a Wielgus poczuł nagle, że drogocenne futra nie są najlepszym pomysłem na pustynny klimat. Pić chciało mu się coraz bardziej... Uznał Wielgus, że w sprawie napitku nie dojdzie ze szkapami do porozumienia, więc płynnym ruchem opuścił ów archaiczny pojazd i zgrabnie wturlał się do rowu. Rozejrzał się bacznie i pomimo mroku stwierdził łacno, że to nie rów jakowyś zwykły jest, a raczej wykop, nad którym wznosi się solidny nasyp. Wytężywszy wzrok ujrzał sterczącą z nasypu rurę wielguśną, która po bliższym badaniu okazała się potężną kolubryną. Nad głową Wielgusa rozległy się kroki, a jakiś zachrypnięty z przepicia głos zapytał w obcym języku: - Wer da? - Werda, werda vieja mierda - mruknął pod nosem Wielgus - Mam was, bezecne heretyki! To rzekłszy zaczął szperać po kieszeniach, a nic nie znalazłszy prócz zapalniczki gazowej, pogrzebał w plecaku i z radością wyciągnął zeń potężną kiszkę z prochem. - Udławisz się tą kiszką stara ruro - rzekł z ironią. Zgrabnym ruchem wsadził kiszkę w otwór kolubryny i podpalił zapalniczką zwisający z kiszki sznurek. Odpełzłszy na słuszny dystans zatkał oburącz uszy lecz nic sie nie stało. I wtedy zrozumiał straszną prawdę. To nie była kiszka z prochem, ale kiszka z grochem. I to ostatnia. Wielki rozgardiasz zapanował w myślach w Wielgusa. "Ki diabli, czy ja jestem Gonczarow?" przemknęło mu na czwartym od dołu poziomie podświadomości, lecz Wielgus zdawał sobie sprawę, że to nie pora na introwertyczną introspekcję ani na egzamin ze znajomości literatury rosyjskiej XIX wieku. Ruszył więc w kierunku rysującego się nieopodal wzgórza, zwieńczonego księdzem Kordeckim nadnaturalnej wielkości. Już-już miał zaintonować pieśń "kto się w opiekę", lecz nagle rozległ się znajomy świst bicza w powietrzu, a Wielgusa ucapiły potężne, zielone łapska. "Chodź ze mną, serdeńko" - wyszeptał donośnie Stwór. Szopa niedaleko, kwacz już mam, będziemy przysmażać boczek. U-ha-ha !" - zakończył z przytupem, zapominając o dyskrecji. - "Boczek bez popitki ? - wyrwało się smętnie ze spieczonych warg Wielgusa. - Nie lubisz boczku? Masz wybór: Szaszłyk Szefa! - mlasnął Zielony i pociągnął Wielgusa za sobą. - Un na pal - ona Blanka - zanucił rozmarzony. Ckliwą melodyjkę zagłuszył donośny, a skoczny marsz Radetzkiego. - Czyje to kiszki?! - oburzył się Zielony. - Twoje? - zajęczał Wielgus. - A! Faktycznie: przydałoby się wrzucić coś na ząb. Tu porwał Wielgusa, co jak ruda chmura zwisał i ruszyli obaj w wirowym chocholim tańcu - raz dokoła, raz dokoła! po zakurzonym gościńcu, aż tuman jakiś - miejscowy głupek - sierota zasłonił wszystko. cdn. Odpowiedz Link
tojajurek Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać (3) 26.08.12, 20:51 Otumaniony Wielgus ostatkiem sił dał drapaka w pole. Parł przed siebie zaciskając zęby, a także kolana, gdyż nie tylko pić mu się chciało coraz bardziej. Wdrapawszy się na pagórek zobaczył w oddali dróg rozstaje, a przy nim domeczek maleńki, drewniany, z wyciętym w odrzwiach serduszkiem. - Nareszcie jakaś sławojka - wydyszał radośnie. Aliści, gdy dobiegł kłusem do owej budowli, okazała się ona być chatynką dziwaczną, a w otwartych drzwiach pojawiła się babuleńka siwa z kosturkiem w dłoni. - Witaj piękny młodzieńcze! - wysepleniła starucha przez bezzębne usta - Dokąd tak wędrujesz? - Ja, ten tego... właśnie szukam takiego, hmmm, miejsca... - Wiem ci ja czego szukasz. Szczęścia szukasz, rycerzyku młody. A ja ci powiem gdzie je znajdziesz. Jeśli pójdziesz na rozstajach w prawo - znajdziesz szczęście. Po prawej, bowiem stronie mojej chatki biegnie droga do ogromnego zamku, w zamku mieszka prześliczna księżniczka, fajna laska, przysięgam. Ona właśnie na ciebie czeka. Możesz się z nią ożenić. Jej ojciec – król - jest już starym piernikiem, niedługo odejdzie z tego świata, a jak wykituje, ty odziedziczysz jego majątek i całe królestwo. Mówię ci młody. Jak pójdziesz w prawo - będziesz najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Wielgus popatrzył z powątpiewaniem na staruchę. Za dobrze to jakoś brzmiało. - Co sie tak gapisz? - wrzasnęło babsko - Znam ja was, łobuzów i chuliganów. Pewnie zaraz się na mnie rzucisz i będziesz gwałcił. - Ależ, babuleńko, co mówisz? Nie będę! Na pewno! - A będziesz, będziesz! - zasyczała jadowicie babuleńka. I łup kosturem w łeb Wielgusa, aż mu w oczach pociemniało. I łup. I łup. - Ratunku! - wrzasnął Wielgus i padł bez czucia na glebę. Bo jak Babuleńka coś postanowi, to tak być musi. I basta. I bez kija ani przystąp (z kijem do Babuleńki? - w życiu! tak się nie godzi!) Toteż gdy Wielgus - na szczęście bez czucia, zaścielał glebę całym sobą - całą swoją osobą, Babuleńka nie żałowała sobie. Tak to zwykle babkom bywa - jak nic to nic, ale jak już - to Wielgus TW od rass - łakomy kąsek znaczy, rzadka gratka można by rzec. Luksus, biały kruk, czarny koń. Na koń, na słoń! Słoniocy słoniocy... Na scenę - tę scenę! litościwie opadła kurtyna milczenia. Za kurtyną, na wielkiej stercie czegoś bardzo niewygodnego, leżał Wielgus na razie jeszcze bez czucia. Z każdą chwilą jednak czucie wracało a wraz z nim niemiła świadomość poczucia zagrożenia. Kreator dziejów Wielgusa nie ułatwiał mu życia co rusz wymyślając jakieś dziwactwa zamiast porządnej przygody z happy endem. Póki co Wielgus leżał co prawda już z czuciem ale bez ruchu bo bolało go wszędzie a najbardziej w środku Wielgusa. Postarał się jednak zebrać w sobie i uczynić jakiś ruch kontrolny. Poruszył palcami lewej ręki. Całe. Poruszył prawą stopą, coś ukłuło ale to znaczy, że jest zespolona z resztą Wielgusa- dobry znak. Gdy tak kontemplował swoje członki do uszu Wielgusa dobiegł dziwny pomruk, który jako żywo przypominał porykiwanie głodnego dzikiego zwierza. Tak mu się skojarzyło, bo słyszał kiedyś coś podobnego w Zoo. Nagły atak odwagi pomieszanej z paniką pozwolił na bohaterskie zerwanie się na równe nogi, które natychmiast się pod Wielgusem ugięły. Zza zasłony, która w tej scenie robiła za teatralną kurtynę wyłonił się wielki jak szafa lew! Lew łypnął groźnie, ale chyba był w trakcie podejmowania decyzji o ataku bo żadnych zdecydowanych działań nie podejmował. Wielgus nie poruszał się i zezując okropnie próbował namierzyć jakieś narzędzie, które nadawałoby się do obrony. Sterta, na której wcześniej leżał nieprzytomny nasz bohater okazała się być połamanym styropianem. - Chyba mu właduję palce do oczu - pomyślał Wielgus rozpaczliwie gdy zrozumiał, że styropianem wiele nie zwojuje. Tymczasem lew zaczął się powoli zbliżać stąpając miękko i powoli. - Kici, kici, kici - natychmiast wyrwało się Wielgusowi, który choć sparaliżowany ze strachu, lubił koty i miał do nich podejście. Po krótkim namyśle Wielgus postanowił dać drapaka, tak na wszelki wypadek. Zwłaszcza, że wciąż nie wiedział gdzie właściwie jest. Mogły tu na przykład buszować znacznie groźniejsze bestie, jak skolopendry, ropuchy czy wielguśne oślizgłe ślimaki. Popędził więc Wielgus w górę stromego stoku, który wznosił się opodal. Wiedział bowiem, że wszystkie koty są z natury leniwe jak pierogi i nie chce się im męczyć biegając pod górkę, gdy mogą z górki. Zziajany Wielgus ostatkiem sił wdrapał się na szczyt owego wierchu i klapnął na wielki kamień. Po chwili rozejrzał się dokoła i osłupiał. Gdzie nie popatrzył - rozciągał sie bezmiar wód. Był na wyspie. - O kurde! - jęknął - Wyspa? Ja pierdzielę! Straszna prawda docierała do niego powoli. - Jeżeli w stanie pomroczności jasnej znalazłem się, samotny jak palec w zadku, na pieprzonej wyspie, to właściwie jak ja się nazywam? To chyba było coś na literę "R". Rob Roy? Nie. Robin Hood? Nie. Robin i Batman? Też nie. Syn Robina? Tak! Już wiem! Robin-son. Uświadomiwszy sobie tę porażającą prawdę, byłby sfajdał się w spodnie, ale było to niewykonalne, gdyż od początku swej epopei nasz biedny bohater nic nie jadł. Ani nie pił więc mokrość spodni nie groziła mu także. No, chyba że wlazłby do tego bezmiaru wód co się rozciągał wokół lecz nie miał na to najmniejszej ochoty bo zgubił co prawda lwa ale dojrzał wśród fal czarne trójkąty zdradzające obecność rekinów. Za dużo filmów oglądał o szczękach jeden i szczękach dwa by ryzykować. Wstał więc i ledwo trzymając się na trzęsących wciąż nogach otrzepał spodnie, pogroził pięścią komuś niewidzialnemu i postanowił eksplorować wyspę. Rzut oka wystarczył by stwierdzić, że wyspa jest wielkości chustki do nosa. No, może ciut większa bo mieściła się na niej jedna palma z orzechem kokosowym. - Kurna, jak w dowcipach rysunkowych o bezludnych wyspach - pomyślał sarkastycznie - Teraz jeszcze powinna podpłynąć jakaś cud blondyna na pustej beczce. cd - póki co nie następuje Odpowiedz Link
gat45 Re: Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać 28.08.12, 18:17 Wielgus namiętnie wpatrywał się w blondynę płynącą na beczce. A raczej na połówce beczki, która stanowiła łódeczkę, na której stało to cudne zjawisko o ulubionych przez Wielgusa wymiarach, całe spowite w lekko wijące się włosy niezwykłej długości. "A ten pacan malował ją w muszli" - mignęło mu w głowie wspomnienie dawno widzianej gdzieś reprodukcji olejnego obrazu znanego Włocha. Zjawiskowa blondyna trzymała w delikatnej dłoni puszkę piwa Lech, cudownie zroszoną, a więc poprawnie schłodzoną. "Bądź pozdrowiona, o Wenus !" - zakrzyknął Wielgus głosem dwukrotnie spragnionym. "Nie jestem Wenus - odparło zjawisko. Imię me Fata Morgana". Wielgusowi zrobiło się coś jakby niedobrze. Odpowiedz Link
trusiaa Re: Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać 28.08.12, 19:06 Morgan. Kapitan i jego Fata. Fata wuja Toma (bo Henryś mu dali na drugie) - przypomniało się mu się nagle. Piętnastu chłopa na umrzyka skrzyni Yo ho ho i butelka rumu Piją na umór, resztę czart uczyni Yo ho ho i butelka rumu Diablik to był w puszce na dnie - istny Jarek, sztuczka kusa... - Dość dość! Wielgusie, zmieniamy lokal - zarządził TW i śmiało chlupnął do wody. Odpowiedz Link
ave.duce Re: Aby dzieło nie zginęło - trza do kupy składać 28.08.12, 20:24 Niestety, była to w00da ... święcona! Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 09:56 ...skacząc wdzięcznie "na nóżki" a następnie postanowił sobie popływać na chwilę zapominając o rekinach. Ciepła i przejrzysta woda zachęcała do nurkowania i parskania co też Wielgus z przyjemnością czynił. Jakieś echo w głowie huczało mu, że to woda święcona, nie wiadomo dlaczego zresztą bo co komu złego uczyni woda święcona, chrzczona czy wzbogacona uranem? Nic! A nawet może pomóc wyganiając na przykład demona z duszy. Takie strzępy myśli pomieszane z echem kłębiły się Wielgusowi pod czaszką podczas wodnych igraszek. Przestał zwracać uwagę na podpływające coraz bliżej czarne trójkąty ani na fatamorganę w postaci blondyny na beczce. Zatopiony w rozmyślaniach i wodzie nawet nie zauważył, że dryfuje jak łódź bez żagli. Zniknął mu z oczu brzeg wyspy, na horyzoncie nie widać było nowego lądu ani niczego nie było widać tylko fale podnosiły i łagodnie opuszczały naszego bohatera. A on sam nawet nie był przestraszony, dał się ponieść tej fali. "Co będzie to będzie" - pomyślał. Cdn. Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 10:01 Minęła noc, słońce już wzeszło całkiem wysoko na nieboskłon, a ciąg dalszy nadal nie nadchodził. Już się czułem mocno zaniepokojony jego brakiem ale w końcu nadszedł. Drobne sprostowanie, do wody Wielgus skacze na "bombę". Wygląda to mniej więcej tak, długi rozbieg, poślizg niekontrolowany na końcu pomostu i bach to wody. Odpowiedz Link
trusiaa Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 13:00 "Do wody Wielgus skacze na "bombę". Wygląda to mniej więcej tak: rozbieg, poślizg niekontrolowany na końcu pomostu i bach do wody." Lake jump FAIL Odpowiedz Link
tojajurek Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 20:33 A mogło być inaczej. Wielgus słyszał kiedyś, że są na świecie takie czarodziejskie miejsca, gdzie spełniają się najprzeróżniejsze życzenia. Przypomniał sobie, że istnieje ponoć morska laguna, do której biegnąc powie jakieś słowo i wskoczy do wody - zamieni się ona w tę rzecz. Podobno trafiło kiedyś w takie miejsce kilku cudzoziemskich podróżników. Biegnie więc Rosjanin, krzyczy "wodka" i laguna jest pełna wódki. Biegnie Francuz, krzyczy "vin" i morze zmienia się w wino. Brzeg morski, nad którym stał Wielgus, wygladał czarownie i wyjatkowo tajemniczo. - Może to jest właśnie takie legendarne miejsce? - pomyślał - Skoczę na próbę i zażądam piwa. Mnóstwo piwa! Więc pobiegł Wielgus co sił w stronę wysokiego morskiego brzegu. Biegnie, już ma skoczyć z okrzykiem "piwo", ale w ostatniej chwili potyka się i padając do wody wrzeszczy "O, shit!". Spuśćmy zasłonę... Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 22:00 ToTyJurku, mam wrażenie, że zakrzywiasz kontinuum czasu. Według chronologii Wielgus jest już w wodzie i żaden szit mu nie grozi póki co. Odpowiedz Link
tojajurek Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 22:39 No przeca żem napisał, że mogło być inaczej. Ludzie, czyżeśta nie słyszeli o rzeczywistości równoległej, antyświatach, przeskokach w kontinuum czasoprzestrzeni, czy w końcu o kontramocji czyli cofaniu się do tyłu? Odpowiedz Link
dzidzia_bojowa Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 22:49 No dobra, nie denerwuj się:) Już nic nie mówię:) Nieuważnie przeczytałam bo coś rozkojarzona jestem dzisiaj. Możemy snuć równolegle, no. Odpowiedz Link
tojajurek Re: Chlupnął z impetem do wody... 29.08.12, 23:32 Pomyślałem, że ten wariant też może być obiecujący. Słyszałem ongiś o eksperymentach kinowych, w których przerywano w kluczowych momentach wyświetlanie filmu i widzowie głosowali czym się dana scena kończy i w jakim kierunku ma zmierzać fabuła. Zawsze byłem ciekaw, czy rzeczywiście mieli alternatywne kontynuacje akcji, czy też to była manipulacja i widzom tylko się zdawało, że wpływają na fabułę. Dość pouczające, jako pomysł rodem ze sceny politycznej, ale jakoś się o tym nie słyszy. Odpowiedz Link
ave.duce Re: Chlupnął z impetem do wody... 10.09.12, 14:27 Chlupnął, poczem udawał Greka ;) Odpowiedz Link
trusiaa Re: Chlupnął z impetem do wody... 10.09.12, 16:13 Greka - takiego, co na tureckim kazaniu siedzi, a tu go coś z tyłu cyp cyp cyp... Prrrrr! - jak nie wrzaśnie on! Odpowiedz Link
ave.duce Re: Chlupnął z impetem do wody... 10.09.12, 16:39 - Hola, hola! Ja nie kobyłka u płota, ino rekin młot u Wielgusa! Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Chlupnął z impetem do wody... 10.09.12, 19:38 "Młot na Wielgusa" - spisany przez dominikańskiego inkwizytora Heinricha Kramera, być może we współpracy z innym inkwizytorem z tego zakonu Jacobem Sprengerem. Tekst ten został po raz pierwszy opublikowany w 1487 i stał się znany jako podręcznik łowców Wielgusów od XV do XVII wieku. Był uważany za jedno z podstawowych kompendiów wiedzy o czarach, czarownicach i ich związkach z Szatanem. Dzieło to było wielokrotnie wydawane (do 1520 roku ukazało się jego 13 edycji, a w latach 1574 - 1669 było ono wydawane aż 16 razy zarówno w krajach katolickich, jak i protestanckich). Odpowiedz Link
ave.duce Re: Chlupnął z impetem do wody... 27.09.12, 09:31 Czyli "Ha...U?!mmer na Wielgusa"? Odpowiedz Link
trusiaa Tojajurkowi 27.08.12, 10:51 Podziękowanie za benedyktyńską pracę przy zbieraniu najdrobniejszych elementów powieści w jakże zgrabną całość niniejszym składam :) Wielkie brawa! Odpowiedz Link
tojajurek Re: Tojajurkowi 27.08.12, 14:16 No, ba! Dziękuję, że zostałem zauważony w moim Ponurym Zakątku. Ale w meritumie - to proszę Ogół się nie obcyndalać, ani nie pisać dupereli, jak coponiektórzy powyżej - tylko zasuwać szarymi komórkami Dalszego Ciąga. Noooo! Odpowiedz Link
trusiaa Re: Tojajurkowi 27.08.12, 14:41 Zważywszy, że Ponury Zakątek leży dokładnie pośrodku FzD - jest Pan nieustannie w centrum zainteresowania :) Z Ciągiem Dalszym trudno będzie, gdyż Dzidzia przywołała obraz blondyny na bezludnej wyspie i teraz wersje nieskromne aż się kłębiom potencjalnym autorom w głowach, ale każdy się wstydzi je przedstawić, o! Odpowiedz Link
magdolot Re: Tojajurkowi 30.08.12, 01:21 Zniknął mu z oczu brzeg wyspy, na horyzoncie nie widać było nowego lądu ani niczego nie było widać tylko fale podnosiły i łagodnie opuszczały naszego bohatera. A on sam nawet nie był przestraszony, dał się ponieść tej fali. "Co będzie to będzie" - pomyślał. ------------------------------------------------------------------------------ Marzycielsko kołysząc się wśród fal Wielgus spokojnie pasł oczy niebem pomalowanym przez zachodzące słońce. Nagle coś musnęło mu bok. Jak gdyby mokry nosek. Drugie muśnięcie od... spodu i trzecie w łydeczkę. Wielgus popatrzył niespokojnie w kierunku łydeczki i napotkał pełen nadziei wzrok różowatego rekinka, który przyjaźnie zamachał ogonkiem. - Chcesz, draniu, aporcik? - zapytał domyślnie TW i trochę się stropił, bo jak tu rozwiązać trampeczka nie idąc przy tym pod wodę. No jak? Ostrożnie wyciągnął nad falami jedną gicz i stracił równowagę, niecierpliwie trącony noskiem w drugą. Ponowił próbę z takim samym skutkiem. - No żesz ty! - powiedział Wielgus z wyrzutem, a rekinek ostrożnie skubnął trampek. Wyraźnie mu się to spodobało, bo skubnął znowu, mocniej, a Wielgus zabawnie podskoczył. - Do trzech razy sztuka - wrzasnął TW i z całej siły kopnął rekinka w ryło. Miły dotąd nosek zdeformował się w straszliwy młot, a zwierzątko warknęło - NU, WIELGUS, PAGADI! - młot uniósł się nad falami do mściwego ciosu i w tym samym momencie szczupłą talię Wielgusa oplotło coś dziwnego i fciągnęło go szybko pod wodę. Fciągany w głębinę TW zdążył zobaczyć nad sobą młot wpadający do wody i masę bąbelków bezcennego powietrza, które wytchnął wydając bezgłośny krzyk - Co, teraz, kurwa, jakaś ośmiornica?!!! Bąbelki unosiły się do góry zaplatując się malowniczo w falującą nad Wielgusem przebujną czuprynę, a on spływał w dół, ciągnięty za talię w ciemność oceanu. Przytomnie stracił przytomność, a gdy ją odzyskał leżał na marmurowej posadzce w dużej kałuży wody, a nad nim klęczał mały Pars wpity w ust jego korale i łapczywie wysysał mu z płuc resztki słonej wody. Kiedy TW otworzył oczy, Pars z oburzeniem wyseplenił - Żiadna, kulwa, ośimiolnica! Jestem kapitan Demot! Odpowiedz Link
tw_wielgus Re: Tojajurkowi 10.09.12, 18:22 Do tej pory już sporo się o sobie dowiedziałem a jak mam nadzieję to jeszcze nie koniec... Odpowiedz Link