zarone [...] 28.10.08, 21:57 Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu. Odpowiedz Link Zgłoś
zigzaur Re: radziecka seksoterapia 28.10.08, 22:00 Jeszcze skuteczniej i subtelniej udawało się to Amerykanom. Nawet nie trzeba było gwałcić. Wystarczyło, że amerykański żołnierz (obojętnie jaki, przez co rozumiem również rasę) pomachał dłonią, w której trzymał rajstopy, paczkę papierosów lub tabliczkę czekolady a miał do dyspozycji kilka wymytych i chętnych Niemek. I to bez ryzyka, że dostanie od przełożonego opieprz za prześladowanie ludności cywilnej. Odpowiedz Link Zgłoś
gozal temat bardzo trudny... 28.10.08, 22:24 Krótki cytat z "Kroniki Szczecina 1945 - 2005": "Z Poznania wyjechała pierwsza 56-osobowa grupa osadników z przewodnikiem Józefem Górskim, której celem było dotarcie do Szczecina. Ponieważ pociąg dojeżdżał tylko do Chodzieży i dalszą drogę do Piły należało odbyć pieszo, 20 osób zrezygnowało z marszu. 36-osobowa grupa już w Pile dołączyła do pierwszego pociągu specjalnego z 832 osadnikami, który wyruszył z Poznania i wieczorem 3 maja dojechał do stacji Szczecin Dąbie. Do centrum miasta pionierzy osadnictwa (już tylko 652 osoby) udali się pieszo przez Zdroje i Podjuchy, gdzie spędzili noc. "Wśród nocy, pomimo znużenia obudził mnie przeraźliwy krzyk kobiety. Domyśliłem się co to znaczy. Krzyk ten trwał aż do rana. Wobec gęstych posterunków wojsk Armii Czerwonej i zakazu poruszania się w nocy, nie można było przyjść z pomocą. Rano o świcie z mieszkania tego wyszła kobieta narodoiwości polskiej (...) wyglądała potwornie (...) Nic mówienie mogła, tylko spazmatycznie łkała. Można się było od niej tylko dowiedzieć, że przez całą noc była gwałcona przez żołnierzy Czerwonej Armii - pisał w swoim raporcie i skardze przewodnik grupy Józef Górski." Nóż się w kieszeni otwiera... Wojny to męskie gierki, ale cenę przychodzi płacić głównie dzieciom, kobietom, starcom, czyli osobom dość słabym, niezdolnym do skutecznej obrony. Współczuję wszystkim ofiarom gwałtów, zwłaszcza takim, które przeżyły je w tak nieludzkich warunkach. Bez względu na narodowość i przedział historii, w którym żyły ofiary. Oby każda z nich znalazła ukojenie i zrozumienie bliskiej osoby. A to, co robili krasnoarmieńcy kobietom ponoć było napędzane przez dowództwo, które obiecywało kobiety jako łup wojenny, rozdawali im nawet takie ulotki żołdakom (za książką "Nie było powrotu" pod redakcją Herberta Reinossa) Odpowiedz Link Zgłoś
zigzaur Re: temat bardzo trudny... 28.10.08, 22:31 Trzeba jeszcze uwzględnić inny fakt: Większość sowieckich żołnierzy wiedziała, że po wojnie znowu wrócą do beznadziejnych kołchozów, do ciemnych kopalń, do fabryk z tyraniem po 14 godzin dziennie, do łagrów. No to starali się uprzyjemnić sobie ostatnie chwile przed rychłym zdjęciem mundurów. Tyle ich, co wtedy użyli. Odpowiedz Link Zgłoś
gozal Re: temat bardzo trudny... 28.10.08, 22:57 Wiesz, też myślałam, że to było tylko to + alkohol, hektolitry alkoholu na głowę. Zważywszy na fakt, że wielu krasnoarmieńców było żołnierzami z przypadku i bez klasy, bo wcześniej spędziła lata w łagrach (czasem za przestępstwa prawdziwe, a czasem za nic, ale piętno wywarło to na nich ogromne). Ale dotarłam właśnie do tego ciekawego doniesienia: "Bardzo frustrujące i wstydliwe jest to, że także władza dała przyzwolenie na przemoc bądź sama postępowała podobnie. Okazało się, że siły walczące o dobro społeczne zawarły przymierze z przestępcami albo były im bardzo bliskie. W tym kontekście orędzie Ilji Ehrenburga, chociaż on sam temu zaprzecza, nawołujące rosyjskich żołnierzy do zabijania, gwałtów i zdeptania rasowej pychy niemieckich kobiet i traktowania ich jak wojenny łup, pozostanie na zawsze hańbą. Stalin usiłował w rozmowie z Milovanem Djilasem zbagatelizować sprawę gwałtów, nazywając je „uciechą żołnierską". Istnieje jednakże mnóstwo dokumentów, na podstawie których można udowodnić, że wydawane były rozkazy do czynienia gwałtu. Nikt nie był wolny od chęci absurdalnej zemsty. Trucizna, która powodowała chęć zniszczenia całego świata i użycia broni, zaraziła samych bojowników. „Odstąpienie od własnych ideałów", szczególnie widoczne w końcowej fazie wojny, było tragicznym doświadczeniem również zachodnich zwycięskich mocarstw. I one zostały wciągnięte w „upadek obyczajowości" (Rothels)." ("Nie było powrotu") i w jeszcze jednym fragmencie widziałam, ale nie mogę znaleźć. Odpowiedz Link Zgłoś
zigzaur Re: temat bardzo trudny... 28.10.08, 23:20 A mówiąc krócej: To nic dziwnego, że komuniści szukali związków z przestępcami, bo w końcu komunizm jest przestępczy z natury. Program komunistów to nic innego, jak pozbawienie ludzi wolności i majątku oraz zaprowadzenie dyktatury swojej bandy. To tak, jak opanowanie małego miasteczka przez mafię, tylko na znacznie większą skalę. Odpowiedz Link Zgłoś
cynik.pl Re: temat bardzo trudny... 29.10.08, 00:37 ozal napisała: > Wiesz, też myślałam, że to było tylko to + alkohol, hektolitry > alkoholu na > głowę. Zważywszy na fakt, że wielu krasnoarmieńców było żołnierzami > z przypadku > i bez klasy, bo wcześniej spędziła lata w łagrach (czasem za > przestępstwa > prawdziwe, a czasem za nic, ale piętno wywarło to na nich ogromne). Kiedyś w Dużym Formacie był artykuł nt. seksu i tam była też mowa o gwałtach wojennych - dlaczego faceci, którzy w cywilu nigdy by czegoś takiego nie zrobili, gwałcą kobiety wroga (i nie tylko). Podane były 2 główne powody - bezkarność oraz obawa, że "ten raz będzie ostatni w życiu". W przypadku krasnoarmiejców, których życie nic nie znaczyło zarówno na froncie jak i w cywilu, ten drugi motyw mógł być istotny. > W tym kontekście orędzie Ilji Ehrenburga, chociaż on sam temu > zaprzecza, nawołujące rosyjskich żołnierzy do zabijania, gwałtów i > zdeptania rasowej pychy niemieckich > kobiet i traktowania ich jak wojenny łup, pozostanie na zawsze > hańbą. Nasz polski poeta Różewicz w jakimś wywiadzie w GW też kiedyś wspomniał, że fajnie jest gwałcić na wojnie, tylko że już nie ma siły ganiać za kobietami (skrytykowała go chyba tylko "oszalała feministka" Dunin w swoim felietoniku w WO). Widać artyści tak mają :-P > „Odstąpienie od własnych ideałów", szczególnie widoczne w końcowej > fazie wojny, było tragicznym doświadczeniem również zachodnich > zwycięskich mocarstw. I one zostały wciągnięte w „upadek > obyczajowości" No tak. Przypomniało mi się np., że przeowdniczka w muzeum bitwy o Monyte Cassino (położonym w miasteczku na dole) wspominała, że Francuzi mieli we Włoszech oddziały złożone z rdzennych mieszkańców departamentu położonego na południe od Gibraltaru. No i te oddziały jako łup wojenny miały prawo przez 24h po wyzwoleniu każdej włoskiej miejscowości robić co chciały - i robiły. Odpowiedz Link Zgłoś
boado Pożoga gwałtów i morderstw 29.10.08, 00:12 przeszła przez Śląsk. Koło Czechowic,Chybia- tam nas los rzucił w 1945 roku, gdzie front stał do końca wojny ( 4 maja Niemcy opuścili Skoczów , Cieszyn). Nasze mamy i ciocie były brutalnie gwałcone i mordowane przez żółdaków sowieckich. Widziałem jako 6- letnie dziecko "pobojowisko" w pawilonie sklepowym po orgiach z zaciągniętymi siłą- moją mamę , ciocię i innymi kobietami. Gdy brano ciocię w jej obronie stanął jej ojciec. Pijany oficer ruski tłukł go kolbą pistoletu po głowie ,a dzieła dokończyli kolbami karabinów jego kompani. Lady sklepu po orgietkach zawsze upstrzone były potem talerzami porcelanowymi z napełnionymi odchodami ludzkimi. Jak później się doczytałem to ich popularny perwersyjny obyczaj z czasów mongolsko- tatarskich czasów okupacji wżięty. Odpowiedz Link Zgłoś
boado Ocalić od zapomnienia 29.10.08, 00:19 Czas i miejsce odżywają na nowo Dziś 8 lutego 2008 roku. Przedwiośnie za oknem pełną siłą się pcha: śniegu nie ma, jest też ciepło, a krzewy do życia pobudzone już pąki puszczają. Jak dziś, sięgając pamięcią w przeszłość, również tak było pod koniec lutego i w początkowych dniach marca 1945 roku, gdy wraz z matką i rodzeństwem i kilkoma jeszcze innymi rodzinami znaleźliśmy wreszcie pozornie bezpieczne schronienie w miejscowości Ligota- Bronów, oddalonej niecałe 10 km od Czechowic Dziedzic, lokując się w starym domu usytuowanym tuż pod lasem i obok drogi przylegającej do jego obrzeża. Od strony południowo-zachodniej docierały tu jednak nadal odgłosy toczącej się jeszcze niedaleko wojny, nieco już przytłumione, ale w nie zastygłych wspomnieniach wywołujące nadal grozę i strach po niedawno doznanych okropnościach i przeżyciach, jakie były moim i rodziny udziałem. Związane z nimi wydarzenia to w konsekwencji fatalny splot wypadków i następstw przebywania naszego przez prawie cały miesiąc bezpośrednio w strefie walk, prowadzonych na linii frontu przebiegającej przez miejscowości Rudzica - Roztropice – Iłownica. Są to graniczące ze sobą miejscowości, gęsto usiane naturalnymi przeszkodami w znaczeniu wojskowym, położone niedaleko od Skoczowa, miasta gdzie moja rodzina mieszkała jeszcze długo przed wojną i potem niecały okres okupacji, nim przeprowadziła się do Ilownicy do domu "pod lasem" na dwa lata przed pojawieniem się pierwszych oznak zbliżającego się szybko frontu wojennego. Miałem ukończone wtedy 6 lat życia. Dom, w którym nam przyszło przebywać miał kilka izb; w jednej z nich, do której wchodziło się wprost z przechodzącej na wylot domu sieni zamieszkaliśmy razem z drugą, dość liczną rodziną Śmiejów. W porze dziennej w izbie krzątali się także ruscy, którzy korzystali z niej przy sporządzaniu dla siebie posiłków, spożywanych również na miejscu. Kilka innych izb, może dwie, zajmowały rodziny wysiedleńców z Iłownicy. Była to wieś, gdzie na jej obrzeżach, na granicy z Roztropicami i po stronie zachodniej, nadal trwały uporczywe i krwawe walki, ciągnące się już tam od kilku tygodni. Pozostałe izby, cały strych i stojące obok domu zabudowania zajmowali ruscy. Nieopodal domu, w odległości może 50- 70 m od niego, na pobliskiej łące ruscy postawili barak zbity z desek, bardziej może przypominający szopę z prześwitującym dwuspadowym dachem . Szopa przeznaczona była do prowadzenia dezynsekcji zarobaczonej odzieży wojskowej przy użyciu dymów powstałych ze spalania rozsypanej na posadzce szopy siarki. Ulatniające się dymy owiewały podwieszoną na żerdziach odzież wojskową i wydostawały się na zewnątrz przez otwory przelotowe, wykonane gęsto w dachu. Odzież przywożono co kilka dni ciężarówką z okolic Czechowic. Szopa stała się też miejscem codziennych odwiedzin biegających wokół domu dzieci, gdyż sposób ustawienia i zabudowania poręczy oraz żerdzi wewnątrz niej kusił i zachęcał do uprawiania po nich wspinaczki. Przy wykonywaniu niektórych prac, my, dzieci, braliśmy również udział, za co w nagrodę dostawaliśmy od ruskich po kawałku chleba. Po tej samej drodze, biegnącej tuż koło naszego domu, w kierunku na Landek, przejeżdżały często i inne samochody ciężarowe. Były one zaplandekowane i konwojowane przez wojskowych - z przodu zawsze jechał łazik, a z tyłu zamykali kolumnę żołnierze uzbrojeni w pepeszki, jadący najczęściej motocyklem z przyczepą. Konwój ten zatrzymywał się na drodze niedaleko naszego domu, w odległości nie więcej niż 100-150 m w kierunku na Landek, gdzie w miejscu jego postoju czekała już grupa uzbrojonych ruskich. Tyle, co mogliśmy zobaczyć przez prześwitujące drzewa rosnące przy drodze i zaciemniające widok. Zbliżanie się do tego miejsca było surowo zakazane. Przychodzący stamtąd codziennie do nas ruscy nosili założone na rękawie czerwone opaski z umieszczonym na nich napisem koloru czarnego. Wzbudzali oni wśród "naszych" ruskich widoczny niepokój. Starali się ich unikać. Nam też kazali to czynić. Prawie codziennie, gdy krzątaliśmy się wraz z nimi przy szopie, systematycznie z kierunku od tego miejsca dochodziły do nas odgłosy pojedynczych strzałów, słyszane w odstępach czasowych od kilka do kilkunastu minut. „Nasi” ruscy mówili nam, że przebywający tam żołnierze ćwiczą się w strzelaniu. . Głód i biegunki były naszym codziennym utrapieniem. Zjedliśmy już prawie wszystko, nawet pozbierane z pobliskiego pola leżące podgniłe i przemarznięte ziemniaki oraz brukiew- resztki pozostawione tam po ubiegłorocznych wykopkach. Głód z początku objawia się cierpieniem fizycznym. W tym stadium odczuwany jest silny ból w całym brzuchu, tak jakby w nim wszystko gorzało. Suszy pragnienie, ale popijanie wody sprawia również ból z powodu wystąpienia obrzęku gardła, warg i zwężenia przełyku. Nie przynosi ono ulgi, a pić trzeba, żeby nie odwodnić organizmu. Nie można patrzeć, bo bolą oczy, a chodzenie jest utrudnione i odbywa się ono na chwiejnych nogach. Kłucie w brzuchu jest tak silne, że pozycja kuczna może tylko go złagodzić. Wreszcie któregoś marcowego dnia-jak dobrze pamiętam, nie było wtedy już na polach śniegu, ale dokuczał jeszcze mróz- ja i starszy ode mnie o 3 lata brat, wybraliśmy się razem do przyfrontowej wsi Iłownica, by znaleźć tam coś do jedzenia. Przed nami do przejścia leżała wieś Landek i gdy ledwo do niej dotarliśmy od razu zatrzymali nas kręcący się tutaj ruscy, potem jednak, po krótkim przesłuchaniu, pozwolili nam iść dalej, więc szliśmy w pośpiechu... w kierunku do linii frontu- tą samą trasą, ale tym razem w przeciwną stronę, gdy nią jeszcze nie tak dawno temu uciekaliśmy uchodząc z życiem pod gęstym ostrzałem kul i detonujących padającymi obok pocisków. Na rozległy, niezabudowany teren, między krzyżówką dróg w Landeku a Iłownicą, którym przyszło nam teraz iść, z rzadka padały wybuchające z niszczycielską siłą pociski. Przejściu temu również towarzyszyły nam docierające z oddali odgłosy pojedynczych strzałów, zagłuszanych czasem terkotem karabinów maszynowych. Bez większych już przeszkód dotarliśmy do centrum wsi. Zatrzymaliśmy się przy miejscowej szkole, a potem wstąpiliśmy do stojącego w pobliżu domu naszej cioci, teraz opustoszałego i ogołoconego, jak wszystkie pozostałe domy stojące opodal. Nigdzie wokół nas żywej duszy nie było. Postanowiliśmy pójść dalej, w kierunku zachodnim, do naszego domu "pod lasem", gdzie- nim go opuściliśmy w nagłym pośpiechu, tuż przed samym nadejściem frontu i pozostawieniu w nim wszystkiego, co do domu się zgromadziło - powinny być worki ze zbożem złożone na strychu, a w piwnicy warzywa. W pół przygięci do ziemi, posuwający się wolno pod górę, dochodzimy tak aż do samego wierzchu niedużego wzgórza, rzadko porośniętego młodymi i niewysokimi choinkami. Stąd do domu "pod lasem" było może niecałe pól kilometra. Oczom naszym, wypatrującym spod uchylonych gałązek choinki, ukazał się przerażający widok: wokół wszystkie dawniej pobudowane i stojące domy oraz zabudowania były teraz bądź wypalone lub spalone, bądź leżały w gruzach. Murowany dom "pod lasem" jeszcze stał, ale świecił wynurzającymi się z jego mocno nadwątlonych ścian i dachu czarnymi oczodołami - dużymi wyrwami powstałymi po trafieniach go pociskami artyleryjskimi. Dookoła okaleczonego domu, walały się zgliszcza- pozostałości po spalonych drewnianych zabudowaniach, a w pobliżu nich sterczały kikuty pogruchotanych drzew owocowych razem z wystającymi od ziemi sztachetami powalonego częściowo drewnianego płotu, ogradzającego niegdyś sad i dom. Niedaleko od miejsca naszej kryjówki, może niecałe 100 m, wyłoniły się, jak na dłoni, na zoranym pociskami polu biegnące zygzakiem ruskie okopy, a dal Odpowiedz Link Zgłoś
boado cd 29.10.08, 00:30 a dalej pod lasem słabo już widoczne także linie okopów niemieckich. Szybko stamtąd wycofaliśmy się, gdy tylko wzgórze zaczęto ostrzeliwać z karabinu maszynowego. Schodząc chyłkiem z niego i klucząc pośród drzewek, napatoczyliśmy się nagle na wyłaniającego się zza choiny uzbrojonego Rosjanina, podążającego prawdopodobnie do okopów, który na nasz widok stanął jak wryty. W kufajce i papasze na głowie, z wybałuszonymi ze zdziwienia oczami i rozdziawionymi ustami, wyłaniającymi się spod jasnych wąsów, wyglądał może bardziej komicznie niż groźnie. Stał tak jeszcze przez chwilę, a gdy już ochłonął nieco, zaczął podchodzić ostrożnie do nas, trzymając w pogotowiu wycelowany w nas karabin. Coś mówił- najpierw wydusił z siebie kilka dosadnych "słów", a potem przechodząc już na łagodniejszy i cichszy ton, starał się nas uspokoić, kierując broń lufą ku ziemi. Po krótkiej chwili przełożył ją na ramię i począł wolno wyjmować z worka przewieszonego przez siebie zawiniątko. Stopniowo z szoku dochodziliśmy do siebie, ale strach i dygotanie jednak nadal pozostały. Z rozpostartego zawiniątka wyjął jego zawartość i ku naszemu zdziwieniu obdzielił nas wysupłaną z niego pokaźną kromką czarnego chleba wraz z plasterkiem surowej słoniny. Z jego menażki, podanej nam do picia, łyknęliśmy trochę płynu przypominającym gorzką kawę zbożową, a potem pogonił nas stąd. Wskazując ręką na widoczny budynek szkoły nakazał nam w tym kierunku dalej pójść. Postał jakąś chwilę, a gdy już odeszliśmy kilkadziesiąt kroków, ruszył z miejsca znikając w zaroślach. Posileni i pewni, że może czuwa on w ukryciu raźniej ruszyliśmy przed siebie nie bacząc na zagrożenia, które w każdej chwili i znienacka mogły się pojawić. Weszliśmy do ocalałej z niedawnej pożogi stodoły. Strachu napędziły nam buszujące w niej koty. Na gumnie walały się snopy nie wymłóconego zboża wymieszane z wysuszonym zielem fasoli. Ja łuskałem fasolę ze strączków, a Edek wykruszał w rękach ziarna zboża z kłosów.Późnym popołudniem, prawie już pod wieczór, ruszyliśmy w drogę powrotną niosąc ze sobą małe woreczki naszego „urobku”. Powietrze tym razem przeszywał gwizd lecących nad nami pocisków artyleryjskich. Jedne ryczały głośno, może były to te, co leciały nisko i detonowały niedaleko, inne zaś, te świszczące- prawdopodobnie lecące wysoko- mknęły chyba gdzieś dalej, może na Pierściec albo Chybie lub Mnich. Nie robiło to już na nas większego wrażenia. Opuszczamy z wolna Iłownicę. Teraz przed nami najgorsze- odsłonięty teren. Zrywamy się do biegu. Z dala, jak upiór, wyłania się remiza strażacka ze strąconą wieżą u podstawy dachu przez wybuch pocisku artyleryjskiego. Niespokojni podążamy w tym kierunku. Nareszcie krzyżówka. Zwalniamy, bacznie obserwując wszystko co mamy przed sobą.Tuż obok, przy remizie, swieżo skopana ziemia. To zbiorowe mogiły poległych żołnierzy ruskich, których tutaj chowają. Po drugiej stronie stoi przechylona kapliczka z górującym na niej krzyżem. Jeszcze tylko znak przeżegnania i szybko zmierzamy dalej. Potem czekają nas te same przejścia z ruskimi na pograniczu w Landeku. Wieczorem jesteśmy już w domu- zmęczeni okrutnie ( za nami około 12 km wędrówki), ale bardzo szczęśliwi. Późną nocą obudziła nas mama podając do zjedzenia ugotowaną na prędko zupę fasolową. Do dziś to moja ulubiona potrawa. Miejscowości przyfrontowe w 1945 roku i plan trasy naszej wyprawy do Ilownicy. Kólko czerwone oznacza miejsce usytuowania domu w Ligocie, gdzie przebywalśmy poza linią frontu, zielone- miejsce domu "pod lasem" Już następne, coraz częstsze wyprawy na linię frontu robiliśmy współnie z dwójką młodych Śmiejów - rówieśników naszych. Wzajemnie się uzupełnialiśmy- oni odkryli w jednym z opustoszałych domów kamienne żarna i pokazali nam jak się nimi mieli zboże. W zamian udostępniliśmy im stodołę do "eksploatacji". Również Śmiejowie wyszperali w niej cep i zademonstrowali nim młóckę. Gdyby tylko nie te żarna..., które odbierały nam resztkę sił. W zakamarkach piwnic jednego z domów znaleźliśmy też ziemniaki. Trochę nienaruszonych paczek z kawą zbożową wydobyliśmy z rozwalającego się na podłodze stosu różnych artykułów w splądrowanym i zanieczyszczonym odchodami ludzkimi miejscowym sklepie, znajdującym się w domu Ryncarzy, który stał w pobliżu szkoły. Przygnębiający i odstręczający robił widok talerzy porcelanowych z celowo nałożonymi na nie odchodami , wyłożonych rzędami na całej długości lady i półkach sklepu. Wyludnione zupełnie centrum Iłownicy było teraz w naszym władaniu. Kręcący się sporadycznie tutaj ruscy, z naszą obecnością wnet się oswoili. Nie pytali, co tu robimy, chętnie natomiast z nami pogadali i częstowali tym, co posiadali do jedzenia. Nawet do rozmowy byli skorzy ci, co ledwo po zmianie przybyli z okopów. Gadaliśmy w "języku", który pojmowały chyba obie strony. Odnieśliśmy wrażenie, że cieszą się z naszej obecności. Niekiedy zaczepni i agresywni, skłonni również chwilami do zabaw i żartów zachowywali się prawie jak wszyscy chłopcy, zapominając przez chwilę o tym, że są już dorośli i po co tutaj są. Nawet jeden z nich, może w przypływie litości, zdradził nam gdzie znajduje się wspomniana piwnica i schowane w niej ziemniaki ("kartoszki"). Naszego Rosjanina ze wzgórza nigdy już potem nie spotkaliśmy i nie ujrzeliśmy wśród nich. Na odchodne żegnali nas lekkim poszturchiwaniem, jakby zaznaczali tym gestem byśmy więcej nie wracali tutaj i długo potem za nami patrzyli, nim zniknęliśmy im z oczu. Może drżeli z obawy czy uda nam się przejść cało przez czekający jeszcze przed nami, odsłonięty i ostrzeliwany z artylerii teren przy granicy z Landekiem? Z mielonej mąki pszenicznej na żarnach matka co rano i na kolację gotowała krupicę- potrawę w kolorze i konsystencji g.wna, o smaku mdłym, okraszonym na dodatek piaskiem wyczuwanym zębami. Piasek, jako naturalny produkt wykruszania się obracających kamieni żaren, dostał się do mąki podczas mielenia zboża. Smakował nam natomiast chleb- może dlatego że było go mało- wypiekany z mąki z domieszką fasoli. Mijały dni. Dnia przybywało coraz więcej. Już trawa poczęła zielenieć, a w powietrzu czuć było wiosnę. W tamtym miejscu nadal codziennie trwały "ćwiczenia" strzeleckie. Może to było w połowie kwietnia, gdy już z rana zbliżał się od Czechowic konwój. Odchodząc od ruska naprawiającego przy domu skradziony rower, wybiegłem na drogę by z bliska przyjrzeć się, gdy będzie mnie mijał. Pierwszy wyłonił się wolno jadący łazik z kilkoma siedzącymi w nim wojskowymi, ubranymi już w letnie mundury i z założonymi furażerkami na głowach. Tuż za nimi poruszała się ciężarówka obciągnięta brezentem. Po minięciu mnie zobaczyłem z odsłoniętego jej tyłu, że była wypchana stojącymi w niej ludźmi. Byli to mężczyźni, niektórzy bardzo zmizerowani. Zauważyłem, że ci widoczni, co stali w pierwszym szeregu od burty, mieli wyciągnięte ze spodni koszule, częściowo rozpięte i potargane. Ten najwyższy, z bujną i rozczochraną czupryną, poruszał ustami, jakby chciał coś powiedzieć, więc pobiegłem za samochodem machając równocześnie ręką do niego. Twarz jego, przyróżowiona i przekrzywiona, naznaczona była cierpieniem. Stanąłem, nie przestając dalej rozpaczliwie wymachiwać. Oni nawet nie drgnęli, nie wyciągnęli do mnie dłoni, jakby byli wszyscy skrępowani czymś, przyspawani do podłogi pojazdu. Ciężarówka powoli oddalała się, a oni nadal tak trwali nieporuszeni, prawie już martwi- żadnego gestu i ruchu, tylko te ich oczy, we mnie wlepione, blaskiem swoim dawały znać, że one w nich żyją i widzą mnie. Podjechał do mnie z boku motocykl. Zostałem przez jedneg Odpowiedz Link Zgłoś
wizytor druga strona medalu... 29.10.08, 01:28 tysiace mlodych kobiet z Polski i innych krajow okupowanych zmuszono do pracy w hitlerowskich burdelach. jest na ten temat wiele dokumentow z dawnych hitlerowskich arbeitsamtow ale nie sa dostepne ze zrozumialych wzgledow. prawie kazda wieksza miejscowosc miala burdele dla zolnierzy, oficerow, ss, itd. Warszawa miala kilka. ogromna wiekszosc tych kobiet nigdy nie starala sie o odszkodowania, duza czesc wstydzila sie po wojnie powrocic do rodzinnej miejscowosci lub nawet odnowic kontakty z rodzina. kilka lat temu brytyjska telewizja zrobila na ten temat program dokumentalny, nie pierwszy raz brytole dokumentuja sprawy pominiete przez nasza historiografie. Odpowiedz Link Zgłoś
carpaccio4 bo wojna jest nienormalna 29.10.08, 02:08 suka z niej jest. i dziwka. Odpowiedz Link Zgłoś
polonski Nie bagatelizuj.. chlopcze.. 29.10.08, 03:19 Nasza gosposia , ktorej sie zmarlo pare lat temu, "przeszla" przez szweinehund_niemieckie lapy. Nie dosyc, ze swinie ja gwalcili to pozniej wszczepiali jej zaraze i na koncu wycieli wszystkie narzady rodne. Nigdy nie otrzymala godziwej rekompensaty od swin niemieckich. Dlatego tez czytajac to czy ogladajac takie filmy odczuwa sie litosc ale tez i nikla satysfakcje, ze jednak jest choc troche sprawiedliwosci na tym padole ziemskim dzielonym ze szweinehund ludzmi. I tak maja szczescie, ze ruscy mimo wszystko byli glupcami i nie wycieli ich w pien. Jezeli to by zalezalo ode mnie, wszyscy w niemczech rozmawialiby po wojnie po polsku albo po angielsku. Odpowiedz Link Zgłoś
ascocenda Mamy być tacy sami, co? 29.10.08, 07:39 Moi rodzice też znali kobietę, którą gwałcono w obozie i na której przeprowadzano (bodajże w Ravensbruck) eksperymenty medyczne. Ona mogła mieć jeszcze dzieci, ale jej psychika padła - urodziła po wojnie dziecko, ale potem zawijała je w szmaty i śmieci, nie chciała na chwilę sie z nim rozstać, bo chyba wydawało jej się, że to jest obóz i dziecko może umrzeć w każdej chwili. Do końca życia leczyła się psychiatrycznie. Do pana, który uważa, że każda wojna to suka: nie każda wojna jest taka sama - powiedzmy, że to, co potrafią zorganizować systemy totalitarne takie jak hitleryzm i stalinizm, jest bardziej przerażające, bo tortury i mordy są zaplanowane i przeprowadzone z matematyczną dokładnością, dorabia się też do nich ideologię. Do pana, który chciałby zemsty na wszystkich Niemcach i Niemkach a najlepiej anihilacji narodu niemieckiego - myślę, ze przemawia przez pana gorycz, a może, też straszne wspomnienia, jeśli przeżył pan wojnę. Moja rodzina też wiele straciła. Ale czy mamy być tacy sami jak kaci? Co nam to da? Jeśli wierzy pan w Boga, to trzeba ufać, że sprawcy są w piekle na wieczność. A jeśli nie, to proszę chociaż uwierzyć w człowieka i w naszą wspólną przyszłość na ziemi mimo wszystko - nie możemy się wymordować nawzajem, nie wolno tak nienawidzieć. Odpowiedz Link Zgłoś
1zorro A potem narodzilo sie pare milionow obywateli NRD 29.10.08, 07:43 i podobienstwo do "wschodnich braci" maja na twarzach dziwne.... Odpowiedz Link Zgłoś
1zorro Re: Nie bagatelizuj.. chlopcze.. 29.10.08, 07:54 polonski, Schweinehund, uwazaj zebys sie "na szybko" po chinsku nie musial uczyc.... Odpowiedz Link Zgłoś
bubster satysfakcje? 29.10.08, 09:31 Co to za człowiek, który odczuwa satysfakcję z cudzego nieszczęścia? I to nieszczęścia, które trudno sobie wyobrazić, zwłaszcza mężczyźnie. To nie jest rysa na lakierze, to nie jest odpadnięta kafelka... To jest tragedia ludzka. Wiem, że nie tylko Niemki - tez Polski, Rosjanki, Irakijki itp. itd. Ale to nie zmienia faktów. Skoro inne tez tak miały, to co się będziemy przejmować? Bez sensu... Odpowiedz Link Zgłoś
maaac Re: satysfakcje? 29.10.08, 15:03 Z takim nastawieniem Polonski gdyby był Niemcem byłby SSmanem - oni "też się mścili za >>krzywdy<< narodu niemieckiego". Gdyby Polonski był żołnierzem ZSRR to gwałcił by Niemki (albo te kobiety, które za Niemki uznali... Ślązaczki czy Mazurki czujące się Polakami wczale nie były bezpieczniejsze) bo taka była "historyczna sprawiedliwość". Odpowiedz Link Zgłoś
1zorro Re: satysfakcje? 29.10.08, 15:16 a "polonskich" jest jeszcze sporo. W kazdym narodzie i pod kazda szerokoscia geograficzna. A moze by ich tak razem, do kupy i na ksiezyc? Odpowiedz Link Zgłoś
maaac Re: satysfakcje? 29.10.08, 15:38 > a "polonskich" jest jeszcze sporo. W kazdym narodzie i pod kazda > szerokoscia geograficzna. Niestety święta prawda. > A moze by ich tak razem, do kupy i na > ksiezyc? Nie. Stalibyśmy się im równi. Odpowiedz Link Zgłoś
polonski Re:Powiem wiecej, a co... tak jak w hymnie.. 30.10.08, 03:20 niemieckim, jednym wielkim poteznym niemiackiem glosem... Hrrrr..Hrrrr Wyslac wszystkich na ksiezyc i zostawic na padole ziemskim tylko dobrych niemieckich ludzi. A takze kupe folksdojcz_podludzi, no bo w koncu ktos musi pracowac na nich. Odpowiedz Link Zgłoś
boado cd 29.10.08, 17:12 z ruskich, jadących nim, zepchnięty lufą pepechy na pobocze. Rusek majstrujący przy rowerze podbiegł szybko do mnie i przyprowadził z powrotem pod dom. Rozpłakałem się. Zrozumiałem wszystko. -Nie becz, to tylko banda i hołota*- powiedział w swoim języku rusek. Byłem tam. Ostatnie kwietniowe dni niekiedy są najpiękniejszymi w roku- kwiecia świeżego już co niemiara na łąkach i w ogrodach, a moc ich zapachów o zawrót głowy przyprawia. Po pełnym wrażeń i uroków niedzielnego dopołudniowego dnia spędzonego na polu, pobyliśmy na dłużej w izbie. Jeszcze czkawka po spożytym na łące szczawiu nas nie opuszczała, gdy siedzący za stołem kuchennym i przyglądający się nam rusek z opaską na ramieniu, który był częstym gościem z ”stamtąd”, niespodziewanie zaproponował , że mnie i małego Śmieję zabierze i zaprowadzi do swojego komendanta po mleko, które ma on przywieźć podobno z Zabrzegu. Zabraliśmy garnek i poszliśmy z nim. Pełni obaw doszliśmy do tego miejsca, gdzie zatrzymywały się konwojowane ciężarówki. We wnęce lasu ukazał nam się okazały dom z czerwonej cegły a za nim murowana oboro-stodoła. Tuż obok, w głąb lasu, biegła droga, połączona z naszą, czechowicką. Podeszliśmy pod sam dom i zatrzymaliśmy się przy sadzawce, usytuowanej pomiędzy stodołą a domem. Rusek powstrzymał nas przed pójściem dalej i sam wszedł do domu. Po chwili wyszedł z niej z drugim wojskowym, głośno z nim się sprzeczając. Nie wiadomo skąd, wyległo więcej ruskich na plac przed domem. Patrzyli na nas, gestykulowali mocno rękami i mówili naprędce coś do siebie. Ci dwaj podeszli do nas. Ten, co nas przyprowadził tutaj, powiedział, że komendanta jeszcze nie ma i mamy czekać dalej przy sadzawce. Odeszli obaj na dłużej, zniknęli również szybko- jak przybyli- inni z placu. Ze środka sadzawki wyłaniały się młode pędy sitowia, a z brzegu wskakiwały do niej żabki. Potem na w pól zanurzone we wodzie puszczały do nas "oczka". Nagle doszedł do nas rusek , ten sam, co sprzeczał się z tym, co nas tutaj przyprowadził po mleko. Dał małemu Śmieji do ręki granat, podobny do tych , które znajdowały się w otwartej skrzyni zbitej z desek, jeszcze do niedawna pozostawionej na gumnie w stodole - tuż obok naszego domu stojącej- nim rusci wynieśli ją gdzieś na zewnątrz po incydencie, którego sprawcą był mój brat. Ale to już inna historia. -Bawcie się i nie odchodźcie stąd nigdzie- powiedział, a potem szybko odszedł. Granat był w kształcie większego jaja, karbowany, z wystającym czopem, z którego środka sterczało z boku okrągłe koluszko. Miałem już wcześniej okazję przeżyć jego rozdzierający huk i zobaczyć niszczycielską moc. Zabrałem go z ręki Śmieji i trzymałem kurczowo w złożonych dłoniach tak długo, dopóki nie pojawił się rusek "od mleka" i nie wyrwał mi go z rąk, i zaraz nie wrzucił do sadzawki. Na jej lustrze, w miejscu jego upadku, pojawiły się rozchodzące od środka krągłe pierścienie, a po chwili pojedyncze bąbelki, wyskakujące na powierzchnię wody. Potem wprowadził nas do domu, do pustej izby, zamykając ją od zewnątrz na klucz. Czas nam bardzo się dłużył. Zaczęliśmy dobijać się do drzwi. Bez skutku. Mały Smieja popadł w płacz, ale mnie też nie było wesoło. Dlaczego nie możemy czekać na polu lub powrócić bez mleka do domu, dlaczego... ? Śmieja zasnął wreszcie na krześle. Zacząłem pojmować grozę naszego położenia. Ten zakaz zbliżania się tutaj miał wielkie znaczenie. Upłynęło może kilka godzin, bo na polu już zmrok zapadał, gdy zazgrzytał nagle klucz i otwarły się drzwi. Wszedł obcy nam rusek. Wyszliśmy z nim do sieni, a potem wepchnął nas do izby z naprzeciwka, w której za długim stołem siedziało kilku ruskich. Usiedliśmy- bez cienia wątpliwości naprzeciw samego komendanta. Wyglądał całkiem sympatycznie: twarz gładka, ogolona, ciemne włosy. W czarnym kubraku i wystającą spod niego jasną koszulą, bez bluzy żołnierskiej, był niepodobny do pozostałych wojskowych. Dużo gadał. Uśmiechał się. Na zadane pytania odpowiadałem ja, nie dopuszczając świadomie do odpowiedzi małego Śmieję. Wiedziałem już co się tutaj święci. Pytał szczegółowo, po co tu przyszliśmy, z kim, co tu robiliśmy, co widzieliśmy. "Egzamin", widać, wypadł pomyślnie, gdyż po krótkiej naradzie ruskich przy stole otrzymaliśmy wniesione w garnku upragnione mleko. Odprowadził nas, aż do samego domu, nieznany nam wcześniej z widzenia rusek. W domu byli całym zajściem wszyscy ogromnie poruszeni, nawet „nasi” ruscy. Z oczu matek naszych płynęły łzy. Tym razem były to łzy szczęścia. Z początkiem maja wojenne działania ustały. Z Ligoty wyprowadziliśmy się 11 maja, jak to podkreślał cały czas długo po wojnie wujek Staszek ,brat mamy, który nas tam odnalazł i pomógł stamtąd się wydostać. *** Gorącego lata 1999 roku przebywałem przez kilka dni w domu matki w Roztropicach. Niedzielnego popołudnia siedziałem za stołem w ogrodzie razem z Olkiem, moim siostrzeńcem , który wprowadził się wraz z rodziną do tego domu . Mama moja już nie żyła od kilku lat. Olek zamieszkując w nim poczynił wiele robót, żeby go ocieplić i upiększyć. Z ogrodu wyłaniał się widok na Beskidy , a po przeciwnej stronie, tam daleko w dół, za lasem, dostrzec można było taflę Jeziora Goczałkowickiego. Znacznie bliżej od niego, tuż na dole leży Iłownica , błyszcząca pod wieczór lustrami stawów, od których odbijały się promienie gorejącego barwą czerwoną zachodzącego słońca, widocznych z drogi gdy powracałem wczoraj na rowerze po odwiedzinach u mojej siostry w Rudzicy. Dom matki stoi na najwyższym wzniesieniu kępy roztropickiej. Od niego, może 100 metrów dalej, zaczyna się nagły spadek terenu schodzący do poziomu kilkaset metrów niżej. Potem początek ma rozległa równina ciągnąca się aż po sam horyzont. Jak na dłoni można było stąd zobaczyć przy użyciu lornetki wszystkie miejsca, w których rozgrywały się opisane wydarzenia na przełomie zimy i wiosny 1945 roku. Powróciłem w rozmowie z nim do tamtych czasów przedstawiając historię naszych wojennych przeżyć. Olek wyszedł z propozycją, żeby pojechać tam jego "maluchem". Może znajdziemy ten dom pod lasem w Ligocie? Pojechaliśmy razem z jego 6-letnim synem Darkiem i trafiliśmy bez większych trudności w to miejsce. Od krzyżówki w Landeku- przy której stoi odnowiona kapliczka z krzyżem i wyrytym na nim napisem: "W podziękowaniu za 50 lat pokoju, Cesarzowi naszemu..." - skręciliśmy na Bronów, a potem wjechaliśmy na dróżkę wyasfaltowaną, w moim przekonaniu tą samą co wtedy, tylko nieutwardzoną, gdy wielokrotnie w czasie wojny przechodziliśmy nią po żywność do Iłownicy. Dojechaliśmy na miejsce, pod dom, który wtedy, po wielu dniach tułaczki przy linii frontu, dał nam schronienie. Chałupa już prawie dwuwiekowa, jeszcze fragmentami stercząca, teraz była w rozbiórce. Drogą wyasfaltowaną biegnącą pod samym lasem dojechaliśmy do tego miejsca. Nic się nie zmieniło- ta sama wnęka w lesie i nie zmieniony dom oraz stodoła. Tylko sadzawka jakby mniejsza była. Teraz droga wiodąca od niego w kierunku Czechowic miała nazwę- Pszczelarska, a numer burzonej chałupy 17. Również droga na Zabrzeg, szersza i wyżwirowana, wchodziła- jak dawniej- w las w tym samym miejscu. Podeszliśmy tam, pod sam dom i zaczęliśmy rozmawiać z kobietą , która wyszła z niego do nas . Powiedziała, że to jest dawna, z czasów przedwojennych leśniczówka, i że mieszka tutaj od 1968 roku. Pokręciliśmy się jeszcze trochę po terenie.Większą część zagrody leśniczówki otaczał okazały, gęsty las. Jego smukłe sosny pięly się wysoko ku niebu. W ich koronach zawisła cisza- nie por Odpowiedz Link Zgłoś
boado cd 29.10.08, 17:21 nie poruszyła się żadna gałązka, nie zakwilił ptak. Wyruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem przez Iłownicę. Powoli słońce chyliło się ku zachodowi. Dotarliśmy do domu w Roztropcach w chwili, gdy ono chowało się za horyzontem. Już bez obciążeń psychicznych i uspokojony całkowicie, wyciszony i zamyślony, usiadłem potem na ławce w ogrodzie, pozostając w zgodzie z sumienia nakazem o konieczności spełnienia obowiązku wobec osób skrzywdzonych przez wojnę, zabitych i zaginionych bez śladu - dziś po latach przeze mnie uczynionym- i także w przekonaniu, że z tamtych czasów ponura tajemnica leśniczówki nie zaginie. Nie mnie oceniać zamiary Stwórcy, który w przypływie swojej łaskawości, mimo staranie zaplanowanej nikczemności przez "wyzwolicieli" i chronionej tajemnicy, pozwolił aby prawda wyszła na światło dzienne, wybierając dziecko na świadka wydarzeń w tym c z a s i e i m i e j s c u i obdarzając go nadzwyczajną pamięcią do kodowania obrazów i zdarzeń , by potem po latach mógł bez zniekształceń je odtworzyć, właściwie ocenić i przekazać. *Tak - w ich mniemaniu "Nie nada bliejać, eta tolka banda i swołocz". Zwrot rosyski zapamiętany na całe życie przeze mnie, poza " Bić wraga do jewo pałnowo unicztożienia"- napisu wysmarowanego czarną farbą na murach pierścieckiej szkoły i straszącego swoim widokiem jeszcze przez długie lata po wojnie. Odpowiedz Link Zgłoś