nielekkoscbytu
24.03.13, 14:30
Jestem dorosła, mężata i dzieciata. I zmęczona życiem.
Rodzina mojego pochodzenia jest dysfunkcyjna. Moje małżeństwo nie jest szczęśliwe - oboje z mężem na to ciężko zapracowalismy.
Mam 2 dzieci, które bardzo kocham. To one sa moją głowna motywacją do zmiany. To dla nich poszlam na terapię i owszem, są efekty - powolne. Terapia jest tez w pewnym sensie srodkiem przeciwbólowym i iluzją - że się uratuję, ze moja bajka będzie miała szczęśliwe zakończenie. A ja w to nie wierzę. Pod jednym problemem lezy drugi, mam wrazenie ze zycia mi nie starczy, zeby to uporzadkować. Widze, ze choc się staram (i zmieniać i kontrolować), matką jestem co najwyzej mniej toksyczną od swojej, ale daleko mi to tego, jaka chciałabym być.
Mam żal, ze wyciagnelam taki a nie inny los, choc patrząc z boku - grzeszę skarżąc się. Z wierzchu wszystko wyglada nieźle. A może nie tylko z wierzchu, tylko ja nie potrafię docenić tego co mam?
Moje życie staje się czekaniem na wybawienie, jakie przyniesie śmierć. Brakuje mi nadzieji...