Dodaj do ulubionych

Święci nie chwalą się cudami

26.02.08, 08:21
dlaczego w Kościele wszystko się kontroluje?Boga chcą
skontrolować????????
Obserwuj wątek
    • szoszan Re: Święci nie chwalą się cudami 27.02.08, 13:35
      Pewnie w myśl Pawłowych, biblijnych zaleceń o badaniu czy od Boga
      dana rzecz pochodzi.Zresztą czynili tak królowie Izraela poprzez
      proroków, faryzeusze, uczniowie Jezusa i Jego Apostołowie.
      Kościoły i ruchy charyzmatyczne(np. zielonoświątkowe)są znane od lat
      w krajach protestanckich, tam nikt nie dziwuje się na dar języków,
      tylko u nas GW pisze o tym jak o nalocie z Marsa albo jakiejś
      nowoodkrytej wyspie.Gazetowa wzmianka o tym nie ma żadnego
      znaczenia: nic nie wyjaśnia, raczej zapowiada jak występy kobiety z
      brodą czy inną egzotykę.
      • p.i.s Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 11:48
        Jak ktoś chce zobaczyć cuda na własne oczy może pojechać do Lagos
        emmanueltv.com/
        pl.youtube.com/results?search_query=tb+joshua&search_type=
        • lava71 Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 11:50
          lepiej zainwestować w wino marki "wino". Taniej i wrażenia mocniejsze.
    • kazikoseki0 Re: Święci nie chwalą się cudami 02.03.08, 14:08
      Przeczytaj jeszcze raz, a znajdziesz odpowiedź. Nie kontroluje się wszystkiego.
      Kontroluje się to, co ma być przez Kościół potwierdzone jako dzieło Boga.
      Natomiast w większości takich objawień, czy uzdrowień Kościół się nie wypowiada.
      To chyba dość oczywiste, żeby na jakiś temat się wypowiedzieć, trzeba orientować
      się w temacie. Dlatego Kościół nie postępuje jak wielu forumowiczów
      internetowych, którzy dyskutują o wszystkim, a najchętniej o tym, o czym nie
      mają pojęcia.
      • lava71 Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 08:56
        "kościół się orientuje" ... to się nazywa żart. Niby w czym? ...
    • wirusx Sprawdzanie wiarygodności!? 03.03.08, 00:41
      Oto przykład jak jezuita rżnie głupa udając, że nie wie na czym
      polegał konflikt Watykanu ( i papieży ) z o. Pio i blabla trzy po
      trzy - ale sprytnie, jak to jezuita - o "sprawdzaniu
      wiarygodności", manipulant...
    • basia Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 08:57
      ech, gdyby tak Zycinskiemu udalo sie kogos przez ducha swiętego uzdrowic....Kult bylby usprawiedliwiony i poblogoslawiony przez GW.
    • boulihacker Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 09:26
      Świetna rozmowa. Czy za tydzień można prosić o jakiegoś znachora? Albo zginacza
      łyżeczek wzrokiem?

      Szarlatanów nigdy za wielu...
      • hm-ania Re: Święci nie chwalą się cudami 31.03.08, 14:24
        11-letnia kolezanka mojej corki zgina stalowe lyzki tylko leciutko
        je pocierajac. I co Wy na to?
    • kruk51 Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 10:20
      Oj ! Gdyby Kościół Katolicki umiał i zechciał uwolnić się od szamani
      zmu. Szamanizm jako taki jest atawizmem i wywodzi się z pierwotnych kultur i
      wierzeń. Ma swoją dobra stronę. Jest dochodowy i pozwala utrzy
      mywać ludzi w dyscyplinie wyznaniowej. Dla tego duchowni chętnie się
      nim posługują. Oficjalnie, tę formę religijności potępiają, bo nie wytrzymuje
      krytyki. Ale nie oficjalnie, w kręgach ludzi prostych, chęt
      nie się nią posługują. Smutne jest to, że ludzie z tytułami, wykształ
      ceni, miast nieść kaganek oświaty do ludu, korzystają z jego ciemnoty !
      • basia Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 12:39
        kruk51 napisał:

        (...) Smutne jest to, że ludzie z tytułami, wykształ
        > ceni, miast nieść kaganek oświaty do ludu, korzystają z jego ciemnoty !

        Słusznie. Kościół powinien iść z Duchem Postępu a nie Duchem Świętym.
        I przede wszystkim, niech przestanie powtarzać bajki o zmarwychwstaniu. Owszem sie może zdazyć jakaś reanimacja, ale zeby nazwyac to zmartwychwstaniem?
    • p26 Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 11:07
      prawdziwy.antonina napisała:

      > dlaczego w Kościele wszystko się kontroluje?Boga chcą
      > skontrolować????????

      Nie Boga ale ludzi którzy na niego się powołują.
    • delgadokrak Kuba wojewódzki powinien być święty? 20.03.08, 11:58
      Już możesz głosować!!!
    • abhaod Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 12:41
      CUDA W POLSCE
      1) Pierwszy cudowny przypadek w życiu Jarosława Kaczyńskiego, to
      zawrotna
      kariera jego ojca Rajmunda.
      Tuż po wojnie żołnierzy AK rozstrzeliwano, osadzano w więzieniach,
      sadzano na
      nogach od stołka, torturowano, w najlepszym razie wykluczano z życia
      społecznego. Tymczasem Rajmund Kaczyński, żołnierz AK, tuż po wojnie
      dostaje od
      stalinowskiej władzy wypasiony apartament na
      Zoliborzu, jak na tamte czasy rzecz poza zasięgiem zwykłego
      obywatela, nawet
      szarego członka PZPR.

      2) Cud drugi, żołnierz AK, mąż sanitariuszki AK, dostaje posadę
      wykładowcy
      na Politechnice Warszawskiej i oboje żyją sobie z jednej pensji
      jak pączki w
      maśle. W tym czasie, gdy w Polsce rządzi Bierut, a właściwie Stalin
      rządzi
      Bierutem, posada dla akowca na uczelni brzmi jak ponury żart, jednak
      rzecz miała
      miejsce !!!

      3) Cud trzeci, rodzą się bliźniaki i jako dzieci akowskiego
      małżeństwa, na
      początku lat 60, kiedy większość dzieci akowców opłakuje swoich
      rodziców,
      albo czeka na ich powrót z więzienia, nasze orły zabawiają się w
      reżimowej TV.

      4) Cud czwarty. Jarosław Kaczyński jako jedyny działacz opozycji, z
      kręgu
      doradców w Lecha Wałęsy nie zostaje internowany.

      5) Cud piąty, Jarosław Kaczyński odmawia (tak twierdzi) podpisania
      lojalki i
      jako jedyny opozycjonista, odmawiający władzy PRL, zostaje zwolniony
      do domu, co
      więcej nikt go nie nęka, w okresie 1982-1989.

      6) Cud szósty, Jarosław Kaczyński jako jedyny opozycjonista ma
      sfałszowaną
      teczkę i jako jedyny opozycjonista domagający się powszechnej
      lustracji
      ujawnia swoją teczkę dopiero po naciskach prasy.

      7) Cud siódmy to cud zagadka. Jaki jest związek między ofiarowanym
      Rajmundowi Kaczyńskiemu przez PRL apartamentem na Zoliborzu, pracą w
      czasach
      stalinowskich na Politechnice Warszawskiej, karierą filmową
      bliźniaków i brakiem internowania Jarosława Kaczyńskiego w stanie
      wojennym?
      Kto wie czym aż tak bardzo mógł zaimponować władzy ludowej żołnierz
      AK Rajmund
      Kaczyński, że władza otoczyła jego samego, jego żonę z AK i dzieci
      szczególną
      troską?
      Opowieściami o wykańczaniu bolszewików?
      Kto wie, czym mógł zaimponować oficerowi SB Jarosław Kaczyński, że
      ten po
      odmowie podpisania lojalki wypuścił go wolno i nigdy już nie nękał,
      być może
      postraszył esbeka lustracją, układem, oligarchią? A może po prostu
      oficer
      zadzwonił do ojca, kazał odebrał syna, wlał w tyłek i Jarek obiecał,że
      więcej nie
      będzie się wygłupiać.
      Wiecie, rozumiecie towarzysze z PiS,
      tak po starej partyjnej znajomości, pomóżcie rozwiązać zagadki
      cudownego życia
      wodza?
    • abhaod smutna rocznica 20.03.08, 12:59
      ... ale kamien wegielny odrzucony przez budujacych stal sie kamieniem wegielnym.

      "Nazywamy, obwieszczamy i osądzamy cię zatwardziałym heretykiem" - inkwizytor
      powoli odczytywał wyrok. Był 17 lutego 1600 roku. Nim Giordano Bruno stanął na
      stosie, kat wbił mu głęboko w gardło drewniany kołek. By milczał. Mija właśnie
      408 lat od tamtych wydarzeń, a Kościół nadal boi się jego słów.

      Urodził się w styczniu 1548 roku w miasteczku Nola obok Neapolu w
      ultrakatolickiej rodzinie. 15 czerwca 1565 roku rozpoczął nowicjat w opactwie
      dominikanów (gdzie wcześniej uczęszczał do przyklasztornej szkoły) jako brat
      Giordano (Iordanus). W roku 1572 przyjął święcenia kapłańskie i rozpoczął studia
      teologiczne.

      Ale dziwne to były nauki. Najpierw wzbudziły konsternację i niesmak, a później
      przerażenie u zakonnych współbraci. Oto młody mnich, miast wczytywać się w Pismo
      i księgi ojców Kościoła, czytał greckich filozofów, uczył się matematyki,
      filozofi i klasycznej i astronomii.
      Zgłębianie zwłaszcza tej ostatniej doprowadziło go do publicznego stwierdzenia,
      że "Kopernik ma poniekąd rację, a ci, którzy nadal uważają, iż Ziemia jest
      centrum świata, są kompletnymi durniami. W ogóle teologia jest nauką
      niedorzeczną, a jej dogmaty są albo śmieszne, albo podejrzane".

      Słysząc coś podobnego, mnisi wpadli w panikę i powiadomili o wszystkim
      neapolitańskich biskupów, a ci, bez zastanowienia, oskarżyli Giordana o herezję.
      Był rok 1575. "Oczywista wina" buntowniczego dominikanina spisana została w 130
      punktach.

      Wydano pospieszny nakaz aresztowania, który (już wówczas) najpewniej skończyłby
      się procesem i śmiercią, gdyby Giordano Bruno nie salwował się ucieczką do
      Rzymu. Odtąd uciekał do końca życia.

      Czując na plecach oddech pościgu, zbieg zrzuca (na zawsze) habit zakonny i
      uchodzi do Genui, potem do Ligurii, do Savony, Turynu, Wenecji, Padwy, Bergamo,
      Mediolanu.
      Ale pierścień nagonki zaciska się coraz szczelniej. W końcu inkwizycja ogłasza,
      że każdy, kto zbiegowi pomoże, będzie uznany za współwinnego, więc Bruno ucieka
      za granicę.

      Trafi a do Genewy, gdzie przechodzi na kalwinizm i... I zostaje natychmiast
      aresztowany (6 sierpnia 1579 roku) za opublikowanie nieprawomyślnej broszury
      wyliczającej błędy dogmatów religijnych. Zwolniony z więzienia wyjeżdża do
      Lyonu, a potem do Tuluzy, gdzie zostaje wykładowcą filozofi i i medycyny. W roku
      1581 ląduje w Paryżu (znów uciekając przed nagonką) na dworze Henryka III. Tu z
      polecenia króla zostaje profesorem Sorbony. Stawia jednak pewien osobliwy
      warunek: godzi się na objęcie katedry, jeśli zostanie zwolniony z obowiązku
      uczęszczania na msze.

      Walezy godzi się na to, ale i on z kolei określa cenę owego niesłychanego na owe
      czasy przywileju: Giordano (do dziś uważany za ojca mnemotechniki) ma nauczyć
      monarchę sztuki natychmiastowego zapamiętywania dużych partii tekstu. Tak też
      się staje.
      Względna stabilizacja nie trwa jednak długo. Biskupi inkwizycji żądają od króla,
      aby im wydał Bruna.

      Przed kolejnymi prześladowaniami religijnymi uczony ucieka do Anglii, później z
      powrotem do Francji, następnie do Czech (podobno na krótko też i do Polski),
      Niemiec i Szwajcarii.
      W końcu ma już na karku trzy ekskomuniki: katolicką oraz luterańską i kalwińską.
      Wszystkie za podważanie elementarnych dogmatów chrześcijańskiej wiary. Ścigany
      po całej Europie aż sześcioma listami gończymi (w tym najgroźniejszym - Świętej
      Inkwizycji) wraca do Włoch. Po co? Do dziś nie wiadomo.

      Według jednych historyków, ma już dość tułaczki i zrezygnowany godzi się na
      proces, jaki go czeka; według innych - inkwizycja posługuje się podstępem,
      wabiąc uczonego zawieszeniem broni i obietnicą katedry matematyki w Padwie.

      23 maja 1592 roku zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu w Wenecji. Cela,
      jaką mu przeznaczono (do lutego 1593 roku), ma dach celowo wykonany z ołowiu.
      Latem panuje w niej temperatura ponad 50 stopni C, zimą jest -5 stopni. Tak
      łamani są najciężsi przestępcy - jawnogrzesznicy. Ale Bruna złamać ciężko.
      Zachowały się zapiski, że podczas przesłuchań jest coraz słabszy. Tak
      wycieńczony, że sędziowie muszą go najpierw upominać, a potem biciem zmuszać,
      aby przyjął postawę stojącą, a nie kładł się na podłodze. Jeśli jednak można
      razami zmusić uczonego do stania, to już sędziom nie sposób wymóc na nim
      zaparcia się swoich przekonań.

      W końcu bezradny trybunał (choć bardzo chciał osądzić i stracić heretyka)
      przekazuje Brona do Rzymu w ręce Świętego Ofi cjum. Umieszczony zostaje w
      lochach Zamku św. Anioła. W celi bez okna. Spędza tam siedem lat - głodzony,
      bity i przypalany gorącym żelazem. Oprawcom zależy na publicznym odwołaniu
      "herezji".

      Protokóły z jego przesłuchań liczyły 295 stron i choć zachowały się tylko ich
      fragmenty, popatrzmy, co wywołało taką wściekłość zarówno Kościoła katolickiego,
      jak i protestanckiego.

      Oto Giordano Bruno twierdzi, że:
      1. Trójca Święta to wymysł i nic innego jak rodzaj politeizmu;
      2. nie istnieje nic takiego jak święty sakrament eucharystii, piekło i niebo;
      3. historia o stworzeniu świata, o Adamie, Ewie, Kainie, Ablu i setkach innych
      postaci wypełniających Biblię to bajki;
      4. dziewictwo Maryi oraz niepokalane poczęcie jest bzdurą obrażającą ludzi
      myślących;
      5. Chrystus nie był bogiem, a jedynie sprytnym kuglarzem;
      6. Bóg jako osoba, jako inteligentny byt nie istnieje. Przyroda jest bogiem, to
      ona stworzyła człowieka i wszystko co żywe oraz nieżywe;
      7. Ziemia nie jest centrum świata - jak tego chce Kościół - ani nawet nie jest
      nim Słońce, jak to ogłosił Kopernik. Nasz Układ Słoneczny jest jednym z
      nieskończonej liczby podobnych sobie światów, w których żyją inne istoty;
      8. rządzi tym wszystkim nie jakiś Stwórca, lecz prawa astronomii i matematyki.
      To one są prawdziwymi twórcami wszystkiego.
      9. Ludzie, bez względu na pochodzenie i religię, są sobie równi i mają takie
      same prawa stanowione przez państwa, a nie przez Boga.
      Te twierdzenia powinny już dawno zaprowadzić go nie na jeden, a na dziesięć
      stosów, a jednak w lutym 1599 roku sędziowie Świętej Inkwizycji poczuli się
      bezradni i zmęczeni.
      Do rozpalenia stosu wystarczyło drobne choćby przyznanie się więźnia do winy i
      cień skruchy (tego wymagało prawo), ale on trwał w grzechu i ani myślał
      przepraszać za cokolwiek.

      Poprosili więc o pomoc papieża Klemensa VIII (Bruno nazwał go wcześniej
      wikariuszem diabła), a ten instruował sędziów w liście:
      Cytat:

      „Ojcowie Duchowni mają niezwłocznie i ostatecznie przedstawić oskarżonemu jego
      twierdzenia jako nie tylko heretyckie, ale i potępione przez Kościół Święty i
      Stolicę Apostolską. Jeśli uzna je za takie, to dobrze, w przeciwnym razie należy
      dać mu ostatnie, powtarzam ostatnie, 40 dni do namysłu”.

      Odpowiedź od trybunału nadeszła wkrótce i doprowadziła „diabelskiego wikariusza”
      do szału. Sędziowie donosili bowiem, że „Giordano Bruno oświadczył, że nie ma
      się z czego kajać, niczego nie żałuje i nie ma powodu do odwoływania
      czegokolwiek. Daleki jest też od jakiejkolwiek skruchy”.

      Wobec takiego stanu rzeczy poddano skazańca jeszcze bardziej wyrafinowanemu
      przesłuchaniu, łamiąc mu po kolei palce dłoni, a później kości przedramienia.
      Skatowany, obleczony w strój pokutny, klęcząc, a właściwie półleżąc, wysłuchał w
      końcu wyroku:
      Cytat:

      „Nazywamy, obwieszczamy, osądzamy i ogłaszamy cię, bracie Giordano Bruno,
      nieskruszonym, zawziętym i zatwardziałym heretykiem. Jako takiego wyłączamy cię
      z powszechności kościelnej i z naszego Świętego Niepokalanego Kościoła, którego
      miłosierdzia okazałeś się niegodnym (…. Prócz tego osądzamy i potępiamy
      wszystkie twoje dzieła i pisma oraz zakazujemy czytania, rozpowszechniania i
      posiadania ich, jako heretyckich i kłamliwych. Nakazujemy, aby wszystkie twoje
      książki od dnia dzisiejszego aż po wsze czasy były publicznie niszczone i palone
      na placu św. Piotra oraz wpisane na indeks ksiąg zakazanych”.

      Wszyscy bez wyjątku sędziowie przekona
      • abhaod Re: smutna rocznica 20.03.08, 13:02
        c.d.
        Wszyscy bez wyjątku sędziowie przekonani byli, że skazaniec – niemal
        nieprzytomny – nie słyszał orzeczenia albo nie rozumie, co ono oznacza, a jednak
        z ust Bruna wydobyły się słowa, które zapisały się w pamięci przyszłych pokoleń
        dłużej niż nazwiska oprawców: „Powiadam wam, że z większą trwogą wygłaszacie
        przeciwko mnie ten wyrok, aniżeli ja go wysłuchuję”.

        Papież niezwłocznie zatwierdził egzekucję, surowo przy tym nakazując, aby usta
        heretyka zakneblować drewnianym kołkiem, „tak aby przybyła pod stos gawiedź nie
        usłyszała jakiś bluźnierstw czy niebezpiecznych, bezbożnych nauk”. Nie zgodził
        się też na wcześniejsze podduszenie skazańca (co wówczas było powszechnie
        stosowane), aby zmniejszyć mu męki.

        17 lutego 1600 roku w drodze na Campo di Fiori Giordanowi Brunowi towarzyszyła
        procesja jego oprawców i sędziów. Podążali za terkoczącym wózkiem, skrywając
        swoje twarze pod szpiczastymi kapturami z otworami na oczy. Po trzech minutach
        od chwili podpalenia stosu ciało skazańca zamieniło się w żywą pochodnię.

        Następnego dnia – z rozkazu papieża – Rzym oblepiono obwieszczeniami takiej
        treści: „W czwartek rano spalony został żywcem ów zbrodniczy brat zakonu z Noli.
        Był to niezwykle uparty heretyk, który według swojej fantazji układał różne
        twierdzenia przeciwko naszej wierze, a zwłaszcza Najświętszej Panience (….
        Mówił, że chętnie umiera jako męczennik i że dusza jego pójdzie wraz z dymem do
        raju. Teraz dowie się, czy mówił prawdę!”.

        Przez 408 lat od wydarzeń na Campo di Fiori Kościół katolicki kategorycznie
        odmawiał i nadal odmawia przyznania się do błędu, przeproszenia za morderstwo,
        czy choćby namiastki rehabilitacji Giordana Bruna. Kategoryczne „nie” wyraził w
        tej kwestii Jan Paweł II, mimo że o złagodzenie stanowiska prosili go uczeni z
        największych światowych uniwersytetów – w tym ponad setka noblistów.

        Wcześniej, 9 czerwca 1889 roku, Watykan próbował wszelkimi siłami – posuwając
        się do groźby i przekupstwa – storpedować odsłonięcie rzymskiego pomnika Bruna
        na Campo do Fiori, czynił też usilne zabiegi dyplomatyczne, aby jeden z kraterów
        na księżycu nie został nazwany imieniem tego jednego z pierwszych nowoczesnych
        myślicieli Europy.
    • nessie-jp Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 15:23
      "Szukanie rozgłosu, sławy dyskwalifikuje duchownego jako świadka Chrystusa."

      Doprawdy?! Cynicznie stwierdzę, że to mało wiarygodne stwierdzenie. Jakoś tak
      się dziwnie składa, że Watykan dyscyplinuje biednych staruszków, niepchających
      się do mediów
    • soultys1 Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 16:26
      A może cały artykuł jest nieporozumieniem?? Albo przez
      niedopowiedzenie ktoś chce zrobić aferę? Samo stwierdzenie "przyjmij
      uzdrawiającą moc Ducha Świętego" przecież nie odnosi się do chorób
      ciała czy chorób psychicznych, lecz do chorób duszy (grzechu itp.)
      No chyba, że ktoś obiecywał uzdrowienie i nazwał je mówiąc "uleczę
      cię z AIDS" czy coś podobnego. Samo napawanie ludzi optymizmem,
      wiarą i nadzieją, że wyzdrowieją może pomóc. Jeśli ktoś jednak
      przegina i kłamliwie twierdzi, że jakimiś czarami kogoś uzdrowi to
      może odpowiedzieć za to przed Najwyższym. Ale jeśli ktoś nie służy
      Bogu ale mamonie to tym się nie przejmuje, ale przyjdzie koza do
      woza.
    • mark.parker Re: Święci nie chwalą się cudami 20.03.08, 18:02
      prawdziwy.antonina napisała:

      > [...]Boga chcą skontrolować????????

      Może ci, którzy czytają od czasu do czasu moje posty, pamiętają, że jestem
      ciężko chory i nie jestem katolikiem, a Kościół katolicki potrafię surowo
      oceniać. Jednakowoż tu muszę akurat przyklasnąć Ks. Profesorowi. Nie chodzi o
      kontrolowanie B-ga, tylko sprawdzanie człowieka - czy nie jest szarlatanem i czy
      rzeczywiście przekazuje Znak B-ży.
      Osobiście uważam, że dostąpiłem Łaski całkowitego uleczenia z jednej choroby
      śmiertelnej, aczkolwiek teraz muszę tylko być stale czujnym, by nie dostać się z
      powrotem w łapska tego schorzenia. Prócz tego cierpię na inną śmiertelną chorobę
      i Łaska B-ża objawia się w ten sposób, że trzy razy w tygodniu perspektywa
      śmierci jest odsuwana o kolejny dzień za sprawą dializy nerkowej. I kiedy
      ogarnia mnie zwątpienie - nie w B-ga, lecz w sens życia w cierpieniu - odnajduję
      znów tę Łaskę w modlitwie oraz w empatii i pociesze przyjaciół. I to jest
      właśnie ten cud, o którym mówi Ks. Profesor: pochodzi on od B-ga, ale dociera do
      mnie za sprawą ludzi, którzy nie szukają z tego powodu rozgłosu; nie mówią "To
      ja sprawiłem ten cud swoją pociechą." O, nie! Są to skromni, cisi ludzie, którzy
      nie roszczą sobie pretensji do bycia cudotwórcami. Tak, tak, Moi Mili (w tym i
      Adwersarze, albowiem uświadamiają mi oni, że chociażby walka o ideały potrafi
      nadać sens życiu, obolałemu, ale jednak ŻYCIU!) I tak to dzień po dniu prowadzę
      tę walkę wraz z walką o przetrwanie fizyczne i przypominanie sobie, że moje
      życie należy do B-ga i że w każdej chwili, gdy cierpienie okaże się zbyt wielkim
      brzemieniem, mogę do Niego powrócić przerywając dializę, ale kocham życie i wolę
      w Nim odnajdować siłę do dalszej walki. Zapytacie może, czy nie jest to z mojej
      strony fałszywa skromność, za którą kryje się chęć zdobycia jakiegoś tam,
      forumowego rozgłosu. O, nie, Kochani - nie za taką cenę, której nie życzyłbym
      nikomu, nawet największemu wrogowi. A w tej walce okazuje się niekiedy, że wróg
      staje się przyjacielem i potrafimy obaj/oboje zgodzić się, że są pewne sprawy,
      co do których nigdy się nie zgodzimy, ale odrzuciwszy stereotypy możemy dojść do
      porozumienia w innych sprawach i to właśnie cementuje przyjaźń. Dzwoni do mnie
      od czasu do czasu przyjaciółka z Niemiec, której nigdy na oczy nie oglądałem i
      sama obecność jej głosu w słuchawce dodaje mi sił. Ona - chrześcijanka i ja -
      żyd potrafimy znaleźć wspólny język, by poużalać się nad światem. Ona nie
      wymachuje mi przed nosem krzyżem, a ja nie muszę jej mówić, że krzyż to dla mnie
      widomy znak prześladowań i błędów, o których wspomina Ks. Profesor. Albo
      zagadają do mnie na forach inni przyjaciele. Pragnę, by świat miał więcej takich
      szlachetnych ludzi i by żaden kościół nie popełniał już więcej błędów, zwłaszcza
      błędu nienawiści, by nie przechodził milcząco do porządku dziennego nad tym, że
      któryś z Kaczyńskich atakuje mnie jako geja lub daje do zrozumienia, że jako
      polski Zyd, gej i lewicowiec jestem Polakiem drugiej kategorii, lub też zaledwie
      kimś "polskojęzycznym", albowiem kocham Polskę nieco inaczej od nich - nie
      wmawiam sobie, że jest to piękna złotowłosa panna o mlecznej cerze, lecz kocham
      ją POMIMO tego, że widzę wszystkie jej przywary; widzę, że jest lekko kulawa,
      trochę garbata i zezowata, ale to jednak MOJA Polska i że to nie ona czyni mi
      krzywdę, tylko kolejni jej włodarze - mali, zawistni cwaniacy. Raz stroją się w
      czerwoną togę komunizmu, innym znów razem wdziewają czarną sutannę wojującego
      katonazizmu, a ja w obu przypadkach mam podwójnie przerąbane - jako gej i jako
      Zyd. Czy nie jest trudno miłować taką ojczyznę? Nie, gdyż drzemią w niej duchy
      najbardziej polskich spośród polskich poetów .- Norwida i Tuwima, ja zaś, choć
      dwujęzyczny po tylu latach pobytu w Ameryce, zawsze sięgam sercem tam, gdzie mój
      język ojczysty, gdzie jako młody i zdrowy chłopak zostawiłem dziesiątki
      przyjaciół, by rozpocząć Wielką Przygodę z Ameryką. Moją ojczyzną fizyczną jest
      więc i pozostanie Polska; moją ojczyzną duchową jest i pozostanie Jerozolima -
      stolica Izraela, który B-g obrał sobie jako Oblubienicę Swoją, a ona odpłaciła
      mu gorącą miłością:
      "Niech mnie ucałuje pocałunkami
      swych ust!
      Bo miłość twa przedniejsza od wina.
      Woń twych pachnideł słodka,
      olejek rozlany - imię twe,
      dlatego miłują cię dziewczęta.
      Pociągnij mnie za sobą!
      Pobiegnijmy!
      Wprowadź mnie, królu, w twe komnaty!
      Cieszyć się będziemy i weselić tobą,
      i sławić twą miłość nad wino;
      Słusznie cię miłują!
      Śniada jestem, lecz piękna,
      córki jerozolimskie,
      jak namioty Kedaru,
      jak zasłony Szalma.
      Nie patrzcie na mnie, żem śniada,
      że mnie spaliło słońce.
      Synowie mej matki rozgniewali się na mnie,
      postawili mnie na straży winnic:
      a ja mej własnej winnicy nie ustrzegłam.
      O ty, którego miłuje dusza moja,
      wskaż mi, gdzie pasiesz swe stada,
      gdzie dajesz im spocząć w południe,
      abym się nie błąkała
      wśród stad twych towarzyszy.
      Jeśli nie wiesz,
      o najpiękniejsza z niewiast,
      pójdź za śladami trzód
      i paś koźlęta twe
      przy szałasach pasterzy.

      Do zaprzęgu faraona przyrównam cię,
      przyjaciółko moja.
      Śliczne są lica twe wśród wisiorków,
      szyja twa wśród korali.
      Wisiorki zrobimy ci złote
      z kuleczkami ze srebra.
      Gdy król wśród biesiadników przebywa,
      nard mój rozsiewa woń swoją.
      Mój miły jest mi woreczkiem mirry
      wśród piersi mych położonym.
      Gronem henny jest mi umiłowany mój
      w winnicach Engaddi.
      O jak piękna jesteś,
      przyjaciółko moja,
      jak piękna,
      oczy twe jak gołębice!
      Zaiste piękny jesteś,
      miły mój,
      o jakże uroczy!
      Łoże nasze z zieleni.
      Belkami domu naszego są cedry,
      a cyprysy ścianami."

      Czy może być gorętsza i czystsza miłość od tej? To ona się nam udziela,
      wystarczy tylko otworzyć serca i dusze.
      Dlatego bez zastrzeżeń ufam słowom Psalmisty:

      Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego.
      Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach.
      Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć:
      orzeźwia moją duszę.
      Wiedzie mnie po właściwych ścieżkach
      przez wzgląd na swoje imię.
      Chociażbym chodził ciemną doliną,
      zła się nie ulęknę,
      bo Ty jesteś ze mną.
      Twój kij i Twoja laska
      są tym, co mnie pociesza.
      Stół dla mnie zastawiasz
      wobec mych przeciwników;
      namaszczasz mi głowę olejkiem;
      mój kielich jest przeobfity.
      Tak, dobroć i łaska pójdą w ślad za mną
      przez wszystkie dni mego życia
      i zamieszkam w domu Pańskim
      po najdłuższe czasy.
      [Oba cytaty wg Biblii Tysiąclecia]

      Co za znaczenie ma to, czy słowa te wypowiada chrześcijanin, czy żyd? W tym
      miejscu spotykamy się obaj przed Obliczem Pana, przed Obliczem naszego wspólnego
      Ojca Umiłowanego. Moc wiary w te słowa to nadzwyczajna Łaska, jaką B-g obdarza
      nas wszystkich. Ateiści mogą mieć na to inny pogląd, ale czy i oni nie pragną
      szczęścia? Czy i oni nie dostępują go w uczynkach na rzecz bliźniego? Czy
      "komunistka" z niegdysiejszej Rady Narodowej, która w moim nędzarskim
      dzieciństwie kupowała mi rajtuzy, skarpety i buty - była czymś gorszym od
      duchownego, który odmówił mi kąta w domu parafialnym, gdy jako 16-letni
      smarkacz, zmordowany włóczęgą z plecakiem, chciałem gdzieś złożyć głowę, lecz,
      zakłopotany, dał mi sto złotych, żebym sobie znalazł nocleg gdzie indziej,
      wprawiając mnie w taki wstyd i upokorzenie, aż mu tych sto złotych rzuciłem pod
      nogi z gorzkimi, niesprawiedliwymi, niewdzięcznymi słowami "Nie przyszedłem tu
      po jałmużnę, tylko po jakiś kąt."
      Do domu wróciłem dzięki troskliwości jakiegoś szofera ciężarówki, który zabrał
      mnie z pobocza. Czy ja go pytałem, czy jest katolikiem, czy ateistą? To był
      CZŁOWIEK!
      A działo się to zanim odkryłem w sobie swoje żydostwo i z podwójną mocą znów
      uwierzyłem.
      Dla mnie szczęściem jest kolejny przeżyty dzień i wiara w wieczne obcowanie z
      Miłością tam, gdzie spotkam i tę społecznicę, i tego duchownego, któremu być
      może przepisy nie pozwalały mnie przyjąć pod dach. Będziemy się wspólnie radować
      i sławić Imię Pana: Baruch ata haszem Adonaj, Elohejnu, Melech haolam!
    • tom1003 Święci nie chwalą się cudami 21.03.08, 00:53
      O większego trudno młota,
      niż idiotę Palikota.
    • kilokitu Święci nie chwalą się cudami 01.04.08, 09:29
      W tym artkule najlepsze jest stwierdzenie: "cały Kościół jest charyzmatyczny". Tak może tylko powiedzieć osoba, która w swojej wierze niczego jeszcze nie przeżyła!
    • m.i.a32 Święci nie chwalą się cudami 07.04.08, 17:34
      1. Pozwólcie Państwo, że odpowiem na postawione pytania jako osoba obiektywna, która w przeciwieństwie do księdza prof. pragnie przedstawić swoje zdanie po uczestnictwie we Mszy z udziałem obu charyzmatycznych Franciszkanów (Józefa Witko i Teodora Knapczyka).
      Nadmienię tylko, że jestem raczej agnostykiem i osobą poszukującą, niż człowiekiem wiary, dlatego możecie Państwo potraktować mnie jako zupełnie obiektywnego komentatora i obserwatora Mszy, gdyż nie uczestniczę w niej zapewne z taką ekspresją, jak inni. Powiem szczerze – nie przekonuje mnie gestykulacja oraz inne przejawy mniej lub bardziej werbalnej mowy większości uczestników, gdyż nie sądzę, aby ta większość była faktycznie prawdziwa w tym, co robi. Znam pewną osobę, która w ten sposób uczestniczy we Mszy, ale jest prawdziwa, wyjątkowa i jako takiej nie mam jej nic do zarzucenia, ale jako, że jest właśnie taka – inna od większości, gdy większość reaguje tak samo – (owa większość) mnie nie przekonuje. Sądzę, że większością osób porusza tzw. duch tłumu, który mówi – podnieś ręce – śpiewaj, bo sąsiad obok czyni tak samo. Moja słaba wiara, która przechodzi mocny kryzys – nawet wtedy, gdy jest silna – nie manifestuje się poprzez owe puste dla mnie gesty. Sądzę, że nieskończenie lepiej jest czynić dobro dla bliźniego, pochylić się nad leżącym na ulicy (nawet alkoholikiem), poczęstować posiłkiem, porozmawiać, niż popaść w trans, który nic za sobą nie niesie i dla mnie – z całym szacunkiem – zalatuje sektą – jeśli nie ma potwierdzenia w postawie z życia codziennego wziętej. Pół biedy bowiem, jeśli te osoby faktycznie wyjdą ze świątyni i czynią dobro; wiem, że w niektórych przypadkach tak jest. Powtórzę raz jeszcze – znam naprawdę wyjątkową i dobrą osobę, dzięki której staję się lepszym człowiekiem i mam możliwość przyglądania się mszom oraz uczestnictwa w nich na swój świecki i rozumny sposób. Jestem nonkonformistką i duch tłumu jest mi obcy, na mnie nie ma wpływu. Nic nie ma na mnie wpływu poza mną samą i Bogiem – jeśli istnieje, dlatego proszę mi wybaczyć, ale prędzej będę stała, jak słup soli, choćby nie wiem, co kto myślał, niż zacznę tańczyć tak, jak większość osób, chyba, że odczuję taką potrzebę. Jestem jednak daleka od takiego wyrażania emocji. Ciekawi mnie ile osób jest faktycznie poruszonych i robi to, co wypływa z ich wnętrza? Znam tę jedną i chwała jej za to, że robi, to co robi i jak robi, gdyż jest to prawdziwe. Jakoś nie wierzę, że cały Kościół ma potrzebę w danej chwili robić to samo, co ta osoba. Jak wspomniałam liczy się dla mnie szczerość i zdanie wypracowuję na podstawie własnych doświadczeń, nie tego, co mówią inni, dlatego brzydzę się plotkami, choć podziwiam siłę, jaką zwyczajna plotka może osiągnąć. Dlatego wszystkim wypowiadającym się, a nieuczestniczącym proponuję przyjrzenie się mszy i wsłuchaniu się w to, co jest mówione, a dopiero później przedstawianie swojego zdania, zwłaszcza, że film zamieszczony w Internecie oraz zdjęcia autorstwa Adama Golca napawają trwogą tak samo mnie, jak i niejedną osobę, która widzi je po raz pierwszy, a nawet enty. To tyle, gwoli przedstawienia mojego stanowiska i sposobu percepowania mszy.
      Do rzeczy jednak. Postaram się teraz, z mojego punktu widzenia odpowiedzieć na pytania zadane przez redaktora księdzu profesorowi.
      1. „Uczestniczyłem w mszy, podczas której duchowny nakładał ręce na głowy wiernych, twierdząc, że przekazuje im uzdrawiającą moc Ducha Świętego. Czy to jest normalna praktyka w Kościele Katolickim?”
      Czy to jest normalna praktyka w Kościele Katolickim? Nie jestem teologiem, więc na to nie odpowiem. Przyczepię się jednak do kluczowego słowa – normalna, o którym mogę powiedzieć nieco więcej, niż tyle tylko, ile się gołym uchem nasuwa.
      Jeśli za normę weźmiemy – z całym szacunkiem – zwyczajne msze święte – to oczywistą jest rzeczą, że praktyka ta nie jest normalna, ale to jeszcze nic złego – nieprawdaż? Wszak nie wszystko, co normalne jest dobre, i nie każda rzecz nienormalna, niestandardowa jest zła. Pójdę dalej i przyznam szczerze, że nie tylko dla mnie, ale i dla całej sztuki wszystko, co poza normę wykracza jest wartością plasującą się bardzo wysoko na drabinie aksjosfery, W związku z czym nie każda rzecz nienormalna musi od razu kojarzyć się pejoratywnie. Czy nie lubimy otaczać się oryginalnymi gadżetami? Czy jest w tym coś złego? Czy kanibalizm, który dla jednych kultur jest normalny – jest w naszym ujęciu normą? Jest to pojęcie na tyle relatywne, że w kontekście zapytania – Czy to normalna praktyka? – wydaje się być raczej mało smaczne.
      Każdy zdrowo myślący człowiek pragnie postępować moralnie? Kto się z tym nie zgadza jest nienormalny ;-) Ale cóż to znaczy – postępować moralnie?
      Powiem więcej – nikt nie chce uchodzić za amoralistę, ale zdziwicie się Państwo, jak wiele osób nie chcąc – uznaje największego amoralistę wszechczasów za największego moralistę. O kim mowa? O nikim innym, jak Jezusie Chrystusie, który bez wątpienia był na swą modłę osobą postępującą na przekór ówczesnej moralności.
      Tak, Jezus Chrystus (podobnie, jak Sokrates i wielu innych myślicieli, zwłaszcza tych, którzy zmarli śmiercią męczeńską – za swoje poglądy) – jest najsłynniejszym amoralistą. Nie ma w tym nic złego. Cały paradoks polega na tym, że nie ma tu żadnego paradoksu. Dlaczego? Otóż dlatego, że amoralność nie jest niczym innym, jak tylko i wyłącznie transcendowaniem poza moralność powszechnie obowiązującą.
      Na wszelki wypadek przybliżę ze słownika filozofii, czym jest amoralizm. Jest to „zaprzeczenie wszelkiej moralności powszechnej. Człowieka amoralnego nie należy utożsamiać z niemoralnym. Ten pierwszy nie potrafi odróżnić dobra od zła, nie uświadamia sobie nawet istnienia sądów moralnych. Nietzsche wykazał, iż amoralizm w znaczeniu społecznym jest stanem właściwym wielkim twórcom, zaś Bergson w Dwóch źródłach moralności i religii podkreślał, że tacy ludzie, jak Sokrates czy Chrystus, za swego życia uważani za „wielkich zbrodniarzy”, ponieważ uznawali inne wartości i czcili innych bogów niż ogół, byli w istocie największymi moralistami ludzkości.” [Didier J., Słownik filozofii, tłum. K. Jarosz, Katowice 1992, s. 18]
      Pozostając przy słowniku (tym razem psychologii) przytoczę jeszcze pojęcie normalności.
      „Normalny – zgodny z jakąś regułą. Normalność jest pojęciem względnym, zmiennym w zależności od środowiska społeczno-kulturowego i epoki. W zbiorze statystycznym o normalnym rozkładzie normalność to cecha elementów, których wartość zbliżona jest do uzyskanej średniej arytmetycznej. Jako anormalne, przeciwnie, są traktowane elementy zbioru o wartościach skrajnych, dalekich od średniej. W medycynie istnieje tendencja do uznawania za człowieka normalnego osobnika doskonale zdrowego, chociaż taki praktycznie nie istnieje.” [Sillamy N., Słownik psychologii, tłum. K. Jarosz, Katowice 1995, s. 180]
      Teraz – każdy, kto normalny, niech ciśnie w nienormalnego kamieniem…
      (Dodam jeszcze tylko gwoli wyjaśnienia, że tak samo bycie anormalnym nie implikuje stanu patologicznego, chyba, że obrzuca się bliźnich choćby przysłowiowymi kamieniami.)
      Pytanie zatem o normę jest w istocie pozbawione sensu. Lepiej zapytać, co w tym złego… Pytam więc – co w tym złego? Czy ktokolwiek czuje się pokrzywdzony? Chyba tylko ksiądz profesor, gdyż Bóg – jeśli istnieje daruje swe łaski bez względu na uzyskane docześnie tytuły, a tu (jeśli wierzyć) - Boskimi Narzędziami stają się niejednokrotnie młodzi wikariusze, którzy idą w ślady Chrystusa, nieskończenie głębiej, niż ich akademiccy nauczyciele.
      Pytanie „Czy to jest normalna praktyka…?” jest w istocie pozbawione sensu, bo czego ma niby być nośnikiem?
      Odpowiedź profesora nie stoi w sprzeczności z tym, o czym jest mowa na tychże spotkaniach. – „Nie, jeśli duch
    • m.i.a32 Święci nie chwalą się cudami 07.04.08, 17:35
      2. o ile jest taka wola Boża. Ale obiecywać innym uzdrowienie? W judaizmie i w chrześcijaństwie cudowne uzdrowienia były zawsze tylko znakami, w zasadzie rzadkimi, prowadzącymi do wiary lub też potwierdzającymi wiarę. Kiedy ludziom brakowało wiary, Jezus odmawiał czynienia cudownych znaków. O autentyczności wiary świadczy przede wszystkim dźwiganie krzyża Jezusowego, takim krzyżem może być także choroba.”
      „Nie, jeśli…” No właśnie – wystarczy się pofatygować na takie spotkanie. Kapłan niczego nie obiecuje, poza tym, że Chrystus czeka, na sygnał ze strony człowieka, że się otwiera. Co więcej mowa jest o tym, że intencje nie mają większego znaczenia, bo to Bóg – jako istota doskonała – wie lepiej, czego człowiekowi trzeba, więc nie zawsze przychodzi uzdrowienie. Czy to jest obietnica? Raczej nie – z obietnicami (niespełnionymi) mamy raczej do czynienia w polityce, nie w kościele. W konsekwencji spotkań bez względu na stosunek pielgrzymujących zsyłane jest to, czy tamto, a że niejednokrotnie wiara jest dana na tego typu spotkaniach – to już raczej sprawa Boga i obdarowanego, nie księdza, który zawsze powtarza, że jest wyłącznie utylitarnie mówiąc - narzędziem. Proszę zwrócić uwagę – gdyby duchowny obiecał i nie dotrzymał słowa – czy spotykałby się z tak ogromną rzeszą osób? Widać – albo nic takiego nie obiecuje, albo naprawdę mają miejsce cuda.
      Nawet, jeśli mówi coś w rodzaju: w tym momencie zostaje uzdrowiona osoba, która zastanawia się po co przyszła i czuje się niegodna, albo nawet osoba cierpiąca z powodu nowotworu zostaje teraz uleczona, pozostaje nadal w kwestii wiary, bo z pewnością jest wiele takich osób i nie każda bierze to do siebie, a nawet jeśli weźmie to do siebie, a niekoniecznie o nią chodzi, to do nikogo nie może mieć żalu, gdyż do nikogo nie zwraca się kapłan bezpośrednio. Nie podchodzi i nie mówi – Ty Iksiński zostajesz uzdrowiony z choroby Y, w związku z czym nikomu niczego nie obiecuje, więc nikt nie może składać reklamacji. A może jest ktoś, komu kapłan dał taką deklarację w imieniu samego Boga, albo chociażby siebie? Jeśli tak, to bardzo ciekawi mnie kiedy, bo tak się składa, że w przeciwieństwie do tzw. normalnych mszy, na które już od lat póki co nie uczęszczam wsłuchuję się w każde słowo i nic takiego nigdy nie usłyszałam. Powiem więcej – wolę wymęczyć się jadąc na całonocne czuwanie, gdzie mam wrażenie obcowania z Absolutem, niż wytrwać nawet na niespełna godzinnej mszy, gdzie mam wrażenie jej odbębnienia – nie tylko przeze mnie, ale i kapłana.
      Słyszałem, jak duchowny - ojciec Witko - mówi ludziom, że mogą zostać cudownie uzdrowieni ze swoich dolegliwości, nawet tych najbardziej poważnych, jak nowotwór. Wystarczy, że dadzą się dotknąć odprawiającemu nabożeństwo albo będą w codziennym życiu stosować poświęconą wodę, sól lub olej. Nie uważa ksiądz, że to brzmi jak zabobon?
      Ja też słyszałam, jak mówi duchowny mówi o tym, że ludzie „mogą zostać cudownie uzdrowieni ze swoich dolegliwości, nawet tych najbardziej poważnych” i nic ponadto.
      I tu jest odpowiedź na zarzut – obietnicy – mogą, nie znaczy muszą, czy od razu zostaną. Dla Boga – jako istoty doskonałej nie ma rzeczy niemożliwych, więc jeśli istnieje, może tak uczynić.
      Bzdurą jest jakoby wystarczyło, że dadzą się dotknąć – wręcz przeciwnie – Panie redaktorze – to sformułowanie „wystarczy, że dadzą się dotknąć odprawiającemu nabożeństwo” jest naprawdę ciężkostrawne – czy ma Pan aż tak złe doświadczenia? Do duchownego niejednokrotnie przychodzą osoby, po specjalne błogosławieństwo, na co otrzymują odpowiedź, że już było.
      Dotkniętym może się poczuć ktoś co najwyżej po przeczytaniu pańskiego stwierdzenia – bynajmniej nie osoba, która podchodzi po tę niewątpliwie cudowną dawkę energii.
      Jeśli chodzi o zastosowanie wody święconej, czy oliwy, to jest to niewiększy zabobon, jak większość rytuałów – niekoniecznie chrześcijańskich. Zapewne niejednokrotnie spożywał Pan redaktor poświęcony pokarm i raczej Panu nie zaszkodził – o ile Pan nie przedawkował.
      Józef Witko pisze w swej książce o tym, że po pierwsze: sam Jezus zalecał jego stosowanie, a po ostatnie – aby „przy używaniu tych sakramentaliów pamiętać o istnieniu realnego niebezpieczeństwa, a mianowicie, że zostanie im nadane zbyt wielkie znaczenie oraz uwierzy się w to, że uwolnienie nastąpi jedynie dzięki przesadnemu użyciu tych środków”.
      Zatem – po pierwsze – pytanie można skierować do Chrystusa, po drugie – gdyby faktycznie autorowi Uzdrawiającej mocy Ducha Świętego (nie – Uzdrawiającej mocy Józefa Witko) zależało na handlu specyfikami – zalecałby wręcz stąpanie po całych oceanach święconej i koniecznie osolonej wody począwszy, na przemyśle frytkarskim skończywszy.
      Wedle profesora „Przedstawione zachowania mają znamiona manipulacji. Kościół z nieufnością traktuje nadzwyczajne znaki, w których prawa natury - jak choroba - są w jakiejś formie zawieszone. Wyjątkowo sprawdza ludzi obdarzonych zdolnością czynienia cudów. Ojciec Pio - który niewątpliwie miał zdolności czynienia nadzwyczajnych znaków - otrzymał zakaz, wydany przez Watykan, spowiadania i publicznego odprawiania mszy świętych. Nie było to bynajmniej prześladowanie, ale sprawdzanie wiarygodności. Swoją uległością wobec Kościoła potwierdził autentyczność nadzwyczajnych darów, jakimi Bóg go obdarzył. Po kilku latach Watykan cofnął zakaz.
      Święci, którzy mieli dar czynienia cudów, nie tylko nie chwalili się nim, ale wręcz go ukrywali. Przy cudownych zjawiskach Kościół bada najpierw nie cudowne znaki, ale postawę moralną - świętość "cudotwórcy". Jako wierzący wiemy, że szatan potrafi "czynić podróbki imitujące prawdziwe cuda".”
      A jednak – kościół sprawdza ludzi… - oznacza to, że w istocie niektórzy mają tę zdolność – niestety – wyłącznie niektórzy i niekoniecznie profesorowie.
      Sądzę, że nie uległość wobec Kościoła jako instytucji jest ważna, ale służba Kościołowi, bycie zaś buntownikiem wobec instytucji nie od razu jest działaniem na niekorzyść.
      Widać, że niejednokrotnie Watykan ma więcej do powiedzenia, niż sam Bóg, poza tym sam Watykan cofnął zakaz odnośnie Ojca Pio – po kilku latach.
      Abstrahując od świętości Ojca Pio podporządkowanie się Watykanowi, świadczy (jedynie) o posłuszeństwie wobec Watykanu i o niczym więcej. Uległość wobec Watykanu, nie może być interpretowana jako autentyczność dla cudu, wówczas każdy zwykły urzędnik kościelny byłby cudotwórcą.
      Jeśli prawdą jest, że mamy do czynienia z uzdrawianiem, to nie sądzę, aby to było działanie na czyjąkolwiek szkodę, mimo, że Watykanem nie jestem.
      Najbardziej dziwi mnie stwierdzenie, że „Święci, którzy mieli dar czynienia cudów, nie tylko nie chwalili się nim, ale wręcz go ukrywali.”
      Ciekawe więc, w jaki sposób stali się świętymi? Skoro jakość życia ludzkiego może być w ten sposób polepszona, dlaczego nie pomóc? Równie dobrze można by zlikwidować wszelkie instytucje charytatywne. Niech bogatsi nie dzielą się z biednymi – niech sobie zatrzymają dla siebie smakowite kąski. Niech lekarze nie leczą, bo cały przemysł farmaceutyczny jest tworem nauki, a przeto może być podejrzany. Natura wyeliminuje jednostki słabsze i Watykan będzie mógł zająć się bardziej pożytecznymi sprawami. A może od razu wprowadzić eutanazję? Przecież osoba odłączona od maszyny zbyt długo nie przeżyje.
      A może Bóg chce, czegoś innego niż Watykan? Nie rozumiem – jaka jest różnica, jeśli chodzi o pomoc drugiemu człowiekowi? Czy nie powinno pomagać się na miarę swoich możliwości? Jeśli kapłan ma daną wyższą możliwość, powinien w wyższym stopniu ją wykorzystać i nie chować tego dla siebie. Jeśli faktycznie otrzymał dar uzdrawiania chorych to nie otrzymał go tylko dla siebie, więc go dla siebie nie zatrzymuje. Dziwi mnie stanowisko Watykanu. Biorąc je pod uw
    • m.i.a32 Święci nie chwalą się cudami 07.04.08, 17:36
      3. Kolejne – przepraszam za wyrażenie - idiotyczne pytanie? A czy władza kościelna jest władzą najwyższą, jedyną, niepodważalną? Po co – może po to, by Watykan po kilku latach zmienił zdanie? Każdy ma swoje zdanie. Jeśli świadectwo jest w stanie przekonać kogokolwiek, to chyba nie jest źle. W najgorszym razie, dany osobnik pójdzie na Mszę i zostanie uzdrowiony – jeśli będzie taka będzie wola Boga. Co w tym złego? Każdy otrzymał wystarczającą dawkę rozumu, by sam stanowić o sobie, (póki co mamy wolność słowa), dlaczego więc nie świadczyć o czymś? Dlaczego nie pisać o swoich doznaniach? Tym, którzy wierzą – świadectwa nie zaszkodzą, tak samo, jak tym, którzy nie wierzą, niekoniecznie pomogą uwierzyć. Większość, póki nie odczuje na własnej skórze sama nie uwierzy, więc same świadectwa nie są niczym złym i raczej nie wyczarują wiary w kimś, kto jej nie ma. Mogą zaabsorbować myśl, poruszyć, zastanowić, dać do myślenia, ale wiary nie dadzą – byłoby to zbyt proste.
      Istotą wiary jest ona sama, a jeśli faktycznie zostało się uzdrowionym – nie wolno egoistycznie trzymać tego daru dla siebie – trzeba się dzielić tą informacją i pomnażać wiernych. Jeden uwierzy a priori, drugi uwierzy, gdy zobaczy. Tak jest w Piśmie, a jeśli Watykanowi to przeszkadza – mówi się trudno i buntuje się dalej – czyniąc dobro i mnożąc owoce.
      Jeśli cuda w Lourdes były tak przebadane przez Watykan, to dlaczego tak mało osób w nie wierzy? Cuda dzieją się każdego dnia, trzeba tylko być otwartym, albo przechodzi się do porządku dziennego, albo nie. Mamy w tej sferze nieograniczoną wolność.
      „W historii Kościoła wielokrotnie bywało tak, że decyzje podjęte pospiesznie, które w danym momencie wydawały się oczywiste, po czasie okazywały się błędem.”
      To mówi samo za siebie.
      „Nie można zarzucać mistyfikacji całemu Kościołowi. Ale można ją z pewnością zarzucić niektórym wspólnotom czy księżom, kiedy kreują się na uzdrowionych czy - jeszcze gorzej - na uzdrawiających.”
      Na szczęście w tym przypadku nie ma nawet cienia podejrzenia, że uzdrawia Józef Witko, Teodor Knapczyk, czy jeszcze kto inny.
      „Mimo że duchowni podczas nabożeństw podkreślają, że to nie oni uzdrawiają, tylko moc Ducha Świętego, ludzie traktują ich jak uzdrowicieli. Kult takich duchownych uprawiany przez wiernych jest dopuszczalny w Kościele?”
      To jest już problem ludzi i problem ich wiary. Kapłani do znudzenia powtarzają, że to nie oni, tylko Duch Święty 
      Zdaniem profesora „Kościół dopuszcza jedynie kult Boga i świętych wyniesionych na ołtarze, zwykle po długim procesie. Szukanie rozgłosu, sławy dyskwalifikuje duchownego jako świadka Chrystusa.”
      Też prawda. Abstrahując od świętych, szukanie rozgłosu i sławy niewątpliwie dyskwalifikuje duchownego, jako świadka Chrystusa. Niekoniecznie sławy trzeba poszukiwać, by ją mieć. Niektórzy lata całe spędzają nad pracą naukową i nie są tak sławni, jak ci, którzy są na początku drogi.
      Tak na mój babski chłopski rozum bycie dobrym kapłanem nie koreluje z uzyskaniem tytułu profesora, w przypadku tego zawodu, który wiąże się z powołaniem, częściej jedno z drugim stoi w opozycji. Jeden poświęca potencjalną karierę naukową naśladując Chrystusa dla posługi, ktoś inny w tym czasie pracuje nad kolejnym tytułem. Tak się jednak składa, że Chrystus był mędrcem bez tytułu, i o ile się nie mylę – kapłani są od tego, by go naśladować. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby łączyć jedno z drugim, ale czy to ma sens – w przypadku chrześcijaństwa? Zwłaszcza, że tytuły zdobywa się dla siebie, a służy się innym.
      Muszę powiedzieć także i to, że JÓZEF WITKO JEST NAJBARDZIEJ SKROMNYM CZŁOWIEKIEM, JAKIEGO SPOTKAŁAM I O JAKIM SŁYSZAŁAM. Jest PERSONIFIKACJĄ SKROMNOŚCI I FAKTYCZNIE – Z TEGO MOŻE SŁYNĄĆ. Chrystus też z tego słynął? Nieprawdaż? Bycie sławnym – kolejne relatywne słowo, które bezmyślnie wkradło się w retorykę dialogu.
      Teodor Knapik może słynąć ze specyficznego poczucia humoru – ale czy Watykan i tego zabrania?
      Wedle profesora „Ruch charyzmatyczny, który inspiruje nabożeństwa uzdrowienia, jest uznany przez Kościół. Czuwają nad nim krajowe komisje teologiczne. Choć nad wszystkim nie da się czuwać. Tacy już jesteśmy jako ludzie, że nadzwyczajnym zjawiskom towarzyszą też nadzwyczajne plotki i "niesamowite" opowiadania, które zniekształcają fakty, tworzą mity. Wystarczy wspomnieć gdzieś o jakimś cudownym miejscu, cudownym źródełku, a zaraz zjawią się ludzie.”
      Święta prawda – plotki mają potężną moc. Dlatego warto być na miejscu i słyszeć u źródła o czym szemrze. Dlatego, nie powielajcie szanowni komentatorzy plotek, tylko wybierzcie się chociaż raz i posłuchajcie o czym mówi duchowy przewodnik – w tym przypadku – przekaźnik, albowiem niestety, zgodzić się i z tym trzeba, że „Czynienie cudów nie jest metodą rozwiązywania problemu cierpienia i śmierci.” Niewątpliwie jednak daje do myślenia.
      (Swoją drogą też będzie cud, gdy ludzie przestaną wierzyć w Matki Boskie z benzyny).
      Sam Józef Witko podchodził do tego typu działalności z dystansem [zeszytyodnowy.pl/index.php?co=zeszyty_opis&id=85&t=483], najbardziej istotna jest dlań modlitwa „Były świadectwa uzdrowienia, które zbierałem. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że ludzie modlą się i pragną tej modlitwy, która ma tak istotny wpływ na ich codzienne życie.” [Tamże].
      To, co mnie urzekło, to fakt, że nie są pobierane żadne opłaty. Po kolejne – na spotkaniach przyjmuje się pozycję taką, jaka jest wygodna przez cały czas trwania Mszy. Po kolejne – medycyna konwencjonalna jest wręcz zalecana, więc z niczym się uczestnictwo w tych Mszach nie kłóci (chyba, że kłóci się z Watykanem).
      Istnieje oczywiście szereg rzeczy, zwłaszcza w drodze do kościoła, których według mnie można by było sobie i innym oszczędzić, jak na przykład modły, czy śpiewy (niejednokrotnie osób, które stały w innej kolejce, niż po słuch, czy głos), albo ludzi zwyczajnie nieżyczliwych. W końcu modlitwy trwają wystarczająco długo, a takie wprowadzenie wprowadza – przynajmniej u mnie znużenie. Szybciej uwierzę w cud, niż w fakt zaistnienia u wszystkich na raz w jednym momencie potrzeby preludium w postaci modłów. Są oczywiście wyjątkowe osoby, którym to wprowadzenie nie przeszkadza, i które faktycznie mają taką potrzebę – znam taką osobę, i choćby dla niej (a może tylko dla takich osób) jestem w stanie to uszanować.
      Zresztą nikt nikogo nie zmusza do jazdy pielgrzymkowym autokarem. Myślę jednak, że o wiele lepiej wprowadzałoby wyciszenie, albo danie szansy porozumienia się między sobą osobom, które tego potrzebują. Modlić można się w ciszy. Być może do tego nie dorosłam, albo jestem jeszcze na to za mała. Ale te niedogodności już nic wspólnego z samą mszą nie mają.
      To, co na mszy mnie przeraża, to te upadki. Sama dostaję wówczas ze zdenerwowania palpitacji, które przyprawiają mnie o omdlenie. Na nogach trzyma mnie jednak przeświadczenie, że nie zostałaby mi udzielona pomoc medyczna przez wzgląd na fakt, iż otoczenie byłoby przekonane, że znajduję się w stanie tak zwanego Spoczynku (Zaśnięcia) w Duchu Świętym.
      Jeśli o Profesora chodzi, to sam stwierdził, że nie uczestniczył w tego typu Mszy, pan redaktor zaś – jak najbardziej, dlatego porażają mnie jego pytania, podobnie, jak zamieszczony w Internecie film, który przedstawia najbardziej zjawiskowe i chyba najgorzej przez każdego odbierane momenty Mszy, dlatego każdy winien wyrobić sobie zdanie sam, gdyż głupie pytania i nieadekwatny tytuł gryzą tak samo, jak moher.
      Najwyraźniej Watykan ma inne sprawy do rozpatrywania, jak na przykład postawę moralną niektórych Bogu ducha winnych księży, miast zająć się pedofilią wśród duchownych, zrobieniem czegoś z ksenofobią i antysemityzmem wyznawców ojca dyrektora, owoce działalności któ
    • m.i.a32 Święci nie chwalą się cudami 07.04.08, 17:38
      4. Najwyraźniej Watykan ma inne sprawy do rozpatrywania, jak na przykład postawę
      moralną niektórych Bogu ducha winnych księży, miast zająć się pedofilią wśród
      duchownych, zrobieniem czegoś z ksenofobią i antysemityzmem wyznawców ojca
      dyrektora, owoce działalności którego widać, słychać i czuć, zwłaszcza u osób,
      które mają więcej kasy, niż rozumu, czy serca.
      Dzięki takim osobom, jak Józef Witko i Teodor Knapczyk wiele osób do Kościoła
      wraca, przychodzi, rozmyśla, ich stan – także moralny ulega poprawie, diabli
      chyba tylko wiedzą, co w tym złego.
      Zapytam jeszcze tylko odnosząc się do tytułu artykułu – kto chwali się cudami?
      Duchowny, który wbija do głowy każdemu z osobna i wszystkim na raz, że to nie on
      działa a Duch Święty? A jeśli Duch Święty chwali się cudami, to czy oznacza to,
      że nie jest Święty? (Wszak „Święci się nie chwalą”) a może Bóg się chwali? Kto
      Bogu zabroni? Watykan, ksiądz profesor, czy może Pan Kuraś?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka