ejkumkejkum2
04.06.08, 00:09
5 rok po ślubie, synek 4latka, oboje pracujemy, generalnie niby ok, ale:
chociaz jakis czas temu problem(wg męża) tkwił w tym,ze się ciągle o wsztystko czepiam itd (tzn. ze mąż np. zrobił coś nie tak wg mnie, albo czegos nie zrobił, itd...takie...nieistotne) to od jakiegoś czasu tkwimy w martwym punkcie, i juz nie wiem, jak sie z niego wydostać, mianowicie chodzi o ....pieniądze, właściwie budżet doowy. i ..żeby było śmiesznie, nie jest to problem typu, -nie mamy, albo mamy mało i jak przeżyć, tylko......kto ma tym "zawiadywać" zarządzać, czyli generalnie kto ma trzymac te pieniądze w portfelu. zebym nie została źle zrozumiana- nie chodzi mi o to, ze mam ogołocić ojego męża, i chłop bez grosza a ja szastam na prawo i lewo. tylko o jakis sensowny rozdział obowiązków, czyli trzyma ten(wg mnie, tak ja to widze) kto "lepiej wydaje" albo panuje nad wszystkiwm. tak sie składa, ze do bodajże stycznia tamtego roku (tak, to juz tyle trwa) kasę trzymałąm ja, tzn. mąż dawał mi pewna sume, ja dokładałam, robiłam opłaty, zakupy, gotowałam obiady, panowałam bnad wszystkim, co kupić, czego brakuje, na co odłozyć itd......i było ok. tzn. mi się tak wydawało, ale kiedyś wpadłam w szał, bo zarzucił mi że niby źle gospodaruje ze chciał zapytac, ile mamy kasy na dany dzień, a ja nie powiedziałam(no ok może miał rację) i rzuciłam kase na stól, powiedziałam, ze ok, jak chce, niech sam wydaje. albo w ogóle osobno. byłam wierzcie mi wku....na, i nie panowałam nad nerwami. odłożyła na wycieczke i to nie bylejaką(wczasy na południu europy w ekskl. hotelu itd) dużo do domu rzeczy kupiłam itd...a on mi poeie, że źle gospodaruje. no i do sedna;od lutego tamtego roku, kilka m-cy żylismy jak pies z kotem, każdy sobie. aż wstyd o tym pisać, ale tak było-razem a jednak osobno. on kupował sobie ja sobie. mnie to trafiało, bo nie wiedziałam, co kupi, czego nie, potem wymówki kto ile więcje, co dla dziecka, czego mało a czego bez sensu. szok, po prostu szok. pod koniec roku doszliśmy jakims cudem do "ugody" powiedzmy, która jednak trwała 2, 3 m-ce, i od 2 mcy znowu żyjemy każdy sobie, juz mam dość. ugoda bowiem polegała na tym,że (to warunki męża, na które nie mogłam przystać juz opisuje) . ponieważ jego cały czas bolało niby to, ze oddawał mi kase, a jak chciał cos kupic do jedzenia sobie, np. bo gdzies był, to i tak musiał wydawać "swoje", albo robił zakupy a ja niby potem nie oddawałam-nie pamiętam, ale ok. nieistotne. mianowicie mąż wymyślił, ze bedzie zyi "na koperty"czyli każde daje ileś do koperty, przy czym wyglądało to tak, ze on załozył swoj a-podpisał:0 no to ja swoja. już i tak mnie to dobijao, bo w dobie kart i bankomatów mam zyc na koperte i jechac z nia na zakupy.... mał tego, nie raz, będąc przy kasie twierdził nagle, ze nie wziął kasy z koperty, a karta nie zapąłci, bo wszystko jest w kopercie. nosz......... jak mnie to dobiło. i zawsze cos nie tak, chciał "wydawac" ale myśleć o wszystkim musiałam ja. nie wiem, kto ma z nas racje. na pytanie, czy mi nie ufa, odpowiada: a Ty mi? ze niby ja miałabym np. jemu dawać pieniądze, i ok. o prowadzi dom tylko wierzcie mi, każde zakupy(jego) to jest dzwonienie do mnie po kilka razy co kupić, albo pisanie przeze mnie listy, więc mam to w nosie... nie wiem, co za parszywa pycha, duma czy co siedzi w tym facecie. ale oddalilismy sie tak od siebie strasznie, ze ja juz nawet nie umiem zyć z nim, dziecinada niby ale chyba poważna, bo spieramy sie juz o wszytsko. aha! w związku z absurdem widzianym przeze mnie(tego jego systemu na koperty) w kolejnym m-cu - atrze do koperty - nie włozył kasy,no to ja tez nie, wyszło, ze znowu nie ma wspólnych pieniędzy. reasumując, bo mogłabym piać i pisać.... albo mamy w domu 2 chleby i 4 mleka (dla dziecka), bo każde kupi, albo nie ma nic..i wtedy "problem"..kto pójdzie, on:"ja kupowałem" ostatnio, ja-: ja kupiłam co innego" i normalnie szopka taka, ze ja nie wiem, jak my jeszcze sie nie pozabijaliśy z tego wszystkiego. w lodówcxe każdy ma swoja półkę. ale najlepsze jest to, że mąż np. miewa "gest" i np. robi obiad....tak, gotuje owszem, ale chodzi o to, ze ja (kiedys codzinnie był obiad, teraz olałam, nie daje mi, nie robię) np. zjem w pracy, no bo coś muszę, synek w przedszkolu, wracam do domu, a tu mąż, ze obiad za chwile nas stole, i że on "mnie zaprasza"!!!! albo, zrobi cos, i tekst: możesz się poczęstować" itp..itd... juz łapiemy się na tym,--moje Twoje......wydaje mi sie ze juz inaczej chyba nawet nie bedziemy umieli zyć. ja mam swoje argumenty i nie popuszcze, zreszta-jakie rozwiązanie tu pasuje? ja lubie wiedziec, co mi potrzeba, co sie kończy planuje sobie itd... mąz wydaje pieniądze lekka ręką, mi to nie odpowiada. czy nagle okazuje się " że nie dorósł"...czy . chce się "odizolować" i dlatego nie inwestuje. nie radze sobie juz z tym czasami miewam nadzieje,ze bedzie ok, mąż widze, zamiata problemy pod dywan, nie rozmawiamy ze sobą,, jemu sie wydaje ze wszystko jest chyba ok, tu gada, tu obiadki tu cos tam, a we mnie za duzo rzeczy siedzi i nie umiem przejść tak po prostu do porządku dziennego. problem nib ta błahy, że aż szkoda gadać, ale u nas juz przybrał takie rozmiary, że czuje jak bym zyla z obcym facetem. niby razem a jednak osobno. rozmowy u nas krucho wypadają, krzyczymy juz teraz oboje, i na tym sie kończy, nie wiem, jak wyjść z całej tej chorej sytuacji, za niedugo urlop, i nie wiem, czy jest sens jechac razem, skoro jedno bedzie patrzec na drugie, przy kasie kto ma np. zapłacić. nie mieści mi się to wszystko w głowie, bo zauważyłam, ze stałam się przez to taką materialistka, ze wszystko juz wyliczam przeliczam, kto czego więcje itd.. przeciez nie tak zyje rodzina. ja to ugryźć. czy rozwieśc się z tego powodu, bo nie mozemy sie dogadać, czy co....brak słów i sił.....jak to wygląda z zewnątrz, przepraszam, pewnie troche chaosu nasiałam, ale tyle myśli, a niewiele czasu i miejsca, bo mogłabym pisac tomy na ten temat, a chciałam w miarę "po krótce"....wykańcza mnie ten absurd, i dziwie się, ze męża nie, albo jego tez, a żadne nie wie, co dalej...ja nawet mam wrazenie, ze jakby "zagadał" to tak jak bym prosiła go zeby mi łaskawie dał np. pieniądze, to dla mnie upokarzające, niby mój mąż....ehh