Dodaj do ulubionych

"Cycki Terezjasza"

06.09.15, 01:03
(Les Mamelles de Tirésias)... to sztuka wystawiona rozgorączkowaną wiosną 1917 roku w Paryżu. Napisał ją Guillaume Apollinaire - i to w tej właśnie sztuce, nadając nowy kierunek modnemu i panującemu absurdowi, nadał mu nazwę surréalisme. Surrealizm.

Trwała wojna, docierające do Paryża wiadomości o kartkowej żywności, jej braku, o zabójczych gazach bojowych wydawały się w tamtym paryskim światku absurdalne, niewytłumaczalne, nielogiczne.
Bowiem nawet tam, czasami, zdarzało się racjonowanie posiłków! (Nie dla wszystkich) wink

Gniazdem socjety był Hotel Ritz. Miejsce spotkań Jeana Cocteau, Paula Morand, "dreyfusistów", Marcela Prousta, Coco Chanel, etc. etc. Międzynarodowa awangarda i arystokracja.
Jean i Pablo Picasso we współpracy z Apollinairem wystawili spektakl baletowy "Parady" Cocteau.
Tak się narodził surrealizm...

"...od tamtej pory świat sztuki zapadł na gorączkę tworzenia dzieł pełnych osobliwych zestawień i fantazji rodem z sennych koszmarów, tak intensywnych, ze granice rzeczywistości załamywały się pod ich ciężarem..."
(wg Tilar J. Mazzeo)

Obserwuj wątek
    • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 06.09.15, 01:18
      Andre Breton "manifest surrealizmu". Fragmenty. Jeden z moich ulubionych tekstów "teoretycznoliterackich" smile :

      "Trzeba postawić w stan oskarżenia postawę realistyczną, podobnie jak postawiliśmy tutaj - materialistyczną. Ta druga zresztą, bardziej poetycka od realistycznej, implikuje wprawdzie potworną pychę człowieka, ale nie jego powtórny i jeszcze większy upadek. Trzeba w niej widzieć przede wszystkim ożywczą reakcję na niektóre żałosne tendencje spirytualizmu. I wreszcie - ta postawa nie staje na przeszkodzie pewnemu podniesieniu myśli.

      W przeciwieństwie do tego postawa realistyczna, dyktowana przez pozytywizm, od świętego Tomasza aż do Anatola France’a, wydaje mi się zaprzeczeniem wszelkiego wzlotu intelektualnego i moralnego. Czuję do niej obrzydzenie, bo łączy w sobie przeciętność, nienawiść i płytką pewność siebie. Dzisiaj ta postawa płodzi komiczne książki, urągliwe dramaty, okopuje się coraz mocniej w prasie codziennej, działa na szkodę wiedzy i sztuki, schlebiając najniższym gustom publiczności; jasność granicząca z głupotą, zepsiałe życie. Odbija się to na działalności najwybitniejszych umysłów; zasada najmniejszego oporu w końcu narzuca im się tak samo, jak innym. W literaturze na przykład zabawną konsekwencją tego stanu rzeczy jest zatrzęsienie powieści. Każdy się naprasza ze swoją drobną "obserwacją". Dla oczyszczenia atmosfery niedawno p. Paweł Valery proponował ułożyć antologię z jak największej ilości początkowych partii powieściowych, obiecując sobie wiele niedorzeczności. Najsłynniejsi pisarze dostaliby się na tapetę. Pomysł tego rodzaju przynosi zaszczyt Pawłowi Valery, który nie tak dawno w rozmowie o powieściach zapewniał mnie, że co do niego, to nigdy nie pozwoliłby sobie napisać: "Markiza wyszła o piątej". Ale czy dotrzymał słowa? (....)
      Cudowność jest inna w każdej epoce; w niejasny sposób wywiązuje się z jakiegoś ogólnego odkrycia, które dociera do nas tylko w szczegółach; będą to romantyczne ruiny albo nowoczesny manekin, albo inny jakiś symbol, który przez pewien czas działa na ludzką wrażliwość. W tych ciasnych wymiarach, które wywołują w nas uśmiech politowania, zawsze się jednak mieści nieuleczalny niepokój ludzki i dlatego je uwzględniam, dlatego uważam je za nieodłączne od kilku arcydzieł, zakażonych nimi boleśniej niż pospolite utwory. Są to szubienice Villona, meandry Racine’a, kanapy Baudelaire’a. Idzie to w parze z zepsuciem smaku, na co jestem uodporniony, bo dobry smak był dla mnie zawsze wyraźną skazą. Staram się prześcignąć wszystkich, jeśli idzie o zły smak naszej epoki. Gdyby wypadło mi żyć w 1820, za nic nie oddałbym "krwawej mniszki", za nic nie poskąpiłbym sobie tajemniczego, banalnego "Skrywajmy", które wyśmiewa Cousin, za nic, za nic w świecie nie przestałbym śledzić w gigantycznych metaforach, jak ten sam Cousin to określa, wszystkich faz "srebrzystej tarczy". (...)
      Co człowiek postanowi, to zrobi. Od niego tylko zależy, aby całkowicie stał się sobą, to znaczy, utrzymywał w stanie anarchii z każdym dniem groźniejszą zgraję swoich pożądań. Poezja tego uczy. Zawiera w sobie całkowitą rekompensatę za znoszone przeznasniedole. Ona również może się stać czynnikiem porządku, jeśli komuś, kto doznał mniej osobistego zawodu, przyjdzie do głowy brać go tragicznie. Powinien nadejść czas, kiedy poezja unieważni wartość pieniądza i sama będzie rozdzielała niebiański chleb na ziemi! Będą wtedy zgromadzenia na placach i ruchy, o których nigdy wam się nie śniło. Skończą się absurdalne podziały, sny o otchłani, rywalizacje, długie wyczekiwania, mijające pory roku, sztuczny porządek idei, bariera bezpieczeństwa, swój czas na wszystko! Niech tylko ludzie zadadzą sobie trud praktykowania poezji. My, którzy już nią żyjemy, którzy jesteśmy przekonani, żeśmy zebrali szersze dane, czy nie mamy obowiązku starać się o jej zwycięstwo?".
      smile
      • 1agfa Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 17:16
        André Breton napisał o wspomnianym Apollinairze w Les Pas Perdus, w roku 1927, że:
        "...Znajomość z nim będzie uchodzić za rzadkie dobrodziejstwo..."

        Był jednym z mistrzów André Bretona.

        Ulisses Achaj napisał:

        > Cudowność jest inna w każdej epoce; w niejasny sposób wywiązuje się z jakiegoś
        > ogólnego odkrycia, które dociera do nas tylko w szczegółach; będą to romantyczn
        > e ruiny albo nowoczesny manekin, albo inny jakiś symbol, który przez pewien cza
        > s działa na ludzką wrażliwość. W tych ciasnych wymiarach, które wywołują w nas
        > uśmiech politowania, zawsze się jednak mieści nieuleczalny niepokój ludzki i dl
        > atego je uwzględniam, dlatego uważam je za nieodłączne od kilku arcydzieł, zaka
        > żonych nimi boleśniej niż pospolite utwory. Są to szubienice Villona, meandry R
        > acine’a, kanapy Baudelaire’a. Idzie to w parze z zepsuciem smaku, n
        > a co jestem uodporniony, bo dobry smak był dla mnie zawsze wyraźną skazą. Stara
        > m się prześcignąć wszystkich, jeśli idzie o zły smak naszej epoki. Gdyby wypadł
        > o mi żyć w 1820, za nic nie oddałbym "krwawej mniszki", za nic nie poskąpiłbym
        > sobie tajemniczego, banalnego "Skrywajmy", które wyśmiewa Cousin, za nic, za ni
        > c w świecie nie przestałbym śledzić w gigantycznych metaforach, jak ten sam Cou
        > sin to określa, wszystkich faz "srebrzystej tarczy".

        (...)
        • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 17:58
          Bez Kostrowickigo nie wyobrażam sobie współczesnej literatury, Agfo. Na Per Lachaise odnalazłem jego grób. Żywy smile bo były na nim monety, kamyki, listy i jeden z jego wierszy, przepisany na kartce wyrwanej z zeszytu. Może jest mi bliski także dlatego, że w jego spleenie, jakże odmiennym od baudelairowskiego, jest coś głęboko słowiańskiego.

          "Apollinaire nie był przystojny: raczej krępy, o jajowatej twarzy. Jak pisze Hartwig: „tylko oczy były piękne, pełne życia i zarazem jakiejś napiętej czujności, południowe, urzekające”. Upodobania smakosza i żarłoka nie sprzyjały smukłej sylwetce. Apollinaire miał po prostu apetyt na życie. Chciwie słuchał opowieści dżokejów przesiadujących w barach przy dworcu Saint-Lazare. Namiętnie szperał w podrzędnych antykwariatach, kolekcjonował dziwne i rzadkie przedmioty. W Bibliotece Narodowej studiował książki o teozofii i okultyzmie oraz klasykę literatury obscenicznej. Podśpiewywał frywolne piosenki, a z prześladujących go melodii wywodził motywy wierszy. Na wpół bezdomny, całymi dniami włóczył się po ulicach Paryża. Kiedy jednak zdobył własne lokum, zachowywał się jak mieszczuch, nie pozwalając siadać na kanapie, na której sypiał. Nie lubił płacić, szczególnie za innych. Zatrudniał jednak sztab darmowych pomocników i sekretarzy – za sprawą jednego z nich trafił nawet do więzienia, podejrzany o udział w kradzieży Mony Lizy.
          Apollinaire przyszedł na świat w Rzymie w 1880 roku jako Wilhelm de Kostrowitzky, a poetycki pseudonim zaczerpnął od ostatniego ze swych licznych imion: Guillaume Albert Vladimir Alexandre Apollinaire. Rodzinny majątek pod Nowogródkiem opuścił po powstaniu listopadowym dziadek jego matki, który w Watykanie został papieskim szambelanem. Apollinaire szczycił się swoją „polskością”: złotym wężem w herbie i bohaterskim męczeństwem zniewolonego narodu. Matka poety, Angelika Kostrowicka, nie znała polskiego, ale jej pochodzeniu syn przypisywał gwałtowny, słowiański temperament. Ta piękna awanturnica, bywalczyni kasyn w Monaco i Nicei, nigdy nie zdradziła, kto jest ojcem jej dwóch synów, ale jak pisze Hartwig, poeta „tolerował wszystkie możliwe warianty dotyczące swego pochodzenia, pod warunkiem, by przypisywany mu ojciec był osobą wysoko postawioną, stąd jego chętna zgoda nawet na papę kardynała”. Poeta, który swoją niejasną genealogię zdołał zamienić w osobistą legendę, nieomal przez całe życie pozostawał we Francji cudzoziemcem – obywatelstwo uzyskał dopiero podczas I wojny światowej".

          -Ulisses
          • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 17:59
            Jeden z moich ulubionych Jego poematów:

            "Na koniec ten starodawny świat ci sie przejada

            Pasterko wieżo Eiffla nad ranem mostów pobekują stada

            Grecka i rzymska antyczność twojego nie nasyci głodu

            Tutaj starzyzną trąci już nawet widok samochodu
            Religia sie jedna została nowsza nad wszystko
            Religia prosta pozostała jak hangar na lotnisku

            O chrześcijaństwo ty jedno w Europie zakwitasz świeżo
            Najbardziej modernistycznym Europejczykiem jesteś ty Piusie X Papieżu
            A ciebie którego dziś każde okno śledzi
            Wstyd powstzrymuje od pójścia do kościoła i do spowiedzi
            Czytasz prospekty katalogi afisze śpiewające głośniej niż kobiety
            Oto poezja dzisiejszego poranku a dla prozy są liczne gazety
            Książeczki po 25 centymów awanturniczych pełne figur
            Portrety wielkich ludzi i tytułów wybór

            Widziałem dziś rano ładną ulicę nazwy jej nie pamietam
            Trombitą słońca była nowiutka czysto uprzątnięta
            Od poniedziałku rano do soboty wieczór cztery razy dziennie po tej ulicy
            Chodzą dyrektorzy piekne stenotypistki i robotnicy
            Z rana trzy razy syrena tam gra
            W południe dzwon zawzięty kołata
            Napisy murów i obwieszczeń
            Szyldy plakaty jak papugi wrzeszcą
            Urok tej przemysłowej ulicy lubię niezmiernie
            Leży ona w Paryżu między Aumont-Thieville a l'avenue de Ternes

            Oto młoda ulica a ty jesteś jeszcze maleńkie dziecko
            Matka ubiera cię na biało i niebiesko

            Jesteś bardzo pobożny ty i Rene Dalize wierni przyjaciele
            Najbardziej przepadacie za przepychem w kościele
            Dziewiąta gaz pobłękitniawszy opadł z sypialni bursy wymykacie sie skrycie
            Klęknąwszy w kaplicy szkolnej przez całą noc się modlicie
            Gdy tymczasem w głębokich wiecznych ametystach
            Krąży niezmiennie Chrystusowa chwała płomienista
            Jest ona piekną lilią wychowanicą naszą
            Rudowłosą pochodnią której wiatry nie zgaszą
            To blady i szkarłatny syn matki bolejącej
            Drzewo zawsze listwione w pacierzy tysiące
            Podwójna szubienica i czci wieczności
            Gwiazda o szóstym podziele
            Bóg co umiera w piątek a zmartwychwstaje w niedzielę
            To Chrystus który lepiej od lotników lata
            On najwyższym wzlotem bije rekord swiata

            Zrenica Chrystus oka
            Dwudziesta zrenica wieków on to sfruwa z wysoka
            I zmieniony w ptaka nasz wiek jak Jezus leci
            Diabły w przepaściach podnoszą głowę by spojrzeć na ptaka stuleci
            Mówią że naśladuje Szymona Czarownika
            Krzyczą że to złodziej kiedy tak umyka
            Anioły latają dokoła ślicznego lotnika
            Enoch Ikar Eliasz Apoloniusz z Tiany
            Szybują wokół pierwszego areoiplanu
            Rozstępują się czasem aby przepuścić tych których Sakrament przemienia
            Księży wstępujących wiecznie w czasie podniesienia
            Samolot wreszcie przystaje choć skrzydeł nie składa
            I niebo napełniają wnet jaskółcze stada
            Ciągną w locie sokoły puchacze i kruki
            Z Afryki przybywają ibisy flamingi marabuty
            Ptak Roch którego poeci i bajarze wieszczą
            Waży się w szponach ściskając Adama czaszkę najpierwszą

            Orzeł horyzont orze krzyk wydając wielki
            I z Ameryki małe koliberki
            Z Chin zbiegają się zwinnych długich pihi roje
            Po jednym mają skrzydle i latają po dwoje
            A oto gołębica duch niepokalany
            Towarzyszą jej ptak lira i paw nakrapiany
            Feniks ten stos który sam siebie rodzi
            Na chwilę wszystko w żarkim popiele grzebie
            Syreny płyną z niebezpiecznych ciśnień
            Wszystkie trzy spewające najpiekniejsze pieśni
            I orzeł feniks pihi ptaków z krańców świata
            Wszystko z latającą maszyną się brata

            Teraz jesteś w Paryżu sam jeden idziesz w tłumie
            Stado autobusów rycząc koło ciebie sunie
            Niepokój milości chwyta cię za gardziel
            Jakby miłośc na zawsze miała cię w pogardzie
            Gdybyś żył w dawnych czasach zamknąłbyś się w klasztorze
            Nikt spośród was odmówić bez wstydu modlitwy nie może
            Kpisz ze siebie i jak ogień piekieł smiech twój się burzy
            Skry twego śmiechu zdobią głąb życia płatkami róży
            Jest to obraz w muzeum wisi okryty mrokiem
            Zachodzisz tam czasami aby nań rzucić okiem

            Dziś chodzisz po Paryżu we krwi kobiety młode
            To było chciałbym zapomnieć to było u schyłku urody

            W ognistych kłębach Najświętsza Panna spojrzała na mnie w Chartres
            Krew twego Serca Świętego skropiła mnie na Montmartre
            Choruję kiedy usłyszę błogosławieństwa słowo
            Miłość na którą cierpię jest wstydliwą chorobą
            A obraz co cię nawiedził odbiera ci sen i spokój
            Ten obraz który przemija wciąż dotrzymuje ci kroku

            Teraz jesteś na brzegu Morza Śródziemnego
            Pod cytrynami kwitnącymi od roku do roku
            Na przejażdżki z przyjaciółmi wypływacie w łodzi
            Jedne nicejczyk są dwaj turbianie jeden z Mentony pochodzi
            Ze strachem patrzymy jak polip głębiny wybiela
            A między algami nurkują ryby obrazy Zbawiciela

            Jesteś w okolicach Pragi w ogródku za gospodą
            Czujesz się całkiem szczęśliwy na stole róża przed tobą
            I patrzysz zamiast pisać opowieść swej podróży
            Na chrząszcza uspionego w sercu młodej róży

            Przerażony oglądasz w agatach Świętego Wita swoje odbicie
            Byłeś smutny w ten dzień jak gdyby miało cię opuścić życie
            Jesteś podobny do Łazarza co od świata oszalał
            W żydowskiej dzielnic w Pradze idą wstecz wskazówki zegara
            I ty przez swoje życie powrotnym idziesz torem
            Z wolna wstępując na Hradczyn albo w taqwernie wieczorem
            Kiedy czeskich piosenek słuchasz skupiony

            Oto jesteś w Marsylii a dokoła kawony

            Oto jesteś w Koblencji w Gigantów hoteliku

            Oto w Rzymie usiadłeś u stóp japońskiego niespliku

            Oto jesteś w Amsterdamie z dziewczyną ktorą uważasz za piękną a która
            jest szpetna


            Niedługo ma wyjść za mąż w Leydzie za studenta
            Najmują tam pokoje cubicula locanda zwane pamiętam
            Żem trzy dni z rzędu tam spedził tyle co w Guda mniej więcej

            Jesteś w Paryżu zeznajesz przed sędzią
            Jak przestępcy w kajdany okuto ci ręce

            Odbywałeś podróże wesołe i bolesne
            Zanim się ustrzegłeś przed kłamstwem i przed snem
            Cierpiałeś zmiłości w roku dwudziestym i trzydziestym
            Ja com czas swój roztrwonił jak szaleniec jestem
            Nie śmiesz spojrzeć na swoje ręce a ja każdej chwili gardło pełne łez mam
            Łez nad tobą nad tą którą kocham nad wszystkim co budzi twój przestrach


            Patrzysz na biednych emigrantów i oczy we mgle ci toną
            Modlą się wierzą w Boga żony ich karmią dzieci
            Przed odjazdem dworzec Świętego Łazarza napełniają swoim odorem
            Święcie wierzą w swą gwiazdę jak trzej królowie magowie
            W Argentynie spodziewają się wydzwignąć z nędzy
            I powrócić ale z wielkimi pieniędzmi
            Ja wy niesiecie swe serce tak czerwoną pierzynkę niesie biedna rodzina
            Jednako są nierealne i nasze sny i ta pierzyna
            Niejeden z tych emigrantów zostaje tu i obiera
            Siedzibę na rue des Rosiers lub rue des Ecouffes w ruderach
            Widuje ich często wieczorem jak przechadzają sie po ulicy
            Rzadziej zmieniają miejsca niż pionki na szachownicy
            Zwłaszcza jest wielu Żydów ich żony okryte peruką
            Bezkrwiste w głębi kramów przesiadują długo

            Teraz stoisz przed ladą w niechlujnym barze
            Za dwa sous pijesz kawę jak ci oto nędzarze

            Jesteś w wielkiej restauracji gdy zapadnie noc

            Tekobiety nie są złośliwe tylko że moc mają trosk
            Wszystkie najbrzydsza nawet dręczyła swego amanta

            Jest to córka policjanta na wyspie Jersey

            Ręce jej których nie widziałem są twarde i chropowate

            Niezmierną litośc budzą we mnie szwy na jej brzuchu

            W okropnym śmiechu zniżam usta do biednej dziewczyny

            Jesteś sam już nadchodzi poranek
            Ulice brzęczą od mleczarskich baniek

            Noc się oddala jak piękna Metywa
            To Ferdina fałszywa albo Lea życzliwa
            I pijesz ten alkohol palący jak życie
            Życie które pijesz jak wódkę obficie

            Idziesz w kierunku Auteil do domu wracasz pieszo
            Spać między fetyszami Australii i Gwinei
            To innych wiar Chrystusowie którzy inaczej się mierzą
            Są to niżsi Chrystusowie niejasnej nadziei

            Żegnaj żegnaj


            Słońce szyjo ścięta".
            • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 18:19
              Most Mirabeau - nie znalazłem polskiego przekładu, który oddawałby wiernie nastrój i sens tego wiersza. Poza tym, jego urok tkwi także w melodii słów; zatem: smile

              www.litteratureaudio.org/Guillaume_Apollinaire_-_Le_pont_Mirabeau_V2.mp3
              i:

              • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 18:39
                PS. Agfo, lojalnie i uczciwie uprzedzam, że poruszyłeś temat, o którym "mogę w nieskończoność"... smile smile
                • sorel.lina Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 18:57
                  ulisses-achaj napisał:

                  > poruszyłeś temat, o którym "mogę w nieskończoność"...
                  smile smile

                  Ulissesie nie kończ! Proszę... smile
                  • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 19:55
                    Sorellino, nie szczuj mnie smile
                    • sorel.lina Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 20:26
                      ulisses-achaj napisał:

                      > Sorellino, nie szczuj mnie
                      smile

                      Ja nie szczuję, ja o dobrą lekturę na wieczór wrześniowy pięknie proszę. smile


                      • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 22:36
                        Dobrze, "podaruję" Ci jeden z moich najbardziej ulubionych poematów:

                        W tym czasie byłem młodym chłopcem
                        Miałem zaledwie szesnaście lat a już nie pamiętałem dzieciństwa
                        Byłem o szesnaście tysięcy mil od miejsca urodzenia
                        Byłem w Moskwie mieście tysiąca trzech dzwonnic i siedmiu dworców
                        I nie dość mi było siedmiu dworców i tysiąca trzech dzwonnic
                        Moja młodość była tak rozpalona i tak szaleńcza
                        Że serce kolejno płonęło jak świątynia efeska i jak Plac Czerwony w Moskwie
                        Kiedy słońce zachodzi.
                        I spojrzenia moje biegły starymi drogami
                        I byłem już wtedy tak złym poetą
                        Że nie umiałem iść aż do końca.

                        Kreml był jak ogromne tatarskie ciasto
                        Ze złotą łuszczącą się skórką
                        Z wielkimi migdałami bielutkich katedr
                        I miodowym złotem dzwonów.
                        Stary mnich odczytywał mi legendę nowogrodzką
                        Paliło mnie pragnienie
                        I oswajałem się ze znakami klinowego pisma
                        Nad placem nagle wzlatywały gołębie od Świętego Ducha
                        I moje dłonie tak samo wzlatywały z trzepotem albatrosów.
                        I były to ostatnie reminiscencje ostatniego dnia
                        Świeżo odbytej podróży
                        I morza.

                        A jednak byłem bardzo złym poetą
                        Nie umiałem iść aż do końca
                        Byłem głodny
                        I wszystkie dni i wszystkie kobiety w kawiarniach i wszystkie szklanki
                        Chciałem wypić i porozbijać
                        I wszystkie wystawy i wszystkie ulice
                        I wszystkie domy i wszystkie istoty
                        I wszystkie koła dorożek wirujące na wyboistej jezdni
                        Chciałem je pogrążyć w wojennej pożodze
                        Chciałem pogruchotać wszystkie kości
                        I wyrwać wszystkie języki
                        Spławić te wszystkie duże obce ciała nagie pod ubraniami od których szalałem
                        Przeczuwałem nadejście wielkiego czerwonego Chrystusa rewolucji rosyjskiej
                        I słońce było nie zabliźnioną raną
                        Otwierającą się jak palenisko
                        W tym czasie byłem młodym chłopcem
                        Miałem zaledwie szesnaście lat a już nie pamiętałem dzieciństwa
                        Byłem w Moskwie i chciałem się karmić ogniem
                        I nie dość mi było wież i dworców obwieszonych moimi spojrzeniami
                        Na Syberii działa huczały była to wojna
                        Mróz głód zaraz cholera
                        Muliste wody Amuru toczyły tysiące rozkładających się trupów
                        Na wszystkich dworcach widziałem ostatnie odjazdy pociągów
                        Nikt już nie mógł odjechać bo nie sprzedawano biletów
                        A żołnierze którzy odjeżdżali woleliby zostać
                        Stary mnich wyśpiewywał mi legendę nowogrodzką.

                        Ja zły poeta co nigdzie nie chciałem pojechać mogłem pojechać wszędzie
                        I kupcy jeszcze mieli tyle pieniędzy
                        Że mogli się pokusić o zrobienie majątku
                        Pociąg ich odchodził co piątek rano
                        Podobno wielu tam ludzi umierało
                        Jeden załadował sto skrzyń z budzikami i zegarkami z Czarnego Lasu
                        Inny wiózł pudła do kapeluszy cylindry i asortyment korkociągów z Sheffieldu
                        Inny trumny z Malmö
                        Napełnione puszkami z konserw i sardynkami w oliwie
                        Poza tym były kobiety
                        Kobiety do wynajęcia
                        Wszystkie patentowane
                        Podobno wielu tam ludzi umierało
                        Podróżowały po zniżonych cenach
                        I każda miała konto bieżące w banku.

                        W któryś piątkowy ranek przyszła więc kolej na mnie
                        Było to w grudniu
                        I wyruszyłem asystując wojażerowi od biżuterii który jechał do Charbinu
                        Mieliśmy dwa przedziały w ekspresie i 34 skrzynki świecidełek z Pforzheim
                        Niemiecką tandetę Made in Germany
                        Sprawił mi nowe ubranie i wsiadając do pociągu zgubiłem guzik
                        - Przypominam sobie przypominam ciągle myślałem o tym -
                        Spałem na skrzynkach szczęśliwy że mogę bawić się niklowym brauningiem który mi wręczył

                        Byłem szczęśliwy beztroski
                        W myślach bawiłem się w zbójców
                        Skradliśmy skarby Golcondy
                        Jechaliśmy transsyberyjską aby je ukryć na drugim końcu świata
                        Miałem ich bronić przed złodziejami z Uralu co napadli na kuglarzy z Jules Verne’a
                        Przed Chunguzami chińskimi bokserami
                        Małymi wściekłymi mongołami od Dalaj Lamy
                        Przed Alibabą i czterdziestoma rozbójnikami
                        Przed wyznawcami straszliwego Starca z gór
                        A zwłaszcza przed nowoczesnymi
                        Szczurami hotelowymi
                        I specjalistami od ekspresów międzynarodowych.

                        A przecież przecież
                        Byłem smutny jak dziecko
                        Rytmika pociągu
                        „Rdzeń kolejowej drogi” amerykańskich psychiatrów
                        Szmer drzwiczek głosów osi skrzypiących na oblodzonych szynach
                        Złoty dukat mojej przyszłości
                        Mój browning pianino i przekleństwa grających w karty w sąsiednim przedziale
                        Obecność Żanny
                        Mężczyzna w niebieskich okularach który przechadzał się nerwowo po korytarzu i patrzył na mnie w przejściu
                        Utarczki kobiet
                        I świst pary
                        I wieczny stukot kół oszalałych w koleinach nieba
                        Szyby są oszronione
                        Nie ma przyrody!
                        A z tyłu syberyjskie równiny niskie niebo i wielkie cienie Milczków które zjawiają się i giną
                        Z szalem na szyi leżę
                        Pstrokatym
                        Jak może życie
                        I moje życie nie ogrzewa mnie bardziej niż ten sal
                        Szkocki
                        I Europa w całości dojrzana przelotnie z pędzącego ekspresu
                        Nie jest bogatsza niż moje życie
                        Moje życie ubogie
                        Ten szal
                        Strzępiący się na skrzynkach napełnionych złotem
                        Z którymi razem jadę
                        To marząc
                        To paląc
                        I jedyny ciepły płomień wszechświata
                        Jest ubożuchną myślą

                        Łzy uderzają z głębi mego serca,
                        Kiedy, Miłości, myślę o kochance,
                        Ona jest dzieckiem, znalazłem ją bladą,
                        Niepokalana w zakątkach burdelu.

                        Ona jest cicha, niema, bez cienia wymówki,
                        Przeciągły dreszcz ją chwyta za waszym zbliżeniem,
                        Lecz kiedy podchodzę do niej rozbawiony,
                        Zamyka oczy i robi krok naprzód.

                        Ona moją miłością, a inne kobiety
                        Mają tylko złote suknie na wielkich płomiennych ciałach,
                        Moja przyjaciółka jest tak osamotniona,
                        Cała jest naga i nie ma ciała – bo zbyt uboga.

                        Ona jest tylko białym, wątłym kwiatem,
                        Kwiatem poety, biedną lilią srebrną,
                        Samotną, drżącą, a już tak zwarzoną,
                        Że łzy się cisną, gdy myślę o jej sercu.

                        I ta noc jest podobna do stu tysięcy innych,
                        Kiedy pociąg toczy się w noc
                        - Komety spadają -
                        A mężczyzna i kobieta, nawet bardzo młodzi, zabawiają się miłością.

                        Niebo jest jak rozdarty namiot ubogiego cyrku w wiosce rybackiej.
                        We Flandrii
                        Słońce jest dymiącym kinkietem
                        I wysoko na trapezie kobieta jako księżyc
                        Klarnet piskliwy flet kornet i zepsuty bęben
                        I oto moja kołyska

                        Moja kołyska
                        Zawsze stała koło pianina kiedy moja matka jak pani Bovary grała sonaty Beethovena
                        Dzieciństwo spędziłem w wiszących ogrodach Babilonu
                        A wagary na dworcach koło odjeżdżających pociągów
                        Teraz wyprzedzam wszystkie pociągi w ruchu
                        Bazylea – Timbuktu
                        Grałem tez na wyścigach w Auteuil i Longchamp
                        Paryż – New York
                        Teraz niech wszystkie pociągi biegną przez całe moje życie
                        Madryt – Sztokholm
                        I przegrałem wszystkie stawki
                        Została Patagonia
                        Patagonia odpowiadająca mojemu niezmiernemu smutkowi
                        Patagonia i podróż na morze południowe
                        Jestem w drodze
                        Zawsze byłem w drodze
                        Jestem w drodze z mała Żanną z Francji
                        Pociąg ryzykownie podskoczył i opada na wszystkie koła
                        Pociąg opada na koła
                        Pociąg zawsze opada na wszystkie koła

                        „Błażejku, powiedz, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?”

                        Jesteśmy daleko Żanno jedziesz od siedmiu dni
                        Jesteś daleko od Montmartre’u
                        Od la Butte która cię karmila
                        Od Sacré-Coeur gdzie się kuliłaś
                        Paryż ze swoim ogromnym płomieniem zniknął
                        Pozostała nieprzerwana warstwa popiołu
                        Siąpiący deszcz
                        Wzdymające się torfowisko
                        Obracająca się Syberia
                        Wstępujące zaspy śnieżne i pobrzęk szaleństwa dźwięczący jak ostatnie życzenie w posiniałej przestrzeni
                        Pociąg drży w samym sercu ołowianych horyzontów
                        Twoje zmartwienia szydzą

                        „Powiedz, Błażejku, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?”

                        Niepokoje
                        Zapomnij o niepokojach
                        Wszystkie budynki stacyjne są popękane ukośnie do toru
                        Druty telefoniczne na których wiszą
                        Krzywiące się słupy które machają rękami i duszą je w uściskach
                        Świat się rozciąga wydłuża i zwija z powrotem jak harmonika targana sadystyczną ręką
                        W rozdarciach nieba wściekłe lokomotywy
                        Uciekają
                        I w dziurach
                        Zawrotne koła usta głosy
                        I psy złowieszcze wyjące na naszych tropach
                        Rozpętano demony
                        Żelastwo
                        Wszystko jest fałszywym akordem
                        Brun-run-run kół
                        Zderzenia odskoki
                        Jesteśmy burzą pod czaszką głuchoniemego

                        „Powiedz, Błażejku, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?
                        • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 22:37
                          „Powiedz, Błażejku, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?”

                          Tak jesteśmy daleko jesteśmy daleko
                          Wszystkie kozły ofiarne pozdychały na tej pustyni
                          Słuchaj dzwoneczków parszywej trzody
                          Tomsk Czelabińsk Kaińsk Obi Tajszet Wierchni Udinsk Kurgan Samara Penza Tuła
                          Śmierć w Mandżurii
                          Naszą przystanią naszym ostatnim schronem
                          To straszliwa podróż
                          Wczoraj rano
                          Iwan Julicz miał białe włosy
                          A Kola Nikołaj Iwanowicz od dwóch tygodni gryzie paznokcie
                          Rób swoje jak Śmierć jak Głód wykonuj swój zawód
                          To kosztuje sto sous, w transsyberyjskim to kosztuje sto rubli
                          Rozpalaj ławki graj różowością pod stołem
                          Diabeł przy pianinie
                          Sękate jego palce podniecają kobiety
                          Natura
                          Podróżujące dziewki
                          Wykonuj swój zawód
                          Aż do Charbinu

                          „Powiedz, Błażejku, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?”

                          Ależ nie zawracaj mi głowy daj spokój
                          Masz kanciaste biodra i chudziutki brzuch
                          To wszystko co Paryż dał ci na drogę
                          Dał ci też odrobinę duszy bo jesteś nieszczęśliwa
                          Żal mi ciebie żal chodź tu bliżej serca
                          Kola są wiatrakami w kraju mlekiem i miodem płynącym
                          Wiatraki są kosturami którymi żebrak jakiś wywija
                          W przestrzeń rzuceni bez kończyn
                          Turlamy się po naszych czterech ranach
                          Obcięto nam skrzydła
                          Skrzydła naszych siedmiu grzechów
                          I wszystkie pociągi są diabelskimi bilbokietami
                          Podwórko
                          Świat nowoczesny
                          Szybkość nie ma nic do tego
                          Świat nowoczesny
                          Dale są nazbyt dalekie
                          I u kresu podróży to straszne dla mężczyzny mieć przy sobie kobietę

                          „Powiedz, Błażejku, jesteśmy bardzo daleko od Montmartre’u?”

                          Żal mi cię żal mi chodź do mnie opowiem ci historyjkę
                          Chodź do mojego legowiska
                          Chodź bliżej serca
                          Opowiem ci historyjkę

                          No chodź! Chodź!

                          Na Fidżi króluje wieczna wiosna
                          Lenistwo
                          Pary w miłosnym omdleniu leżą w wysokiej trawie i syfilis brodzi pod bananami
                          Jedźmy na zagubione wyspy Pacyfiku!
                          Wyspy biorące nazwy od Feniks od Markiz
                          Borneo i Java
                          I Celebes w kształcie kota

                          Nie możemy jechać do Japonii
                          Jedźmy do Meksyku!
                          Na wysokich tarasach kwitną tulipanowce
                          Mackowate liany są włosami słońca
                          To tak jak paleta i pędzle malarza
                          Kolory oszałamiające jak gongi
                          Rousseau tam był
                          I wrócił stamtąd olśniony na całe życie
                          To kraina ptaków
                          Rajski ptak i ptak-lira
                          Tukan ptak-przedrzeźniacz
                          I koliberek gnieździ się w sercach czarnych lilii
                          Chodź!
                          Będziemy się kochali w majestatycznych ruinach świątyń Azteków
                          Będziesz moim bóstwem
                          Pstrokatym dziecinnym bóstwem trochę brzydkim i dziwacznym
                          No chodź!

                          Chcesz to polecimy samolotem nad kraj tysiąca jezior
                          Noce tam są niebywale długie
                          Prehistoryczny pradziad zlęknie się motoru
                          Wyląduję
                          I postawię hangar dla samolotu z wykopaliskowych kości mamuta
                          Pierwotne ognisko rozgrzeje naszą biedną miłość
                          Samowar
                          I będziemy się kochali po mieszczańsku koło bieguna
                          No chodź!

                          Żanno Żanettto Ninetto nini ninon
                          Perełko perliczko moje Peru
                          Dodo dodon
                          Ptaszysko moje ptysie
                          Kochanie koteńku
                          Kokotko
                          Serduszko moja sarenko
                          Maleńki grzeszku
                          Kukułeczko
                          Kuku
                          Usnęła
                          Usnęła
                          I ze wszystkich stron świata nie nacieszyła się żadną
                          Wszystkie na dworcach widziane twarze
                          Wszystkie zegary
                          Godzina paryska berlińska petersburska godzina wszystkich dworców
                          I w Ufie okrwawiona twarz artylerzysty
                          I zegar głupio oświetlony w Grodnie
                          I wieczny ruch pociągu
                          Co rano nastawiają zegary
                          Pociąg przyspiesza i słońce się opóźnia
                          Nic to nie zmienia, słyszę dźwięczące dzwony
                          Potężny dzwon Notre Dame
                          Piskliwy dzwonek Luwru który wydzwaniał noc Świętego Bartłomieja
                          Zardzewiałe kuranty Brugii wymarłej
                          Elektryczne dzwonki nowojorskiej biblioteki
                          Weneckie kampany
                          I dzwony Moskwy zegar w Czerwonych Wrotach który liczył moje godziny kiedy siedziałem w biurze
                          Pociąg dudni na zwrotnicach
                          Na moich wspomnieniach
                          Pociąg się toczy
                          Gramofon chrypi w cygańskim marszu
                          I świat jak zegar w żydowskiej dzielnicy w Pradze zapamiętale obraca się wstecz

                          Ogołoć róże wiatrów
                          Oto hałasują rozpętane burze
                          Pociągi manewrują na splątanej sieci torów
                          Diaboliczne bibokiety
                          Są pociągi, które się nigdy nie spotykają
                          Są takie co giną w drodze
                          Zawiadowcy grają w szachy
                          W tric-traca
                          W bilard
                          Karambole
                          Parabole
                          Tor kolejowy jest nową geometrią
                          Syrakuzy
                          Archimedes
                          I żołnierze którzy go zakatrupili
                          I galery
                          I statki
                          I cudowne przyrządy które wynalazł
                          I wszystkie masakry
                          Historia starożytna
                          Historia nowoczesna
                          Wiry
                          Katastrofy na morzu
                          Również i katastrofa Tytanika o której czytałem w gazecie
                          Tyle obrazów- asocjacyj których nie potrafię rozwinąć
                          W swoich wierszach
                          Bo jestem jeszcze bardzo złym poetą
                          Bo świat mnie prześciga
                          Bo nie pomyślałem o polisie od wypadków na kolejach
                          Bo nie umiem iść aż do końca
                          I boję się
                          Boję się
                          Nie umiem iść aż do końca
                          Potrafiłbym jak mój przyjaciel Chagall namalować
                          Serię obłąkanych obrazów

                          Ale nie robiłem notatek w podróży
                          "Przebaczcie mi moją niewiedzę
                          Przebaczcie mi że nie znam już dawnej sztuki wiersza"
                          Jak mówi Guilliaume Apollinaire
                          Wszystko co dotyczy wojny można przeczytać w pamiętnikach Kuropatkina
                          Albo w japońskich gazetach z okrutnymi ilustracjami
                          Na cóż mi dokumentacja
                          Podaję się
                          Skokom pamięci

                          Za Irkuckiem podróż stała się zbyt wolna
                          Zbyt długa
                          Jechaliśmy pierwszym pociągiem który szedł brzegami Bajkału
                          Lokomotywę przybrano w chorągwie i lampiony
                          I ruszaliśmy ze stacji przy smutnych dźwiękach hymnu za zdrowie Cara
                          Gdybym był malarzem zużyłbym wiele czerwieni i wiele żółci na końcu tej podróży
                          Bo zdaje się jednak że wszyscyśmy byli trochę obłąkani
                          I że ogromne szaleństwo plamiło krwią nerwowe twarze podróżnych
                          Kiedy zbliżaliśmy się do Mongolii
                          Chrapiącej jak pożar
                          Pociąg zwolnił biegu
                          I chwytałem w nieustającym stukocie kół
                          Tony obłędu i łkanie
                          Jakiejś wiecznej litanii

                          Widziałem
                          Widziałem milczące pociągi czarne pociągi wracające z Dalekiego Wschodu pędzące jak widma
                          Moje spojrzenie jak latarka z tyłu wciąż biegnie za tymi pociągami
                          W Tałdze 10 000 rannych konało z braku opatrunków
                          Obchodziłem szpitale w Krasnojarsku
                          W Chiłoku spotkaliśmy długi konwój żołnierzy umysłowo chorych
                          Widziałem w lazaretach otwarte rany krwią bryzgające okaleczenia
                          Amputowane członki tańczyły dokoła albo wzlatywały w chrzęszczącym powietrzu
                          Pożar był na wszystkich twarzach we wszystkich sercach
                          Palce idiotycznie bębniły we wszystkie szyby
                          Oczy rozwiesiły się pod naciskiem strachu
                          Na wszystkich dworcach opalano wszystkie wagony
                          I widziałem
                          Widziałem jak pociągi z sześćdziesięciu lokomotyw uciekające całą parą ścigane przez widnokręgi w rui i gromady kruków które potem ulatywały w rozpaczy
                          Znikają
                          W kierunku Port-Arthura

                          W Czycie mieliśmy kilka dni odpoczynku

                          Postój pięciodniowy z braku przejazdu
                          Spędziliśmy ten czas u pana Jankielewicza który chciał wydać za mnie swoją jedynaczkę
                          Potem pociąg ruszył dalej
                          Usiadłem przy pianinie i bolały mnie zęby
                          Widzę we wspomnieniu ile razy zechcę to ciche wnętrze magazynu ojca i oczy córki która co wieczór przychodziła do mojego łóżka
                          Musorgski
                          I lieder Hugo Wolfa
                          I piaski Gobi
                          I w Chailarze karawana białych wielbłądów
                          Zdaje się na przestrzeni pięciuset kilometrów byłem pijany
                          Ale siedziałem przy pianinie i oto wszystko co widzę
                          Kiedy się podróżuje trzeba zamknąć oczy
                          Usnąć
                          Tak bardzo chciałbym usnąć
                          Poznaję wszystkie kraje z zamkniętymi oczami oraz ich zapach
                          Poznaję wszystkie pociągi po ich stukocie
                          Pociągi europejskie są na cztery takty kiedy azjatyckie na pięć albo siedem
                          Inne idą pod tłumikiem są kołysankami
                          Są takie co w monotonnym szczękaniu kół przypominają mi duszną prozę Maeterlincka
                          Odcyfrowałem wszystkie zmieszane teksty kół i zebrałem rozrzucone elementy gwałtownego piękna
                          Które zdobyłem
                          I które mnie nagli

                          Cziczikar i Charbin
                          Nie jadę dalej
                          To ostatnia stacja
                          Wysiadłem w Charbinie kiedy podkładano ogień pod biura Czerwonego Krzyża


                          CDN
                          • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 22:37
                            O Paryżu
                            Wielkie ciepłe ognisko piecyki z żarem na skrzyżowaniach ulic
                            I stare domy co chylą się nad nimi i grzeją
                            Jak stare babunie
                            I afisze czerwone zielone wielobarwne jak moja krotka przeszłość i żółte
                            Żółte dumne okładki powieści francuskich za granicą
                            Lubię ocierać się w wielkich miastach o autobusy w ruchu
                            Te co kursują na linii Saint-Germain – Montmartre unoszą mnie de la Butte
                            Motory myczą jak złote cielce
                            Krowy wieczoru skubią Sacré-Coeur
                            O Paryżu
                            Dworzec Główny przystań zachcianek rozdroże niepokojów
                            W sklepach gdzie sprzedają farby widać jeszcze światło nad drzwiami
                            Międzynarodowe Towarzystwo Wagonów Sypialnych i Wielkich Ekspresów Europejskich przysłało mi swoje prospekty
                            Nie ma na świecie piękniejszego kościoła
                            Przyjaciele mnie pilnują jak pielęgniarze wariata
                            Boja się kiedy odjeżdżam że więcej nie wrócę
                            Wszystkie kobiety które spotkałem stoją na horyzontach
                            Z żałosnymi gestami ze smutnymi spojrzeniami semaforów na deszczu
                            Bella, Agnieszka, Katarzyna i matka mojego synka we Włoszech
                            I matka mojej miłości w Ameryce
                            Są okrzyki syren co rozdzierają mi duszę
                            Tam w Mandżurii czyjś brzuch dygoce jak w porodzie
                            Ja chciałbym
                            Chciałbym aby nie było moich podróży
                            W ten wieczór niepokoi mnie wielka miłość
                            I wbrew sobie myślę o małej Żanecie z Francji
                            W ciągu pewnego smutnego wieczoru napisałem ten poemat ku jej czci

                            Żanna
                            Mała prostytutka
                            Jestem smutny jestem smutny
                            Pójdę do”Lapin-Agile” wspominać straconą młodość
                            I wypić kilka kieliszków
                            Potem wrócę samotny

                            Paryż

                            Miasto jedynej Wieży wielkiej Szubienicy i Koła

                            Paryż 1913

                            tłum. Adam Ważyk
                            • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 23.09.15, 00:21
                              Antonin Artaud. Niezwykła postać, genialny teoretyk teatru, poeta.

                              Van Gogh albo samobójca społeczny

                              (fragment)


                              Można właściwie mówić o całkowitym zdrowiu psychicznym Van Gogha, który przez całe życie ugotował sobie tylko jedną rękę i nic więcej takiego nie zrobił poza obcięciem sobie raz lewego ucha

                              w świecie, w którym zjada się codziennie gotowane uterusy w zielonym sosie i członki ćwiczonych do nieprzytomności niemowląt

                              obrywane bezpośrednio po opuszczeniu pochwy matczynej.

                              I nie jest to żadna metafora, ale obyczaj codziennie powtarzany i uprawiany na całej kuli ziemskiej.

                              I tylko dzięki temu choć twierdzenie to może się wydać obłędne, życie współczesne utrzymuje się nadal w starej atmosferze gnicia, anarchii, nieładu, obłędu, wynaturzenia, chronicznego szaleństwa, mieszczańskiej inercji, anomalii psychicznej (bo nie człowiek oszalał, ale świat), umyślnej nieuczciwości i wymyślnej obłudy, nikczemnej pogardy dla wszystkiego co szlachetne,

                              dążenia do porządku społecznego w całości opartego na utrwalaniu pierwotnej niesprawiedliwości,

                              zorganizowanej zbrodni wreszcie.

                              Dzisiaj doszło już do tego, że chora świadomość współczesna jest jak najżywotniej zainteresowana w tym, żeby nie wyzdrowieć.

                              I dlatego to dziedzicznie obciążone społeczeństwo wymyśliło sobie psychiatrię mającą zapewnić obronę społeczeństwa przed dociekliwością niektórych jasnowzrocznych umysłów, których odkrywczość stała się nie do zniesienia.

                              Gérard de Nerval nie był wcale wariatem, ale oskarżono go o obłęd, aby rzucić cień na rewelacje, które miał przekazać światu.

                              I nie dość, że go o to oskarżono, to jeszcze zadano mu cios w głowę, pewnej nocy zadano mu fizyczny cios w głowę, aby stracił pamięć straszliwych faktów, które miał wyjawić i które, pod wrażeniem tego uderzenia, przeszły u niego na plan wyższy, nadnaturalny, gdyż całe społeczeństwo, sprzysiężone przeciw niemu, kazało mu zapomnieć o ich rzeczywistości.

                              Nie, Van Gogh nie był wariatem, ale obrazy jego były jak race, jak bomby atomowe i ich kąt widzenia, w porównaniu do innych malowideł powstających w tej smutnej epoce, mógł poważnie zatrząść posadami robaczywego konformizmu burżuazji Drugiego Cesarstwa, siepaczy Thiersa, Gambetty, Feliksa Faure'a jak i Napoleona Trzeciego.

                              Gdyż malarstwo Van Gogha atakuje nie tylko pewien konformizm obyczajowy, ale godzi w konformizm ustrojowy, instytucjonalny. I nawet przyroda zewnętrzna, z jej klimatami, odpływami i burzami, nie potrafi już, po przejściu Van Gogha przez nasz świat, zachować tej samej spokojnej grawitacji.

                              Nic też dziwnego, że rozpadają się święte mieszczańskie instytucje i że medycyna — ten zwietrzały, bezużyteczny trup — ogłasza Van Gogha wariatem.

                              Wobec olśniewającej jasnowzroczności malującego Van Gogha, cała psychiatria wydaje się szpitalem obłąkanych i prześladowanych goryli, którym pozostała jedynie — ostatnia deska ratunku przed najpotworniejszymi stanami przerażenia i duszności — śmieszniutka terminologia,

                              godny produkt ich schorzałych umysłów.

                              Każdy psychiatra jest bowiem notorycznym erotomanem

                              i nie sądzę, aby ta reguła chronicznej erotomanii znała jakiekolwiek wyjątki.

                              Znałem jednego psychiatrę, który oburzył się parę lat temu na oskarżenie, które wysuwałem przeciwko tej zgrai łotrów i oszustów.

                              Ja, panie Artaud, powiedział mi, nie jestem żaden erotoman i bardzo pana proszę, niech mi pan wskaże choć jeden element pozwalający panu snuć tego rodzaju przypuszczenia.

                              Wystarczy, że panu wskażę, doktorze L..., pana samego jako element,

                              nosisz pan przecież piętno erotomaństwa na mordzie

                              ty wredny, łysy sukinsynu.

                              Masz pan przecież mordę faceta, który swoją ofiarę płciową bierze na język, obraca, międli, mamle i śliniąc się składa buzię w ciup.

                              Jeżeli w trakcie koitu nie udało się panu zapiać cieniutko w taki specjalny, panu tylko znany sposób, i jednocześnie charknąć naraz tchawicą, przewodem pokarmowym, nerkami i odbytnicą,

                              nie uważasz się pan za usatysfakcjonowanego.

                              I jest w tym pańskim organicznym przytupywaniu jakieś dziedzicznie nabyte przyzwyczajenie, świadczące o istnieniu ropiejącego wrzodu,

                              kultywowanego przez pana pieczołowicie z roku na rok, coraz bardziej, bo nie podpada on ze społecznego punktu widzenia pod żaden kodeks karny,

                              ale podpada pod inne prawo, ustanowione przez podeptaną świadomość ludzką, której twoje zachowanie nie pozwala oddychać.

                              Pomawiacie o delirium świadomość, która pracuje, podczas gdy z drugiej strony tłamsicie ją swym ohydnym seksualizmem.

                              A pod tym względem właśnie biedny Van Gogh był czysty,

                              jak ani serafin, ani dziewica nie mogą być czyści, gdyż oni to właśnie

                              przygotowali

                              i puścili w ruch olbrzymią machinę grzechu.

                              A zresztą, może i jesteś pan, doktorze L..., z cynicznej rasy serafinów, ale wówczas, na litość, zostaw ludzi w spokoju,

                              bo ciało Van Gogha, nie skażone żadnym grzechem, było także nie skażone szaleństwem, które zresztą z grzechu się tylko poczyna.

                              A ja nie wierzę w grzech katolicki,

                              wierzę natomiast w zbrodnie erotyczne, których właśnie wszyscy geniusze tej ziemi,

                              autentyczni obłąkani zawsze się wystrzegali,

                              chyba że nie byli (autentycznymi) obłąkanymi.

                              Czym jest bowiem autentyczny obłąkany?

                              To człowiek, który wolał stać się wariatem w sensie, w jakim to słowo rozumie społeczeństwo, niż uchybić pewnemu wyższemu pojęciu honoru ludzkiego.

                              I tak społeczeństwo udusiło w swych szpitalach tych wszystkich, których chciało się pozbyć i których się obawiało, gdyż nie chcieli oni stać się wspólnikami pewnych najgorszych świństw.

                              Bo obłąkany to jest także ten człowiek, którego społeczeństwo nie chciało wysłuchać i któremu chciało przeszkodzić w wypowiedzeniu prawd nie do zniesienia.

                              Ale w tym wypadku internowanie szpitalne nie jest jedyną bronią, jaką społeczeństwo dysponuje, i wspólne sprzysiężenie ludzi posiada jeszcze inne sposoby, aby zmusić do uległości przeciwstawiające mu się jednostki.

                              Poza urokami rzucanymi przez wiejskich szamanów istnieją także wielkie zabiegi uroczania ogólnego, w których periodycznie uczestniczy cała świadomość ludzka.

                              Tak na przykład z powodu wojny rewolucji czy wykluwających się dopiero rozruchów społecznych wspólna świadomość jest ciągle nagabywana, a nagabnięta wydaje swój sąd.

                              Może się też zdarzyć, że bywa poruszona i wychodzi z siebie z powodu głośnych jakichś wypadków indywidualnych.

                              I tak były wypadki ogólnego uroczenia z powodu Baudelaire'a, Edgara Poe, Gérarda de Nervala, Nietzschego, Kierkegaarda, Hölderlina, Coleridge'a,

                              tak samo jak z powodu Van Gogha.

                              Może się to dziać pośród białego dnia, ale najczęściej odbywa się w nocy.

                              W ten sposób najdziwniejsze siły, podniesione z ziemi, spotykają się w sklepieniu niebios, tej wielkiej, ciemnej kopule, stworzonej ponad oddychającą we śnie ludzkością przez jadowitą agresywność złośliwości ludzkiej.

                              Dlatego też nieliczne jasnowzroczne umysły dobrej woli, którym przeznaczono szamotać się na tej ziemi, w różnych godzinach dnia czy nocy padają ofiarą najautentyczniejszych koszmarów na jawie, czują się osaczone nieprawdopodobnym jakimś ssaniem, ośmiorniczym dławieniem czegoś w rodzaju magii obywatelskiej, która wkrótce zacznie się otwarcie przejawiać w obyczajach.



                              Wobec tego całego współczesnego brudu — z jednej strony zakończonego płcią, a z drugiej motłochem, mającego cały jakiś rytuał psychiczny za podstawę i punkt oparcia — nie jest żadnym szaleństwem spacerować po nocy z dwunastu świecami na kapeluszu, aby namalować nocy pejzaż,

                              bo i czymże miał sobie świecić ten biedny Van Gogh, jak słusznie zauważył któregoś dnia mój przyjaciel, aktor Roger Blin?

                              Co do ugotowania ręki — jest to najczystszej wody bohaterstwo;

                              co do obciętego ucha — jest to logika bezpośrednia,

                              i powtarzam raz jeszcze,

                              świat, który co dzień, co godzina obżera się ekskrementami,

                              aby doprowadzić do końca swe najpodlejsze zamysły,

                              na
                              • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 23.09.15, 00:22
                                "Wobec tego całego współczesnego brudu — z jednej strony zakończonego płcią, a z drugiej motłochem, mającego cały jakiś rytuał psychiczny za podstawę i punkt oparcia — nie jest żadnym szaleństwem spacerować po nocy z dwunastu świecami na kapeluszu, aby namalować nocy pejzaż,

                                bo i czymże miał sobie świecić ten biedny Van Gogh, jak słusznie zauważył któregoś dnia mój przyjaciel, aktor Roger Blin?

                                Co do ugotowania ręki — jest to najczystszej wody bohaterstwo;

                                co do obciętego ucha — jest to logika bezpośrednia,

                                i powtarzam raz jeszcze,

                                świat, który co dzień, co godzina obżera się ekskrementami,

                                aby doprowadzić do końca swe najpodlejsze zamysły,

                                na ten temat

                                może się tylko zamknąć".
    • ulisses-achaj Re: "Cycki Terezjasza" 06.09.15, 01:24
      Max Jacob
      Widok perspektywiczny

      Widok na wzgórzu białego domu z wieżyczkami.
      To noc! Jest oświetlone okno,
      Są dwie wieżyczki, dwie turkaweczki są wieżyczkami.
      Za oknem i w domu
      Jest miłość, miłość ze swoim płomiennym światłem!
      Jest miłość obfita, skrzydlata, wymowna,
      Na trzecim piętrze domu,
      Na trzecim piętrze domu w innym pokoju,
      W pokoju bez światła jest umarły,
      I cały ból śmierci,
      Żniwo bólu,
      Skrzydła bólu,
      Wymowa bólu,
      Widok perspektywiczny białego domu z wieżyczkami.

      • 1agfa Re: "Cycki Terezjasza" 18.09.15, 17:35
        Julia Hartwig, w jednym ze swych poematów prozą, napisała:

        "...A tam kto mieszka? - zapytałam hydraulika z naszej kamienicy, wskazując okno naprzeciw, starannie odmalowane i często otwarte, w którym jednak nikt się nie pojawiał.
        - Tam, proszę pani - odpowiedział hydraulik zbierając się do odejścia - tam mieszka pewien Żyd.
        Nie dodał nic więcej, żadnych szczegółów, którymi tak hojnie sypał przy innych lokatorach.
        Pewnego dnia ukazał się w oknie niewidzialny dotąd sąsiad.
        Wsparty o parapet, spoglądał w dół ulicy. Nie był już młody, nie, raczej bliski starości. Mówiła o tym czaszka, poorana i lekko połyskująca łysiną w blasku gwiazd i ulicznej latarni.
        Od tej postaci, która tak niespodziewanie pojawiła się w oknie, biła ogromna samotność, wzmożona jeszcze pustką ceglanej ściany domu.
        Ale człowiek ten kogoś mi przypominał. Tak, nie ma żadnej wątpliwości! To smutna i ciężka głowa mojego poety, którego poematy z tak żywą radością i wzruszeniem tłumaczyłam w różnych porach życia.
        To głowa Maxa Jacoba z ostatnich lat spędzonych w klasztorze Saint-Benoit-sur-Loire, skąd policja francuska pracująca na usługach Niemców zabrała go wprost do obozu hitlerowskiego w Drancy...."

        Julia Hartwig. "Mówiąc nie tylko do siebie. Poematy prozą"

        ulisses-achaj napisał:

        > Max Jacob
        > Widok perspektywiczny
        >
        > Widok na wzgórzu białego domu z wieżyczkami.
        > To noc! Jest oświetlone okno,
        > Są dwie wieżyczki, dwie turkaweczki są wieżyczkami.
        > Za oknem i w domu
        > Jest miłość, miłość ze swoim płomiennym światłem!
        > Jest miłość obfita, skrzydlata, wymowna,
        > Na trzecim piętrze domu,
        > Na trzecim piętrze domu w innym pokoju,
        > W pokoju bez światła jest umarły,
        > I cały ból śmierci,
        > Żniwo bólu,
        > Skrzydła bólu,
        > Wymowa bólu,
        > Widok perspektywiczny białego domu z wieżyczkami.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka