Dodaj do ulubionych

Nad czym pracować na terapii?

08.12.13, 12:31
Zaczynam terapię, chciałam i ucieszyłam się z takiej możliwości bo generalnie jestem kłębkiem problemów i złych nawyków i rodzina ze śmiechem ale jednak mnie non-stop koryguje. Ale, hmmm... zaskoczyło mnie pierwsze pytanie psychologa. Czy sama czuję się ze sobą dobrze? Bez namysłu odpowiedziałam, że tak. Czy chciałabym coś w sobie zmienić? Zamilkłam bo nie wiedziałam co odpowiedzieć. Wydaje mi się, że całę życie próbuję być lepszym człowiekiem, zmieniać się. Tu i teraz, na chwilę obecną czuję się dobrze sama ze sobą, niespecjalnie coś chcę w sobie zasadniczo zmieniać, a jeżeli juz to prawie wszystko i to bez przekonania, raczej nie dla siebie ale dlatego, żeby mężowi było ze mną łatwiej, ( często narzeka, marudzi, że wszystko robię inaczej niż on) bo sama wypracowałam sobie zadowolenie z życia takiego jakie mam i jestem szczęśliwa.
Oczywiście mogłabym np popracować serio nad swoją otyłością i objadaniem się, nad samodyscypliną (nie uprawiam żadnego sportu poza okazjonalnymi spacerami z psem), nad tym, że czasami np wypożyczam niemal sto książek z biblioteki i czytam dziesięć na raz itp
Ale z drugiej strony moje zdrowie niespecjalnie jest dla mnie ważne, wyglądam ok i podobam się sobie, zamiast biegać po lesie wolę posiedzieć z książką na kanapie, mam co robic, mam dobry nastrój, mam swoje małe sukcesy, radości, przyjaciół, kontakty towarzyskie. Właściwie niczego mi do szczęścia nie potrzeba, nauczyłam się sama wychodzić wieczorami i w weekendy z domu, żeby dać troche przestrzeni partnerowi i nie zawracać głowy swoimi zainteresowaniami mężowi i dzieciom (choć czasami mi towarzyszą bo lubimy tez razem spędzać czas). Kiedyś robiliśmy latami zawsze i wszystko razem. Kiedyś umierałam z tęsknoty jak mąż wyjeżdżał do pracy i utrudniała mi ta tęsknota normalne funkcjonowanie ale jakoś ostatnio poradziłam sobie z nią i bez psychologa. Tęsknię, ale ogarniam to co trzeba, obowiązki, i zachowuję dobry humor, kiedyś bez męża wpadałam w depresję. Czy z powodu marudzenia męża, że nie wycieram zlewu do sucha, czy karmię psy przy stole (ucząc je żebrania) itp drobiazgów warto rozpoczynać terapię? Męża drażni nadmierna liczba książek w domu i ,cytuję, chaos jaki wprowadzam w dom i w życie (np chcąc częściej odwiedzać teściową, kupując trzeci płyn do kąpieli, nie chcąc wyrzucać ubrań, które są na mnie przyciasne lub które rzadko noszę). Może powinnam psychologowi powiedzieć, że mam 45 lat i pora wreszcie zacząć przypominać inne 45latki tzn nauczyć się być dojrzałą pania w średnim wieku i odpowiednim poważnym zachowaniem i wykorzenić z siebie wygłupiającą się dzidzię piernik ? Nie wiem. Zycie, małżeństwo, dzieci moje są ok. Warto niewątpliwie skorzystać z terapii, do doskonałości mi daleko aczkolwiek małż twierdzi, że generalny remont żony mu nie jest potrzebny (ale przecież czasami traci cierpliwość i denerwują go całkiem często, od ponad roku moje zachowania, moje chyba wady) Czy psycholog sam może stwierdzić co mi dolega i sam zasugerować nad czym będziemy pracować, co sama powinnam w sobie zmienić? Układy z matką i z teściową mam teraz wzorowe, dające dużo radości. Z mężem w sumie też. Z dziećmi. Psycholog zasugerował tzn zapytał delikatnie czy przypadkiem sama sobą nie jestem czasami zmęczona? :))) Mam wrażenie, że ta możliwość terapii przyszła do mnie za późno, wtedy kiedy największe problemy ze sobą i z rodziną zostały rozwiązane. Mam nadzieję, że na dobre, a nie tylko tymczasowo. Moja przyjaciółka, która rok chodziła prywatnie do psychologa stwierdziła, że każdy raz w roku dla higieny psychicznej powinien być przebadany przez takiego specjalistę, to jak obowiązkowa kontrolna wizyta u dentysty, jej ten rok pomógł i nie żałuje wydanych niemałych pieniędzy na terapię.
Obserwuj wątek
    • angazetka Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 12:42
      Ale czekaj, jesteś kłębkiem problemów czy jednak zadowoloną z siebie i swojego życia osobą? Zdecyduj się na coś ;)
      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 13:31
        Rodzina wytyka mi, że robię i mówię i myślę sprzeczne rzeczy i tu to pewnie wylazło. Kłębkiem problemów dlatego, że mamy w rodzinie obiektywne problemy typu starość, śmierć, choroby, niepełnosprawność, integracja, zwierzaki z ich chorobami etc, problemy z pracą męża, jego nieobecność w kluczowych dla dzieci chwilach, kredyty, finanse, długi, problemy zdrowotne babci, dziadka i dużo jeszcze tego :). Przejmuję się powyższym i pomagam jak umiem. Jestem nademocjonalna z natury, jak córka i jak moja mama ale też raczej to już trochę ogarnęłam. Rzadko bardzo płaczę. Ciągle od ponad roku coś wg męża robię nie tak, źle, jakieś w sumie pierdoły typu używanie stu dwudziestu kubków zamiast jednego jak on ale to wyjaśniliśmy. Naczynia u nas w domu zmywają się same:). Te problemy po prostu jak z karabinu maszynowego pojawiaja sie w naszym życiu same, losowe, losowo, niektóre sami stwarzamy pewnie, o to mi chodziło, jestem kłębkiem ZALECZONYCH I ROZWIĄZYWANYCH na bieżąco problemów i kryzysów własnych i rodzinnych. I zdecydowanie zadowoloną z życia i z siebie w sumie też (bo parę rzeczy wyszło fajnie np małżeństwo, dzieciaki, wychowanie niesprawnej córki na szczęśliwego czowieka, co było trudne, opieka nad umierającą prababcią, ogarnięcie hultajskich demonów husky) osobą.
        • a.nancy Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 11:54
          terapia nie pomoże na realne, konkretne problemy w rodzinie (z którymi zresztą nieźle sobie radzisz)
          rodzina ci wytyka? no to masz nad czym pracować - nad asertywnością i nieprzejmowaniem się opiniami innych :)
    • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 13:06
      Igge, jakos mi się tak od razu rzuciło w oczy, że wg Ciebie Ty sprawiasz innym problemy, dla nich poszłaś na terapię i dla nich chcesz się zmienić.
      I to jest temat na terapię.
      Czy zmniejszyłaś zależność emocjonalną od męża, żeby jemu było łatwiej czy dla siebie?
      Jakie jest Twoje poczucie wartości i co z Twoimi granicami?
      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 14:11
        Zmniejszyłąm zależność emocjonalną od męża znacząco i było to nie dla mnie tylko dla niego, on juz tego nie wytrzymywał, chciał mieć więcej przestrzeni, uwaga: nie w pracy (bo ma pół roku poza domem i w ciągłych wyjazdach, hotelach) tylko w domu. CHciał mieć więcej przestrzeni w swoim wolnym czasie w domu, wychodzić częściej i na dłużej na rower, do lasu pobiegać z psami, do kolegów, poczytać książki i gazety w spokoju po powrocie z pracy zamiast cały czas spędzać ze mną i na rzeczach przeze mnie wymyslonych. Chciał większość swojego wolnego czasu spędzać w domu, jest domatorem, ja nie. Chciał rzadziej mnie odwozić gdzieś, jechać gdzieś ze mną, zachwycać sie dokładnie tym samym co ja, słuchać muzyki z radia zet zamiast symfonii Szostakowicza, nie biegać w czwartki do Zachęty, posiedzieć sobie w domu i poukładać stosiki ubrań w szafie w bardziej wzorowo równiusieńkie rządki, nie latać do kina co tydzień i nie odwiedzać wszystkich moich znajomych razem (są koleżanki, które go nudzą). Zrobiłąm to dla niego bo mi było dobrze tak byc przylepionym i wszystko wspólnie robić, nawet odwozić dziecko do szkoły w dwójkę i razem chodzić na zebrania. Odidealizowałam obraz męża troszkę, urealniłam go i jakoś uwielbiać go bardziej rozsądnie. Teraz czasem żartuje sobie i jest odrobinkę zazdrosny o moje zajęcia i ludzi, z którymi spędzam czas poza domem. Myślę, że jest zdrowiej i normalniej i bardziej tak jak u innych, zamiast pełnej symbiozy :)). On co prawda protestuje przy zakupie 5 kremu (choć czwarty kupił mi sam:). Ale poza drobnymi spięciami docenia i zauważa tę swoją nową przestrzeń. Mi ta jego przestrzeń daje nieoczekiwaną wolność i siłę, teraz chcę być ładna i zadbana dla siebie nie dla niego, dla siebie też wychodzę z domu i dla siebie czasem udaje mi się przekonać córkę, żeby nie wychodziła ze mną na moje zajęcia. Czasem udaje mi się odbyć jakieś towarzyskie spotkanie też bez niej ale chyba nie za często bo ona lubi moich znajomych.
        Nie mam bladego pojęcia jakie jest moje poczucie wartości (chyba adekwatne do tego co robię i kim jestem, zadowalające znaczy się :)) i co z moimi granicami. Tzn granice lepiej zauważam, potrafię częściej oddzielić sprawy ode mnie zależne od niezależnych i to co mogę zmienić (swoje podejście do wszystkiego, swoje wewnętrzne przekonania, mniemania, uczucia, sądy, wady), od tego czego zmienic nie mogę (świat, rzeczywistość, inni ludzie, ich słowa, uczucia i podejście do wielu spraw). To chyba są te osławione granice, granice między tym co wewnętrzne a tym co zewnętrzne. Moja wewnetrzna, hmmm.. twierdza, mury. Właściwie nikt i nic nie jest w stanie zepsuć mi humoru i radości życia. A na pewno na dłużej niż na dwie minuty, szybciej sie regeneruję i odzyskuję uśmiech. Mam takie silne poczucie, że zniosłam już tak wiele, że nikt i nic nie jest w stanie mnie złamać i unieszczęśliwić. Że właściwie przeżyłam już ponad pół zycia szczęśliwie (przynajmniej ostatnie 24 lata) i każdy kolejny dzień to bonus, to jak wygrana w totka. Tyle frajdy można mieć z życia, tyle drobiazgów cieszy. Nawet jakby jutro miał mnie przejechać samochód to i tak swoje przeżyłąm, miałam dobre życie. Umrę w harmonii i w spokoju.(ale oczywiście nie obrażę się jak los oszczędzi mi kolejnego i poważnego wypadku samochodowego :))) Pozdr Pade i dziękuję serdecznie za Twoje mądre rady.
        • lassgard Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 16:25
          nie jestem ekspertem tylko starszym czlowiekiem, ktory wiekszosc zycia ma juz za soba.
          jak dla mnie twoj ostatni wpis jest piekny, jego piekno polega na zdobytej swiadomosci wlasnego bytu, wlasnych potrzeb, oceny wlasnej roli w rodzinie.
          mam jednak malenkie "ale". w swoich wypowiedziach koncentrujesz sie z luboscia na drobiazgach, wynosisz je na piedestal, gloryfikujesz ich znaczenie. na kopczyku uskladanych drobiazgow o nieprawdopodobnym dla ciebie znaczeniu zasiadasz ty niczym na tronie wlasnych mozliwosci i rozstrzasasz swoje "ja". kazdy ruch, kazda twoja decyzja nie jest spontaniczna, jest nieustannie analizowana.- czy zrobilam dobrze?- czy moglam lepiej?- co powiedza inni? - czy mnie zobacza taka jaka ja siebie widze?
          odnosze wrazenie, ze w natloku notorycznie zadawanych pytan i misternie dzierganych konkluzji juz dawno zostaly zgubione pierwotna intencja i rzeczywiste dzialanie. odnosze wrazenie, ze zyjesz nie po to by zyc lecz po to by analizowac kazdy wlasny ruch, kazde slowo. ale i tego malo. druga czesc czasu spedzasz na analizie reakcji otoczenia.
          tak nie mozna zyc!
          rada ode mnie, jesli mozna: mniej analizuj, zyj bardziej spontanicznie, mniej wagi przywiazuj do drobiazgow i z wiekszym dystansem traktuj sama siebie.
          wszystkiego dobrego!
          lassgard


          • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:09
            lassgard, dzięki, pozdrawiam. Sorry za to dzielenie włosa na czworo i analizy, nie chcę zgubic pierwotnej intencji i roztrząsać swoje "ja" zamiast działać, masz rację, za bardzo skupiam się na sobie.
            Przestaję już więc pisać bez końca i wnikać w swój związek, relacje, swoje życie.
            Szczerze, moją wadą jest nadmierna spontanicznośc i impulsywność, chciałabym bardzo umieć pomyśleć zanim coś zrobię, powiem, zdecyduję. Chciałabym umieć odmawiać sobie przyjemności. Nie planowałam zakładania tego wątku.
            Po raz pierwszy w życiu spotkałam sie z psychologiem. Jest miłym, rozsądnym, spokojnym i mądrym starszym człowiekiem. Mam do niego zaufanie. Chcę jak najlepiej wykorzystać jego i swój czas i wysiłek. To on zaproponował mi terapię, miała to być tylko pojedyncza wizyta.
            W sumie to jakiś zupełny przypadek, że trafiłam do psychologa i na terapię. Traktuję to jako szansę na rozwój i zamierzam potraktować poważnie choć do tej pory trochę pobłażliwie i lekceważąco odnosiłam się do psychologii. Wolę filozofię.
            Serdeczne pozdr
    • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 13:11
      I jeszcze jedno: Wydaje mi się, że całę życie próbuję być lepszym człowiekiem, zmieniać się.

      W jakim celu? Co Cię do tego skłoniło?
      • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 13:52
        Widzę dwa problemy. Jeden - to fakt, że jesteś zbyt grupa, nie dbasz o zdrowie i z tym jest Ci dobrze. To jest problem taki, jak alkoholizm - alkoholikowi może być bardzo dobrze z piciem, ale to nie znaczy, że trzeba mu przyklasnąć i powiedzieć "Najważniejsze, abyś był szczęśliwy, pij na zdrowie, skoro to lubisz". Zdecydowanie to jest problem, tyle, ze póki nie zaczniesz uważać tego za problem, to terapia nic nie da.
        Druga sprawa - to zachowanie. Uważam dużą część pretensji Twojego męża za absurdalne. Ale jedna wydaje sie być poważna - jesteś dorosłą kobietą, która zachowuje się trochę jak dziecko i mąż ma tego dosyć. Teraz pytanie - czy warto zmieniać takie zachowanie, próbować dorosnąć, mimo, ze samemu na dorastanie nie ma się ochoty? I tu trzeba sobie zadać pytanie - co jest ważniejsze - dobre samopoczucie czy związek? Czy warto zmieniać sie "dla kogoś"? Trudno powiedzieć, czy warto i czy to możliwe. Ale trzeba też pamiętać, że decydując sie na opcję "jest mi dobrze tak jak jest, więc nie widzę powodu do zmian", można spowodować że partner powie "mnie tak dobrze nie jest, chcę zmian, odchodzę". Tylko mam wrażenie, ze to nie jest sprawa na terapię.
        Innymi słowy - póki sama nie czujesz potrzeby zmiany, a tylko uważasz, ze powinnaś sie zmienić - terapia nic nie da.
        • lady-z-gaga Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 14:28
          10/10
          Verdano, chapeau bas
        • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 15:48
          Verdano, dzięki. Jak ta terapia nic nie da to przynajmniej nie będę za nią płacić, na prywatna nie byłoby mnie stać , a "mój" psycholog jest dobry i polecony, jakimś cudem udało mi się do niego dostać. Jakiś dobry anioł mi go zesłał i podejrzewam Swiętego Mikołaja, że maczał w tym palce. Traktuje to jako duży prezent pod choinkę i nie zamierzam marnować jego cennego czasu swoją beztroską. Podejdę do terapii na poważnie, nawet jeśli będzie to dla męża nie dla siebie. Odejście męża mi nie grozi, on z gatunku tych co to pierwsza w życiu nastoletnia miłość na całe życie i jego ojciec jest taki sam (a moja teściowa nie należy do łatwych kobiet). Zresztą gdyby kiedyś odszedł, miałby moje błogosławieństwo, żeby ułożyć sobie życie z kimś innym, łatwiejszym. Dam sobie radę sama. Jakoś nie boję się życia w pojedynkę, a kiedyś życie bez mojego męża straciłoby dla mnie cały smak i słodycz.
          Cieszę się całą przeszlością i teraźniejszością z nim, to daje siłę i spokój nawet jeśli nie mamy żadnej przyszłości przed sobą.
          Jak więc poważnie podejść do terapii?
          Po pierwsze zastanowię się czy nie zrezygnować z przyjemności jedzenia dla ćwiczenia silnej woli i panowania nad sobą i dla zmniejszenia mężowi kosztów odżywiania moich (hmm... podobno mąż jakiejś znanej aktorki powiedział do niej z wyrzutem w wywiadzie telewizyjnym : "Gdybyś tyle nie jadła to byśmy do czegoś w życiu doszli! " . A znowu koleżanka także nienajszczuplejsza każdy kolejny kęs poprzedza samousprawiedliwieniem pt "ziemia i tak wszystko wyciągnie" :))
          Ale wydaje mi się terapia uzależnienia od jedzenia jest jakoś hmm... niepoważna:(
          Co do drugiej sprawy czyli ewentualnej prośby to psychologa, żeby pomógł mi dojrzeć i dorosnąć wewnętrznie/zewnętrznie (choć w środku czuje sie jednocześnie dzieckiem ale i 100letnią pomarszczoną staruszką zarazem, nie boję sie starości) to z przyjemnością zrobię to dla męża. Ewentualnie dla siebie bo to ciekawe i ekscytujące jak to jest być dojrzalszą niż jestem obecnie. Tyle rzeczy jest fajne w dojrzałości, można wieść poukładane, niezwariowane, wartościowe i głębokie życie nie wkurzając rodziny psikusami i nie prowokując męża, nie testując podświadomie jego cierpliwości. Można bezkarnie kupować sobie droższe kremy bo ma się nareszcie zmarszczki i delektować się gładkością skóry po zaaplikowaniu warstwy wygładzającego serum lub bazy pod makeup. Można w ogóle lepiej robić tysiąc rzeczy bo podstawowe obowiązki ma się już w życiu odbębnione (aczkolwiek za chwilę wylądują mi dziadkowie w domu do opieki, też są skubani dojrzali mocno :)).
          Także dzięki Verdano za podpowiedź, lubię Twoje posty o wychowaniu dzieci, i w środę u psychologa zaanonsuję, że chcę dojrzeć, zestarzeć się wewnętrznie i dorosnąć. Będę sie na starość zmieniać, to takie ludzkie. :) I całkiem fajnie robić to nie tylko dla siebie ale dla kogoś. Lubię dawać a otrzymałam juz od życia i od męża w szczególności bardzo wiele.
          On biedak nie dopuszcza myśli o rozwodzie i jeszcze kolejnych 20 lat nie dopuści i będzie się hipotetycznie męczył z niedojrzałą żoną. Chcę być warta jego miłości albo jego przyjaźni i opieki, troskliwości. Dobrze chociaż, że już nie jest taki idealny nareszcie bo ciężko żyć z kimś kto jest skończonym ideałem i ma charakter ze złota jakoś tak naturalnie bez pracy nad sobą! To wręcz niesprawiedliwe, człek stara się likwidować swoje wady całe życie a obok ktoś i tak ma ich o połowe mniej albo wcale nie ma. dzięki Verdano pozdr.
          • tully.makker rzyg 10.12.13, 17:07
            > Verdano, dzięki. Jak ta terapia nic nie da to przynajmniej nie będę za nią płac
            > ić, na prywatna nie byłoby mnie stać , a "mój" psycholog jest dobry i polecony,
            > jakimś cudem udało mi się do niego dostać. Jakiś dobry anioł mi go zesłał i po
            > dejrzewam Swiętego Mikołaja, że maczał w tym palce.

            Mysle sobie np o kobietach z mojej grupy wsparcia, ofiarach przemocy, czekajacych , niektore juz latami, na bezplatna terapie, choc sytuacja, w tym stan psychioczny wielu z nich, mozna okreslic jako zwyczajnie tragiczny.

            Jak dziala nas system, ze infantylna, baba, ktora musi sobie wymyslac problemy, moze otrzymac wsparcie psychologiczne, a ci naprawde potrzebujacy nie moga sie go doczekac - no, moze w miedzyczase popelnia samobojstwo, trafia do psychiatryka, albo zniszcza zycie swoim dzieciom.

            Gdybys miala choc cien zamiaru bycia lepszym czlowiekiem, to zwolnilabys miejsce na terapii osobie naprawde potrzebujacej.
            • pade Re: rzyg 10.12.13, 17:30
              Ona nie chodzi na terapię dla ofiar przemocy.
              Nie rozumiem, po co ta ogromna agresja.
              • tully.makker Re: rzyg 11.12.13, 09:19
                Ludzi w powaznej sytuacji zyciowej, nie tylko ofiar przemocy, czekajacych na terapie na ktora nie moga sobie pozwolic, jest w tym miescie dziesiatki tysiecy. ja odnioslam sie do osob ktorych problemy znam az za dobrze, i z ktorymi moge sie utozsamic, ale imie ich legion.

                Ciekawe, czy terapia jest w stanie wyleczyc infantylne, wlasciwe malym dzieciom , skupienie sie na wlasnej osobie i brak - nie tylko odpowiedzialnosci, ale zwyczajnej przyzwoitosci.
                • pade Re: rzyg 11.12.13, 09:35
                  Czyli jak ktoś niedojrzały emocjonalnie chce z terapii skorzystać i wskazania są, inaczej terapeuta nie proponowałby kolejnych spotkań, to przyzwoitość powinna mu nakazać rezygnację z terapii, bo "inni" są w gorszym stanie, tak?

                  Tully, sam fakt, że oceniasz inną osobę i to w tak brutalny sposób, świadczy o tym, że duzo pracy przed Tobą.
                • noname2002 Re: rzyg 11.12.13, 09:50
                  Ciekawe, czy terapia jest w stanie wyleczyc infantylne, wlasciwe malym dzieciom
                  > , skupienie sie na wlasnej osobie i brak - nie tylko odpowiedzialnosci, ale zw
                  > yczajnej przyzwoitosci.

                  Tully, jak tam rozstanie z partnerem "przemocowcem"? Nie możesz iść na terapię, bo masz małe dziecko, więc nie możesz oczywiście bez tej terapii się rozstać z rzekomym przemocowcem, za to możesz na forum grać biedną, pokrzywdzoną ofiarę przemocy. Twoje wypowiedzi na forum "macochy" pokazują, że partner Ci się zwyczajnie znudził(ale po co rezygnować z drugiej pensji i pomocy przy dzieciach?). I kto tu jest skupionym na sobie egoistą?
                  • tully.makker Re: rzyg 13.12.13, 10:58
                    Nietrafione.
                    Chodze na grupe wsparcia i na terapia dla ofiar przemocy i tam miedzy inymi nauczylam sie, zeby miec w dooopie takie teksty.
                    • noname2002 Re: rzyg 13.12.13, 12:00
                      Taaak, na grupe wsparcia gdzie chodzą osoby latami czekające na pierwszą wizytę u psychologa z NFZ-tu...a nad nimi latają jednorożce...
                      Popatrz a na spotkania z grupą wsparcia możesz chodzić i nie kłóci się to z byciem matką?
            • igge Re: Tully 13.12.13, 14:54
              tully, nie wiedziałm, że na psychologa z NFZ czeka się latami :(
              W trakcie naszej terapii, ktoś chciał sie umówić na wizytę i terapeuta zaproponował wpisanie sie na liste oczekujących, stąd wiem, że mialam, nie wiem "szczęście", że np trafiłam akurat na jego okienko, może akurat ktoś zakończył terapię. Wcześniej do innej pani przez prawie rok nie udawało mi sie dostac bo była chora albo na urlopie i nikt nawet niepofatygował sie, żeby odwołac pacjentów a możliwości zapisania w rejestracji nie było i drzwi zamkniete, na kolejny termin trzeba było przyjeżdżać od nowa i liczyc na łut szczęścia, że się kogoś zastanie w gabinecie i że ktoś zechce kazać poczekać aż skończy sie spotkanie i zapisać na te nieszczęsną kolejke na liście oczekujących.
              Poza tym Tully każdy patrzy na włąsne problemy, smiem być tak bezczelna, wybacz, by powiedzieć, ze nie mam ich mniejszych od Ciebie. Korzystałam kiedys wiele lat z prywatnej slużby zdrowia i rehabilitacji i myślę, że mam prawo skorzystać z państwowej służby zdrowia skoro jestem ubezpieczona. Nie nalegaląm na terapię, zapytałąm sie tylko czy może byc pomocna w leczeniu np depresji, a zapobieganiu jej nawrotowi. Nie miałam parcia na bezskuteczne i bezsensowne jeżdżenie do kogoś i logistykę związaną z córką, boję się jeździć autem a muszę sporo dojechać i szkoda kasy na benzynę, a autobusem musiałabym juz angażować opiekę do córki, co nie zawsze jest mozliwe. Wpółczuje Ci przemocowego męża i rozumiem, że idealnie altruistycznie byłoby oddać moje miejsce na terapii bardziej potrzebującym. Nie wątpię, że są tacy. Może to egoistyczne ale chcę spróbować i chcieć czegoś czego do tej pory nie chciałąm albo nie mialam możliwości. Co prawda na razie bardziej wierzę w skuteczność stoicyzmu.
              Całe życie od dziecka angażowałam sie w różne formy pomocy innym, wolontariat w domach dziecka, sprzątanie u samotnych staruszek etc Potem lata spędziłam opiekując sie córką i babcią, dziesiątkami bezdomnych zwierząt. Wydaje mi się, że teraz mając 45 lat mogę egoistycznie zająć się sobą i swoim mężem.
              • zuzi.1 Re: Tully 13.12.13, 16:29
                Oczywiscie igge, że masz prawo i nie przejmuj się innymi oczekującymi, oni tez mają prawo skorzystac i niech działają w tym celu, aby na terapię trafic, nie musisz się z tego tłumaczyc, każdy ma problemy na własną miarę i okrutne jest nazywanie tych czyichś problemów nieważnymi, nieważne to one mogą byc dla osoby trzeciej, postronnej, patrzącej z boku, ale dla osoby doświadczającej tych swoich problemów są one ważne i męczące i działanie w celu ich zniwelowania jest jak najbardziej ok. Bo leczyc się mogą nie tylko te osoby, które są chore na raka, ale również te, które mają kurzajki na rękach, każda z tych osób ma prawo uzyskac fachową pomóc, mimo, że waga obu problemów jest rzeczywiscie nieporównywalna...
      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 14:34
        Pade, skłoniło mnie do tego chyba chęć uszczęśliwiania mojego męża ale przede wszystkim niechęć do bycia podobną do swojej mamy:(. A i tak jestem do niej bardzo podobna :)))
        A moja córka do mnie :)))
        Miałam bardzo kiepskie dzieciństwo i chciałam byc inna, lepsza, być dobrą matką dla swoich dzieci przede wszystkim, dac im beztroskie szczęśliwe dzieciństwo... i to się w dużej mierze chyba udało ? To, żeby nie być podobną do swojej mamy, nie powielać jej błędów wychowawczych, nie krzyczeć, nie bić, nie wyzywać, nie być nonstop u koleżanek poza domem podczas gdy dziecko z przyklejonym nosem do szyby jej wypatrywało - to wszystko i dużo innych rzeczy i cech charakteru, sposobów funkcjonowania jako rodzic wymagało ode mnie wytężonej pracy nad soba i nad swoimi impulsywnymi zachowaniami, wymagało świadomej pracy nad swoimi reakcjami na sters bo automatycznie powielałąbym sposoby zachowania swojej mamy, a tego nie chciałąm i nie mogłam zrobic swoim dzieciom. Mój mąż miał łatwiej bo jego rodzice są generalnie spokojni i łagodni i nie włączali dzieci w swoje konflikty (o ile to w ogóle mozliwe) Ja byłam zastępczym partnerem mamy i chłopcem do bicia choć na pewno nie jest łątwo wychowywać dziecko w pojedynkę i jest wiele rzeczy za które szanuję i cenie moją matkę i juz nie buntuję się, że jestem do niej w jakiś sposób jednak podobna. Udało mi sie dzieciństwo moich dzieci uczynic zbliżonym do idealnego :)) oczywiście przesadzam, ale starałam się na maksa. I mój mąż był juz totalnie idealnym ojcem, a w końcu sama go wybrałam na ojca naszych dzieci.
        Czyli w skrócie: całę życie próbuję być innym i lepszym niż moja jedyna i ukochana mamusia (:))) człowiekiem (i mam jakieś tam mizerne ale znaczące dla mnie rezultaty) w celu nie schrzanienia dzieciństwa i nie pomieszania w życiu moim dzieciom. Ostatnio zaś skupiłam sie na potrzebach nie tylko dzieci ale i męża. A generalnie jestem jak zawsze twierdziła to moja mama jedynaczką egoistką i ośmielam się przy okazjii uszczęśliwiania dzieci i męża sama być też szczęśliwa bo leży to w moim interesie i walczę instynktownie o swoje szczęście zębami i pazurami.
        • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 14:47
          Czyli zmiana dla męża, dla dzieci...
          Gdzie w tym wszystkim jesteś Ty Igge?
          Bardzo chwalebna jest praca nad sobą w celu niepowielania błędów wychowawczych, nie chcesz być taka, jak Twoja mama...Rozumiem doskonale, ale jakim kosztem?
          Nadal też mam wrażenie, że zyjesz dla innych, że gdyby mąż podzielał Twoją chęć robienia wszystkiego razem, zaraz zrezygnowałabyś z tych wyjść i ochoczo została w domu, razem z nim.
          Czy robisz to co lubisz? Czy lubisz siebie? Akceptujesz siebie do końca, taką, jaka jesteś?



          Zadaję Ci te wszystkie pytania po to, byś sobie je przemyślała i omówiła z terapeutą, zwłaszcza, gdy przy którymś z tematów pojawi się jakaś emocja.
          Bo często jest tak, że rozumiemy problem, intelektualnie go sobie rozpracujemy, ale emocje przy nim się pojawiające tłumimy. Bo po co do tego wracać, było minęło, a ból dalej jest w nas i tkwi jak zadra. Warto wrócić do bolesnych wydarzeń, opłakać je, posmucić się, poczuć żal, tęsknotę i dopiero wtedy zamknąć za nimi drzwi.
          • noname2002 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 15:25
            No właśnie, kim byłaby Igge gdyby nie starała się być odwrotnością swojej mamy? albo nieuciążliwym partnerem swojego męża? albo supermamą?
            PS co jest złego w wypożyczaniu 100książek z biblioteki i czytaniu 10 na raz?!! sama tak robię
            • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 16:09
              Noname,
              książki leżące stosami na stole jadalnym albo na stoliczku do kawy przeszkadzają małżowi i burzą jego poczucie porządku i tego, że stó służy do jedzenia a nie głownie do czytania inotatek :)
              Mamy naprawdę bardzo dużo książek własnych, 9 regałów i jeszcze stosik na każdej szafce nocnej, nie wszystkie sa przeczytane i on chce ogarnąć ten przeszkadzający mu chaos książkowo-papierowy w domu. Nie cierpi też płacić złotówki a nie daj Boże 5 zł kary, a rzadko ale się to mi zdarza (i uważam, że kasa idzie na szczytny cel bo za nia biblioteka kupuje nowe książki). U jego rodziców są ksiązki w jednym pokoju, może w dwóch ustawione porządnie na regale (wychowawczyni mojej córy ma nawet książki poukładane kolorami (sic!)i wielkością i tez pochłania książki w ilościach hurtowych, czyli tak można)
              On tez duuuużo czyta ale nigdy kilka książek naraz i najpierw czyta te własne zakupione a nie te z biblioteki. Myślę, że świat by sie nie zawalił gdybym umiała wypożyczyc 1 ksiązkę tylko i po przeczytaniu wypożyczyć drugą, a nie osiem naraz. Ostatnio tak nawet zrobiłam ale nie mogłam się powstrzymać i przeczytałam całą jednego dnia i w nocy i zaraz następnego dnia oddałam do biblioteki. Mąż zachęcał mnie do wzięcia tej właśnie książki jako pierwszej do lektury ale potem był niemiło zaskoczony, że zamiast 50 stron przeczytałam 400 za jednym zamachem, rezygnując z wieczornego oglądania z nim i z córką w łóżku ich ulubionego programu telewizyjnego na kompie.
              • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:55
                A to jest problem męża, nie Twój, naprawdę. Ktoś, kto uważa książki za chaos i woli porządek od książek nie powinien stawać się wzorem, a cel, jaki chce osiągnąć nie powinien być Twoim celem. Ja bym skupiła sie raczej na tym, dlaczego uważasz, że w Waszym wspólnym domu powinno byc tak, jak lubi mąż, a nie tak, jak lubisz Ty. Po raz kolejny mąż występuje tu w roli nie Twojego partnera, ale rodzica, który ma prawo wymagać dostosowanie się we własnym domu niepełnoletniego dziecka. I który wyznacza właściwą lekturę i kolejność czytania. Takie zachowanie jest toksyczne nawet w wydaniu rodzica, a w wydaniu męża - nie do przyjęcia.
              • noname2002 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 18:29
                Igge, chyba jesteś moją siostrą bliźniaczką ;-) jak można czytać po 50 stron jeśli się trafi na fascynującą książkę?!! to oczywiste, że się pochłania 400stron na raz(a reszta świata niech się do człowieka wtedy nie zbliża ;-))
                I też mam masę książek własnych, ale fakt, poukładane(bo porządkowanie książek jest bardzo przyjemne, zawsze się znajdzie coś ciekawego czego się dawno nie czytało).
                Problem jest raczej w mężu, któremu najwyraźniej wszystko w Tobie przeszkadza albo tak jak Verdana zauważyła w Twoim podejściu do męża- jak do ojca który decyduje co masz czytać, w jakich ilościach itd.
          • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 15:52
            Pade, Ty jakoś podobne pytania zadajesz do tego psychologa właśnie
          • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 16:51
            Pade, nie zrezygnowałąbym już z tych wyjść. Stały się dla mnie bardzo ważne. Nie tylko towarzysko ale także hmmm duchowo, są ważnym skłądnikiem mojego obecnego błogostanu.
            Wcale nie żyję tylko dla innych. Troska o córkę daje mi wiele radości, to taki mały wesoły inteligentny, urodziwy mój krytyk i kontestator. Choć już nie moge mieć kolejnego małęgo dziecka, wiele frajdy daje mi towarzyszenie nastolatkom w rozwoju.
            Nie zostałąbym ochoczo z mężem w domu rezygnując z zajęć swoich przyjemności. Raczej z trudem przyszło mi ale teraz to już bułka z masłem zaprzestanie ciągania jego i dzieci wspólnego na te zajęcia. Chciałam by zobaczyły w nich wielką wartość i piękno jakie w nich ja widzę. Teraz chcę już nawet sama tam chodzić ale np córka lubi też wyjść ze mną, syn już nie. Mąż jak jest zła pogoda zgadza się być kierowcą. Sam nie partycypuje w zajęciach, nudzą go i wiążą sie z dodatkowym kosztem w naszym budżecie na benzynę, są daleko, na kawę na mieście. Ale ciepło choć żartobliwie wyraża sie o prowadzącym i innych uczestnikach, z bezradnością i z uśmiechem patrzy jak córka wciąga sie w te same zajęcia co mama.
            Robię to co lubię. Lubię siebie. Nie akceptuję tak zupełnie siebie do końca, taką jaką jestem bo bywam nieobowiązkowa, leniwa, zdarza mi się stracić panowanie nad sobą i wykrzyczeć coś mężowi, czego później żałuję. Emocje są złym doradcą, człowiek zanim coś zrobi powinien obdarzyć to refleksją, a mam z tym czasem kłopoty.
            Nie chcę być taka jak moja mama i jakim kosztem, kosztem takiego a nie innego ułożenia sobie życia, rezygnacji z pracy zawodowej, bycia dyspozycyjną dla męża i dla dzieci całą dobę. Nie umiałąm stworzyć sobie granic bycia matką, nie wiem czy żoną. Chciałam i miałąm zawsze czas dla dzieci, spędziłąm z nimi aż za dużo czasu ale tak chciałam i nie było to tylko dla nich ale dla mnie samej dały one i mąż mi mnóstwo radości szczęścia. Moją podstawową potrzebą z dzieciństwa, niezaspokojoną chyba, była miłość matki i obecność w moim dorastaniu ojca. Wiem, że to chore i że tak nie powinno byc i teoretycznie żaden partner nie da Ci tego czego nie dali rodzice ale akurat moj partner dał mi niechcący tyle miłości przez ćwierć wieku co żadne z moich rodziców nie dało mi przenigdy, nasycił mnie uczuciem, akceptacją, troską, swoją obecnością przy mnie w trudnych chwilach. Będę mu za to wdzięczna bezgranicznie do końca życia, myślę, że z kimś innym miałby łatwiejsze dużo życie, ze mną nigdy nie dane było mu się nudzić. Przez moją matkę a może dzięki niej przyssałam się do partnera, na którego może gdyby nie moja matka i brak ojca nie zwróciłąbym uwagi, do kogoś kogo określic trzeba mianem bezgranicznego dobra, miłości, cierpliwości etc
            To mi było w życiu najbardziej potrzebne, taki podstawowy brak w sobie nieświadomie miałam i coż, pewnie z nikim innym nie byłabym tak szczęśliwa jak z osobą, która ten brak ciepła wypełniła swoją bezgraniczną czułością. To przez tyle lat musiało byc ciężkie dla mojego męża, świadomie bym mu czegoś takiego nie zrobiła, ale stało się. Teraz mogę byc tylko wdzięczna i starać się, żeby te lata, które są/nie są przed nami uczynić jak najszczęśliwszymi dla niego i dlatego choc mi jest dobrze podejmę się tej terapii i skupie się na tych rzeczach, które byc może nie mnie ale mojego męża uwierają. Pierwsze to ta przestrzeń dla niego. Kolejne może podpowie mi psycholog. Ja pade naprawdę jestem szczęśliwa ale chce mieć pewność, że on jest szczęśliwy, nawet jeśli, co możliwe, choć czemu niby zaprzecza, przestał mnie już te półtora roku temu kochać. Może to cud że ta miłość nie wypaliła się w nim wcześniej. Nie było mu ze mną łatwo. Teraz jestem dużo łatwiejsza w koegzystencji niż kiedyś. Ja mu nawet nie dawałam kiedyś możliwości porządnego wyspania się w nocy przed pracą bo w nocy najlepiej mi się z nim roztrząsało przeróżne problemy.
            Nie żyję dla innych, a przynajmniej nie żyję bardziej dla innych niz czyni to mój mąż.
            • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:44
              igge ale czytanie ksiażek po kilka naraz to zaden problem, sama tak robię, bo tak lubie;) trzymaj książki w przestrzeni należacej do Ciebie, żeby nikomu nie przeszkadzały i wówczas nikt nie powinien miec do Ciebie pretensji i pilnuj terminów. Może powinnas wybrac się do tego psychologa także z męzem, przynajmniej kilka razy, może wówczas łatwiej Ci będzie dotrzec do jego potrzeb i do swoich także. Nie można życia wiesc pod męża potrzeby, każdy powinien spełniac swoje, brac pod uwagę potrzeby innych i je szanowac, ale nie zyc tak, jak komuś innemu to pasuje. Igge, spełniaj się sama ale tak, aby nie byc mocno uciązliwą dla innych.
            • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:51
              Brawo Igge:) To, że nie zrezygnowałabyś, że sama masz już własną przestrzeń, świadczy o tym, że dojrzałaś. Może to bolesne doświadczenie sprzed 1,5 roku było Ci właśnie do tego potrzebne?
              W naszym życiu dzieją się różne rzeczy i od nas zależy jak je interpretujemy. Dla jednych to będzie przeznaczenie, fatum, dla innych lekcja, po prostu życiowa lekcja.
              W tym wszystkim co piszesz jedna rzecz mnie uwiera, boli nawet. Piszesz o sobie, jak o kimś mało wartościowym, takim do naprawy. Piękne jest to, że dajesz, dzielisz się z innymi sobą, Twoją miłością, ale tez piękna jest ta Twoja dziecięca spontaniczność, otwartość. Warto w sobie pielęgnować wewnętrzne dziecko i Ty to robisz. Nie zmieniaj tego. Jedyne nad czym warto popracować, to przekonania o świecie, oczekiwania wobec innych, własna odpowiedzialność za podejmowane decyzje, adekwatne reakcje i zachowania. Ale w życiu nie polecałabym nikomu być mniej spontanicznym czy radosnym, bo to już nie ten wiek. To nieprawda!
              • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:54
                aa i jeszcze, bardzo mi zgrzyta takie stwierdzenie przebijące z Twoich wypowiedzi: jestem gorsza niż mój mąż ideał...
                Nie ma takiej opcji! Jesteś wartością samą w sobie. Jesteś dobrą i wartościową osobą. Może i naiwną czasem:) ale nie jesteś gorsza od swojego męża. Jak możesz się tak w ogóle porównywać?
                • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 17:56
                  A mnie zgrzyta, ze uznajesz męża za kogoś, kto ma prawo decydować o tym, co Ty robisz, co czytasz. To Twój mąż, nie wychowawca.
                  • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 18:06
                    Wydaje mi się, że raczej on zgłasza, że mu się coś niepodoba, do czego ma prawo, a Igge uważa, że musi to zmienić, dla niego, bo nie chce być uciążliwa, sprawiać klopot.
                    I takie stawianie sprawy jest moim zdaniem bardzo szkodliwe dla Igge. Bo czym innym jest powiedzenie: ok, to i to zmienię bo widzę, że Ci to sprawia kłopot, a dla mnie ta zmiana nie jest czymś przykrym, mogę to zrobić w zgodzie ze sobą, a czym innym jest dostosowywanie się do partnera w każdej, sprawiającej mu trudność kwestii.
                    • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 18:17
                      Może zgłaszać, ze nie podoba mu się nieporządek. Ale już pretensje, ze żona czyta kilka książek na raz są co najmniej dziwne - facet nie jest od tego, aby pilnować co, kiedy i jak żona czyta. Facet ma tendencje do traktowania żony jak dziecka. I to jest problem - Autorka chciałaby się dla niego zmienić, a jednocześnie stać sie dorosła. A mąż jednocześnie chce niby tej dorosłości, ale spycha Igge na pozycję dziecka. Więc terapia, po której Autorka stałaby się dojrzalsza - co w teorii ma odpowiadać jej mężowi - na 99% wywoła w domu rewolucję. Bo facet także musiałby sie nauczyć, aby traktować ją jak dorosłą, a wydaje się, że doskonale czuje się wychowując żonę.
                      Zastanawiam się, czy terapia rodzinna nie byłaby tu jedynym rozwiązaniem.
                      • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 18:34
                        Wystarczy, że zacznie stawiać granice i nie będzie się tego bać, nie będzie się czuła winna z powodu tego, ze je stawia. A do tego ona sama musi dojrzeć i tego chcieć.
                        • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:07
                          Nie rozumiesz - jak dojrzeje, to zaburzy to sytuację w rodzinie. Mąż jest przyzwyczajony traktować żonę jak dziecko, jest przyzwyczajony, ze ona się liczy z jego zdaniem. Autorka zacznie stawiać granice i niezależnie, czy będzie sie czuła winna czy nie - facet może tego nie zaakceptować. I trudno sie dziwić, bo po 25 latach małżeństwa zmiana ról może doprowadzić do rozpadu związku, a nie o to Igge przecież chodzi! Przeciwnie.
                          • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:40
                            Rozumiem, rozumiem:)
                            To się odzwyczai, albo nawet zakocha na nowo. Już tak nie strasz dziewczyny, bo z tego co piszesz wynika, że lepiej, żeby nie dojrzewała:)
                            Skoro akceptował dotychczasowe zachowania, wyszarpał sobie własną przestrzeń co łatwe nie było, przeszkodzi mu nagle dojrzałość żony? Pamiętam doskonale wątek Igge, w którym pisała, że usłyszała od męża, że już jej chyba nie kocha. Dlatego śmiem mieć nadzieję, że mąż po chwilowym buncie będzie wręcz zadowolony ze zmian. Igge też.
                            • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:45
                              Wiesz, nie sądzę. Problem w tym, ze Autorka chce sie zmienić, aby być lepszą żoną i aby w jej związku lepiej sie działo. W takim wypadku zmiana jednej tylko osoby to strzał w stopę - jeśli taki ma być cel terapii, to lepsza jest terapia małżeńska. Nie jest bowiem powiedziane, że mąż sie odzwyczai albo zakocha na nowo. Możliwy jest też scenariusz, ze sie nie przyzwyczai i z tym trzeba sie liczyć.
                              Małżeństwo to jest bardzo wyraźnie oparte na relacjach rodzic-dziecko i podejrzewam, ze mężowi jest z tym dobrze, skoro tak bardzo wcielił się w rolę. Jest bardziej niż prawdopodobne, ze mąż chciałby, aby Igge była samodzielna tam, gdzie to jest dla niego wygodne - nie wymagała jego obecności, jego wsparcia i równie prawdopodobne, że nie ma wcale ochoty rezygnować z wymagania od żony posłuszeństwa tam, gdzie to wygodne jest dla niego.
                              • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:48
                                Żaden rozsądny terapeuta nie zgodzi się na to, żeby pomagać pacjentce w zmianie dla dobra drugiej osoby. Nie na tym polega terapia.
                                Nie znamy jej wyników, więc po co krakać?
                                • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:50
                                  Krakać? Nie - skłonić do refleksji.
                                  • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:05
                                    Już ją terapeuta skłoni do refleksji:)
                                    Po to chyba zaproponował jej terapię.
                                    • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:07
                                      Mylisz się. Terapeuta nie musi dokładnie wiedzieć, że dziewczyna zmienia się, ponieważ jest w jakiś chorych relacjach z kontrolującym ja facetem, którego uznaje za wcieloną doskonałość.
                                      • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:54
                                        uhm, dobrze, niech Ci będzie, Ty masz rację:P
                                      • igge verdana 09.12.13, 12:06
                                        Wielce szanowna Verdano, oplułam ekran z radości śmiejąc się. Podsumowanie mojego małżeństwa jako "chorej relacji z kontrolującym facetem, którego uważam za wcieloną doskonałość" uważam za przepiękne :))))
                                        I jakże trafne w swoim pięknie. Taki rzeczywiście jest stan na dziś.
                                        Marnujesz się kobieto powinnaś pisać książki albo scenariusze filmowe, dialogi. Dzięki
            • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 18:13
              Jeszcze jedno Igge: czy Ty uważasz, że jesteś mężowi coś winna? Że musisz mu się odwdzięczyć za to, że Cię pokochał? Bo co? Bo nie zasługiwałaś na to?
              • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:51
                W zasadzie tak, pade. Uważam, że jestem mu coś winna, że muszę się odwdzięczyć i że jestem za niego odpowiedzialna, jak mały książę za oswojonego liska. i Nie, nie dlatego, że nie zasługiwałam na to. Nie zasługiwałam na pokochanie? Zasługiwałam na to bo byłam piękną roześmianą długonogą szczupłą zgrabną kochającą zwierzaki blondynką, którą wielu facetów zaczepiało na ulicy nie mówiąc o wakacjach i innych basenach etc Od 17 roku życia byłam w stałym związku i po pięciu latach tego dobrego związku zakochałam się nieoczekiwanie w szarym niepozornym nieśmiałym i delikatnym grubasku ze szkolnej, a raczej uczelnianej ławki, jakaś chemia czy co.
                To nie był mężczyzna wtedy, jak śmiały się koleżanki, to był zaledwie chłopiec, młodszy i niższy trochę ode mnie. Kręciło mi się w głowie jak odgarniał mi kosmyk włosów z czoła w tramwaju i właściwie nie mieliśmy o czym rozmawiać na początku.
                Nie czułam i nie czuję się nadal tak, że nie zasługiwałam i nie zasługuję na tę wieloletnią miłość i czułość. Ale on zawsze naprawdę wszystko robił tak jak chciałam. I to dla niego po zamieszkaniu ze mną zaskoczeniem była dziecinność niedojrzałość, moje nierozwiązane problemy z brakiem ojca, z chorym ojcem, moje konflikty z matką, moja wielka potrzeba bliskości, wręcz fizycznej bliskości skóra przy skórze, nawet przy siedzeniu na kanapie i oglądaniu telewizji. To wieczne tulenie się ale dzielnie tulił nonstop. On od początku lubił i podziwiał moją niezależność i dawał wolność i współuczestniczył we wszelkich obowiązkach, zgadzał się na wszelkie nowe obciążenia, które wymyślałam np opiekę nad prababcią, pierwsze, drugie dziecko, wiele zwierzaków, i masę innych hmm trudności.
                Dostosował się do moich potrzeb, to ja, nieświadomie dominując go podejmowałam wszelkie życiowe decyzje, małe i duże i największe.
                On teraz, jak to mówi moja przyjaciółka, przejrzał trochę na oczy, zmęczył się, trochę stracił cierpliwość, zapragnąl przestrzeni. Zapragnął sam też podejmować decyzje i żebyśmy my jego, zwykle rozsądnych, rad i zaleceń/poleceń się słuchal. i zauważył jak dużo dla mnie i dla dzieci zawsze robił. Chociażby sprzątanie: to on pucuje sto razy każdy kącik, półeczkę w środku i na zewnątrz, robi porządki na regalach, odkurza każdy kącik za i pod kanapą, segreguje ubrania w komodzie, prasuje. Mówi na siebie żartobliwie "putzfrau", a ja to przyjmuję z wdzięcznością bo chociaż sprzątam ale z obowiązku, nie lubię tego i w dwie godziny mamy z dziećmi dom ogarniety, a on wraca z wyjazdu i łapie się za głowę, że mimo naszego wielokrotnego sprzątania dom zapuszczony podczas jego nieobecności i gdzieś tam kafelki psim błotem ubrudzone a w wiatrołapie sierść, szafki łazienkowe nie dosyć, że niedomyte z tyłu lub pod spodem ale też coś tam stoi nie tak na jego półeczce z kosmetykami, poprzestawiane książki, framugi i ściany gdzieś tam niedoszorowane po psach (mamy 2 husky, wnoszą tonę brudu codziennie, można sprzątać w kółko i od początku codziennie), a i zdarza się, choć coraz rzadziej, zlew pełen naczyń (choć z drugiej strony on nie uznaje mycia od razu każdego talerza, ja tak robię, bo podobno mniej wody sie zużywa jak zmywasz kilka na raz). Wanny też nie myjemy i zlewu nie suszymy po każdym użyciu a on tak, u mojej teściowej panuje wzorowy pedantyczny porządek, dziadek wojskowy też odkłada wszystko zaraz na miejsce, a ja z domu nie wyniosłam niestety szczególnego zamiłowania do porządku, artystyczny nieład mi wystarcza i często z dziećmi nie rozumiemy o co kaman mu chodzi i czasem w czwórkę z tego się śmiejemy, a on się poddaje i robi wszystko sam jeśli chce, żeby dokładniutko było zrobione wg jego zaleceń tzn najlepiej na świecie :). Moja teściowa też wie wszystko najlepiej i na wizytach śmiejemy się z męża jak potulnie znosi utyskiwania teściowej jak on to wszystko źle robi, źle składa, źle pierze, źle prasuje, źle goli się i źle odżywia. On mówi, że na szczęście ze swoją mamą, z moją mamą, (z moimi przyjaciółkami też) nie musi żyć na co dzień, a ze mna tak i dlatego ich wady i niedociągnięcia mu nie przeszkadzają. Generalnie teraz jak o jakiś drobiazg się spieramy to on mówi, żebym pogadała ze swoim psychologiem o tym. Czyli liczy, że ten psycholog jakoś mnie "naprawi". Ale rzeczywiście mąż wchodzi łatwo w rolę wychowawcy i dorosłego ale chyba rola ta go jednak trochę męczy a nie cieszy. Cieszyłaby gdyby mógł mieć wszystko w domu po swojemu. I dlatego staram mu się tej radości choć trochę dostarczyć.
                Nie mam w domu tylko swojej wyłącznie przestrzeni (tzn moja osobista torebka trochę pełni tę funkcję), on też nie, dzieci mają swoje biurka w dziennym i każde po swoim pokoju. Niestety nie mogę mieć swojego tylko pokoju albo chociaż jednego stołu np na książki, a chciałabym, ale on też nie ma. Myślałam, że moja szafka nocna w sypialni to moja przestrzeń ale dziś wchodzę a on jak siedziałam na kompie uporządkował regał w sypialni i obie nocne szafki (moja była nie dalej jak przedwczoraj uporządkowana przeze mnie) likwidując przy okazji połowę książek ze stosiku tzn przenosząc je na regał. Poukładał też na nowo moją szafę w sypialni, a wczoraj tę w garderobie. I jak go tu nie lubić. Najpierw mnie te tykanie moich rzeczy złości ale zaraz potem rozbraja i rozczula bo sama w życiu nie poskładałabym w taką równiutką kosteczkę książek i ubrań. Miałam też paskudny zwyczaj zmieniać torebkę na inną wyjmując portfel, klucze, chusteczki i dokumenty ze starej tylko, a resztę szpargałów zostawiając na nieokreślone późniejsze uporządkowanie i on znajdował te stare torebki wciśnięte do mojej szafy np i dalej czegoś pełne co jakiś czas. Ja lubię mieć porządek tylko nie lubię robić porządku, z dwojga złego wolę ten jego porządek (czasem przesadny) utrzymywać, starać się.
                Wychowałam się w totalnym bałaganie, chaosie i braku poczucia bezpieczeństwa i cieszę się, że mąż do totalnego chaosu nie dopuszcza (mam przykład mojej mamy mieszkania, wolicie nie wiedzieć do czego można doprowadzić nie odkładając rzeczy na miejsce, to katastrofa nie dom, ale to jej osobista przestrzeń i my to szanujemy, nie da się tam tylko przyjmować gości, my często przyjmujemy gości). Rozgadałam się, więc tak czuję sie wdzięczna i czuję, że nie do końca zasługuję na męża miłość. Ze on musi odreagować te lata spędzone ze mną, że ma do tego prawo. i nawet w swojej teraźniejszej "gorszej" :) wersji jest nadal zupełnie przyzwoitym i stosunkowo nietoksycznym niezłym małżonkiem. choć teraz ma czasem powody, żeby mnie przepraszać. ale przeprasza i jest ok
                • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 20:59
                  Ależ zmiłuj się, to co robi Twój facet nie zasługuje ani na podziw, ani już - Boże broń- na naśladowanie! Facet nie szanuje Twojej przestrzeni, uznaje cały dom za swój, w którym mają panować jego perfekcyjne porządki, nie liczy sie z Twoimi potrzebami. Za co mu jesteś wdzięczna? Że sprząta, bo uznaje, że może żyć tylko w sterylnej czystości? Nie dla Ciebie sprząta, dla siebie.
                • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:03
                  A przyszło Ci do głowy, że on mógł kiedyś powiedzieć NIE, postawić granice, ale tego nie zrobił? Nie wiem jaki był powód, ale on tez jest odpowiedzialny za to, że robił tak, jak TY chciałaś. Pozwolił Ci na to.
                  Każde z Was odpowiada za to, co robi. Za wyznaczenie granicy i niewyznaczenie, za dobrą i błędną decyzję.
                  Igge, jak najbardziej możesz zmienić swoje zachowania, które mu przeszkadzają, skoro tak bardzo tego chcesz, ale TYLKO w zgodzie ze sobą, NIE wyłącznie dla niego. Nie zdradzaj siebie.

                  Naprawdę nie ma możliwości takiego przemeblowania, by każde z Was miało odrobinę własnej przestrzeni w domu? Przy odrobinie dobrej woli nawet w kawalerce da się coś wykroić:)
                  Pomyślcie o tym. Warto uszanować takie potrzeby.
                  • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:05
                    Mam wrażenie, ze maż nie życzy sobie, aby ktokolwiek miał taką potrzebę - bowiem całe mieszkanie jest jego.
                    • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 12:35
                      Pade i verdano, mieszkanie nie jest wyłącznie mojego męża i nie jest to kawalerka, więc rzeczywiście jakieś swoje przestrzenie moglibyśmy wynegocjować, ja jestem otwarta na takie rozwiązanie, on -nie. Jego drażni, że ja akceptuję Wasze rady i się nad nimi zastanawiam.
                      On wierzy, że forumki nie wiedzą nic o naszym życiu i ich rady są chybione, ja myślę, że wiele osób, Pade, verdana, lassgard, pani Agnieszka itd często mówią mądre i trafne rzeczy i dzięki Wam moje życie staje się lepsze, bardziej zrozumiałe, lepiej rozumiem nie korzystającego z Waszych porad męża. On uważa, że niezdrowe jest jak kogoś jedna czynność pochłania w takim stopniu, że szkoda mojego czasu i energii, którą wydatkowałam na forum wczoraj i dziśiaj. Lassgard też mówił coś w tym stylu. Lepiej działać i skupić się na realizowaniu konkretnej intencji. Robić coś z życiem zamiast siedzieć i pisać, myśleć przed ekranem.

                      Jeśli chodzi o dom to męża zdanie jest takie, że jest on wspólny i mamy wspólną przestrzeń, że zamiast wygospodarowywać oddzielne przestrzenie dla indywidualnej osoby - moglibyśmy teoretycznie urządzić go tak by stanowił namiastkę dwóch oddzielnych kawalerek lub coś w tym rodzaju ale nie o to we wspólnym życiu z drugim człowiekiem chodzi, nie chodzi o bycie samemu tylko we dwoje i że o żadnej sterylnej czystości przy 2 nastolatkach, kocie, 2 włochatych ubłoconych psach, myszy i króliku nie może być mowy.
                      Na razie więc nie naciskam na oddzielną przestrzeń, mam swój niski regalik przy kanapie z książkami, tyle, że nie mieszczą się wszystkie na nim. Dzięki wielkie za wszystkie podpowiedzi.
                      • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 12:41
                        "Jeśli chodzi o dom to męża zdanie jest takie, że jest on wspólny i mamy wspólną
                        > przestrzeń, że zamiast wygospodarowywać oddzielne przestrzenie dla indywidualn
                        > ej osoby - moglibyśmy teoretycznie urządzić go tak by stanowił namiastkę dwóch
                        > oddzielnych kawalerek lub coś w tym rodzaju ale nie o to we wspólnym życiu z drugim człowiekiem chodzi, nie chodzi o bycie samemu tylko we dwoje " . Po pierwsze - a gdzie tu jest Twoje zdanie? Dlaczego nie piszesz, jak to powinno wyglądać wg. Ciebie tylko uznajesz, że jak maż powiedział, to tak ma być? Po drugie to co mąż mówi, to demagogia - pomiędzy dwoma kawalerkami i życiem oddzielnie, a brakiem własnego miejsca we wspólnym domu jest bardzo wiele innych rozwiązań - co więcej większość ludzi jednak w mieszkaniu ma swoją przestrzeń. Życie we dwoje nie oznacza braku prywatności...
                • triss_merigold6 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:19
                  W domu też masz takie wylewne słowotoki?
                  • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:20
                    Triss, jak Ci to przeszkadza, to po co czytasz?
                    • triss_merigold6 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:35
                      Nie przeszkadza, czytam uważnie i dlatego zwróciłam uwagę, bo sposób pisania, mnogość szczegłów, ekspresyjność korespondują z treścią.
                    • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:40
                      Nie, czytac każdy może, tylko po co złośliwie komentuje? Każdy ma prawo do słowotoków, skoro ma taki styl, to jej sprawa, żadna ujma czy wstyd. Poza tym cos z tym słowotokiem jest na rzeczy, moze to jest tak, że gdy ktoś kiedyś nie był wysłuchiwany, był olewany, zbywany zamiast wysłuchany cierpliwie i ze zrozumieniem, to teraz jako dorosły człowiek musi się wygadac co najmniej za troje ludzi. Igge trzymam za Was kciuki, zabierz męza do tego terapeuty, tylko najpierw opowiedz terapeucie o swoim męzu i Waszym małżeństwie, aby łatwiej mu było z Wami współpracowac i Wam pomóc.
                      • triss_merigold6 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:50
                        Zastanawiam się czy taki rodzaj słowotoków - jeśli autorka uskutecznia w domu, oczywiście - nie podtrzymuje w mężu wrażenia obcowania z emocjonalnym dzieckiem, nie wpycha autoki jeszcze bardziej w rolę.
                        Wiesz, od wysłuchania cierpliwie i ze zrozumieniem, to jest rodzic, a i ten nie zawsze musi mieć cierpliwość na znoszenie paplaniny. I zależy co rozumiemy pod pojęciem "wysłuchać cierpliwie i ze zrozumieniem" i jaka jest tegoż częstotliwość. Naprawdę lepiej wylewność rozkładać na kilka osób, a nie tylko na tego męża czy żonę.
                      • igge Zuzi.1 09.12.13, 13:46
                        Zuzi, małżonek to czytanie i słowotok forumowy uważa za szkodliwą manię i co i raz odrywa mnie do różnych innych zajęć. Powyrzucał stare buty, uporządkował wiatrołap, wszystkie szafy w środku od nowa posegregował i wymył. Jak tu nie czuć wdzięczności, ja bym nad każdym rupieciem, torbą, kurtką 15 minut deliberowała czy zostawić czy już wyrzucić.
                        Nad słowotokiem chcę i próbuję czasem np podczas dyskusji w realu panować i prawie zawsze się udaje. Z kompem jest inaczej bo to jakby rozmowa z sobą samym, przecież nikt nie musi czytać tego co sie z człeka wylewa.
                        Zuzi, na razie terapia rodzinna, małżeńska odpada, ledwo wyszarpałam skierowanie dla siebie do psychologaI. Poza tym mój mąż nie chce. Ja kiedyś bałam się trochę, że na takiej terapii małżeńskiej (mieliśmy kryzys i konflikt dzieciowo/pracowy) psycholog wytknie mi wszelkie błędy i małż zauważy jakieś nowemoje wady, których jeszcze nie dostrzegł przez te ćwierćwiecze. I po co mi to, wiem, że jestem leniwa np. Po co mąż ma wiedzieć to tak ostatecznie i od obcego człowieka. Jeszcze terapeuta pomógłby mężowi dojść do wniosku, że lepiej byłoby dla niego rozstać się ze mną. Niech on sobie sam przemyśli czy chce czy nie chce i dlaczego jest ze mną. Teraz mam inne zdanie. Jeśli terapia np dda mogłaby pomóc mojemu mężowi w czymkolwiek i terapia małżeńska, rodzinna czy jakakolwiek inna i mój mąż zgodziłby się na nią - chciałabym, żeby w niej uczestniczył. Ale on nie chce. Myślałam, że w procesie adopcyjnym psychologowie prześwietlą nas i naszą rodzinę na wszystkie strony i jak coś jest nie tak - nie dadzą nam starać się o dziecko, ale w końcu z powodów finansowych i tak nie zakwalikowaliśmy się i zresztą mąż mój pod presją tylko zgodził sie na 3 dziecko, nie był przekonany. Psychologa pytałam czy możemy wejść razem ale nie jest to przyjęte i myślę, że na razie skupię się na zmianie siebie, a nieuchronnie, tak jak twierdzi to verdana, skończy się to na tym, że cały mój związek, relacja, rodzina będzie musiała się trochę jeśli nie drastycznie zmienić. Dzięki za trzymanie kciuków Zuzi. Pozdr serdecznie
                        • verdana Re: Zuzi.1 09.12.13, 13:54
                          Nie czułabym żadnej wdzięczności za podejmowanie za mnie decyzji i wyrzucanie moich rzeczy. I ciekawe, ze patrzysz na siebie oczyma męża - a ten najwyraźniej widzi w Tobie same wady, albo boisz sie, że je zobaczy. Tak, jakbyś stale była oceniana i musiała zasłużyć na jego przychylność tym, ze będziesz grzeczna.
                          Piszesz o swoim męzu bardzo dobrze, wymieniasz jego rozliczne zalety, ale wyłania się z tego obraz wyjątkowo niesympatycznego, kontrolującego faceta, który nie dostrzega nikogo, poza sobą. Czy zdajesz sobie z tego sprawę?
                          • igge Re:Verdano 09.12.13, 18:53
                            Córka prosi, żeby Ci napisać, że jest wyjątkowo oddanym i wspaniałym ojcem.
                            Był też przez ponad dwadzieścia lat czułym i oddanym partnerem, przeogromnym wsparciem w trudnych chwilach, organizatorem i umilaczem bajkowych wakacji. Jak go nie było - dzwoniliśmy bez przerwy do siebie i wysyłaliśmy smsy. To było jak pierwszy etap zakochania przedłużony o 20 lat. Teraz od około 1.5-2 lat jest po okresie kłótni i sporów - gorzej. Teraz rzeczywiście czepia sie o drobiazgi i wymyśla problemy jakby naprawdę był jakimś niemiłym małostkowym skąpcem. Ale ja wiem, że nie jest. Znam go co najmniej tak dobrze jak jego matka. I kocham tak jak ona. Poprawi się. A może jednak kiedyś trzebabędzie podjąć decyzję o rozstaniu. Ale nie sądzę. To jest ten facet, z którym spędziłam dobre, fajne życie. Jest taki film Mike'a Leigh "Kolejny dobry rok" chyba czy coś w tym rodzaju... tam są trochę nasze klimaty. Wyjątkowo niesympatyczny obraz kontrolującego faceta egotyka to drobny i nowy rys w jego osobowości i zachowaniu. On z natury jest miły w obejściu, i ma taką cudowną delikatność, czułość, uległość, poczucie humoru, troskliwość, łagodność w naturze i po swoim ojcu w genach. On ma jakis chyba świeżo odkryty żal, że nie stawiał mi żadnych granic, a ja sama też nie umiałam tych granic sobie postawić. Że np zamiast swoją firmą (w domu, na kompie) zajmował się mną, pomagał, rozmawiał, tulił, masował stopy etc Że zabraliśmy mu masę czasu, który może powinien był poświęcać swoim sprawom zawodowym. Firma upadła, a on zdał sobie sprawę, że mimo obowiązków zawodowych mnóstwo czasu i wysiłku i uwagi i troski poświęcał swoim dzieciom i mi. Może faktycznie za dużo. Strasznie dużo mi dawał a otrzymywał tylko wypełnianie podstawowych obowiązków przemalowywanych na przyjemności bez trudu. Chyba pierwszy raz w życiu po 24 latach przedwczoraj w urodziny mojej mamy poprosił mnie, żebym to ja zrobiła mu kawę, a nie on sam. Ja zawsze kawę miałam przynoszoną do łożka i to nie tylko w ciąży i w wakacje. Jestem silną kobietą dzięki niemu. tak więc zdaje sobie sprawę Verdano, że jego obraz tutaj jest bardzo niepełny i jakos niesprawiedliwy. Pozdr serdeczne
                            • verdana Re:Verdano 09.12.13, 19:35
                              Ojciec a partner to dwie różne sprawy. Być może Twój mąż jest wspaniałym człowiekiem. Wtedy zastanawiałoby mnie, dlaczego opisujesz go w sposób, który sprawia, ze wydaje się być wyjątkowo nieprzyjemnym człowiekiem, który traktuje żonę jak sublokatora, w domu zaprowadza tylko swoje porządki i sprawił, ze jego zona czuje się całe życie niedoskonałą osobą, która musi zrobić wszystko, aby zadowolić wspaniałego Pana Małżonka.
                              Czy robisz to świadomie? Czy też nie?
                              Bo z Twojego opisu wyłania się wyjątkowo paskudny, toksyczny facet. Bardzo ciekawe zjawisko. Dlaczego chcąc pisać o mężu dobrze piszesz tak, aby czytelnicy widzieli w nim kogoś, kto jest dla Ciebie zdecydowanie niedobry.
                              • mnadmorska Re:Verdano 09.12.13, 20:09
                                Matko, Igge, Wy całą rodziną ten wątek czytacie? Potrafisz cokolwiek zachować dla siebie, bez potwierdzania u męża, ew. dzieci? Ty masz problem, zdecydowanie.
                                • igge Re:mnadmorska 09.12.13, 20:52
                                  nie czytamy tego wątku całą rodziną, po prostu Verdana bardzo zabawne dwie krótkie wypowiedzi o moim małżu zamieściła i rzeczywiście przeczytałąm mu je na głos, żeby się pośmiać razem, podzielić i dać do myślenia jak jego zachowania mogą byc odbierane wyrwane z kontekstu
                                  W pokoju było dziecko i usłyszało rozmowę z ojcem. często przesiadujemy razem w dziennym pokoju każde coś innego akurat robiło, syn i mąż nie są zupełnie zainteresowani forami, ja i córka bardziej i obie piszemy na forach, ona o zwierzętach ja próbuję sobie poukładać w głowie moją najważniejszą relację, w której od jakiegoś czasu coś się znienacka i nieprzyjemnie w sumie zmieniło. Coś co zaakceptowałam ale czasem z nostalgią wspominam wcześniejsze czasy i może stąd ta chęć pokazania mężowi, że ktoś obcy, internetowe znajome mogą widzieć jego zachowania jako niefajne, próbuję go rozumieć i akceptować w całości, razem z niefajnymi zachowaniami ale jednocześnie próbuje wyznaczyć granice i odwołując się do forumowego autorytetu :) - powiedzieć mu jasno i zdecydowanie, że liczę i na serio oczekuję, że niefajnych rzeczy nie będzie robił wcale albo je chociaż ograniczy
                                  A przy okazji gadamy o różnych bieżących sprawach, wsuwamy w czwórkę zamówioną na życzenie córki pizzę, i żartujemy sobie
                                  Nawet gdybym bardzo chciała, moja trójka jest za bardzo asertywna już, żeby czytać forumowy mój wątek, który ich nudziłby albo drażnił i mąż i dzieci nie słuchają się już nigdy niemal jak im coś każę robić. Kiedyś byli bardziej posłuszni:)
                                  Nie mam potrzeby zachowywania dla siebie spraw, które chcę wyeliminować z życia, a takie zachowania męża do nich należą. Jestem cierpliwa ale stanowcza.
                                  Jednocześnie mu ustępuję i robię po swojemu. Obiecałam dziś wypożyczyć tylko 1 książkę z biblioteki (prosił, żeby żadnej, tylko oddać te przeczytane przez nas), a koniec końców wzięłam dwie, trzecią z żalem odkładając na półkę (wtedy przypomniałam sobie obietnicę).
                              • igge Re:Verdano 09.12.13, 21:00
                                verdano, nie robię tego świadomie, nie chcę przedstawiać go w złym świetle celowo, może sama do końca nie wiem co jest normalne a co nie w dłuuuugim malżeństwie, po laaatach
                                Może to co on robi to norma? Znam małżeństwa z podobnym zachowaniem małżonkow, tylko, że oni od dawien dawna się tak zachowują u mnie to stosunkowo świeża sprawa
                                MNie zaskakuje fakt, że on potrafi być dla mnie niedobry.
                                • verdana Re:Verdano 09.12.13, 21:48
                                  Nie, to zdecydowanie nie jest norma.
                                  • zuzi.1 Re:Verdano 10.12.13, 10:53
                                    A ja nie odbieram Twojego męża tak jak verdana, tj. z tego co piszesz wyłania się obraz pedanta i "czyscioszka" ;), trochę kontrolującego, ale przy Twoim igge luzie życiowym ktos musi jakąś kontrolę w domu sprawowac nad bałaganem, bo by dom zarósł, ponadto facet ma po prostu podwyższone standardy czystosci, które są dla niego akceptowalne, pewnie wyniósł to z domu rodzinnego i teraz nie potrafi życ w twórczym nieładzie czy po prostu bałaganie.Ale nie dostrzegam w nim toksyka, może tylko faceta mocno zmęczonego, który próbuje zapanowac nad żoną z kompletnie inną osobowoscią niz jego własna i nad życiem rodzinnym, i próbuje to wszystko wtłoczyc w ramy, które ma w głowie i dzięki którym będzie w stanie życ spokojnie i czuc się w miarę spełnionym i zadowolonym. Ciężkie sobie facet narzucił zadanie, okiełznania domowego nieładu i wszechogarniającego dom luzu domowników ;) Może zdrowiej by było dla niego, gdyby sobie jednak trochę odpuscił i przyjął częsc zasad i luzu życiowego od domowników, zamiast się spinac i walczyc z wiatrakami ;-)
                                    • pade Re:Verdano 10.12.13, 11:01
                                      Mam takie samo zdanie jak Zuzi.
                                      Ponadto, odnoszę wrażenie, że Igge w końcu przejrzała na oczy i zobaczyła, że te zachowania, które wczesniej traktowała jako przejaw miłości, albo wyręczanie jej, są spowodowane zaspokajaniem własnych potrzeb przez męża.
                                      • noname2002 Re:Verdano 10.12.13, 13:51
                                        A mnie się z wizją Zuzi kłóci kontrolowanie ile żona wypożycza książek i ile stron czyta dziennie, niepozwalanie na posiadanie własnej przestrzeni we wspólnym domu, niepozwalanie Igge na posiadanie własnych odrębnych zainteresowań.
                                        • mnadmorska Zuzi, żartujesz? 10.12.13, 14:50
                                          powiedz, ze tak, please... Ja się faceta nie czepiam szczególnie, urodziny uczcić też należy, ale ta wizja podziękowań i obietnic zmiany brzmi jak z "Rodziny Połanieckich". Facet ma święto lasu, Igge go czci i wielbi, tłumaczy nawet, kiedy jej robi przykrość, odejśc pozwoli, walizki spakuje i pobłogosławi, złości nie poczuje, byle on był szczęśliwy...to jakiś świat z Matrixa... ciekawa jestem, jak on to zrobił, bo jak dla mnie to hipnoza tu zadziałała ;) Może on faktycznie jakiś Anioł i Półbóg, drugiego takiego nie ma, niemniej jednak odrobinę luzu proponuję w tych obchodach ;)
                                          • igge Re: Zuzi, żartujesz? 12.12.13, 20:46
                                            Odrobinę luzu w obchodach było, małż dostał w prezencie od nas 2 śmieszne magnesy na lodówkę i tiramisu plus lody. Od syna odjechany papier toaletowy :) Wsadziliśmy mu w tort jedną świeczkę na jego wyraźną prośbę, on przejmuje się wiekiem i zmarszczkami :)) Ciągle podbiera mi kremy, czyta etykiety i wklepuje bardziej regularnie ode mnie :).
                                            Wy generalnie jakieś mądre i zabawne w tych wpisach i opisach naszej relacji jesteście. Zuzi: 10/10.
                  • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 21:54
                    verdana - oplułam ekran ze śmiechu, pade raczej będę postępować w zgodzie ze soba i nawet ten wysuszony zlew zaczyna mi się podobać :), przestrzeń moją, pół stolika - wynegocjuję, triss nie mam już takiego słowotoku w domu :), z przyjaciółmi momentami przyznaję, że pod wpływem emocji, zdarza sie :) Sorry za chaotyczne, bez akapitów i nadmierne słowotoki :)
                    verdano,Zaryzykuję ewentualnie rozpad związku, nie wierzę, że jak moje kłótnie o dziecko i pracę związku nie rozwaliły te dwa lata temu to teraz terapia albo w ogóle jest coś w stanie go rozwalić, ja już prawie przeżyłam całe życie z tym człowiekiem, on naprawdę lubi porządek i nieład go męczy nawet te głupie zawalające czasem cały stół książki
                    • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 22:03
                      Związki nie rozwalają sie przez kłótnie, ale często rozwalają się, gdy jedno z partnerów "wypada" z roli. tak bywa np. w związkach, gdzie jedna z osób jest alkoholikiem - to drugie płacze, narzeka, wysyła na terapię. Alkoholik wraca jako człek trzeźwy. I nagle okazuje się, że w takim układzie żona czy maż już nie potrafią funkcjonować, przyzwyczaili się do podejmowania decyzji, nie liczenia na drugą osobę. Zdziwiłabyś się, ile małżeństw rozpadło sie nie przez nałogi, ale przez wyjście z nałogu. Innymi słowy przez zmianę na lepsze, ale w innego zupełnie człowieka.
                      • triss_merigold6 Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 22:11
                        Dlatego, że wychodzący z nałogu czy roli chce odzyskac kontrolę nad swoimi decyzjami, wpływać na sprawy rodziny, obserwuje, zaczyna odnosić sie krytycznie. No i zaczyna mieć część swojego życia do której żona czy mąż nie mają dostępu ani wpływu, nie pozwala też na szantaż poczuciem winy.
                        Bdb. to opisywał Osiatyński, zdarza się naprawdę często.
                        • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii? 08.12.13, 23:35
                          Z tego co piszesz, to ja bym rozumiała, że specjalnie nie widzisz jakichś problemów, które Tobie przeszkadzają i nad którymi Ty byś pracowała. W takiej sytuacji spotkania z psychologiem faktycznie warto potraktować jak prezent od losu i pozwolić sobie na rozwój jakiejś większej samoświadomości, przegadanie jakichś szczegółów z życia, etc. Chyba, że w trakcie tych rozmów z psychologiem jakieś konkretne cele dla Ciebie Ci się objawią. Ja myślę, że może być jak najbardziej tak jak piszesz, że pewne problemy samo życie już wyeliminowało, człowiek dostosowuje się w jakimś zakresie do wymogów stawianych przez życie i jak mu w tym życiu dobrze, to znaczy, że jest dobrze. Wg mnie nie ma czegoś takiego jak odgórnie wyznaczone normy zachowań, do których powinno się dążyć. Przynajmniej nie ma takiego obowiązku;)
                          Myślę, że w ogóle jesteś w bardzo komfortowej sytuacji, bo z tego co czasem tu czytam, masz sporo czasu. A to jest sprawa, która eliminuje wiele stresów powodujących nawarstwianie się problemów oraz pozwala na jakiś rozwój, zastanawianie się nad wieloma sprawami i na czytanie, o którym wiele wspominasz.
                          Potrzeby terapii też wiele zależą od światopoglądu człowieka. Jeśli ostatnio tu często piszesz o stoikach, to dla Ciebie ważne mogą być inne cele, niż dla osoby, której filozofią życia będzie epikureizm, albo co gorsza egzystencjalizm;)
                          W sumie to ja sobie wiele razy myślałam o Tobie jako o takim leniwym dzieciaku z tego domu pod lasem, ale to w sumie nie negatywna ocena, bo każdy ma prawo żyć, jak mu tam w duszy gra i co dla niego wygodniejsze/lepsze. Jak zapragniesz stać się jakąś pedantyczną pracoholiczką, to wtedy możesz się zastanawiać nad jakimi cechami warto pracować, które Ci w tym mogłyby pomóc. Stąd celów terapii wg mnie nie ma sensu by podawał nikt inny oprócz Ciebie.
                          • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 00:15
                            A, jeszcze mi przyszło do głowy, że jako kochająca żona mogłabyś "oddać" swoje sesje mężowi, bo jego zachowania to chyba o nerwicę/pedantyzm zahaczają:)))
                            • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 14:17
                              po pierwsze to psycholog tak sobie kogoś z ulicy tzn mojego męża nie przyjmie na terapię zamiast innego pacjenta (cytuję teraz kochanego małżonka)
                              Po drugie on wcale nie jest pedantyczny wg jego oceny, to opinia raczej moja i dzieci i mojej przyjaciółki sąsiadki.
                              Po trzecie to on wczoraj wieczorem w łożku powiedział Differentview dokładnie to co Ty napisałaś w poprzednim poście na sam koniec: mianowicie, że on żadnych absolutnie żadnych celów terapii dla mnie nie będzie sugerował, że to co ja mam tam robić, nad czym pracować musi wyjść wyłącznie ode mnie, nic mam nie robic dla niego i z myślą o jakimś ułatwianiu z. życia jemu. Jak nic nie chcę zmieniać w sobie i jest mi dobrze z tym jaka jestem to tak powinnam ponownie powiedzieć terapeucie. I niech on zrobi z tym co zechce.
                              Wyguglałąm sobie nazwisko swojego psychologa i chcę zapytać go jakie książki mogłąbym przeczytać gdybym chciałą dalej w psychologiczne tematy się zaglębiać a moja terapia z jakichś względów musiała sie zakończyć, zostac przerwana po naszej trzeciej sesji. Nie chcę kurczę tęsknić za terapią i jednocześnie nie móc chodzić do tego psychologa prywatnie choć wiem już gdzie ma prywatny gabinet. Stoicyzm uwielbiam ale w każdej chwili mogę zrezygnować z zajęć i pogłębiać wiedzę o stoicyzmie i świczenia stoickie samodzielnie przy pomocy stoickich lektur, Seneki, Epikteta, Marka Aureliusza. Jeśli ta terapia pomoże mi być lepszą żoną, matką, człowiekiem tak samo jak ćwiczenie stoicyzmu i stanie się równie ważna dla mnie, dla mojej rodziny jak stoicyzm - to chcę mieć możliwość kontynuacji jej dobroczynnego wpływu przez pracę włąsną bez terapety. Przy pomocy książek. Martwi mnie tylko że psychoterapeuta mój pracuję metodą psychoanalizy bo wolałąbym terapie poznawczo behawioralną (taką formą terapii jest tez trochę stoicyzm, pisze o tym Donald Robertson)
                              Ale cóż, może tzreba popracować troche nad swoją podświadomością także :)))
                              • adorra0 Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 14:31
                                > Wyguglałąm sobie nazwisko swojego psychologa i chcę zapytać go jakie książki mo
                                > głąbym przeczytać gdybym chciałą dalej w psychologiczne tematy się zaglębiać a
                                > moja terapia z jakichś względów musiała sie zakończyć, zostac przerwana po nasz
                                > ej trzeciej sesji.

                                Igge nie kombinuj;-D
                                Twój mąż ma rację w jednym - forumki wiedzą tyle ile im powiesz, a i tak zinterpretują to po swojemu; jak wygladą Wasze życie wiecie tylko Wy sami, więc nie warto AŻ tak przejmować się opinią obcych ludzi. Ja proszę Cię tylko, żebyś nie podejmowała żadnych pochopnych decyzji odnośnie terapii.
                                • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 16:08
                                  adorra0, ja się z zaskoczenia starsznie ucieszyłam z możliwości terapii, nie wiem dlaczego
                                  To frajda. Psycholog jest cud miód i orzeszki, nawet wyjątkowo odpowiednio się nazywa, budzi moje ogromne zaufanie i sympatię, wierzę, że będzie chciał mi, nam, pomóc.
                                  Jak mi się pomaga to jednocześnie pomaga sie pośrednio całej naszej rodzinie, to bezdyskusyjne. Jestem sercem tej rodziny a mąż jej umysłem, albo odwrotnie, to nie ma znaczenia. Aha, dziś u przyjaciółki kiedy razem odwoziliśmy dziecko ze szkoły i wpadliśmy bez zapowiedzi pogadać - małż zabronił mi PATRZENIA na jej gąszcz kwiatków doniczkowych na parapecie w kuchni gdzie siedzieliśmy przy herbatce. :)))) Znam go na tyle, że wiem, że przestraszył się, że podczas gdy on wyrzuca niepotrzebne rzeczy, ja zagracam mieszkanie np w sobotę fikusem w kolorowej doniczce od babci. To mój trzeci tylko kwiatek domowy, a mam apetyt na czwarty, i piąty od babci, a ona chętnie pozbywa się swoich wyhodowanych podopiecznych bo już nie ma na nie miejsca. On ledwo przeżył ten trzeci kwiat na parapecie w naszej kuchni, odmówił i oprotestował zabranie kolejnego przy okazji odwożenia babci po imieninach do jej domu. A teraz z przerażeniem spostrzegł, że z zachwytem patrzę się na parapet koleżanki - on nie chce z nikogo brać przykładu i jedno drzewko szczęścia na parapecie plus rachityczny ale kwitnący fiołek zupełnie mu wystarcza. Generalnie sam zauważył, że wszystko co i jak robię działą mu na nerwy, drażni go ale na moją radosną propozycję, żeby się w takim razie rozwiódł ze mną zareagował z pogodną rezygnacją, że nie stać go na to (i nigdy nie będzie?). serd pozdrowieni, z terapii nie zrezygnuję chociaż muszę jakoś pogodzić zajęcia córki i jeżdżenie do innej dzielnicy, brak miejsc parkingowych i ogólne pojawienie się czegoś kolejnego regularnego raz w tygodniu, bez możliwości odwołania, takiego jakby nowego obowiązku. Co prawda ten sam też obowiązek ma potencjał na zostanie przyjemnością. Dzięki za wszystkie wypowiedzi, pozdr.
                                  • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 09.12.13, 21:17
                                    Wszystko go w Tobie drażni??
                                    Hmm, zdystansuj się w takim razie od niego i nie rezygnuj z terapii pod żadnym pozorem.
                                    Powodzenia Igge:)
                                  • noname2002 Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 10:35
                                    Igge, Ty jakiś totalny koszmar opisujesz, wolno Ci (!!!) wypożyczyć jedną książkę z biblioteki, wolno Ci wziąć jednego kwiatka doniczkowego od babci, nie wolno Ci mieć własnego biurka, stołu czy innego własnego kąta. Mój eks też był pedantem i minimalistą ale znosił moje książki i kwiatki doniczkowe.
                                    • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 11:16
                                      nie wiem czemu opisuję koszmar, ja tego nie odbieram jako koszmar tylko jak jego absurdalne i zabawne pragnienia, których podstawę rozumiem. Wczoraj sobie wysprzątał dokładniutko cały dom i dziś się nim nie może nacieszyć tzn cieszy sie i cieszy z idealnego porządku i dopieszczonych szafeczek. dziś jego 43 urodziny i ja (nie tylko dlatego) cieszę sie razem z nim :)))
                                      A nawet jak mnie nie kocha ( a tylko dla spokoju ducha zapytany twierdzi, że kocha tylko życie to nie wieczna komedia romantyczna) to ważne, że ja drania kocham, nieistotne kogo on tam kocha czy nie kocha, na pewno córkę uwielbia, zresztą trudno jej nie uwielbiać bo to pocieszny, śliczny, radosny, rozemocjonowany stworek
                                      Jest na skinienie paluszka córki gotowy wszystko zrobić, kupić, zdobyc, najchętniej nosiłby ją cały czas na rękach
                                      Jak nie kocha to trudno, to nie koniec świata, wszystko się kiedyś kończy, przynajmniej dba, żeby nie było mi zimno i żebym głodna nie chodziła.
                                      Ja chcę go kochać, będę go kochać i nie zamierzam przestać.I to mam nadzieję, ode mnie zależy więc los lub cokolwiek w tym planie nie może mi przeszkodzić, wszystko inne jest niezależne ode mnie.
                                      Mogę mieszkać bez niego, mogę się rozwieść, mogę wyprowadzić (albo on) ale to czy go kocham czy nie, czy sprawia mi wielką frajdę kiedy mogę go widzieć czy o nim mysleć czy go dotykać jest moją własną suwerenną decyzją i w sobie nie pozwolę tej frajdzie z jego istnienia zgasnąc. Nacieszyłam się już dostatecznie i nasyciłam jego milością do mnie przez dwie dekady, wystarczy :) Moja matka była z moim ojcem ledwie trzy lata. I nie były to dobre lata.
                                      • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 11:43
                                        igge skup się na tym z dziecmi, jak temu fajnemu facetowi uprzyjemnic te 43 urodziny, zróbcie dla niego coś szczególnego i powiedzcie mu o tym, że to za te wspaniałe lata, które Tobie i dzieciom ofiarował i że mu za to b. dziękujecie ;) takich ludzi trzeba doceniac, możesz mu też w tzw. wolnym czasie powiedziec, że starasz się pracowac nad swoimi wadami, które go B. męczą, ale nie możesz mu dac pewnosci tego, że bedziesz je w stanie całkowicie wyeliminowac, bo to jest w pewnym sensie czesc Twojej osobowosci i ciężko tego kawałka się pozbyc, ale będziesz się starac i pracowac nad tym, co wiesz, że mu b. doskiwera i przeszkadza w zyciu ;)
    • wies-baden Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 09:59
      Co się stało, że "długonoga blondynka" , która wyszła za mąż za nieatrakcyjnego i nieśmiałego faceta musi wychodzić z domu, by dać przestrzeń i oddech temu facetowi, a nawet rozpocząć terapię, by łatwiej i przyjemniej mu się żyło? Igge! Twoje peany na cześć męża odbieram raczej jako sarkazm. Problemem, z którym się zmagasz i który tak przeszkadza twojemu mężowi jest bałaganiarstwo- bardzo prozaiczna, ale uciążliwa sprawa. Rozumiem, że nie nabyłaś pewnych nawyków w dzieciństwie, bo piszesz o chaosie i nieporządku,jaki robiła twoja matka.
      Rozwód z powodu bałaganiarstwa? Terapia? Pracuj nad problemem tzn zatrudnij panią, która te "szafeczki od spodu i z boku" dopieści ( piszesz, że lubisz żyć w ładzie, tylko nad nim nie panujesz. Utyłaś ( czyżby kompulsywne obżarstwo?) - pracuj nad swoimi słabościami, nie dla męża a dla siebie, zdrowie i te rzeczy... Z finansami nie halo, poszukaj pracy, przecież masz jakieś wykształcenie. Moim zdaniem - mąż, póki byłaś atrakcyjna znosił niewygody, a odkąd ma nad tobą "przewagę" już mu się nie chce, przestał cię kochać i nawet ci to zakomunikował. Swoją drogą, nic nie stało się z dnia na dzień, ale szkoda, że "jak się stawało", nie przedyskutowaliście problemu, choć jak mówisz dużo rozmawialiście.
      • mamapodziomka Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 15:56
        Ja bym tylko (tak dla siebie, bedac w twojej sytuacji) chciala wiedziec skad ta rola mentalnego trzylatka i everybody's darling. Bo niewatpliwie do tej pory ulatwiala ci zycie malzenskie, maz ja akceptowal, czul sie dobrze w roli wychowawcy, dopiero teraz jakos zaczelo mu zgrzytac, choc ewidentnie drugiej osoby doroslej w domu, z prawem do wlasnego zdania i wlasnej oceny sytuacji tez nie chce miec.

        Pewnie jak zwykle to efekt zarowno twoich wlasnych uwarunkowan, jak i zwiazku z twoim mezem, ktoremu taki uklad dlugo pasowal i ktoremu ten rodzaj przewagi nad toba lezal w charakterze. Pytanie tylko co dalej, bo zdaje sie, ze po etapie rozkosznego trzylatka, ktoremu pozwala sie na wszystko twoj maz zapragnal etapu poslusznego siedmiolatka, ktory ma sie sluchac i funkcjonowac. Pytanie tylko jak ty sobie z tym poradzisz.
        • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 17:03
          mamapodziomka, nasz związek, my sami się bardzo przez tyle lat pozmienialiśmy. I fizycznie, mi sciemniały włosy jemu zrobiły sie zakola, on był gruby ja chuda, teraz odwrotnie, ja biegałam na basen teraz on biega po lesie i ćwiczy w domu, i mentalnie także, teraz chyba ostatnimi latami mocno zdziecinniałam (złamała mnie i uzależniła od jego wydatnego wsparcia seria poronień, niesprawność dziecka, opieka nad prababcią, choroba etc), on dojrzał, zrobił się "poważnym" człowiekiem, jest silniejszy ode mnie.
          Kiedyś latami ja miałam tę nieuświadomioną, bezwiedną przewagę (on to niedawno stosunkowo dostrzegł i ma chyba czasem lekki żal do życia i do losu, do mnie i do siebie, że nie stawiał granic) Jego mama jest z tych kontrolujących, dominujących, silnych, nie znoszących sprzeciwu i innego zdania kobiet. (ma też mnóstwo zalet) I on może wzorował się na podporządkowanym mamie uległym ojcu. A ja nie czułam, nie widziałam, że powielam zachowania swojej samodzielnej, silnej, hmmm agresywnej mamy. Potrafiłam podnieść głos jak coś było nie po mojej myśli, a on nienawidził jakiejkolwiek konfrontacji,był chodzącą łagodnością, stoickim anielskim spokojem, właściwie pierwsze lata minęły bez śladu kłótni, nie dało się z tym człowiekiem pokłócić nawet leciutko, zawsze zgadzał się na wszystko co wymyśliłam, czasem tęsknił trochę za nudą i spokojem ale generalnie był zadowolony. Także teraz wydaje mi się sprawiedliwe, że przewagę teraz ma on. Zdaje mi się zresztą, że to nie przewaga tylko równowaga. Bo ja nadal żyje tak jak chcę tylko on wreszcie ma więcej do powiedzenia. On wręcz sie cieszy, że nie skończył stłamszony jak jego tata przez mamę i że świadomie zawsze go emancypowałam, w przeciwieństwie do mojej teściowej ja baaaaardzo liczę się z jego zdaniem, potrzebami, nie myślę, że zawsze mam rację (to on tak teraz myśli :) )Idę gotować swoje trzy zupy naraz bo mi kipią.
          Zuzi, dzięki za miłe słowa o małżu.
          • wies-baden Re: Nad czym pracować na terapii? 10.12.13, 17:35
            Sorry, Gregory, ale sama sobie zaprzeczasz > złamała mnie i uzależniła od jego wydatnego wsparcia seria poronień<, przecież ten idealny mąż nie powinien wykorzystywać twojej słabości związanej z planowanym macierzyństwem. Czy zadałaś sobie pytanie co właściwie twojemu mężowi przeszkadza, poza chaosem i bałaganiarstwem? I co sprawiło, że przestał cię kochać?
            • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 11.12.13, 10:27
              Przeszkadza mu (mniej lub bardziej umiarkowanie, raczej często zaskakuje/ niemiło? a czasem zwyczajnie śmieszy), że np wraca do domu z psem po spacerze a ja w kuchni ugotowałam/gotuję znienacka 3 zupy na 3 palnikach w nowych garnkach zamiast 1 zupy tylko, i w ogóle po co tę zupę gotuję skoro mieliśmy świętować przy torcie i świeczkach jego urodziny. Wychodząc do lasu myślał, że włożę zakupione tego dnia mięso na zupę do zamrażarki. Podczas jego rozmowy telefonicznej z przyjacielem ja akurat wpadłam znowu do kuchni i pożarłam pół kostki sera żółtego, która myślał, że starczy na dłużej. Śmiał się, że jak ja mogę mu w urodziny takie "przykrości" robić ale nie był zły. Ja w tym wątku piszę co go denerwuje ale to nie jest tak, że go nonstop coś we mnie denerwuje, ja tylko nieprzyzwyczajona do jego krytyki mam takie wrażenie momentami i to werbalizuję. Jest też fajny i ciepły często, robi różne drobiazgi dla mnie, czułe drobiazgi.
              Czy mnie kocha czy nie, nawet jak nie kocha to jest teraz dla mnie sprawa trzeciorzędna.
              Dzięki stoicyzmowi nie przejmuję się tym już wcale.
              Złamana byłąm przez los, nieszczęścia życiowe, trudności - nie przez niego. On był zawsze wsparciem, dopiero teraz może chciałby, żebym wzięła się w garść.
              Potrafilam już 11 lat temu w sanatorium w górach wydać przez miesiąc 2 tys na lego dla syna i nie mieściło się to lego w bagażniku potem i wtedy jakoś nie widział głupoty i bezsensowności i szkodliwości takiego mojego postępowania dopiero teraz to sobie razem przypominamy i odnosimy do tego, że niedawno kupiłam 6 szminkę do ust i że niepotrzebnie i że muszę i chcę nauczyć sie panować nad takim zachowaniem i w inny sposób znajdować przyjemności dla siebie. On szczególnie martwi się tym, że jak coś robię to angażuję się w 100%, że jak mam jakąś pasję albo zajęcie to nie można mnie od tego oderwać. Mówi, że siedzenie tyle czasu na forum i przygotowywanie się do wizyty u psychologa nie powinno tak mnie angażować, że rzeczywiście męczę sama siebie, tak jak psycholog sugerował/zapytał.
              Chaos i bałaganiarstwo w domu, mnogość książek dla niego ale i dla siebie - ogarniam. Chaos i bałąganiarstwo w moich myślach to inna sprawa, z tym trudniej. Ja za dużo chcę, czasem za dużo robię, za dużo zajęć wymyślam, za dużo dzieci :), za dużo zwierząt, za dużo książek, za dużo wyjść z domu itp . Mam problem z nadmiarem.
              Nie interesuje mnie co sprawiło, że przestał mnie kochać - to (ewentualna) przeszłość, po co ją rozstrząsać nadmiarowo, ważne jest tu i teraz i ewentualnie nasza przyszłość. Na pewno nie jesteśmy już w żadnym kryzysie. Pierwszy po tak wielu latach za to spory i bolesny dla całęj rodziny kryzys już za nami, udało się jakoś go w miare głądko przejść i zostawić za sobą. Teraz trzeba dostosować się do nowych zmian w funkcjonowaniu jako para i rodzina.
              W sumie o to mi chodzi, żeby on był na pewno szczęśliwy. dzieci są szczęśliwe, ja też, nawet babcie umiarkowanie zadowolone, czegóż chcieć więcej?
              • zupelnie_bez_sensu Re: Nad czym pracować na terapii? 11.12.13, 20:12
                Dlaczego po prostu nie jesteś sobą? Skoro tak bardzo się lubisz i dobrze ze sobą czujesz? Piszesz, ze chcesz się zmienić dla męża a drugiej strony że jest ci obojętne czy będziecie razem czy cię zostawi, czy cię w ogóle kocha. Piszesz, ze nic nie jest w stanie cię zranić i wyprowadzić z równowagi a ciągle roztrząsasz pierdoły które powiedział mąż. W ogóle wszystkie twoje posty są pełne sprzeczności, Ty po prostu nie dopuszczasz rzeczywistości do siebie. Już sam fakt, ze idziesz na terapię ale nie wiesz po co jest prawdę mówiąc co najmniej dziwny. Jakbyś poszła do lekarza i powiedziała „ proszę mnie na coś poleczyć, w sumie nic mnie nie boli, dobrze się czuje, proszę coś znaleźć”, a potem na forum napisała „idę do lekarza, ktoś ma pomysł na co się poleczyć”? Rzucisz jakiś temat a jak ktoś go pociągnie to od razu się wycofujesz. Dobrze zrozumiałam, ze wychowywałaś się bez ojca, rodzice się rozwiedli? Twoje zachowanie wskazuje raczej na współuzależnienie od męża. Byłaś bluszczem, zmieniłaś się bo mąż nagle powiedział dość, ale nie dla siebie. Masz problemy z jedzeniem, zakupami. Nie potrafisz się kontrolować. Myślę ze boisz się że mąż Cię opuści, że z tobą nie wytrzyma w końcu, stąd ta chęć zmiany dla niego. Napisałaś, że nie jest ważne czy Cię kocha i nie interesuje Cię dlaczego przestał. Niby nie obchodzi cię to. Gdyby tak rzeczywiście było to nie rezygnowałabyś z siebie, swojego wewnętrznego szczęścia, a do tego twoim zdaniem ma doprowadzić terapia. Ktoś ma magiczną różyczką zmienić Cię tak żeby sprostać oczekiwaniom męża. Poświęcisz siebie, żeby został. Nieważne jakim kosztem ale inni mają być zadowoleni z Ciebie (matka, teściowa, dzieci). Wizyta u psychologa to nie badanie laboratoryjne, jeśli sama nie będziesz chciała zauważyć problemów i o nich mówić to nawet najlepszy psycholog ci nie pomoże.
                • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 11.12.13, 22:26
                  sorry zupełnie_bez_sensu ale oględnie mówiąc nie masz racji w co najmniej kilku punktach

                  Po pierwsze - jestem sobą,
                  lubie się i dobrze się ze sobą czuję. Chcę się zmienić dla męża ale na pewno nie ze strachu, że mnie mógłby zostawić (on nawet tylko dla córki nigdy by tego nie zrobił a nadal jesteśmy sobie bardzo bliscy i zaangażowanie, intymność, namiętność nadal w naszym związku jest).
                  Jeszcze dwa lata temu tragedią i końcem świata, absolutnym nieszczęściem byłoby dla mnie jego "nie wiem czy Cię kocham" ale okazuje się, że człowiek potrafi się zmienić pod wpływem czasu i filozofii/terapii stoickiej i teraz byłoby mi tylko leciutko przykro, a może i wcale nie przykro gdybym takie słowa ponowie usłyszała. A jak je kiedyś raz od niego usłyszałam to chciałam wręcz umrzeć. Opierałam na jego pewnej miłości cały swój kosmos i dobrostan, szczęście, radość życia. Już nie. Teraz opieram się na sobie, wiem, że dałabym radę żyć bez niego, może mieć zawał albo umrzeć w wypadku i dojdę do siebie i stworzę dzieciom dom.
                  Kiedyś marzyłąm o tym, żeby na pewno umrzeć pierwsza, przed nim. Jeżeli w mojej decyzji o podjęciu terapii jest element strachu to tylko ten, że nie daj boże moje malżeństwo zacznie kiedyś przypominać stare, już blisko 50letnie małżeństwo moich teściów, gdzie dziadek potrafi warknąć na babcię od czasu do czasu i nie tulą się, nie trzymają za ręce, nie "misiują", nie otulają do snu, nie całuja na dzień dobry, nie żartują, nie rozmawiają za dużo, każde obiad je oddzielnie w innym pomieszczeniu i ogląda inny program telewizyjny na swoim odbiorniku w dwóch końcach mieszkania. (Jednocześnie ich małżeństwo uważam za stosunkowo dobre, szanują się troszczą o siebie, razem spędzają urlopy, dzielą obowiązkami). W moim małżeństwie mąż zauważa gładką skórę, jedwabiste włosy, niebieskie oczy, chwali wygląd, masuje stopy etc Tego chyba u teściów nie ma. Dlatego nie chcę by z czasem nasze małżeństwo przypominało rodzinę męża pochodzenia, a to jedyny wzorzec mojego męża.
                  Ja wzorców zupełnie nie mam, rodzice rozwiedli się jak miałam 4 lata. W braku ojca mój psychoterapeuta upatruje źródła moich wszelakich zachowań, które męczą czasem męża.
                  Powiedział dziś na terapii, że powodem mojej nadaktywności, nadmiarowości, słowotoku, nadmiernych zakupów, nadmiernego jedzenia, braku umiejętności kontrolowania się etc jest moja zachłanność na relację z brakującym obiektem.
                  Wręcz uprawiam jakieś przeniesienie, cokolwiek to znaczy, i traktuje psychologa jak ojca.
                  Pytam go czy wobec tego mam jakąś szansę na zmianę, czy terapia ma sens, a on na to odpowiada pytaniem co ja o tym sądzę czy też pytaniem czy ja w to wierzę.
                  W swoich postach roztrząsam pierdoły, ktore powiedzial mąż nie dlatego, że teraz mnie ranią czy wyprowadzają z równowagi, ale dlatego, że ważne są dla mnie jego potrzeby a chyba oboje z domów rodzinnych nie wynieśliśmy umiejętności wyznaczania sobie i innym granic i nie wiem kiedy on ma coś prawo chcieć ode mnie a kiedy nie bo przekracza moje granice.
                  Mąż dziś w żartach na tematy okołopsychologiczne powiedział do mnie z uśmiechem "nie filozofuj, nie mędrkuj" co, dzięki Verdanie wiem, że jest trochę wychowawcze i nie na miejscu na poważnie i że mnie paternalizuje. Tak kiedyś do mnie by nigdy nie powiedział ale to tylko żarty i mam do tego dystans, a dla niego pobłażliwość. Ja jestem pełna sprzeczności z natury i w tym wlaśnie jestem sobą, może dzięki terapii to się także zmieni. Psychologowi dziś powiedziałam, że chcę (dla męża) być bardziej dojrzała, starsza wewnętrznie bo zewnętrznie już jestem 45letnią starszą kobietą. Że to jest to co chcę zmienić w sobie. Mój mąż mnie w tym wspiera i docenia, że generalnie robię to dla niego choć oczywiście na tym by mieć fajne, ciepłe, serdeczne, i przede wszystkim czułe i pełne radości małżeństwo zależy mi nie mniej niż mojemu mężowi, a nawet pewnie bardziej. On boje się ma potencjał pójścia w ślady ojca, dla mnie to za mało. Także w trosce o swój małżeński błogostan i szczęście małża pełne i całkowite - zmienię się na tej wyciskającej z człowieka emocje terapii. To kurcze nie wiem jak długi będzie proces bo terapeuta milczy jak grób, spotykać będziemy się raz w tygodniu a jak długo - nie wiem i aż boję się zapytać, żeby nie usłyszeć czegoś co mi się nie spodoba.
                  Ciekawa ta terapia, cieszę się z niej choć wychodząc z gabinetu chciało mi się rozpłakać trochę.
                  Cieszę się, że moja córeczka ma cudownego ojca, z którym ma od 13 lat silną, równie silną co ze mną więź i nie będzie miała żadnego brakującego obiektu i zachłanności na relację z nim w przyszłości.
                  Ja wcale nie rezygnuję z siebie i nie myślę wcale, że psychoterapia ma doprowadzić do zniszczenia mojego wewnętrznego szczęścia - psycholog to kolejna w moim życiu przyjazna, życzliwa relacja z kimś kogo lubię i szanuję i doceniam jego profesjonalizm i zdobyte kwalifikacje, certyfikaty, doświadczenie zawodowe, umiejętność wypunktowania rzeczy o mnie, których sama nie wiem. Ten psycholog to ktoś kto mi pomaga być lepszym człowiekiem, żoną, matką, bardziej kontrolować siebie. Fajnie, że byłam otwarta i znalazłam czas i chęć na terapię. Fajnie, że mój psycholog jakimś cudem znalazł dla mnie czas i uwagę.
                  Jestem mu za to przeogromnie wdzięczna, mam nadzieję, że pójdzie jak korek do nieba.
                  • zupelnie_bez_sensu Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 16:44
                    Lubisz siebie i dobrze się ze sobą czujesz, chcesz się zmienić dla męża chociaż on nie do końca tego oczekuje. Co więcej powiedział Ci że Cię chyba nie kocha, Ty twierdzisz że nie zależy Ci na tym, żeby został przy Tobie. Coś ma zostać po prostu zmienione, nikt nie wie co i po co, ale lekarz już jest ;) Pytanie zasadnicze brzmi więc po co więc ta zmiana? Czy chcesz z siebie zrobić męczennicę? No albo o czymś nam nie napisałaś, albo nas okłamujesz w niektórych kwestiach, być może nie chcesz sama przed sobą się przyznać. Już niejedna dziewczyna napisała Ci że sama sobie zaprzeczasz.
                    Dziwi tez twoja pewność że mąż Cię nie opuści, ale pamiętaj że mąż to nie jego ojciec, czasy się zmieniły, mogą mieć inną wytrzymałość na pewne sprawy, rozwody dzisiaj nikogo nie dziwią, w dzieci niebawem wyfruną z gniazdka.
                    Opisałaś małżeństwo teściów. Jakby 15 pisała a nie dorosła kobieta. Mają się teściowie miziać przy was? Skąd wiesz że dziadkowie nie okazują sobie czułości jak są sami? To w końcu inne pokolenie. Szanują się i troszczą o siebie, są dobrym małżeństwem ale Ty tak nie chcesz bo najważniejsze to patrzeć sobie głęboko w oczy głaskać po jedwabistych włosach.

                    „Ja wzorców zupełnie nie mam, rodzice rozwiedli się jak miałam 4 lata. W braku ojca mój psychoterapeuta upatruje źródła moich wszelakich zachowań, które męczą czasem męża”

                    Coś w tym jest. Dzieci często obwiniają się o rozwód rodziców, myślą sobie tak, „jakbym była grzeczna i robiła wszystko tak jak tatuś chce, byłabym cichutko, nie płakała bym, dobrze się uczyła itd. to na pewno tatuś by nas nie opuścił”. Jest to oczywiście błędne myślenie dziecka ponieważ to nie ono jest powodem rozwodu rodziców ale dzieci takie już są. I uważam, że właśnie ten schemat powielasz w stosunku do swojego męża. Będę grzeczna, będę po sobie sprzątać, wypożyczę jedna książkę bo maż uważa że dwie to za dużo, dam mu więcej przestrzeni, zadowolę go w każdym calu. Nawet to że cię nie kocha mu wybaczysz i będziecie żyć jakby te mocno raniące słowa nie zostały nigdy wypowiedziane.

                    "W swoich postach roztrząsam pierdoły, które powiedział mąż nie dlatego, że teraz mnie ranią czy wyprowadzają z równowagi, ale dlatego, że ważne są dla mnie jego potrzeby a chyba oboje z domów rodzinnych nie wynieśliśmy umiejętności wyznaczania sobie i innym granic i nie wiem kiedy on ma coś prawo chcieć ode mnie a kiedy nie bo przekracza moje granice"

                    Wy sami ustalacie własne granice, nie jest to jakiś schemat, matematyczne wyliczenia, które możesz kalką przenieść na swoje małżeństwo. To co odpowiada tobie i twojemu mężowi może być nie do zaakceptowania przez teściów i na odwrót. Kiedy ktoś przekracza granicę? Wtedy kiedy partner czuje się źle z takim zachowaniem. Myślisz że psycholog powie Ci kiedy mąż ma prawo czegoś od Ciebie chcieć a kiedy musisz ustąpić? Samo rozpatrywanie w tych kategoriach jest absurdalne i nikt nie odpowie na to pytanie za Ciebie.

                    Może powinnaś na terapii zacząć od ustalenia co jest dla ciebie dorosłością? I dlaczego tak się jej boisz i opisujesz tak ponuro? Co oznacza stara wewnętrznie? Bycie odpowiedzialną za swoje życie, decyzje nie musi oznaczać końca radości, smutku, poświecenia i braku spontaniczności. Czym ta dorosłość miałaby w twoim przypadku być? Jaka konkretnie chciałabyś być a jaka na pewno nie? Co możesz zrobić, jakie zachowania mogą doprowadzić Cię do tego celu? Co należy wyeliminować?. Mąż określił się co tak naprawdę mu nie pasuje w Tobie? Piszesz że wszystko go drażni, bo robisz inaczej. No ale chyba wszystkiego to nie zmienisz. Poza tym to jego problem. Dlaczego Ty masz robić tak jak on? Dlaczego to jest lepsze? Jakieś konkrety?

                    "On boje się ma potencjał pójścia w ślady ojca, dla mnie to za mało."

                    Ale co konkretnie takiego by robił gdyby był taki jak teść? I czy twoja przemiana jest tym jedynym co go przed tym powstrzyma?

                    "Cieszę się, że moja córeczka ma cudownego ojca, z którym ma od 13 lat silną, równie silną co ze mną więź i nie będzie miała żadnego brakującego obiektu i zachłanności na relację z nim w przyszłości."

                    Czyli jednak chcesz zatrzymać przy sobie męża dla dziecka. Może nie dla siebie ale dla córki, żeby nie wychowywała się tak jak Ty bez ojca. Pamiętaj tylko ze córka ma już 13 lat. Dla córki to Ty jesteś wzorem żony i matki. Czego ja uczysz? Że trzeba zawsze być takim jak chcą inni? Że mąż ma prawo traktować żonę jak dziecko? Taka jest rola kobiety w rodzinie? Ma zrobić wszystko co może żeby mężczyzna nie zechciał odejść?

                    "Ten psycholog to ktoś kto mi pomaga być lepszym człowiekiem, żoną, matką, bardziej kontrolować siebie. Fajnie, że byłam otwarta i znalazłam czas i chęć na terapię. Fajnie, że mój psycholog jakimś cudem znalazł dla mnie czas i uwagę."

                    Masz chyba strasznie niskie poczucie własnej wartości. Oczywiście dobrze pracować nad sobą, człowiek uczy się całe życie, ale dlaczego ciągle powtarzasz że chcesz być lepszą matką, żoną, osobą? Co sprawia że jesteś taka zła? Skąd te wieczne wyrzuty sumienia? To że mąż, czy dzieci się denerwują na ciebie to twoja wina, twoje zachowanie ich sprowokowało. Jak Ty się zdenerwujesz to też jest twoja wina? Za co tak się ciągle karzesz?

                    • igge Re: zupełnie_bez_sensu 12.12.13, 22:34
                      On nie do końca tego oczekuje - to trafne. Tych zmian. Ale jakoś na swój sposób oczekuje bo jak mówię rano, że od dziś nie jem kolacji to wieczorem po powrocie z wieczorku poetyckiego jak otwieram lodówkę przypomina przymilnie, że podobno powzięłam jakieś postanowienie :) Jednak cieszy się chyba z potencjalnych i hipotetycznych zmian i wygłupiamy się razem rozmawiając o tym co powiedział psychoterapeuta i on w żartach mówi (mąż), że psycholog tylko potwierdził jego diagnozę. I że miał prawo czuć się, że mu było ciężko. Jest jednocześnie ekstra czulszy i tkliwy dla mnie a jednocześnie lekko zaniepokojony, że teraz diagnozą psychoterapeuty wytłumaczę wszystko co wg niego nie tak robię i będę miała wygodną wymowke i usprawiedliwienie, zamiast walczyć np ze swoją skłonnością do opróżniania lodówki.

                      My właściwie już się nigdy niemal nie kłócimy, dyskutujemy owszem i są emocje ale to dyskusja nie kłótnia i po prostu każde z nas "walczy" o to co dla niego ważne, o to jak ma wyglądać nasze wspólne życie, jak wychowywać syna, który znienacka wysyła smsa, czy mogę mu dać 100 zł. Czy uleganie córce i zafundowanie pizzy za stówę (ojca inicjatywa) było rozsądne czy nie.

                      Co z tego, że on do końca nie oczekuje zmian ode mnie, ja sama oczekuję (tylko czasem mnie przerażają pod względem wyzwań i wyrzeczeń jakie mnie czekają i ewentualnej porażki spowodowanej brakiem samodyscypliny i tendencją do niedotrzymywania spontanicznie podejmowanych decyzji pt np od dzisiaj nie jem kolacji).

                      Do psychologa trafiłam przypadkiem ale ja stosuję konsekwentnie zasadę "amor fati" więc nie zrezygnuję z niego sama, on będzie musiał zakończyć terapię.

                      Staram się (dość niestety nieregularnie) stawać sie stoiczką, testować stoicyzm. Oznacza to także, że moim (tylko moim a nie mojego męża) superważnym celem i wartością jest praca nad sobą, "poprawianie" swojego charakteru, stawanie się krok po kroczku coraz lepszym człekiem, dążenie do perfekcji, ćwiczenie hmmm antycznych cnót. To taki poststoicyzm i jestem dopiero na samym początku trudnej i trwającej całe życie drogi. Na razie jestem stoikiem w hmm... 20 procentach i to tylko dlatego aż 20%, że udało i udaje mi się nie uważać choroby, niesprawności, śmierci, ubóstwa, straty (np męża lub miłości męża chociaż akurat teraz niby kocha tak stwierdził tylko ja mu do końca nie wierzę), i wielu innych rzeczy za coś złego i za coś co mnie rani i przejmuje. Wg zdania z Epikteta: "Men are disturbed not by things, but by the views which they take of them". Postępowanie zgodnie z powyższym daje ogromną wolność, także wolność od takiego czy innego postępowania, słów partnera życiowego i w ogóle osób, które kochasz. Ja z przyjemnością słucham tego co masz zupełnie_bez_sensu do powiedzenia nie tylko dlatego, żeby wyciągnąć wnioski i ewentualnie przemyśleć sobie coś, zmienić zdanie, popracować nad czymś czego nie dostrzegałam ale też dlatego, że jak mawiał Seneka "chcieć i móc słuchać napomnień jest formą cnoty".

                      Nie chcę z siebie zrobić męczennicy i nie robię bo i psycholog i robienie czegoś dla ukochanej osoby i ćwiczenie własnego charakteru to dla mnie frajda (to trzecie - najmniej, fakt, wymaga wysiłku i samodyscypliny i nie zawsze należy do przyjemności, ale dla stoików przyjemność nie jest najważniejsza). Chcę ćwiczyć swoją silną wolę, mam z tym problemy choc i sukcesy. Nie mam jakoś drastycznie niskiej oceny wartości, uważam za swój sukces wiele rzeczy. Nie muszę widzieć ciągłego zachwytu w oczach męża choc przyznam lubiłam go latami traktować jak lustro i miło było czuć się zachwycającą osobą przynajmniej dla jednego człowieka na świecie.

                      Nie da się w postach napisać wszystkiego o nas, na pewno nie kłamię. Staram się do wszystkiego przed sobą przyznawać, nie oklamywać siebie ale nie wiem może coś robię nieświadomie, nie sądzę jednak. W każdym razie nie lubię się samooszukiwać i staram się tego nie robić.

                      Mam rzeczywiście pewność, że mąż mnie nie opuści, wynika to z wielu powodów, o których nie chcę się rozwodzić, generalnie podstawowy to ten, że jestem kimś najbliższym dla niego.

                      Nie boję się syndromu pustego gniazda.

                      Nie wykluczam, że gdybyśmy się rozwiedli (kiedyś? ale jako stoicka trochę rodzina jest to raczej niemożliwe jesteśmy wierni sobie) to córka/lub/i syn pozostali by z ojcem, to chyba w tym wieku nastoletnich dzieci decyzja.

                      Wiem na pewno, że teściowie się nie miziają etc. Teściowa otwarcie o tym mowi, wygłupiamy się, żartujemy z dziadkami i szwagierką. Nie wiem może mam oczekiwania 15latki wobec małżeństwa ale skoro udało się przez 20 lat to czemu nie dlużej. Mąż raz powiedział, że ja jakoś tak mam co do malżeństwa wizję, żeby całe życie było jak w komedii romantycznej. Z drugiej strony dobrze jest jak jest a małżeństwo dziadków lubię i mam z ich strony wielkie wsparcie.

                      Te mocno raniące słowa mój mąż wypowiedział raz jedyny na 24 lata to chyba nie koniec świata? Chciał być jak zwykle szczery, zraniło mnie to ale to przeszłość. Jak to wybaczam mu te słowa???! co tu jest do wybaczenia?????! Raczej nie do końca, przypuszczam, panuje się nad stanem zakochania, on po prostu przeszedł szybciej ode mnie na drugi etap małżeństwa, stan po zakochaniu i zachwycie partnerem, dostrzegł wreszcie moje wady i zmęczyły go. Nie winię go za to absolutnie i nie mam niczego do wybaczenia bo on nie zrobił/ nie poczuł nic złego. Ewentualnie też rozumiem, że każda miłość może się kiedyś znienacka wypalić, nic nie jest dane raz na zawsze, my i tak byliśmy zapatrzeni w siebie długo, ja jestem wpatrzona jak w obrazek w niego nadal. (Zahipnotyzował mnie :))))

                      Nie żyjemy tak jak gdyby te raniące słowa nigdy nie zostały wypowiedziane. Zmiana jest taka, że ja też już nie wiem czy on mnie kocha i pojedyncze zapewnienie o tym, że kocha nic tu nie zmienia. W każdym razie ćwiczę "premeditatio malorum" i wyobrażam sobie, że nie kocha na pewno, że umrze itp
                      Jak kocha to ok, jak nie - też ok, jestem przygotowana na to, mam w nosie, nie psuje mi to już wcale humoru.

                      Granice ustalam/y sobie sami, wiem, nie psycholog, ale posty np verdany czu nadmorskiej, pade, zuzi pozwalają mi lepiej ustalać sobie samej te granice. Sa pomocne. Bardzo. I dają dużo śmiechu, a śmiech to zdrowie.

                      Nie boję się dorosłości i nie wiem czemu mówisz, że opisuję ją tak ponuro. Nic ponurego w dorosłości nie ma. Można byc wesołym, zadowolonym z życia dorosłym tak samo jak wręcz staruszkiem. (Kabaret Starszych Panów się kłania :))

                      Dzisiaj jakaś siwa staruszka chyżo przebiegła mi znienacka drogę na zielonym, mało co jej nie potrąciłam. Biegła bez sensu do autobusu na czerwonym. STarzy ludzie, sztuczne szczęki na talerzu, ludzie w tzw sile wieku, w średnim wieku, starsi, dorośli etc są w porządku, lubię ich i siebie bo jestem jednym z nich, spotykam sporo seniorów w bibliotekach np. Wiem, że są/bywają radośni, spontaniczni, młodzi duchem.

                      zasypałaś mnie pytaniami :)) Muszę się kłaść bo o piątej jutro wstaję. Dobranoc. Serdeczne pozdrowienia
                      • zupelnie_bez_sensu Re: zupełnie_bez_sensu 13.12.13, 18:58
                        Przeczytałam twój wątek z kwietnia chyba nt. kłótni z mężem. Wtedy mąż powiedział Ci, ze nie ma siły do Ciebie i że jesteś jak trzecie dziecko dla niego. Mąż nie miał pracy akurat a Ty nie pracujesz bo nie masz ochoty i wolisz się rozwijać wewnętrznie. Na razie ci się nie chce ale jakby nagle męża zabrakło to cudownie byś sobie poradziła sama. Co prawda nie pracowałaś od lat ale jakbyś chciała to bez problemu od razu dostałabyś powyżej średniej krajowej, no i pogodziłabyś opiekę nad niesprawnym dzieckiem z pracą. Wszystko to tylko kwestia twojego chcenia. Obecnie wolisz akurat poczytać. Co prawda oboje nie pracowaliście wtedy, ty mogłabyś choćby dorywczo ale mąż się nie zgadzał bo musiałby opiekować się córką. Oczywiście jest cudownym ojcem, nie zawsze uczestniczył w ważnych wydarzeniach w jej życiu, ale mają świetny kontakt. Jak już wróci do domu po długiej nieobecności no i nacieszy się swoim własnym czasem i swoją własną przestrzenią życiową, to wtedy świetnie się razem bawią. Nie masz pieniędzy na kawę poza domem, nie możesz sobie kupić szminki bez pretensji męża, nie możecie wysłać dziecka na wycieczkę. 16 latek jest szczęśliwy skacząc całe wakacje na trampolinie w ogródku albo ma ubaw słuchając o terapii mamusi. W ogóle jesteście jedna wielką szczęśliwą rodzinką. Mąż cię szanuje, uważa że jesteś uroczą trzpiotką. Kiedyś co prawda powiedział , że cię nie kocha, innym razem że nie ma do ciebie siły. Wiecznie się denerwuje na Ciebie bo robisz wszystko inaczej niż on, dzieci też maja do ciebie pretensje. Mówią że jesteś niekonsekwentna, zmienna itd. nie chcą Ci dać czekolady bo jesteś gruba. Ale Ty twardo upierasz się że tak im się wymsknęło tylko? Kłócisz się z matką, do której masz pretensje i nie chcesz być taka jak ona ale macie super relacje. Tak samo z teściową. W sumie nie doczytałam co jej zarzucasz, chyba jest dobra babcią, tworzą z dziadkiem związek oparty na szacunku i zaufaniu ale złe wzorce synowi (twojemu mężowi) przekazała bo się z dziadkiem nie smyrają noskami przed snem i oglądają TV w innych pokojach. A ty chciałaś wszystko razem robić z mężem, być jak bliźnięta syjamskie wręcz. Twierdzisz że jesteś twardą realistką? Że nie bujasz w obłokach? Reasumując macie średnią sytuację finansową, dorastające dzieci, w tym jedno chore, mąż jest zmęczony odpowiedzialnością za całą rodzinę i nie ma stałego źródła dochodu, dzieci nie dostają kieszonkowego a ty podkradasz im pieniądze ze skarbonki, delikatnie mówiąc masz problemy z nadwagą, kontrolowaniem wydatków, ustaleniem priorytetów. Mąż poza pracą zajmuje się opieką nad domem bo ty lecisz na kółko recytatorskie i twierdzisz że nie jesteś marzycielką?

                        Z każdym twoim postem nabieram przekonania, ze albo nie jesteś prawdziwą osobą, albo kontakt z rzeczywistością już dawno straciłaś, ewentualnie masz rozdwojoną osobowość. Myślę jednak, że nas podpuszczasz, piszesz pracę albo jakieś badania prowadzisz w Internecie.
                        • igge Re: zupełnie_bez_sensu 13.12.13, 22:47
                          Wiesz co, sprostuję tylko jedno Twoje zdanie bo więcej już mi się, wybacz, nie chce bo późna. godzina i chcę mieć czas dla męża, który zaraz wróci z pracy. Rzeczywiście masz częściowo rację, wiele z tych rzeczy brzmi jakby znajomo. Muszę zastanowić się co ja tu wypisuję bo w Twoim podsumowaniu coś jest co jakoś w krzywym zwierciadle odzwierciedla prawdę.

                          Syn nie spędził lata na trampolinie tylko, choć lubi też leżeć i czytać w ogródku w wakacje i biegac po lesie z psami.
                          Był też w te wakacje na obozie naukowym, był z nami w górach na urlopie, był tydzień nad morzem z siostrą i z dziadkami (z którymi teraz mamy świetne relacje ale relacje mają swoją dynamikę i teraz jest lepiej a bywało gorzej, a z moją mamą to już całkiem bywało tragicznie. Teraz doceniam wszystko co dla nas robi kiedyś ciężko mi było z nią wytrzymać bo fochuje się łatwo itd jest nademocjonalna) Nie wiem jak mbędzie dalej w relacjach z teściami, mamą i mężem, nie jestem wróżką ale wydaje mi się, że będzie dobrze.
                        • lassgard Re: zupełnie_bez_sensu 13.12.13, 23:05
                          przepraszam ale i ja odniosłem podobne wrazenie. za duzo sprzecznosci jak na jedno zycie. przeczytalem, ze sa osoby na forach dyskusyjnych by podtrzymywac rozmowy. moze mamy do czynienia z podobnym przypadkiem? ale w jakim celu?
                          lassgard
    • alpepe Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 11:58
      Jestem od ciebie młodsza, to na wstępie.
      Ja bym nie szła na żadną terapię na twoim miejscu, jeśli już, to poszłabym na zajęcia gimnastyczne, by zrzucić tłuszcz, próbowała zdyscyplinować siebie do odpowiedniego wychowania psa i rozejrzałabym się za sprzątaczką, która wytarłaby zlew do sucha.
      Nie rozumiem idei naprawiania człowieka, który ma tylko takie narowy jak ty, terapią. Twój mąż robi się czepialski coraz bardziej, on powinien się zastanowić, czemu nagle mu nie pasuje coś, co latami mu pasowało.
      I tyle.
      Ja mam fobię społeczną, od czasu zamachów w metrze w Hiszpanii i w Londynie boję się komunikacji miejskiej i spędów towarzyskich, ale to taka fobia, którą odkładam na półkę, kiedy muszę coś załatwić. Po prostu wsiadam do autobusu i jadę, idę na spotkanie i czaruję otoczenie. Czy wobec tego powinnam drążyć na terapii, a dlaczego, a po co i próbować to całkowicie zwalczyć? Nie.
      • pade Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 12:39
        No to masz tę fobię czy jej nie masz?:D
        • wies-baden Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 13:42
          Te trzy zupy gotowane równocześnie, bardzo mnie zaintrygowały, kto wie czy tu nie jest klucz do rozpoznania. Czy mogłabyś przybliżyć skąd ten pomysł? Mnogość zajęć w sytuacji, gdy nie do końca panujesz nad chaosem?
          • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 19:55
            Na terapii warto by popracować nad syndromem Ani z Zielonego Wzgórza czy też Polyanny - to znaczy nad tym, ze żyjesz w alternatywnej rzeczywistości, nie dostrzegając niczego, czego nie chcesz widzieć, albo to ignorując. Optymizm i cukierkowa wizja życia, którą opisujesz, wg mnie nijak się mają do tego, jak jest naprawdę. Na przykład nie wydaje mi sie., aby córka miała takiego wspaniałego ojca - dla córki traktowanie matki jak dziecka, decydowanie za nią w drobnych sprawach, nie pozostawianie marginesu na własne zainteresowania, na własne decyzje w domu - to fatalny przykład.
            • triss_merigold6 Re: Nad czym pracować na terapii? 12.12.13, 21:19
              Może to była dla męża jedyna metoda zaakceptowania żony?
              Z całego serca mu współczuję, nie byłabym w stanie w jednym pokoju w biurze wysiedzieć z tak infantylną istotą, a co dopiero mieszkać na co dzień.
              • igge Re:triss 12.12.13, 23:03
                A jednak infantylizm, przyznaję moja wielka wada, nie przeszkodził mi, a wręcz pomógł, dobrze wychować dwójkę dzieci i opiekować się niemal 4 lata niedołężną prababcią do śmierci na naszych rękach, zajmować się wolontariatem . Stworzyłam ciepły, dobry dom swoim dzieciom, dałam im poczucie bezpieczeństwa i jestem z tego dumna. A że można możliwe to było zrobić z mniejszym zaangażowaniem i entuzjazmem i mniejszym nakładem czasu, sił i środków, to inna sprawa. Ja, tak samo jak wiele innych kobiet nie dałam rady połączyć wielu płaszczyzn samorealizacji i spełnienia tylko wybrałam te najważniejsze dla mnie i na nich się skupiłam. Na szczęście nie pomyliłam się w swoich priorytetach i dostałam od życia to co chciałam najbardziej dostać. Cała reszta to dla mnie ekstrasy, rzeczy obojętne.
                Pracowałam kiedyś w biurze triss jako tłumaczka i jakoś nie działałam ludziom na nerwy, byłam lubiana. Choć moja córka twierdzi, że troluję nawet w realu, cokolwiek miała na myśli.
                Dla mnie zaletą niewątpliwą bycia infantylną jest możliwość bezustannego śmiechu z córką, przeżyłam w życiu ciężką depresję i śmiech, radość życia uważam za kluczowe umiejętności, które można ćwiczyć, a nawet trzeba ćwiczyć.
    • igge Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horacego 13.12.13, 09:11
      Za późno otworzyłam pocztę i mam na jutro znienacka do nauczenia się na pamięć wiersz na swoje zajęcia ze stoickiej filozofii - myślę, że ta pieśń Horacego może być też traktowana jako cel terapii, jeden z celów, to nad czym chcę pracować na terapii, takie dążenie do amor fati i szczęścia.
      Przepiszę tu pierwszą i ostatnią zwrotkę może komuś się spodoba, a mi pomoże nauczyć się go na pamięć.

      "Kto nieskalany, kogo żywot prawy,
      temu łuk na nic i oszczep mauryjski,
      tego grotami zatrute z kołczanu
      nie tkną pociski.

      (...)

      rzuc pod tropiki, pod sam rydwan słońca,
      gdzie kraj bezdomny i gdzie piaski nagie,
      a w kocham wciąż brzmieć będzie śmiech i słodki
      szczebiot Lalage."

      Verdana mówi, że żyję w oderwaniu od rzeczywistości w jakimś matriksie, a najbliższe warsztaty stoickie poświęcone będą tematowi bycia realistą, czyli przydadzą się mi bardzo :)
      Choć ja nie uważam się za marzycielkę, a za twardą realistkę stąpającą trzeźwo po ziemi i tak patrzącą na świat. Może nie do końca jestem zawsze przytomna i nigdy nie bujam w obłokach ale myslę, że planuję swoją przyszłość w oparciu o to, co się już dokonało i zdarzyło. I wybieram dla siebie taki scenariusz, który jest najbardziej możliwy do wykonania. Nie zastanawiam się nad tym "co by było, gdyby...", mówię raczej "pożyjemy, zobaczymy...".
      SErdeczne pozdrowienia.
      • verdana Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 13.12.13, 18:01
        Sama próba zastosowania filozofii stoickiej do realnego życia jest marzeniem nastolatki, jest oderwana od rzeczywistości. Nie da sie żyć zgodnie z wytycznymi jakiejkolwiek filozofii. W życiu potrzebna jest elastyczność, nie doktryna, nie świetlany cel osiągnięcia doskonałości. Masz wszelkie szanse, aby zamiast zmienić sie na lepsze, zmienić się w osobę odgrywającą całe życie wydumaną rolę.
        • igge Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 13.12.13, 22:19
          stoicyzm jest bardzo elastyczną, nastawioną na indywidualizm i autonomię tradycją duchową

          Takie wsparcie ze strony filozofii jest bardzo pomocne w życiu, dobrze wpływa na relacje, ułatwia osiągnięcie harmonii wewnętrznej, spokoju ducha, radości życia, uodparnia na wyzwania i trudności.

          Takie działanie, taki skutek daje też praktykowanie religii, wiara, ale ja niestety jestem do szpiku kości niewierząca i moje dzieci też i małż raczej też.
          Próbowałam wychować dzieci na katolików kiedyś ale jak sama nie jestem katoliczką to nie wyszło i dobrze w sumie, rodzice powinni przekazywać spójny system wartości.

          Ale bardzo mi w życiu brakowało jakiejś spójnej metody, techniki pracy nad sobą i te przepiękne starożytne teksty stoickie Epikteta, Marka Aureliusza i Seneki dają wiele przyjemności, a przy tym ukojenia i błogiego spokoju.
          Rozumiem, że nie każdy to lubi i nie każdy potrzebuje - mój mąż na przykład nie chce i nie lubi mieć nic wspólnego ze stoicyzmem (od czasu do czasu mnie podwozi) choć próbowałam go namawiać do uczestniczenia w stoickich warsztatach, spotkaniach, do lektury. On skupiony jest na sprawach bytowych, a w wolnych chwilach woli czytać książki o historii. Przewodniki. Powieści. Ale np sugeruje mi jakieś ćwiczenia, podpowiada i żartuje nazywając grupę ludzi luźno rozmawiającą na przeróżne interesujące tematy i czasem próbujących testować poststoicyzm - sektą. Niesłusznie:) To nie jest żadna sekta, to fajne, rozwijające, relaksujące dyskusje o sprawach bliskich ludziom w każdej epoce i w starożytności i teraz. Uczestniczą w nich ludzie w różnym wieku, chyba tylko dwoje to nastolatki, często ludzie starsi i w średnim wieku, także młodzi, studenci, ludzie o różnych zawodach i zainteresowaniach. Stoicyzm nie jest marzeniem nastolatki verdano. Mało wiesz o stoicyzmie, a tak kategorycznie się wypowiadasz.
          W życiu potrzebna jest elastycznośc, zgadzam się. I taką elastyczność oferuje też filozofia stoicka. Nie ma na celu osiągnięcia doskonałości tylko dobrego, spełnionego i może szczęśliwego życia. Dążenie do doskonałości to taka codzienna żmudna praca maleńkich kroczków i maleńkich sukcesów w samodyscyplinie, ja to przynajmniej tak rozumiem, taki dystans do siebie, refleksyjne podejście do życia. ćwiczenie woli. Wyrabianie w sobie powolutku sensownych dobrych nawyków. Nikt nie liczy na osiągnięcie doskonałości ale można całe życie do jakiejś małej poprawy siebie systematycznie dążyć.Nie odgrywam żadnej wydumanej roli, jestem sobą. Zawsze starałam się coś w sobie zmienić, z mizernymi co prawda efektami, ale coś jednak się udało. Każdemu życie przydzieliło jakieś role mniej lub bardziej przyjemne, rolę matki, ojca, żony, męża, pracownika itd Nie chodzi o to co konkretnie robisz ale jak to robisz, jak wypełniasz swoje obowiązki.
          I owszem verdano, wzięłam sobie Twoje uwagi do serca ( i wyznaczyłam "świetlane" cele) i nie tylko Twoje i próbuję nie jeść kolacji, chodzić na spacery z psami częściej, zamiast ciasta wieczorem wypić samą herbatę.
          Próbuję też zwracać uwagę mężowi kiedy przejawia "ocowskopodobne"zapędy i ograniczać swoją nadaktywnośc i nadmiarowość np nie łapiąc kolejnej gazetki do czytania i nie decyduj ąc się na kolejne zwierzątko domowe i zaproszenie jednej nie dwóch koleżanek córki na pieczenie pierniczków ( tak jest z wielu względów łatwiej dla nas, dziewczyny mieszkają daleko, trzeba je poprzywozić i poodwozić, pilnować przy pieczeniu, opanować to czasowo i zgrać z innymi zajęciami tego dnia).
          Jeśli chodzi o gazetki to w świątecznym numerze "Zwierciadła" jest stosunkowo krótki artykuł o stoicyzmie, nazywa się pojednanie przy stole czy jakoś podobnie. Całkiem dorośli i nienastoletni dojrzali ludzie próbują stosować filozofię stoicką do realnego życia, serio :)
          • verdana Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 13.12.13, 22:53
            Jest tradycją duchową, wg. której nie da się żyć tylko dlatego,że tak się postanowiło, bo nam się stoicyzm podoba. Takie wsparcie ze strony filozofii nie jest pomocne, jest sztuczne. OK, można uważać, ze stoicyzm jest ideałem, ale nie da sie dopasować życia do tego ideału, bo jest to między innymi sposób przezywania różnych spraw, a tego nie da sie sobie nakazać.
            Praktykowanie religii jest OK, pod warunkiem, że się w nią wierzy, a nie postanawia, ze od jutra się uwierzy. To tak nie działa.
            Przepiękne teksty służą do refleksji moralnej i intelektualnej, niekoniecznie do tego, by zacząć żyć w sposób sztuczny, dopasowany do wyimaginowanego ideału. Tak robią czasem 15-latki zmieniając życia na wzór swojego idola. Zwykle im mija po miesiącu-dwóch. To nie o to chodzi, ze stoicyzm jest dla nastolatek - chodzi o to, zę zmienianie życia od podstaw, aby dopasować sie do idealnej wizji jest dla nastolatek.
            Zaręczam Ci, że wiem, co to jest stoicyzm.
            • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 13.12.13, 23:33
              Mnie bardzo zainteresowały informacje Igge o powiązaniu psychoterapii ze stoicyzmem, na ten temat jest bardzo dużo w sieci. W sumie to pewnie dla niektórych oczywiste, ja jakos tak rozumiałam, że psychologia odłączyła się od filozofii, ale nie łączyłam tego z psychoterapią.
              www.econlp.com/blog/index.php/2013/05/dont-worry-be-stoic/
              Tu taki mały tylko wyrywek.
              Nawet zobaczyłam, że faktycznie jest masa warsztatów "ze stoicyzmu". Bardzo zazdroszczę czasu, nie mam go teraz za wiele, a sama mam (miałam?;)))) pewną pasję bliską że tak napiszę filozofii, na którą nie mam teraz przy dzieciach zupełnie czasu i energii... Wiem, że samo zajmowanie się czymś "oderwanym" od zycia już może być czymś przynajmniej uspokajajacym równie lub bardziej niż psychoterapia. Też mnie wtedy masa ludzi pytała po co mi takie zajęcia.
              Ja zazdroszczę i praktykowania stoicyzmu i tej terapii psychoanalitycznej. Jak skończę swoją i odchowam dzieciaki, to najpierw pojadę na długie wakacje tylko z mężem a potem pójdę na kozetkę jakiegoś psychoanalityka:)
              Ps. Nie można przy zamiarze chudnięcia omijać kolacji, podobnie jak żadnego posiłku. Nawet Pani Agnieszka pisała ostatnio - 5 posiłków jak u niemowlaka. Inaczej jojo!
              • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 14.12.13, 00:01
                pl.wikipedia.org/wiki/Terapia_racjonalno-emotywna
                Tu jeszcze fajnie napisane o wspomnianej terapii i jej powiązaniu ze stoicyzmem. No, Igge, fajnie, że ten wątek załozyłas. Jeżeli faktycznie nad tym wszytskim myslisz, to możesz więcej robić niż ludzie na terapiach.

                Wklejam jeszcze "wyznaczniki" zdrowia psychiczneg:) Możemy sobie sami siebie ocenić:)))
                umiejętność dbania o własne dobro,
                dobre przystosowanie społeczne,
                autonomiczność,
                tolerancja,
                akceptacja dwuznaczności i niepewności,
                giętkość myślenia,
                myślenie naukowe,
                zaangażowanie,
                podejmowanie ryzyka,
                samoakceptacja,
                hedonistyczne nastawienie do życia, - no, epikureiczycy tez żądzą:)))
                brak perfekcjonizmu i utopijnych poglądów,
                przyjmowanie odpowiedzialności za siebie.
                • igge Re: Nad czym pracować na terapii - wiersz Horaceg 14.12.13, 10:37
                  paris, wśród znajomych sympatyków stoicyzmu jest spora frakcja o epikurejskim charakterze
                  Hedonizm w sobie zwalczam ale to jakby pod prąd bo niestety nawet mój syn twierdzi, że jest hedonistą :) i hedonizm rządzi w sklepach etc
                  Nie wiedziałam, ze jest jakaś terapia racjonalno emotywna, stoicyzm kojarzy mi się z CBT
                  donald Robertson napisał o tym książkę
                  ja nie zmieniam chyba życia u podstaw Verdano, żeby dopasować je do ideału stoickiego
                  Bardziej ten stoicyzm 3 lata temu przypadkiem pojawił się w moim życiu gdy absolutnie nic o nim nie wiedziałam, wpadłam na ulotki o Pizzy filozoficznej w pobliskiej kawiarni i spontanicznie postanowiłam spędzać w tej kawiarni weekendowe południa, całą rodziną, w myśl swojej błędnej zasady, że co zachwyca mnie to zachwyca też innych, mam tendencje do autorytarnych czy autorytatywnych sądów o pięknie. O filozofii nie wiedziałam zgoła nic, udało mi się w ogóle zapomnieć, że miałam jeden semestr takiego przedmiotu na studiach i że raz jeden zetknęłam się z bandą na czarno ubranych filozofów na imprezie studenckiej i się z nimi ani ja, ani mój przyszły mąż, ani przyjaciółka nie zintegrowaliśmy zupełnie. Teraz regularnie sięgam do za trudnych często dla mnie tekstów filozoficznych, niekoniecznie stoickich i mam dzika frajde z tego co zrozumiem,czytam powolutku i jakby w obcym :) filozoficznym języku
                  Teksty stoickie są stosunkowo łatwe, współczesna filozofia jest trudniejsza.
                  A dla ukojenia i pozbierania myśli, wyciszenia można też robić tysiąc innych rzeczy np szydełkować jak moja mama, która tworzy cudne aniołki na szydełku. ja dla wyciszenia, skupienia na przyjemności i spokoju gotuję, często nadmiarowo
                  Pozdr serdeczne.



    • differentview Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 08:27
      igge napisał:
      >Czy psycholog sam może stwierdzić co mi dolega i sam zasugerować nad czym będziemy pra
      > cować, co sama powinnam w sobie zmienić? Układy z matką i z teściową mam teraz
      > wzorowe, dające dużo radości. Z mężem w sumie też.

      troche dziwne by to bylo gdyby to psycholog sam decydowal czy i co powinnas w sobie zmieniac; wydaje mi sie, ze kazda terapia zaczyna sie od tego, ze klient tlumaczy jaki jest jego problem i ustala z terapeuta nad czym beda pracowac; terapeuta arbitralnie nie powinien nic narzucac klientowi; zalozmy, ze ktos jest introwertykiem i czuje sie z tym ok to przeciez bez sensu bylaby terapia, ktora mialaby zmienic klienta w ekstrawertyka; tak samo z Toba- jesli dobrze sie czujesz, ze swoja lekka dziecinnoscia i oderwaniem od rzeczywistosci to niby dlaczego ktos mialby zmieniac Cie w dojrzala i zasadnicza realistke?;) oczywiscie, ze problem sie zaczyna, gdy dla kogos( np meza) Twoje odjechanie przestaje byc rozkoszne i urocze a zaczyna byc meczace i frustrujace- ale to nadal za malo bys Ty chciala sie zmienic; gdyby krytyka meza naprawde Cie jakos bolala- wtedy mialabys jakis punkt zaczepienia, od ktorego moglabys zaczac terapie; ale mi sie wydaje, ze tak nie jest; maz sobie pogada i pomarudzi a tak naprawde akceptuje Cie taka jaka jestes wiec niby po co mialabys sie zmieniac?
      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 11:49
        Diffferentview, to prawda co piszesz ale akurat mój psycholog sam z siebie zauważył jak mówię, co mówię, jak siedzę, co robię i sam wysnuł wnioski i zapytał o to czy nadmiernie nie angażuję się w różne czynności relacje, czy nie jestem nadmiernie aktywna w niektórych sprawach, dlaczego kupuje tę dziesiąta szminkę skoro jak mąż stwierdził kiedyś "jedne usta = jedna szminka". Teściowa i moje przyjaciółki z tym problemu nie mają. ja niby też nie bo mam frajdę z tej dziesiątej szminki czy pudełka herbaty ale po co mi spięcia z mężem i czy na pewno chcę mieć arsenał herbatek, które nie mieszczą mi się w szafce? Nie trzeba mieć 16 smaków napoju do wyboru, czasem sama się w tym gubię i popadam w chaos. który czasem, rzadko ale może rzeczywiście mnie tez męczy. co prawda moja szwagierka ma dwadzieścia par butów i to jej nie przeszkadza kupować kolejne ale właściwie po co. Mój psycholog dopatruje się w takim zachowaniu jakichś bardzo wczesnych dziecinnych nie zaspokojonych potrzeb, zachłanności na relację z utraconym obiektem, ojcem. Niby to nic nowego dla mnie ale wyszłam z gabinetu poruszona, rzeczywiście ta psychoanaliza szarpie jakby emocjami, ale jeśli da się coś jeszcze we mnie wyprostować i sama muszę się za to wziąć to może pójściem na łatwiznę jest zwyczajne akceptowanie siebie i lubienie i bawienie się z córeczką robieniem głupstw nonstop. Ja nie chcę schudnąć, ja już nie chcę utyć więcej bo wyrosnę z ubrań i jedzenie kosztuje i mam kondycję zerową i samochodowo-siedzący tryb życia. Lubię pływać bardzo ale basen jest daleko.

        :( A teraz właśnie dostałam znienacka telefon od "Świętego Mikołaja" i wieeeeeeelki finansowy prezent. Nie chcieliśmy go przyjąć, mój wujek, który jest bardzo dobrym człowiekiem sam ma różne ciężkie choroby i ma na co i na kogo wydawać ciężko zarobione pieniążki, od wiosny opiekuje się z dziećmi ukochaną chorą żoną (na raka :((((((((((((((((((((((((((((((((((() - nalegał, żebyśmy, jak co roku, przyjęli prezent od Świętego Mikołaja.
        Człowiek jest bezradny w obliczu takiej choroby, chciałby pomóc, nie wie jak, oni nie chcą pomocy bo mówią, że nie ma jak pomóc, że sobie radzą. Żona wujka to młoda kobieta, młodsza od niego o kilkanaście lat :(((((. mam nadzieję, że tak jak Durczokowi i ojcu koleżanki uda im się pokonać nowotwory. czasami człowiekowi brakuje cholernie tej wiary w Boga, chciałby się pomodlić :(
        Pozdr
    • notting_hill Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 10:06
      Wiele tu zostało powiedziane na temat niedojrzałości Igge... Uderzyło mnie, że ona cały czas przyznaje: no, tak, jestem i może infantylna, ale za to.... (wstawić odpowiednie).
      Autorko- szukasz cały czas potwierdzenia na zewnątrz siebie, że to co na swój temat myślisz jest ok, potrzebujesz cały czas reakcji zewnętrznego świata że Cię akceptuje, a jak daje Ci sygnały że jednak coś jest nie tak, próbujesz z całych sił temu się przeciwstawić, między innymi różnymi pseudo- żartobliwymi wpisami. Pod spodem jednak wydaje się być osoba z niepokojem i gorączkowo próbująca zapewniać siebie samą, że wszystko z nią jest ok.
      Jesteś Dorosłym Dzieckiem (bez A i bez D), które w małżeństwie widzi zastępczego rodzica i z nim próbuje "naprawić" to, czego nie otrzymało w dzieciństwie.
      Od razu, zanim zaczniesz znowu szeroko opisywać, jakie miałaś świetne dzieciństwo, napiszę że wielu ludzi tak ma, to nie jest nic wartościującego, ale niełatwo się z tym zyje. Gdzieś tam napisałaś, że psycholog Ci na to zwrócił uwagę, ale jakby z pewnym zdziwieniem to zrobiłaś, jakby trudne to dla Ciebie było do przyjęcia.
      Poza tym uderzyła mnie jeszcze jedna rzecz i być może potwierdzą to osoby, które w terapii aktywnie uczestniczyły- terapia boli.... Może nie zawsze i nie każdego, ale w większości przypadków terapia to jak operowanie na żywca. Chodzi się na nią nie z pieśnią na ustach, a wlecze za włosy... Bo najpierw trzeba tam rozwalić siebie na kawałki, zakwestionować swoje dotychczasowe sposoby, przewartościować różne rzeczy, nawet zobaczyć inaczej swoją historię i nie są to ani lekkie ani łatwe rzeczy. A terapeuta ma w tym towarzyszyć i podać pomocną dłoń i wtedy pomału można spróbować wydostawać się na powierzchnię. Ale to boli. Płaczesz, krzyczysz, chcesz uciekać i chcesz żeby to się skończyło, bo dociekanie do sedna to jak grzebanie w otwartej ranie, o której nawet się nie wie, że się ją ma...
      A Ty, Autorko wątku, z tego co piszesz nie potrafisz na razie zejść w głąb siebie i przyznać, że masz jakiś problem. Raczej próbujesz zaprzeczyć, że jakiś problem istnieje, obracać w żart różne sytuacje, itd. Psycholog pewnie w którymś momencie będzie próbował Cię jakoś tam skierować, ale czy mu się uda przebić przez ten system zaprzeczeń, nie wiadomo. To Ty sama musisz tego chcieć. I nie bać się tego, co tam możesz znaleźć. Ale czy będziesz na to gotowa?
      • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 14:30
        A ja tu nie widzę żadnej możliwości terapii. Bo osoba, która chodzi na terapię musi coś chcieć zmienić - ale nie na zasadzie "wymarzyłam sobie, ze od jutra będę lepsza, ładniejsza, doroślejsza i w ogóle stoicka". Tylko na zasadzie "Nie mogę żyć z tym, jaka jestem" albo "W moim zyciu jest coś, co przeszkadza mi sie nim cieszyć, musi mi ktoś pomóc".
        Terapia to nie jest to samo, co noworoczne postanowienie, ze się schudnie i będzie chodzić na siłownię - a tu widzę właśnie takie widzenie terapii.
        Szkoda czasu, przecież Ty sie nie chcesz zmienić.
        • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 14:41
          W czasie terapii, ze strzępków przypomnianych informacji, lub wyciągniętych świadomie z wyaprcia można się o sobie i swoim dzieciństwie dowiedziec czegoś o czym nam się świadomie pewnie nawet nie śniło, więc nie ma co przekreślac potrzeby terapii w przypadku igge, czas pokaże, czy coś z tego wyniesie dla siebie i dla swojej rodziny.
          Igge czy czytałaś "Powrót do swego wewn. domu" John Bradshaw? A Ty Verdano?
          • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 15:49
            Terapia dla kogoś, kto dobrze się czuje we własnej skórze i wyciąganie mu rzeczy z dzieciństwa, po to, aby go zmienić - jest dla mnie czystym absurdem.
            • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 16:19
              coś powoduje takie a nie inne zachowania igge, jest jakieś podłoże tego, więc jeśli jest taka możliwosc, to warto to zgłębic, czy to coś poważnego, czy też nie i czy można teraz na te zachowania jakoś wpłynąc, igge jest zadowolona z siebie tak ogólnie, w szczegółach pewnie uważa, że ma nad czym pracowac, czytałaś Verdano Johna Bradshow'a, bo nie odpowiedziałas?
              • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 14.12.13, 17:53
                Nie, nie czytałam.
                Uważam jednak, ze terapia nie jest metodą na wszystko. Jest dobra przy poważnych problemach, ale dorosły człowiek powinien umieć podejmować decyzje - także dotyczące zmiany swego życia sam, a nie liczyć na to, ze terapeuta zmieni mu charakter i upodobania. To nie jest zadanie terapeuty.
                • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 15.12.13, 00:29
                  verdano jak często bywa, masz wiele racji. bez sensu tu może pisać dalej. pozdr i dziękuję wszystkim
        • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 15.12.13, 00:25
          to verdany " nie mogę żyć z tym jaka jestem" było we mnie wielokrotnie podczas nieobecności męża, umierałam z tęsknoty, nie mogłam funkcjonować, popadałam w depresję
          lekarz bagatelizował to twierdząc, że to dobrze, że męża kocham itp
          Nie umieliśmy lekarce wytłumaczyć, że ta tęsknota jest za duża, że niszczy mnie, że to jakieś chore uzależnienie od męża obecności/czułości/wsparcia/widoku z którym wręcz sama chcę coś zrobić bo jestem tym wykończona, umęczona i przeszkadza mi to bardzo w życiu
          Wiem, że miłość potrafi boleć ale dlaczego tęsknota za kimś to sam ból i dlaczego po tylu latach razem z mężem tak potwornie tęsknię. On niby też ale to zupełnie nie to samo.
          Ten problem lekarz nie uważał za problem, mówił, żeby mąż zmienił pracę, a choć pozornie błahy mnie mocno uwierał
          Ale wreszcie po tylu latach samo się jakoś to rozwiązało - przestałam tak tęsknić . Tzn tęsknię nadal jak wyjeżdża ale normalnie, na spokojnie, bez stresu, smutku, bez depresji. Oby tak dalej.
          Myślę, że osiągnięcie tego wymagało głębokiej zmiany we mnie. I nie jest to zasługa leków na depresję, które bezskutecznie połykałam.
          Chcę, żeby mój psychoterapeuta pomógł mi zrozumieć dlaczego aż tak tęskniłam za mężem i nie dawałam mu przestrzeni, pragnęłam aż takiej bliskości. I czy już na dobre pożegnałam się z tym paskudnym smutkiem kiedy męża nie ma w domu dniami i nocami.
          • zupelnie_bez_sensu Re: Nad czym pracować na terapii? 15.12.13, 11:53
            "Chcę, żeby mój psychoterapeuta pomógł mi zrozumieć dlaczego aż tak tęskniłam z
            a mężem i nie dawałam mu przestrzeni, pragnęłam aż takiej bliskości."

            Myślę, że to bardzo dobry kierunek, z resztą o czym byś nie rozmawiała to prędzej czy później ten temat by wyszedł.
            Nie wiem czy na dobre postanowiłaś już nie kontynuować tego wątku. Trochę to wygląda jak ucieczka. To jak widzą Cię inny kłóci się z Twoją własną wizją siebie. Pewnie wiele napisanych tu słów ma się nijak do rzeczywistości, co jest naturalne, wiemy tylko tyle ile nam chcesz napisać. Wydaje mi się jednak, że warto by było gdybyś dokładnie przeczytała sobie swoje wypowiedzi, bo nieświadomie przemycasz wiele smutków, które gdzieś w środku Ciebie siedzą. Później się z nich wycofujesz, ale skądś te Twoje myśli się wzięły. Początek pierwszego postu powinien dać Ci wiele do myślenia. To ty napisałaś "Zaczynam terapię, chciałam i ucieszyłam się z takiej możliwości bo generalnie jestem kłębkiem problemów i złych nawyków i rodzina ze śmiechem ale jednak mnie non-stop koryguje". a Ty nie czułaś się z tym dobrze.
            • igge Re: zupełnie bez sensu 15.12.13, 13:39
              Internetowa koleżanko :)) to nie ucieczka. Po prostu doszliśmy do momentu kiedy bez wgłębienia się szczegółowo w to co mówił terapeuta na wizycie u niego - nie da się sensownie i prawdziwie kontynuować rozmowy z Wami, choć staram się. Twoje i innych opinie są bardzo cenne i jestem za nie wdzięczna. Ale choć jestem wręcz nadmiernie otwarta i słowotokowa - są nieliczne rzeczy tylko dla mnie, męża, (dla dzieci?) i dla mojego terapeuty :)
              A jeśli chodzi o mój pierwszy post - cóż, nikt nie lubi być nadmiernie krytykowany a momentami miało to miejsce. Moje słowa, dla mnie śmieszne i zabawne były denerwujące dla najbliższych, męża i córy, choć ona raczej ma ze mną ubaw po pachy i czuje się bezpiecznie. Mąż też po moich wizytach u terapeuty złagodniał z powrotem maksymalnie, jest bardzo czuły i rozbrajający. Może to rzeczywiście jemu, jak ktoś napisał, przydałaby się chociaż jedna wizyta u psychologa, wsparcie - ale nie chce. Pozdr serdecznie
              • zupelnie_bez_sensu Re: zupełnie bez sensu 15.12.13, 14:29
                To, że chcesz zachować pewne sprawy dla siebie jest zupełnie oczywiste i zrozumiałe. Jednak każda z nas wypowiadała się w tym wątku na podstawie tego co powiedziałaś, bo przecież Cię nie znamy. Włączyłam do rozmowy ponieważ w pewnych kwestiach wydałaś mi się podobna do mnie i problemów które ja przerabiałam (choć na pierwszy rzut oka nasze życie układa się zupełnie inaczej).
                Może masz rację, że więcej nie da się już powiedzieć nie wchodząc w szczegóły. Życzę Ci w takim razie sukcesu w terapii i w życiu. Na pewno rodzina działa jak naczynia połączone, twoje zachowanie wpływa na pozostałych jej członków i na odwrót. Pamiętaj tylko, że terapia będzie skuteczna wtedy kiedy będziesz ją przechodzić dla siebie, musisz mieć wizję co byś chciała osiągnąć. Aby osiągnąć sukces należy wyznaczyć konkretne, mierzalne i realne cele i konsekwentnie, ciężką praca do nich dążyć.
                Powodzenia.

                • igge Re: zupełnie bez sensu 15.12.13, 14:35
                  Dziękuję :))) Serd pozdrawiam
    • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 05:11
      Wpadam na forum z doskoku i wybiórczo przeglądam wątki i muszę przyznać, że tak kompleksowo zasmucającego dawno nie czytałam. Czuję się po nim wyczerpana i przygnębiona.

      Jest to dla mnie historia małej dziewczynki, która straciła tatę, niestety nikt, nawet mama o ile rozumiem, się nią w związku z tym porządnie nie zajął i nie pomógł przez to przejść i ona tęskni za tym tatą i rozpaczliwie go poszukuje całe życie. Tak rozpaczliwie, że nawet nie zauważyła, że już od dawna nie jest dziewczynką i ma męża, który nie jest tatą, ale go przypomina, bo przecież jest najbliższym mężczyzną jakiego dziewczynka ma.

      Dziewczynka cierpi tak bardzo, że już nie może tego znieść, bo w końcu jest małą dziewczynką, więc żeby nie czuć tego bólu zaczyna budować wokół siebie mur, który zapewni jej spokój (stoicki, owszem), a zarazem bezpieczeństwo. Dzięki temu zabiegowi dziewczynka nie musi odczuwać trudnych przeżyć, takich, które wymagają wysiłku, takich przeznaczonych dla ludzi dorosłych. Mur jest tak gruby, że dziewczynka nie czuje nawet różnicy czy ktoś ją kocha, czy nie. Najważniejsze, że jest bezpieczna wewnątrz swojego ogrodzenia, tam może się bawić do woli, ma mnóstwo zabawek i jest tam wesoło, śmiesznie i zabawnie.
      Można przyjść pobawić się z dziewczynką, ale trzeba być też śmiesznym i zabawnym. Jeśli się nie jest śmiesznym i zabawnym, to znaczy, że jest się smutnym i z takimi osobami dziewczynka bawić się nie chce.

      I tak mi się wydaje, że gdy się jest zupełnie samemu w dorosłym świecie i w samotności trzeba ciągnąć całą rodzinę, nie mając dojrzałego wsparcia swojego partnera, mimo, że wchodząc w związek na taki układ się liczyło, to człowiekowi usuwa się prędzej lub później grunt spod nóg, traci poczucie bezpieczeństwa i po latach zaczyna go dopadać wyczerpanie, a gdzieś od środka szarpie nim wielka złość i zawód, której czasami nie ma jak z siebie wyrzucić, bo z jednej strony nie wiadomo jak złościć się na małe dziecko, żeby go nie zranić, a z drugiej strony niekoniecznie ma się umiejętności, żeby w ogóle się złościć zdrowo.
      I wtedy jedyne co pozostaje, żeby jakoś wyregulować swoje napięcia, rozczarowanie, a jednocześnie odzyskać kontrolę nad życiem i poczucie bezpieczeństwa, to rzucić się w wir pracy oraz zajęć domowych choćby nie wiem jak bezsensownych typu permanentne sprzątanie, a dodatkowo mimo całej patologii tej sytuacji, przejąć kontrolę nad dziewczynką, która odmawia bycia dorosłą i wygląda na to, że już nigdy nią nie zostanie.

      I tak powstaje błędne koło, w którym już nie wiadomo, gdzie tkwi sedno, bo wszyscy są wzajemnie tak zmanipulowani swoimi nieuświadomionymi potrzebami, że nie wyobrażają sobie innego życia.
      Ale czy jest sens przy tym majstrować, skoro chętnych brak, a wszystkim jest może nie super, ale nienajgorzej? Nie mam pojęcia. Bo to zależy właśnie od chętnych.
      • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 09:42
        Podoba mi się ta interpretacja:) Ale chyba nie chciałabym tak prosto z mostu o sobie czegos takiego przeczytać:))))))))))))))))))
        • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 12:02
          Mi też, myślę, że jest b. trafna. Jeśli igge pewne sprawy sobie uświadomi i je świadomie przepracuje z psychologiem, to ma szansę na swoje nowe "ja" ;)
          • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 13:58
            nie mam bladego pojęcia jak to nowe ja miałoby wyglądać :)
            na razie boję się, że psycholog zakończy terapię szybciej niż bym sobie tego życzyła bo to NFZ i kolejka chętnych, może bardziej potrzebujących, nieszczęśliwych
            Mi rzeczywiście dobrze i naturalnie grać rolę dziecka a i mąż nie wydaje się specjalnie nieszczęśliwy, jest znowu czuły i kochający i znowu gdy wyjeżdża trochę bardziej za nim tęsknię (bardziej niż wtedy gdy marudził i czepial się drobiazgów)
            Wydaje mi się, że jestem całkiem dojrzałym wsparciem dla swoich dzieci, nie mają żadnych problemów psychologicznych, córce psychologa "z urzędu" przyjmującego w szkole dzieci niesprawne odmówiono wizyt ponieważ tak dobrze sobie radzi.
            Wydaje mi się (i mojemu terapeucie), że nasza rodzina całkiem nieźle sobie radzi.
            Nie boję się dojrzałości, zmian, zmarszczek, starości, wieku średniego etc
            Może wolałabym być mniej leniwa i mieć więcej samodyscypliny, biegać z psami po lesie codziennie ale tak jak jest teraz jest dobrze i nie mam żadnych życzeń. Nie potrzebuję nic potrzebować. Pozdr :))
            • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 14:06
              igge pomyśl np. o mężu, o tym jak on się czuje dzwigąjąc cały ekonomiczny ciężar utrzymania rodziny na swoich barkach od lat, to musi byc b. obciążające, może warto wrócic do tłumaczeń, chocby w internecie itp. żeby jakiś grosz dorobic, aby Wam jako rodzinie było łatwiej. To będzie też rodzaj walki z lenistwem a bieganie z psami też można sobie zorganizowac, tylko trzeba sobie pewne ryzy narzucic, możesz poprosic córkę, żeby Cię odpowiednio do tego motywowała, np. wyganiając sprzed kompa, wręczając kurtkę w ręce i smycze i sio na dwór ;-) To czepianie się drobiazgów przez męża może wynikac z jego psych. zmęczenia i obciążenia jw.
              • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 14:11
                Dzięki Zuzi
                • zuzanna56 Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 22:01
                  A dlaczego właściwie nie pracujesz? Masz jakiś problem zdrowotny?
      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 14:09
        Pibelle, dzięki za Twój post. Przemyślę sobie i uwzględnię w swoim postępowaniu to co napisałaś o sytuacji mojego męża. Jeszcze raz dzięki :).
        • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 30.12.13, 23:11
          Igge, nie napisałam niczego, czego nie napisałaś tu sama. Po prostu użyłam innych słów, a to ewentualnie pozwoli Ci zyskać trochę inną optykę albo i nie. Kategorycznie odżegnuję się od sądów czy powinnaś się terapeutyzować, czy nie. Obecny stan, który całkiem szczegółowo opisujesz może być w Waszej sytuacji optymalny, o ile Twój mąż dźwiga rolę ojca. Bo to za ojcem tak bardzo tęsknisz, chyba już do tego doszłaś, prawda? Bądź za opieką obojga rodziców, bo mama też nie bardzo sobie poradziła ze swoim zadaniem.
          Ale z taką rolą męża wiąże się nieuchronnie zwiększenie zakresu kontroli, bo mąż też potrzebuje, żeby jego rzeczywistość była dla niego bezpieczna, czyli jak najbardziej przewidywalna.
          Skala jego kontroli jest odzwierciedleniem skali Twojej niedojrzałości - jest jej konsekwencją. Ale zaznaczasz wielokrotnie, że ta kontrola aż tak Ci nie wadzi, potraficie się dogadać - no tak, bo dziecko potrzebuje kontroli i jasnych granic.
          Teoretycznie, jeśliby ta cała formuła, którą przyjęliście wszyscy, taka gra, nie eskalowała, to po co to zmieniać, skoro wszyscy jesteście w gruncie rzeczy zadowoleni?
          Natomiast opisujesz zjawiska niepokojące - przede wszystkim Twoja depresja, czyli bomba negatywnych emocji wypchnięta za "ogrodzenie". Czy to nie jest bomba z opóźnionym zapłonem?
          No i frustracja Twojego męża, któremu samo przejęcie kontroli nie wystarcza do jej wyregulowania i objawia się ona w postaci różnych miękko brzmiących odprysków - tych wszystkich uwag i pretensji, a przede wszystkim takich odczuć, że Cię nie jest w stanie kochać.
          Czy on się od tego nie rozpadnie, któregoś dnia? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, masa ludzi ciągnie tak lub podobnie całe życie.
          Jedną rzecz jednak wyartykułuję tak dosadnie - w takiej kondycji jakiej jesteś, nie ma opcji, żebyś stanowiła dla córki wsparcie dojrzałe. Z tego warto, żebyś zdawała sobie sprawę. Mówisz o niej nadal językiem dziewczynki - że "ma z Tobą ubaw po pachy". No i właśnie nie taka jest rola matki, żeby dziecko miało z nią ubaw po pachy. To nie oznacza, że należy postrzegać Twoją córkę jako osobę skrajnie nieszczęśliwą. Przypuszczalnie zaadaptowała się do tej sytuacji, a dzieci są niezwykle elastyczne, no ale mama, która rano mówi, że podjęła decyzję o niejedzeniu kolacji, wieczorem z apetytem ją zjada, nie jest dojrzałym wzorcem jeśli taki model postępowania rozszerzyć na pozostałe dziedziny życia. No tak już jest po prostu.
          Co miała na myśli Twoja córa mówiąc, że trollujesz?
          Życzę Ci dobrych dla Ciebie decyzji. Nie wiem czy mi wyszło, ale starałam się nie być jakaś napastliwa, ale nie ukrywam, że zafascynowała mnie Twoja opowieść.
          Mam do czynienia dość regularnie z dużo młodszymi ludźmi lub dziećmi, którzy zatrzymali się w rozwoju emocjonalnym w okresie, w którym doświadczyli dużej straty, o znaczeniu takim, no już traumatycznym, a zatrzymali się, ponieważ nikt im, dzieciom nie pomógł właściwie i oni potem targają ze sobą cały ten majdan prosto w dorosłość. Bardzo ciekawie jest posłuchać Ciebie, osobę zdecydowanie wiekiem zaawansowaną, która tak dokładnie opisuje jak funkcjonuje na co dzień. Wyjaśniam, bo chcę być w stosunku do Ciebie fair - opisałaś się na publicznym forum, a mnie ta akurat historia jest przydatna, bo tak podobna do wielu innych co do zasady i niespotykanie czytelna.
          • differentview Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 10:32
            " Jedną rzecz jednak wyartykułuję tak dosadnie - w takiej kondycji jakiej jesteś, nie ma opcji, żebyś stanowiła dla córki wsparcie dojrzałe. Z tego warto, żebyś zdawała sobie sprawę. Mówisz o niej nadal językiem dziewczynki - że "ma z Tobą ubaw po pachy". No i właśnie nie taka jest rola matki, żeby dziecko miało z nią ubaw po pachy. To nie oznacza, że należy postrzegać Twoją córkę jako osobę skrajnie nieszczęśliwą. Przypuszczalnie zaadaptowała się do tej sytuacji, a dzieci są niezwykle elastyczne, no ale mama, która rano mówi, że podjęła decyzję o niejedzeniu kolacji, wieczorem z apetytem ją zjada, nie jest dojrzałym wzorcem jeśli taki model postępowania rozszerzyć na pozostałe dziedziny życia. No tak już jest po prostu."

            o moj boze, co za komunaly:] rozumiem, ze w Twoim swiecie dojrzaly czlowiek ubawu po pachy z dzieckiem nie przezywa a jak postawnowi sie odchudzac to chocby skalay sr..ly nie odpusci az osiagnie wyznaczona wage i da prawidlowy przyklad potomstwu;))))
            • verdana Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 10:38
              To ja się też wtrącę. Konsekwentna do bólu matka, co jak sobie coś postanowi, to zawsze wykona, która nigdy z córką nie bawi się jak równa z równym - to dopiero antywzór dla dziewczyny. Ani osiągnąć jej idealnego poziomu sie nie da, ani nie potrafi nauczyć dziecka, że można żyć czasem beztrosko, a nie wyłącznie wypełniając obowiązki co do joty.
              Ja bym sie nie doszukiwała w tej sytuacji żadnych skomplikowanych psychologicznych zaszłości. Tylko przede wszystkim zwykłego wygodnictwa. Bardzo miło jest nie pracować, po prostu.
              Nie trzeba długotrwałych terapii małżeńskich. Pójście do pracy, własne pieniądze, dużą część dnia poza domem i pozadomowe problemy skutecznie zmieniłyby układ w domu.
              • paris-texas-warsaw Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 12:57
                "Bardzo miło jest ni
                > e pracować, po prostu." - wg mnie to jest czasem znacznie bardziej skomplikowane...

                Pibelle, tak jak Ciebie zafascynowała opowieść Igge, tak mnie zafascynowały te Twoje dwie interpretacje. Jeśli można wiedzieć, jesteś profesjonalistą? Uwielbiam czytać tutaj Sorvinę, ale w większości jej postów jest jednak jeszcze "nerw" własnych przeżyć i niespelnione katarsis objawiające się nawracającymi świadectwami traum zgotowanych przez matkę z babka i ojca;)
                U Ciebie tego na szczęście nie bylo w tych opisach:)
                Sama bym chciala mieć taką "diagnozę":)
              • differentview Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 13:00
                zgadzam sie verdano:) zreszta musimy pamietac, ze nikt nie jest idealny i nikt z nas nie tworzy idealnego zwiazku jak z psychologicznego poradnika; kazdy ma slabe strony- ktos jest bardziej dziecinny i beztroski, ktos powazny i zasadniczy- jak sie dobiora w pare to moga funkcjonowac calkiem niezle; dla mnie np. osobowosc iggie bylaby niestrawna na codzien bo nie lubie ani slowotoku ani zbytniej zaleznosci ani dziecinnego zachowania ale moze dla jej meza ma to swoj urok i pozytywne aspekty przewyzszaja drobne niedogodnosci wspolzycia z lekko odrealniona malzonka, ktora nie pracuje ale za to zglebia w kawiarni stoicka filozofie:)
            • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 14:58
              o moj boze, co za komunaly:] rozumiem, ze w Twoim swiecie dojrzaly czlowiek uba
              > wu po pachy z dzieckiem nie przezywa a jak postawnowi sie odchudzac to chocby s
              > kalay sr..ly nie odpusci az osiagnie wyznaczona wage i da prawidlowy przyklad p
              > otomstwu;))))


              Igge pokazuje jedną skrajność, a Ty drugą :)
              Po prostu na wzorzec kobiety składa się kilka aspektów. Nie jest to tylko wąska relacja samej córki z matką, ale całokształt matki, którego córka doświadcza: jaką ta matka jest kobietą w ogóle, jaką partnerką, jaką żoną, jakim człowiekiem itd. Igge podaje na przykład takie przykłady: nie dbam o siebie, swoje zdrowie (otyłość) i jest to moja postawa STAŁA - i to można rozwinąć do wielu wniosków albo nie biorę odpowiedzialności za siebie, nie chcę być dorosła/dojrzała, również STALE - to jeszcze bardziej pojemny obszar. A dziecko spija swoich rodziców w szerokim kontekście przecież i być może warto, żeby się Igge spróbowała w tym szerszym kontekście zobaczyć, skoro jak twierdzi, zależy jej na pracy nad sobą, na dążeniu w jakimś kierunku. Na szczęście jej dziecko/dzieci czują się dobrze, więc bardziej tu chodzi o to, żeby wiedzieć/widzieć/rozumieć niż podejmować jakieś, szczególnie radykalne kroki i to jeszcze wbrew sobie.
              • zuzi.1 Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 17:05
                Zgadzam się z pibelle, poza tym odnośnie tego niepracowania, nie zapominajmy, że igge jest matką niepełnosprawnej córki, obecnie już nastolatki, ale jednak, to niepracowanie wyniknęło jak rozumiem w dużej mierze z tego faktu, ktoś musiał rodzinę ogarniac i niepełnosprawne dziecko plus drugie sprawne, wiele rodzin tak żyje, nawet gdy nie mają niepełnosprawnych dzieci, więc to nie jest ŻADEN argument do obwiniania igge, oczywiscie teraz ta córka jest na tyle duża, że pomoc igge nie jest jej aż tak niezbędna, ale jednak pomagac w jakims zakresie nadal jej musi. Zapewne ciężko jest po nastu latach niepracowania wrocic do pracy, zorganizowac sobie tą pracę, ale może jednak w jakimś zakresie warto tej pracy poszukac, mając jakieś doswiadczenie np. w zakresie tłumaczeń. Jednak dalej ta praca to nie może byc pracą 8/12 h poza domem, bo tak w tym przypadku chyba się nie da.
                • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 31.12.13, 17:57
                  No tak. Problemy zdrowotne niekiedy wymuszają konkretne decyzje życiowe. Nie wszystko zależy od nas.
                  Nie znam stanu córki Igge.
                  Podjęłam tylko kwestię oddziaływania rodzica na dziecko w szerokim kontekście. Fajne ilustruje to filmik, który jest na youtubie I'm watching you dad, który pokazuje nie tylko sam bezpośredni kontakt dziecka z rodzicem, ale także, że całkowita postawa życiowa rodzica, która dziecku od urodzenia towarzyszy, ma na to dziecko ogromny wpływ.
                  Dobrze wziąć to pod uwagę, jeśli ma się pod opieką dzieci.
                  • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 10:34
                    Pibelle, verdana, zuzi, differentview i inni szanowni piszący - dzięki za wszystko co piszecie, cenne jest dla mnie Wasze spojrzenie na sytuację z zewnątrz. Zuzanna, nie chcę pisać o zdrowiu więcej niż już napisałam. Wygodnictwo na pewno też tu teraz ma miejsce. Wcześniej moją pracę uniemożliwiały zajęcia córki i praca męża, do którego musiałam się dopasować. Tłumaczenia nie jest łatwo zdobyć, mój mąż od kilku lat szuka i ma pojedyncze prace, zlecenia, a w okresie zimowym i wczesnowiosennym mógłby tłumaczyć od rana do wieczora, mi rzeczywiście po tych dziesięciu latach nieobecności na rynku pracy i pokończenia znajomości, kontaktów etc trudno zdecydować się na powrót do pracy, o ile taka praca byłaby możliwa do znalezienia i do pogodzenia z wyjazdami męża. Nie uważam, że nieodzownym symptomem dojrzałości jest etat w biurze etc. Musiałoby to też oznaczać utratę świadczenia pielęgnacyjnego (800 chyba teraz zł) bo warunkiem jego otrzymania jest rezygnacja z pracy osoby opiekującej się niesprawnym dzieckiem. To jedyna stała kwota, która w całości idzie na część naszych stałych rachunków. Śmiejemy się z córką, że to my dwie utrzymujemy zimą rodzinę. Życie ze zleceń bez etatu, bez stałości i pewności zatrudnienia, z telefonem, który uniemożliwia jakiekolwiek plany i terminy bo nigdy nie wiadomo kiedy i na jak długo będzie jakieś zlecenie i trzeba być gotowym na nieobecność męża w każdej chwili (najczęściej dowiaduje się o zleceniach w przeddzień ich wykonania czasem jeszcze później). Mój brak pracy daje mi i dzieciom poczucie stałości, bezpieczeństwa, przewidywalności, świat nasz kręci się wokół zleceń męża i nigdy nie wiadomo kiedy jest a kiedy go nie ma ale ja z dzieciakami żyjemy w leniwym, powolnym, przewidywalnym rytmie, mamy czas na regularne życie towarzyskie, celebrowanie domowych obiadków, podtrzymywanie przyjaźni, nie ma sprawy jak dziecko musi wyjść ze szkoły wcześniej, zmienia sie termin rehabilitacji, trzeba syna niespodziewanie odebrać ze stacji etc. tak jak Zuzi pisze znam rodziny bez połowy naszych problemow i te rodziny funkcjonują podobnie do naszej tyle, że my mamy więcej na głowie. Także jeśli chodzi o pracę zawodową moją jest to tylko moja i mojego męża decyzja i darujcie sobie namawianie nas i naiwną wiarę, że byłoby to panaceum na wszystkie zmartwienia.
                    Martwi mnie to co piszecie, szczególnie Pibelle, o tym, że jakoś zaszkodziłam poważnie dzieciom jako zły wzór do naśladowania. One rzeczywiście mają luzackie podejście do szkoły, do ocen, do obowiązków i na tym etapie na jakim są robią właściwie wszystko co chcą nie przejmując się specjalnie tym co każą im robić rodzice. Wydaje mi się, że pewien etap wychowywania ich już się niemal zakończył, one naprawdę mają silne swoje zdanie dotyczące wszystkiego, czy ja jeszcze mam jakiś wpływ na to kim i czym się stają/staną????
                    Rzeczywiście w wielu sprawach są naszymi wiernymi kopiami, córka mnie a syn męża, chociaż widać, że więcej czasu spędziły ze mną i pewne rzeczy im wdrukowałam do głowy swoją postawą.
                    Mają też silna więź i wzór ojca, to samo jeśli chodzi o dziadków.
                    Na pewne rzeczy nie mam wpływu, np na ich przyszłe zdrowie.
                    Pibelle pytałaś się o trolling. córka miała na myśli prawdopodobnie to, że mimo woli i niechcący najczęściej mam opinie i zachowania i postępowanie i uzasadnienia swojego postępowania odbiegające od hmmm normy i standardowych i nie do końca świadomie uzyskuję w domu efekt trollingu czyli jakby wsadzania kija w mrowisko, gwałtownej reakcji dzieci, czasem męża, babć, koleżanek i moją córkę to bawi a nie męczy (jak czasami męża bo on lubi święty spokój i ponudzić się) Córka mówi, że nasze życie codzienne jest dokładnie jak jakby w sitcomie, zdarzają się różne nieprzewidziane humorystyczne sytuacje i ona i syn i mąż się do tego przyzwyczaili ale może rzeczywiście to tylko dzięki dziecinnej elastyczności i konieczności przyzwyczajenia się do warunków jakie stwarzają rodzice.
                    Dziewczyny, kobiety - szczęśliwego Nowego roku :)
                    POzwalamy dzieciom na wszystko co jest dla nich naprawdę ważne i o co nas dostatecznie długo proszą i wbrew radom obu babć - przymusowo opuściliśmy dom i pozwoliliśmy synowi urządzić wielkiego Sylwestra dla mnóstwa licealistów (o mało nie została na nim moja córka ale uznaliśmy, że to hmmm niebezpieczne). Skoro jeszcze policja, straż miejska, pogotowie, straż pożarna nie dzwoniła, ani syn - rozumiem, że dziecko podeszło do obowiązków gospodarza zabawy sylwestrowej odpowiedzialnie. :))) Ciekawe jak wysprzątany będzie dom i jakie ewentualne szkody powstały :)) Dowiem się dopiero po południu bo o taką godzinę powrotu prosił syn. Pozdr serdeczne
                    • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 16:06
                      Martwi mnie to co piszecie, szczególnie Pibelle, o tym, że jakoś zaszkodziłam poważnie dzieciom jako zły wzór do naśladowania.

                      Nie napisałam tak.
                      Napisałam, że nie będąc osobą dojrzałą, nie masz narzędzi, żeby zaoferować dzieciom "dojrzałe wsparcie" - a tak to widziałaś. To jednak nie musi oznaczać katastrofy.
                      Napisałam też, że nie należy postrzegać Twoich dzieci jako nieszczęśliwych i najważniejsze, że czują się dobrze - czyli to co sama podkreślasz - dlatego nie ma katastrofy.
                      Wierzę, że jest tak jak mówisz, że powielają Wasze postawy w wielu sprawach - to oczywiste i naturalne. Jednocześnie nie masz zastrzeżeń do Waszego stylu życia - czyli dobrze, że powielają, bo te postawy oceniasz jako prawidłowe, mieszczące się w normach itd.
                      Czyli w tym obszarze również jest u Was w porządku, tak?
                      Tu sama sobie odpowiesz - to jest taki kolejny aspekt do rozważenia w kontekście potrzeby terapii u Ciebie - potrzebujesz jej czy nie?
                      Jeżeli na wszystkich polach wszystko jest w porządku, to oczywiste, że nie potrzebujesz.
                      W wątku wcześniej wyraźnie padły słowa, że terapia jest dla potrzebujących, a nie niepotrzebujących i nie ma sensu, żebym to zgłębiała powtórnie, już zostało wyjaśnione.
                      • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 16:39
                        No mam nadzieję, że już nigdy nie będę miała powtórnie depresji, a to w sumie nie do końca zależy tylko ode mnie. Osoba w depresji nie jest w stanie sprawować odpowiedniej i należytej opieki nad dziećmi, nawet dużymi i nawet ze średnim stopniem sprawności. Chciałabym mieć pewność, że to paskudztwo nigdy nie wróci, że może ta nieszczęsna psychoterapia mi w tym pomoże.
                        Pibelle wydaje mi się że u nas to co jest to norma, o ile kochajaca się wspierająca w trudnych chwilach tradycyjna rodzina to norma jeszcze jest ?
                        Impreza Sylwestrowa urządzana przez 17 letniego syna bez obecności dorosłych to też chyba jeszcze norma? Jedna z moich przyjjaciółek (ma 17 latkę i 19latka) zarzeka sią, że nigdy w życiu by na to nie pozwoliła, a druga przyjaciółka z 18 letnim licealistą na stanie pozwoliłaby, to co jest normą? Czy to pojęcie nie jest w obecnych czasach nieco przestarzałe?
                        Wydaje mi się, że na tle tego co słyszę i widzę wokół - nasze dzieci to co najmniej norma, jeśli nie ponadprzeciętnie dobre i empatyczne nastolatki. Było u mnie całą dobę 15 (pijących niestety) nastolatków - i wszyscy żyją, mają się dobrze, jeden przedawkował i zwymiotował grzecznie do ubikacji. Bawili się na tyle kulturalnie, że sąsiadom nie przeszkadzało, potem po godzinie snu wysprzątali razem na błysk mieszkanie. (przed - wysprzątał mój syn). Nie było ekscesów poza kilkoma martini z tonikiem, wodką (HMM:(, przekonuję syna, że ma kolegów nakłonić do lżejszegokalibru skladników drinkow), całowaniem i tańczeniem. Sypialnia nienaruszona, poznałabym gdyby ktoś korzystał z mojej pościeli :). Wierzę swojemu synowi i wierzę, że był odpowiedzialny, chyba dobrze go wychowaliśmy, czy to norma??
                        • pibelle Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 18:24
                          :) Ja na pewno Ci nie odpowiem na te pytania :)
                          • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 18:48
                            Pozdr serdecznie :))
                            Sylwester dziecka super, męża ok, mój i córki miły i relaksujący choć bez fajerwerków :), zwierzaki miały wakacje, teraz córka rechocząc setny raz ogląda Hefalumpa i zrobiła mi frajdę głośną uwagą na mój temat (utwierdza się w przekonaniu, że jej matka najbardziej podobna jest do pigleta, a potem zaraz do tiggera :)) nie jest źle, może niepotrzebnie powzięłam noworoczne postanowienie tylko jednego solidnego posiłku dziennie, w końcu dziecko nie widzi mnie jeszcze jako słonia z Disney'a, mimo połamanego stołka i krzesła na koncie.
                            Pojutrze wraca małż (hurraaa :))), babcię właśnie odwiozłam na przystanek bo znienacka przywiozła nam z drugiego końca miasta przepyszny piernik i sernik i śledziki i Noworocznego karpia w galarecie, mniam. Druga babcia gościła nas dwa dni, przywiozła i odwiozła autem, z którego nasze psy zrobiły sierściową ruinę plus zaśliniły i owłosiły plując elegancki płaszczyk. Uwielbiam mamę i teściową i dziadka i chcę być pod wieloma względami podobna do nich na starość. Nie ma ludzi bez wad ale obie babcie są bliskie ideałowi. Fajnie mieć rodzinę, ta rodzina to chyba spełnienie moich wszystkich mniej lub bardziej uświadomionych marzeń. Chcę, żeby jak w filmie Mike'a Leigh to był nasz kolejny nowy dobry rok, nie gorszy i nie lepszy od poprzedniego :)) POzdr
                            • mostoc Re: Nad czym pracować na terapii? 19.01.14, 22:07
                              Bardzo ciekawy jest wątek, który zaczęłaś. Nie wiem czy to, czego potrzebujesz to terapia, przecież jak piszesz chcesz poprawić jakość pewnych "obszarów", a nie naprawiać "popsute". A co powiedzialabys na coaching? Jesli chcesz, napisz do mnie na mostoc@gazeta.pl albo poczytaj na msycoaching.pl . Pozdrowienia Monika
                              • igge Re: Nad czym pracować na terapii? 19.01.14, 23:21
                                dzięki serdeczne ale raczej nie interesuje mnie coaching, wystarcza mi stoicyzm
                    • zuzanna56 Re: Nad czym pracować na terapii? 01.01.14, 22:59

                      igge napisał:

                      Zuzanna, nie chcę pisać o zdrowiu więcej niż już napisałam.



                      OK, przepraszam. Nie chciałam być wścibska. Nic kompletnie nie wiem na temat twojego zdrowia. Dopiero zaczęłam czytać twój wątek i to forum. Przepraszam raz jeszcze :)

                      Fajne jest to forum. Dużo sensownych porad i przemyśleń. Dużo kultury. Pozdrawiam.
                      • igge Zuzanna/ :)))) n/t 02.01.14, 12:14

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka