behemot17-13
25.06.17, 11:31
Na rowerze jeżdżę odkąd pamiętam, bo przygoda, bo poznawane miejsca i okolice, bo kontakt z ludźmi równie jak ja zakręconymi, bo wysiłek połączony z satysfakcją. Jeszcze kilka lat wstecz nie miałem problemu, by zaserwować sobie wycieczki w granicach 170 - 190 km w jeden dzień, oczywiście raz na jakiś czas. Lecz przyszły lata chude, gdzieś w mojej głowie zakotwiczyła się myśl, że lat przybywa, że nie wytrzymuje kark, nadgarstki i kolano, że pora pomyśleć o wygodnych bamboszkach. Tak tkwiłem w tym przekonaniu ostatnimi laty, popijając piwo w oparach mgły z papierosów ( wypalam niestety duże ilości tego świństwa) i tylko od czasu do czasu mknąłem naprzód, skracając sobie dystans do jak najkrótszego.
W tym roku nastąpił przełom w moim patrzeniu, znowu zacząłem myśleć pozytywnie, dam radę, przecież mogę robić to co robiłem i teraz, choć tuż tuż 57 krzyżyk na karku. Przecież nie mogę swojej pasji odstawić do lamusa tyko dlatego, bo latka lecą. Mam powody do satysfakcji, zacząłem od 116 km, potem podbiłem licznik do 122km, a wczoraj zafundowałem sobie wycieczkę do Ogrodzieńca i pokonałem 152 km, kark nie bolał, nadgarstki też nie i nawet o dziwo kolano dało se spokój z przypominaniem się.
Dlaczego Tu o moim heroizmie napisałem? Dlatego, że chcę się pochwalić, może. A może dlatego, że wiem, jestem przekonany, moje wypociny nie zostaną wyśmiane. Wena mnie dopadła i się rospisałem.