maakita
05.05.11, 11:39
Od kilku lat - odkąd dzieci są na świecie mam problem w relacjach z teściową. Miałyśmy kilka spięć parę lat temu, ale od dawna jest już spokój, między innymi dzięki mojej pracy nad sobą. Jednak w relacjach z nią nie ma serdeczności, kontakty są sztuczne, trudne, choć poprawne - tak bym je nazwała. Dzieci są wobec niej w porządku, choć niestety o wiele więcej ciepła okazują moim rodzicom. Mnie teściowa strasznie irytuje. Jest to osoba, z którą pewnie nigdy bym nie zawiązała bliższych relacji gdyby nie to że nas życie połączyło. Nie rozumiem jej postawy życiowej, podejścia do wielu spraw, ale tym się nie przejmuję i nie wpływa to na nasze stosunki. Wpływa niestety na nie jej stosunek do dzieci, do mnie jako matki. Niby nie mówi nic przerażającego, nie krytykuje wprost. Ale kiedy przyjdzie to zawsze coś usłyszę, np. ale oni nieznośni, jak u mnie byli to byli tacy grzeczni (byli z wizytą godzinną 2 tyg. wcześniej). Albo: no tak, matka wróciła to dziecko od razu inne, ze mną był taki ułożony. Ja nie wiem jak mam reagować. Próbowałam jej kiedyś tłumaczyć, że dzieci przecież zachowanie zmieniają wielokrotnie w ciągu dnia, że przy nas też są raz grzeczne raz niegrzeczne. Ona potem żali się mężowi że ją krykuję, jej zdaniem nie mam prawa nic jej powiedzieć - ona swoje dzieci wychowała, a ja jeszcze ani jednego - dopiero zaczynam. Jednym z dzieci opiekowała się kiedy pracowałam jakiś czas temu. Wtedy to rozumiała bo sama to odczuwała. Przestała sie opiekować i wiedza wyparowała, znowu mówi to samo. Nie jest z nią możliwa żadna rozmowa o dzieciach bo podważa to co mówimy, np. mąż mówi, że syn się ostatnio zmienił, że częściej płacze. Ona mówi: przecież wcale nie płacze. Widzi dzieci rzadko, raz na tydzień, raz na dwa. Dlaczego nie może nam zaufać tylko musi zaprzeczyć. Przecież mąż nie mówi że on cały czas płacze, tylko że częściej, w określonych sytuacjach. Teściowa mówi też, że ja te dzieci zmieniam, że jak mnie nie ma to one do niej lgną, a jak jestem to nie. Ponieważ to się ciągle powtarza, to mam ochotę na nią nawrzeszczeć, nie mogę tego słuchać po prostu. Ale tego nie robię z uwagi na dzieci i męża - w środku się gotuję. Jaki ona ma cel, po co to w ogóle mówi? Jak ja mam reagować? Nie rozumiem tej kobiety i jej nie lubię. Mieszkamy bardzo blisko siebie i chciałabym, żeby to się jakoś ułożyło. Jak to zrobić, jeśli normalna dyskusja jest niemożliwa (teściowa ją ucina tekstem - co ty wiesz o życiu itp.). Z mężem rozmawiałam na ten temat milon razy - on z matką też. Twierdzi, że doskonale mnie rozumie, ale ona się nie zmieni i to ja powinnam wykazać się dobrą wolą i dostosować się do niej. Nie zwracać uwagi, nie próbować tłumaczyć. Czy tak faktycznie powinnam zrobić? Z własnymi rodzicami zawsze rozmawiam, dyskutuję. Mamy bardzo dobre, otwarte relacje, zawsze tak było. Teściowa ze swoimi dziećmi żyje w zakłamaniu, obłudzie - tak ja uważam. Ona im wielu rzeczy nie mówi, a oni jej. Dodam jeszcze, że teść jest zupełnie inną osobą, właśnie otwartą i taką zwyczajną. Ale jest przez nią stłamszony, nie miesza się w życie rodzinne.