marooska
20.10.25, 09:51
Wygadać się chcialam tylko, ech...
100 razy juz pisalam, że jestem sama na świecie. Sama, bo wiem, że dla nikogo nie jestem na 1 miejscu zainteresowania. Mam dobrych znajomych, płci obojga, ale wiem też i rozumiem, że moje problemy i moje radości są na entym miejscu po szkolnych perypetiach dzieci, nowej pracy męża, podologiem teściowej a nawet psem u weterynarza. Staram się nikomu nie narzucać, za wszelkie przysługi i kontakt w ogóle rewanżuję się 2x mocniej. Na mężach się nie znam, ale dzieci cudze zabawiam, jestem "ciocia w - wyjazdy, wypadki, inne okoliczności wszelakie", umawiam znajome podolożki i ganiam z cudzymi psami do weterynarza.
A w temacie... Poznałam kogoś w trakcie leczenia. Faceta bezdzietnego po stracie żony(mimęlo kilka lat, nie świeżego). Był ze mną w chorobie, sam chciał, pomogł mi wyłącznie dobrym słowem, ale sporo wtedy przegadaliśmy, bo tego potrzebowałam. Nigdy nie naciskalam na te rozmowy, ale wiedziałam, że mogę zadzwonić, umówić się, pogadać. Codzienność w chorobie ogarniałam sama, nigdy nie poprosilam o taką pomoc fizyczną. W jego typie nie byłam, zresztą on wtedy również nie szukał nikogo. Wydawało mi się, że znalazlam b.bliską osobę. Może nawet przyjaciela.
Dwa lata temu przeprowadził się na drugi koniec Polski w związku z awansem. Od tego czasu raz gadalismy przez telefon i wysyłaliśmy sobie życzenia na święta oraz imieniny. Na moje, latem, już życzeń nie dostałam. Na jego, 2 dni temu jedna odpowiedź "dziękuję". Próbowałam pociągnąć temat, coś w stylu "Właśnie się przeprowadziłam, bardzo się cieszę" i kilka innych nowości. Przeczytał i cisza.
Smutno mi, bo to kolejna osoba, która byla mi bliska i która mnie po jakiś czasie kompletnie olewa. Przyjęłabym każdą wiadomość i szczerze się ucieszyła- układam sobie życie/poznałem kogoś. A tu nic. Cisza