mariner4
06.08.13, 10:36
w zwiążku z Tall Ships Races
Popełniłem parę tekstów.
W wątku Damy jest parę. oto następne:
Praktykant pokładowy na "Dare Pomorza"
Po gzaminach wstępnych (11 kandydatów na 1 miejsce) na początku lipca przjechałem do Gdyni na kandydatkę, czyli ostateczną weryfikację przydatności.
Idąc z dworca kolejowego ok godziny 5 rano, bo wtedy przyjechał pociąg z Warszawy, już z daleka widziałe strzeliste maszty "Daru"
Pomyślałem sobie "Boże czy ja tam kiedykowiek wejdę?" Czekaliśmy z innymi na zaokrętowanie.
Wyszedł marsowo wyglądający mężczyzna w mundurze. Sądziliśmy, że to ktoś bardzo ważny. Okazło się, ze to był zaledwie asystent pokładowy, czyli kandydat na oficera.
"W dwuszergu zbiórka!" stanęliśmy jak kazał. "Do 3 odlicz!". Wykonano. "Jedynki wystąp!", "W prawo zwrot", "Naprzód marsz!"
"To jest pierwsza wachta". I tak podzielono nas na 3 wachty. Ja trafiłem do drugiej. Przydzielono nam numery alarmowe, haki na hamak na międzypokładzie danej wachty, hamak i stalowe szafki na graty. Bardzo małe, a niczego nie wolno było mieć gdzie indziej.
Hamak zwinięty razem z betami miał miejsce na półce w hamakowni. Wydano drelichy. Ubrania cywilne powędrowały do magazynu.
Dostałem numer 60 i w ten sposób na jakiś czas straciłem nazwisko.
Potem usłyszlismy przemowę naszego instruktora: "Najważniejszy na statku jest Komendant, potem długo nic i Starszy oficer długo, długo nic. Potem jest Starszy Oficer, Chief
którego macie tytułować kapitanem. Potem sa oficerowie i znów długo nic. Nastepnie jest starszy bosman i bosmani wachtowi,
potem instruktorzy i znów dłuigo nic. potem jest pies Misiek i długo, długo nic i są wreszcie kandydaci", czyli my. I zero praw.
I się zaczęło! Statek przejeliśmy od starszego rocznika, ktopry wrócił z rejsu szkloleniowego na Morze śródziemne'
Musieliśmy się nauczyć każdej liny, każdej czynności i nabrać malpiej wprawy. Pierwszy raz wchodziłem na maszy z duszą na ramieniu. Grotmaszt mierzy, bagatelka 45 metrów.
Wtedy nie mielismy zabespieczeń, żadnych szelek bezpieczeństwa podcza pracy na rejach. Z tego co wiem, w czasie całej słuzby "Daru" był tylko 1 wypadek odpadnięcia z rei.
Po opanowaniu lęku wysokości, musiano hamować nasza brawurę.
Położenia lin musieliśmy sie nauczyć tak, aby nawet po ciemku trafic na własciwą. Instruktorzy stosowali tzw "metody Makarenki", stalinowskioego "pedagoga" z lat 30, jak nam mówili.
Stał szereg kandydatów. Pierwszy w szeregu słuszał na przykład: "lewy nok gording górnego grot bramsla!". Trzeba było bieiem
chwcić właściwą linę. Kto popełnił błąd, biegł "po dużej orbicie", czyli wokół statku i stawał na końcu szeregu. I tak do skutku.
Czas był wypełniony do końca. Wiosłowanie, żagle, prace bosmańskie i porządkowe. Kary polegały głownie na "godzinkach" czyli godziny [pracy dodatkowej. Żeby wyjść na ląd trzeba było mioeć wszystkie odpracowane.
Ale to potem, bo na kandydatce nie było wyjścia na ląd.
Bałem się choroby morskiej, gdyż od dziecka nie tolerowałem hustawek, karuzel itp. O dziwo kołysanie morskie znosiłem dobrze. Huśtawek nie znoszę do dzisiaj.
Traktowano nas różnie. Od sadysty, oficer Damiana D., czy Andrzeja O. do ludzi, których wspominam z sentymentem. Jak bosman Paweł Kotopwski, którego odwiedzałem przez lata kidy tylko miałem okazję.
Wychowaywał także mojego syna już na "Darze Młodzieży". Niestety ju z nie zyje.
Mała dygresja. Po latach mój syn poszedł na kandydatkę na nowy "Dar". Miał zamustrować w poniedziałek. W nioedzielę wróciliśmy do Szczecina na naszym jachcie. W drodze powrotnej odwioedziliśmy stijący na Wałach "Dar".
Weszliśmy na pokład. Podeszliśmy do bosmana. Powiedziałem: "Paweł, to jwest mówj syn. Jutro będzie tu na kandydatce.
Powierzam Ci chłopca a za 2 miesiące przyjjdę po męzczyznę!" Pawł dokładnie to wykonał.
Gonił nas do pracy niemiłosiernie, W przeciwieństwie do innych sam z nami pracował nadajac trudne do sprostania tempo pracy.Nie ubliżał nam i nie przeklinał. Od innych instruktorów dowiadywałm się co kro, im była moja mamusia....
Bylismy mocno jednak zmotywowani, a wylecieć można było za byle co. Paweł miał ksywe "Osmiornica", i gdyby miał 8 rąk, to by nimi pracował.
Pawełku, mam nadzieję, że jest Ci dobrze za smugą cienia...
M.