Gość: mihau
IP: 62.235.230.*
18.05.06, 15:10
Maj miesiąc ciepły, ale im bardziej na południe tym cieplejszy, zanim plaże,
wyspy i deptaki się zaludnią postanawiamy żoną, nawiedzić krainę kłębka nitki
i gościa z rogami.
Następny krok to rezerwacja. Akcja Last Minute, więc odwiedzamy stronę która
sądząc z nazwy coś łączy.
Wybór pada na ofertę, która jak zaznaczono jest możliwa do rezerwacji w trybie
on-line.
Niezbędne dane umieszczone, cena zaakceptowana, karta, numer i... czekamy na
potwierdzenie.
Owszem pojawia się odpowiedź, że dziękują i jak tylko sprawdzą czy mają wolne
miejsca to odpowiedzą ??? przypominam, rezerwacja on-line.
Znalazłem numer do biura, więc dzwonię z pytaniami.
Odpowiedź jest więcej niż rozbrajająca.
Tak mamy rezerwację, mister, ale niech mister się nie martwi, mister nie musi
za nic płacić i wogóle lecieć, mister.
Trochę zbaraniałem i próbuję przekazać, że ja tak właściwie to chcę lecieć,
tylko czekam na info od nich, jakieś potwierdzenie.
Aaa,... mister potwierdzenia nie mamy, ale wyślemy jak będziemy wiedzieli czy
są miejsca, mister.
Ręce mi opadły, ale co tam, będę czekał w końcu działamy on-line.
Tuż przed szóstą po południu pojawia się e-mail, że mają miejsca! tylko cena
inna i czy w związku z tym jestem zdecydowany, bo czekają na decyzję.( pracują
oczywiście do szóstej)
Rano skrobię odpowiedź, że jednak jestem zdecydowany.
Wytrzymałem do drugiej po południu.
Telefon, ktoś odbiera i ... o nie! ... znowu czuję się jakbym zadzwonił do Indii.
Yes, mister...?!
Pomiędzy kolejne mistery z tamtej strony wtłamszam historię o mailu, którego
sam do mnie napisał.
Tak, mister, mam tego maila.
Aaa, mister, to my musimy sprawdzić, czy są miejsca... Nie ja chyba śnię,
jakieś deja-vu.
To jakaś nie kończąca się pętla i oczywiście jak będą miejsca to on wyśle
potwierdzenie i wtedy już tylko będę musiał zaakceptować ...