Dodaj do ulubionych

Walczę o kociczkę, to mi ciężko

10.09.14, 14:59
się wydaje, że czegoś zrobić nie można.
a można.
pomagali mi ludzie, gdy nie mogłam ZA NIC, sama kroplówki podać.
ale już taki wstyd był z o pomoc proszeniem, że sama igłę pierniczęłam = samiutka = nadwyrężając zaufanie i narażając się na to, że te oczka zielone jeszcze większe się zrobią z zaskoczenia, że ból zadaję - jak kat.

nie, nie - już wszystko zdiagnozowane wreszcie od a do zet.
wiem co robić.
ale taki ogrom poczucia winy, że za mało uropetu podawałam, że za mało przyglądałam się co w kuwecie - nie widziałam krwi.
i że teraz dopiero przeczytałam o tym, iż koty mają tak wysoki próg odporności na ból.
nic ta Nikusia nie mówiła...
a musiało ją boleć.
gdziesz ja miałam wylać poczucie winy, jak nie na forum zwierzolubnym...

to już się dokształciłam na maksa: to, że zwierza nie lubią gdy za głośno - jasne.
to, że koty lubią język polski - szelest - nie wiedziałam.
gdy podaję leki i kroplówę Nikusi - szeleszczę..
widzę, że to prawda - nigdy nie drapnęła, ani nic, gdy szeleszczę słownie.

/och, jak mnie wkurza, gdy się mówi, by się poddać. nie jest śmiertelnie chora. wiem wszak wreszcie co jest i jak leczyć./

Obserwuj wątek
    • inna57 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 15:07
      No to pewnie zacisnęły się wszystkie "dworowe" kciuki. Ja trzymam mocno za zdrowie Nikusi i Twoje Olgo.
    • ave.duce Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 16:18
      Jaka diagnoza?

      ps. mizianie dla Nikoli, dla Was obu - serdeczne myśli.
    • damakier1 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 17:02
      Oluś kochana - żebyś nawet profesorem od weterynarii była, miałabyś prawo w leczeniu i opiece nad kociczką pobłądzić. Żadnego poczucia winy mieć nie możesz, bo starałaś się ze wszystkich sił i opiekowałaś się Nikusią, jak umiałaś najlepiej. I ona to wie i nawet kiedy do kroplówki ją kłujesz, zaufania nie traci.
      Jak już wiesz co i jak, to na pewno się niebawem Nikusi poprawi. Trzymajcie się dzielnie, ściskam Was obiedwie.
    • gat45 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 17:50
      Oba kciuki zaciśnięte.
      Będzie dobrze. Na pewno.
      • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 18:17
        ma to ph w moczu do duszy - ale przecież do opanowania.
        wyrównać uropetem.
        tarczyca - do ogarnięcia - 3 miesiące podawania i jest ok - ma idealny poziom.

        mnie załamuje, że mi znajomi mówią, iż po niej.
        a nie jest po niej wcale, bo się naczytałam, to wiem, a i wet mówi, iż znał kociczkę 24. letnią co to się dobrze miała.
        a Nikolia ma 11 lat i nie odpuszcza jednego dnia, by nie potulić się wieczorem.

        nie dam tej kotki za nic.

        /przepraszam za jęki, ale tak mi ciężko.
        to nic.
        do boju.
        się wyryczałam tu jak głupi głupek - no trudno.
        ktoś może uznać, że co tam - tylko kot - ale wiem, że tu nikt tak nie powie./
        • gat45 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 18:28
          Wyleczysz ją. Zobaczysz. To tylko kilka trudnych miesięcy, a potem - tyle jeszcze przed Wami !
          A mój najukochańszy Kot Krab żył spokojnie i zdrowo lat 21 i pół.
          • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 18:50
            mnie się udało przez 3 miesiące osiągnąć wyniki badania krwi nazwane przez weta idealnymi. No to czemu niby ma być out? była kreatynina i inne podejrzenia, że już nerki - a nic się nie potwierdziło. 21 i pół? Tak. To nie to samo, co 11. Prawda?
            Przepraszam.
            Zawróciłam głowę.
            No już się tak dusiłam, że musiałam.



        • trusiaa Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 11.09.14, 08:27
          Nie słuchaj znajomych, co plotą trzy po trzy - wetowi ufaj i swojej intuicji. Trzeba czasu i cierpliwości, a Nikola jeszcze Cię zadziwi.
          Moje psy oba kilka razy były w sytuacji "bez wyjścia" i "nie do przejścia", ale nie dopuszczałam do siebie myśli dziwnych, tylko robiłam wszystko co trzeba było. Wszystko dobrze się kończyło, ku zdziwieniu postronnych, a mojej i weta radości.
          Źwierzątki mają wielką moc w sobie :)

          Kciuki trzymam nieustająco za Was.
    • behemot17-13 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 18:18
      Olgo, niepotrzebnie się zamartwiasz, zwierzęta nie umieją mówić, pisać, czytać, za to instynktownie czują, że ból zadawany ( ukłucie) przynosi im ulgę po jakimś czasie, tak sądzę. rób swoje, tu nie ma miejsca na poczucie winy, uśmiechnij się, zasługujesz na uśmiech jak najbardziej.
      założyłem temat o Szczęściarzu, guz, zastrzyki i szczęśliwy koniec, guz zniknął. chomik jest zdrowy, a że staruszek niedołężny, nic to, się trzyma.
      nie wszystkie nie lubią hałasu, gdy jest za głośno, papugi (faliste) na ten przykład wręcz uwielbiają.
      • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 10.09.14, 18:37
        dziękuję.
        bardzo ważne, co mówisz.

        ja po prostu wiem, że kociczka jest do uratowania.
        tylko trzeba się sprężyć: na razie kroplówki, potem pilnować podawania leków.
        • ewa9717 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 11.09.14, 09:23
          Kociczka też wie, że dobrze robisz! Zawsze mnie zastanawiało, jak one (psiury i koty) to robią, że wiedzą, że nie zadajemy im bólu dla bólu, tyklo żeby było lepiej.
          • inna57 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 11.09.14, 09:30
            Nawet mój autystyczny jamnior wiedział to, gdy mu zakraplałam paskudne krople kiedy groziła mu ślepota i gdy robiłam mu zastrzyki z insuliny, a dalmatyńczyk bez protestu pozwalał robić sobie cholernie bolesne zastrzyki z witaminy B. One po prostu są mądrzejsze i nie pytają się swoich "człowieków" o żadne klauzule one wiedzą swoim całym jestestwem że będzie OK nawet jeśli teraz trochę boli.
            • izydor88 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 11.09.14, 14:23
              Kot Rychu trafił na nasz taras zimą - trzy lata temu.Po bójce z innym kocurem był poraniony i cały zaropiały.
              Dwa razy dziennie,przez tydzień - podawałam mu antybiotyk domięśniowo.
              Przyjmował to bez cienia sprzeciwu,a nawet z wdzięcznością.Zagoił się pięknie i znalazł miejsce w naszej rodzinie.
              Sądząc po stawach,zębach i oczach,to najstarszy z naszych kotów/Besia,o której wszystko wiadomo/ ma 9 lat.
              Nie poddawaj się Olgo :)
    • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 16.09.14, 11:35
      wiem z czym ja totalnie źle zrobiłam.
      nie słuchałam P., który też ratował kota i weci nawalili.
      to w Rumunii było, ale schemat podobny.
      on mi mówił, że zweryfikować ich gadki - wetów.
      ale ja nie chciałam być mądrzejsza od specjalistów.
      no jakoś postponować czy coś.
      no to dalej to szło.
      a winno mnie zastanowić, że ponad 2 i pół roku temu, gdy małą operowano po to, by wyczyścić pęcherz z kryształków, to jeden wet, tylko po chwili próby pobrania krwi, ledwo jednego podejścia, gdy mała, jeszcze na tyle silna, iż zgłosiła ostry protest, nawet nie zaproponował spróbować z kocią torbą, tylko jeb....ął całkowitą narkozę dla pobrania.
      a ja stałam jak debil, nic nie powiedziałam, bo Niki była za agresję krytykowana i zamiast powiedzieć, że ma prawo, bo nie wie o co idzie, to odebrałam jako wytyk...że kociczka taka przeze mnie. i milczałam jak tchórz. ale nie wiedziałam o tym, że jest torba, że się sprawdza, że dadzą mi te rękawice, to się uda.
      i się bałam wejść w kompetencje i konflikt.

      tenże sam lekarz, 2 lata później, czyli w kwietniu, okazał zadumę: - No jak, bez próby torby dać ogólne znieczulenie, by krew pobrać? Tym bardziej, że kotka przed ew. operacją i powtórnym znieczuleniem? Ależ kto to zrobił? Ja?!

      na tym polega największa moja wina: wydawało mi się, iż jeśli leczę małą, wydaję ostatnie pieniądze, to podejrzliwość jest nie halo, nieuczciwa, pomogą nam.

      a nawypisowuję się o tym, bo wydaje mi się, że łatwo będąc nieco podejrzliwym zahaczyć o paranoję. niemniej - zasada ograniczonego zaufania nie jest złym pomysłem - nie tylko na drodze.
    • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 16.09.14, 13:01
      w tym roku leczenie kociczki się zaczęło 24 kwietnia.
      od początku mówiłam wetowi, którego wybrałam na prowadzącego i współpracownikom, że mała fatalnie znosi wyłażenie z domu.
      jest kotką wewnętrzną.
      mówiłam, że dostaje ślinotoku, miałków oszałamiających W-wy pół, siusia po drodze / ta czyścioszka/ w kontenerek pod siebie, wymiotuje.

      to a propos tego, że już win w sobie więcej nie znajduję - mówiłam o tym, widzieli to.
      zbadali ślninianki...
      ślinianki?
      mówiłam - ma czysty, pachnący buziak - nerwowe to u niej.
      po prostu mnie ignorowano.

      długo wierzyłam.
      ale już się znam / internet/
      a nic nie zrobili, by mi pomóc - dopiero po długim stresowaniu kotki / dzień w dzień u nich kroplówki/ powiedzieli jak łatwo kroplówkę w domu podać - ktoś mi pomógł, potem sama i tak taniej i lepiej dla małej.
      kazali małą odchudzić, kupiłam wagę nawet, dla kontroli, by odważać dokładnie, ile daję jeść.
      bez sensu.
      co tam ważyć. gdy ze stresu nie jadła nic.
      kompletnie.

      doszło do tego, że wchodzi do pokoju, a te łapinki na krzyż i się mi słania.
      dzwonię do weta, że mi mała umiera, a on, że podać cukier w strzykawce.
      a poprzedniego dnia w tej samej lecznicy, było, że co tam - nie ma sprawy, że nie je NIC, bo kot to długo może nie jeść a glukoza we krwi jest ok.
      a tu mała sił nie ma, by się przytulić, by wejść do kuwety.
      po prostu przyszła prawie się czołgając i oczy na całą szerokość, że help.

      problemy psychologiczne, otóż - także w przypadku kotów, innych zwierząt, są jak nasze:
      zatem, dobry wecie, wypytaj i doradź, by nie wlec koteńki dzień w dzień, by była w świecie, którego nie rozumie i rozumieć nie chce.
      /miała mozliwość - gdy zaprosiłam ją jako bezdomniaka miałam ogródek - raz tam poszła, wróciła i więcej nie chce nigdzie iść za nic./

      stan aktualny? - myślę, by tylko badania laboratoryjne robić.
      jako kontrola.
      /przy czym badań krwi jak najmniej - chudzieńka łapinka i to smętne wygolenie - i po co, skoro są dobre/

      i ja już swoje wiem: była strata kasy i zdrowia małej i mego.
      zaczęła jeść tylko i wyłącznie dzięki psychologicznym sztuczkom ostro związanym z poczuciem bezpieczeństwa:
      - Nikt Cię nigdzie nie zatarga, tul się, ile wlezie, leki to mus twój mała sówko, ale im szybciej łykniemy, tym lepiej - zaś potem wygłaskamy tak pod dziobem i brzuszek na dodatek, że będzie wiekie miau: - Dawać leki.

      ma zapas uropoetu z samej Rumunii, kroplówki skończone, a jak bierze leki, gdy ja podaję, a nie wet, to widzę:
      - Dobra, Olka, znów się dowalasz i trza będzie myć wąsiki, ale połknę. cholero. Tyle roboty, by potem cudny ryjek mój myć...

      /jeśli ktoś, spoza forum - tu wiem, że nie ma takich, chętkę ma by dziwić się, że uwagę poświęca się kotu - niechże kiedyś spojrzy w oczy bezdomniaka - zwierza, który nie może liczyć na przytułek, tylko na klatkę. oczy mojej Nikusi to jeden wielki ogrom zieleni i nadziei - miłość absolutna. gdy jestem chora, to w te pędy z nią dzieje się źle. miauki, niejedzenie, rozdrapywanie głowy do krwi. i już nie da rady być chorą, się smucić - należy zająć się kotem.
      niewielu ludzi tak reaguje /na chorobę bliskiego/




    • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 16.09.14, 14:26
      i dziękuję wszystkim z wątku tego, którzy nie wyśmiali i pomogli dobrym słowem.

      najgorsze było i jest, gdy napomykam komuś, a ów mówi:

      1/ - Tyle kasy, a przecież ona cierpi, to uśpić.
      znaczy jak rzeczy się małej pozbyć?! - a chory, stareńki Szopek Damy?! Dumna jestem, że znam Damę i Jej Rodzinę. Choć ciut Ich znam. Szopek będzie cierpiał? - podejmą pewno decyzję. A teraz? No pokasłuje. Spytać malca czy chce żyć czy ma dość? Chyba powie: - Jeszcze nieco czasu.

      nie.
      Niki nie cierpi, bo zaraz, gdy zobaczyłam krwiomocz poleciałam do weta, zastrzyk rozkurczowy, a teraz to sobie do sypialni wniosłam kuwetę, by obserwować sprawki siusiania - boli czy nie.
      /choć i tego nie od weta się dowiedziałam a z internetu - trudno u kotka ból zobaczyć - to żołnierze. ja widziałam po tym, że nie rozkłada się tygrysio, tylko przywiera do podłogi.
      och nie - koty nie mówią tak wyraźnie, jak psy,
      to zbyt dumne kotowate.
      teraz widzę, że nie boli, bo sie pokłada całą rozwartością kota.
      pije tyle, co trza bez kroplówek - wypłucze kryształki/

      2/i drugie się powtarza: - To ona jeszcze żyje?! Taka stara! Uśpij!
      stary kot lat 11. z super wynikami krwi powtarzanymi w nazad i w te i ciągu ledwo 4,5 miesiąca?
      stary? gdy się jej nie targa do weta, ale podaje leki w domu delikatnie szeleszcząc głosem, to bawi się myszką-grzechotką, hyca jak Wielkiej Klasy Hysaczaczka, wdziera się do szaf lub drze ryj, by na tę wyższą szafę ją podnieść, krzyczy: - Mam dość zgiełku świata - pakuj mnie pod koc bez dyskusji! - co robić? To kot przecież. Się słucha.
      taka z niej starucha...

      ze 2 razy usg całości całościowej i nic nie ma złego?
      to uśpić?!
      po prostu mówią do mnie tak tacy ludzie i mi jest niedobrze nieomal fizycznie.
      to ci sami, którzy mawają: - Ludzie z głodu umierają, a Ty o zwierzach?

      bardzo bym chciała obejrzeć dobrą komedię.
      sieć. legalnie. darmowo. bez rejesteracji.

      • inna57 Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 16.09.14, 15:56
        Olgo, gdy ratowaliśmy kolejne nasze psy nawet nie drgnęła nam powieka, prywatny weterynarz przyjeżdżający do domu, najlepsze leki bez względu na cenę.
        Rekordem świata była jazda do nocnej apteki po kropelki do oczu bo jamniorowi groziła ślepota i ważne było natychmiastowe podjecie leczenia.
        Nikt Cię tutaj nie wyśmieje bo my tutaj wszyscy jak jeden naprawdę "zwierzolubni". Trzymam kciuki za zdrowie Nikusi.
        • ave.duce Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 16.09.14, 18:48
          I ja też trzymam.
      • dupeteczek Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 17.09.14, 15:25
        Trzymajcie się dzielnie Olgo. Będzie dobrze.

        ps. moja kotka ma teraz równo 10 lat i gdyby ktoś nazwał ją "starą", to zostałby wyśmiany. Jest w świetnej formie.
      • magdolot Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 17.09.14, 23:19
        Olgo miła, nie przejmuj się kretynami, już się raczej fkurz albo z politowaniem popacz na takiego. Jak ktoś nie rozumie, że członek rodziny może posiadać cztery nogi i ogon, to on niewiele kuma.
        Tatkowy kot Zbirek zapadł na cukrzycę jak miał z 10 lat i żył jeszcze 7. Zastrzyki, kroplówki, pobieranie krwi z łapy - tego się obydwaj musieli nauczyć. Najpierw było trudno. Zbir był kawałem pazurzastego drania i bronił się jak lew, DZIE mi tu z łapami?! Potem obydwaj się przyzwyczaili i te zabiegi stały się zwyczajnym fragmentem ich rzeczywistości, rutyną, a Zbiru nawet został postrachem Orawy, bo tatko go zabierał pod namiot razem z całym majdanem medycznym [w tym stanie nie miał go komu zostawić i to on był najlepszym glukometrem Zbirka, po prostu widział jak jest i pomiar mu to jeno potwierdzał]. I kot Zbiru, domowy, niewychodzący, zaczął się wysmykiwać z namiotu coraz dalej w las... I najpierw się strasznie baliśmy, kilka razy lataliśmy przez las tyralierą jak drania nie było w porze zastrzyku, prześladowani wizją biednego cukrzyka co stracił przytomność i upad buzią w potok i utopił się na śmierć, a pan cukrzyk powracał z kilkugodzinnej wycieczki w bardzo dobrej formie i czegoś wielce zadowolniony... i cukier miau jak dzwon. Potem już wiedzieliśmy, że Zbir dobrze wie, kiedy ma siłę się włóczyć, a kiedy nie.

        Będzie dobrze, Olgo.


        > bardzo bym chciała obejrzeć dobrą komedię.
        > sieć. legalnie. darmowo. bez rejesteracji.


        Ftoś wie, gdzie taką znaleźć? Bo ja niestety nie, a to jest przedni pomysł, bo koty to znakomici wyczuwacze nastrojów [odkryłam to przy pomocy Donisława], więc taka komedia dobrze zrobi i Nikusi też.
        • olga_w_ogrodzie Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 24.09.14, 00:12
          bardzo to było pomocne mi, Magdolotu

          wszystkie wsparcia były pomocne.
          chciałam każdemu osobniusieńko napisać podzięki, alem umordowana, bo z tego wszystkiego sama w chorób wpadłam na trochę.

          8 macek - raz jeszcze dzięki.
          nie nie znałam tych namiarów róznych, a nie mam wciąż telewizora czynnego - b. mi pomogłeś.

          i tak.
          prawda taka jest, że właśnie, ja mam ufać intuicji.
          nawydawałam od kwietnia kasy na wetów, badania, diagnozy.
          i było z tego tyle, że kociczka trwała w jadłowstręcie psychicznym aż się w czerwcu już taczała dosłownie na łapinach.

          uważam też, że w jakimś momencie uznano, że dupę zawracam i się mnie chcieli pozbyć sugerując tego profesora od interny zwierzów.
          ale tam naprawdę - 2 wetów jest dobrych.
          no tylko chyba nie chciało się im słuchać, co mówię.
          woleli sprawdzać czy kotka nie ma chorych ślinianek, niż mi uwierzyć, że ma ślinotok z nerwów.
          za każdym razem u nich.

          a już ostatnio to po prostu nie było z kim gadać.
          prostą receptę wypisywała gapiąc się w komputer na tekst pt. Jak wypisać receptę - stażystka,
          która nawet kotki dopomóc w trzymaniu przy pobraniu krwi nie umiała.

          a nade wszystko - nie byłam słuchana w czasie licznych mych sugestii, że na objawy faktycznie somatyczne /kryształki w pęcherzu i ból przy siusianiu/ nakłada się stres i jeszcze raz stres, bo to kociczka, która nie może być targana co chwila do weta.

          no i zrobiłam swoje teraz: uropet, bezopet, karma royal canin urinary hd, ale przede wszystkim, przy podawaniu tych past, kizie, mizie, głaski, utulanki.
          i bierze mi to dzieciak grzecznie, nie ucieka, cieszy się, gdy kończymy i nie uważa mnie za zdrajcę.
          działania antystresowe - usunąć z widoku kontenerek i powtarzać, że nigdzie nie idziemy wcale, nikt jej nie będzie tarmolił do weta,
          i w nocy - no trudno - niech się uwala tuląc, nawet, gdy mi gorąco.
          no i to niezłe - ona się boi wychodzić, ale szeroko otwarte okno i patrzenie spoza pelargonii na świat ten boży okazało się strzałem w dziesiątkę - sobie wącha świat, wyścibola główkę, ale się ogląda czy aby ja jestem w pokoju, a skoro jestem, to dalej sobie patrzy bezpiecznie ochoczo ptakom oświadczając, iż są w strefie bezpośredniego zagrożenia przez Kotkę Wysoce Niebezpieczną - W Zasadzie Tygrysa.

          nie ma rzygania od wielu dni.
          anoreksja ustąpiła - schudnięta jest mocno, ale schudnąć miała - teraz już je - bez łapczywości poprzedniej, ale normalnie.
          uciekanie pod łóżko, gdy się ubieram, też przeszło, bo nie boi się porwania do weta.

          na pewno pęcherz nie boli, bo się bawi kociczka hasając czy skacze z szafy.

          no a skoro dziś, jak od lat, okazała ten ogrom zainteresowania,
          nieprzemijającą miłość, fascynację absolutną na widok swej ukochanej śmieciary ze światełkami i szczotami do asfaltu, to ja domniemuję, że się udało.


          • magdolot Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 24.09.14, 00:29
            Prrrosz tak trzymać, Miłe Panie. Super, że odzyskałaś kontrolę nad sytuacją i jest coraz lepiej. Nikt nie zna Twojego W Zasadzie Tygrysa tak, jak Ty. Podbaj o siebie, Olgo, nie zapomnij. Życzę Nikusi pysznego skakania z szafy i defilady śmieciar zza pelargonii. :)
      • 8macek Re: Walczę o kociczkę, to mi ciężko 18.09.14, 00:45
        bardzo bym chciała obejrzeć dobrą komedię.
        sieć. legalnie. darmowo. bez rejesteracji.


        zajrzyj do siebie.

        tam znajdziesz co najmniej kilka linków do różnych portali typu "seans-online".
        bez rejestracji, bez ściągania na dysk i darmo.

        pozdrawiam.
    • ave.duce 3mka! 22.09.14, 11:11
      https://toolbar.cafemom.com/icons/good_luck.gif

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka