02.01.16, 10:12
Podwórko - to stare, łódzkie - miejsce, z którym wiążę tyle wspomnień z czasów dzieciństwa. Miejsce, gdzie się bawiłam, zawierałam pierwsze przyjaźnie, ale też zaczynałam rozumieć, że są tacy, którzy nie przepadają za mną i tacy, za którymi ja nie przepadam. Jednak wszyscy tworzyliśmy "nasze podwórko", a gdy któregoś z nas ubywało, bo np. rodzice się wyprowadzali, odczuwaliśmy jego brak bardzo boleśnie.

Podwórko - to "dorosłe", forumowe - to w pewnym sensie podobne miejsce. Miejsce, gdzie się spotykamy, lubimy się bardziej, mniej lub wcale. Różnimy się - bywa że zasadniczo - w poglądach, światopoglądach, przekonaniach religijnych czy innych. Mamy różne doświadczenia osobiste, różne charaktery, temperamenty... stanowimy różne osobowości.
Ale Podwórko jest nasze, wspólne. Nie powinno, nie może być polem bitwy!
Jest miejscem dyskusji, czasem spokojnej, czasem gorącej; miejscem rozrywki i relaksu, miejscem przyjaznym dla swoich bywalców. I oby takim pozostało.

Serdeczności w Nowym Roku, Podwórkowicze! Wszystkim bez wyjątku. smile
Obserwuj wątek
    • wscieklyuklad Re: Podwórka 02.01.16, 10:29
      Wąskie gardło pnące się ku niebu. Po lewej kawałek wolnej przestrzeni z widokiem na dachy dwupiętrowych, ustawionych w kwadrat kamieniczek. Nad nimi, o wyciągnięcie ręki fragment Wawelu z basztą "Zygmuntowską" i spiżem przezierającym przez okratowane okna.
      Gdy dzwonił – przywoływałem w myśli "Wesele" Wyspiańskiego. Wystarczyło wyjść wtedy na niewielki balkon i wsłuchiwać się w serce rozedrgane w spiżu, łapczywie chwytać najdrobniejszy dźwięk, tęskniąc za każdym następnym.
      Bo przecież wystarczyło spojrzeć w kierunku Wzgórza, by poczuć Polskę. Uczucie tak naturalne, wrażenie, które mogłeś trawić w samotności, lub dzielić je z innymi. Polskę czuło się w miedzianym, pokrytym patyną przeszłej już historii i współczesnego smogu kwiatonie,wieńczącym wieżę. Ten - niczym puszka Faradaya, skupiał uczucia narodu i chronił przed dziejowymi burzami.
      "A toć bije on i dziś, gdy czujemy, co nam drogie" - tak można było przywoływać frazę z „Wesela”. Wówczas częstość kołysania można było policzyć na palcach jednej ręki - czekało się nań z utęsknieniem. Pomijając pochówki Wielkich, tradycyjnie towarzyszył majowej procesji do grobu Św. Stanisława. Ta, krocząca całą szerokością ulicy Krakowskiej, zastawała nas z głowami wychylonymi przez wykusz kamienicy - kilkumetrowy prześwit w jej skrzyżowaniu z ul. Meiselsa, pozwalał sycić oczy czerwienią i purpurą biskupio - kardynalskich szat, a uszy chóralnym śpiewem wiernych. Dźwięk „Zygmunta” wdzierał się w ten rwetes, przedzierając się nad kominami, przyciszony, jakby zakrztuszony drobinami sadzy.
      Popołudniowy wiatr uparcie hulał jeszcze z płatkami kwiatów wysypanych przez komunijne dziewczęta.
      Ruch kołowy był wtedy niewielki - pojedyncze Syrenki i Warszawy sporadycznie przejeżdżały w dole, zamknięcie ulic nie zakłócało tedy płynności toczącego się życia. Było luźniej, swobodniej.
      Róg ulic Krakowskiej i Meiselsa. Zbieganie się dwóch światów. Przemieszanie dwóch kultur.
      Dopiero dzi,ś w dobie dopiero co otwartego Muzeum Żydowskiego, wielu uzmysławia sobie, że przecież kultura historia tego narodu mogła rozwijać sięzapełniać swe karty także i dlatego, że nie kto inny, jak polski król, pozwolił gnanym z "kulturalnego Zachodu" osiedlić się i żyć tu swobodnie przez kolejne setki lat.
      Samo nazwisko żydowskiego patrona uliczki mówiło niewiele. Było jedną z nazw kilkunastu jej podobnych, przecinających żydowski Kazimierz.
      Przez okno widziałem stragany na Bawół Placu, zamienionym na kilkanaście dni w płonący Kaliniec z "Nocy i dni", dym świec dymnych niósł się wtedy po najwyższe piętra drapiąc w gardle. Tam była szkoła, do której miałem uczęszczać.
      Tam stała Synagoga - dziś masakrowana wulgarnymi treściami grafitti.
      Tam pobudowano kościół Bożego Ciała - architektoniczne arcydzieło zachwycające artystycznym bogactwem.
      Dziś - w dobie internetu - mogę przeczytać wreszcie notkę o Rabinie Meiselsie. Biografię, która uzmysławia, iż kulturowe różnice nikną wówczas, gdy łączy wspólny cel i zgodne, zbiorowe działanie.
      Szkoda, że kilkadziesiąt lat wstecz nie było możliwości samodzielnego odkrywania tajników historii – w czasach „jedynie słusznych” nie zmieniono nazwy ulicy pewnie wyłącznie dlatego, że Rabin zwalczał carat, a nawet - na znak solidarności z prześladowanymi polskimi katolikami, zamknął synagogi.
      Południową granicą Podwórka były ściany oficyny od strony ul. Krakowskiej. Wschód "wychodził na prosptopadłą ul. Meiselsa.
      Zatem w kwadracie (a właściwie literze L, bo taki kształt miało to miejsce), mieściły się "rogatki dwóch światów i dwóch kultur".
      Odpadające tynki odsłaniały nadżarte zębem czasu zarysy cegieł. Sięgając okiennych parapetów, tworzyły wrażenie mocno poobijanej twarzy. Okna sąsiadujących mieszkań były umieszczone tak blisko siebie, że na przypadkowym widzu mogły stwarzać iluzję "jedni czasoprzestrzennej". Miało się faktycznie wrażenie, że to wspólny świat, zamieszkiwany przez ogromną rodzinę o jednym nazwisku.
      Czeluść podwórzowej studni była na tyle wąska, że - mimo trzepaka - nie było możliwości wspólnego tam bawienia, zwłaszcza, że do bulwarów wiślanych - o ileż bardziej atrakcyjnych i na tle podwórza nieskończenie przestrzennych, było raptem czterysta metrów, w dodatku wiodły ku nim nie skalane wtedy jeszcze tramwajową linią krakowskie Planty.
      W narożu „studni” kilka pojemników na śmieci - wtedy jeszcze blaszanych okrąglaków o hałaśliwych klapach, których stukot budził każdego rana, jako że trzeba je było wytaczać na ulicę - śmieciarka nie miała tu bowiem bezpośredniego dostępu.
      Szczury panoszyły się po tej wiecznie zastawionej „stołówce”. Wyzbyte zupełnie lęku przed ludźmi, bezczelnie ocierały się o nogi przechodniów i wyławiały co smakowitsze kąski, osiągając łatwo wielkość średniego jamnika. W nas - jeszcze dzieciach - budziły prawdziwy lęk.
      Jedyną "rozrywką" było ciskanie w nie z balkonu trzeciego piętra tym, co wpadło w ręce, a co było zależne od pory roku. Wiosną i latem leciału ku nim ogryzki/pestki owoców, jesienią nadgniłe ziemniaki, a zimą drobne bryłki węgla wnoszonego mozolnie wiadrami dzień w dzień, by do woli napalić w piecu. Szczury uciekały w popłochu z piskiem a potem – już w piwnicy, rewanżowały się nam za tą nierówną wojnę, wszczynaniem nieoczekiwanego rumoru. Przemykając się pod ścianami korytarza, buszując pośród słoików z przetworami, budziły odruchową odrazę - zdarzały się przypadki ukąszeń skutkujące szczepieniem p/ko wściekliźnie.
      Latem podwórkowy upał otwierał wszystkie "studzienne" okna.
      Wąskie przestrzenie wielokrotniły dźwięki. Zdać by się mogło, że jest się wręcz w pomieszczeniu, z którego dochodzą te głosy. Słychać było pobrzękiwanie sztućców, szum wody w zlewozmywaku, dyskusje toczone przy stołach, w pokojach, na samym podwórku wreszcie.
      Świat skurczył się oto do wspólnoty spraw i problemów.
      Podwórko stało się zwierciadłem i rezonatorem życia - jakimś rodzajem teatralnej/manifestacyjnej tuby, która przyciągała uwagę nie z powodu wścibstwa, ale nieuniknionego przymusu przypadkowego świadectwa istnienia.
      Ludzie zżywali się ze sobą z dnia na dzień. Wiedzieli o sobie więcej, niż można przypuścić.
      Nigdy nie spotkałem się z sytuacją, by ktokolwiek taką - często jakże intymną wiedzę - wykorzystał do niecnych celów.
      Nierzadko też byłem świadkiem sąsiedzkiej pomocy - a to ktoś pomógł komuś w sprzątaniu, a to w zakupach, a to mniej zamożnemu podrzucił coś "na ząb", a to przydźwigał wiadro miału.
      Przedzieleni ścianami, odgrodzeni - już tylko pozornie drewnianą ramą okien i prześwitem szyb, przez które nikt wścibski nie zaglądał wieczorem, szanując intymność innych, byliśmy faktycznie jedną wielką rodziną.
      Tam, na zewnątrz był świat dwóch kultur, które przez setki lat budowały tożsamość, stapiając je w jedność, jak ornamenty barcelońskiej Sagrady Familia. Też pozornie chaotyczna, była przecież wkomponowana w całość w sposób niemal doskonały.
      Tu - po wewnętrznej stronie był jeden świat - wypadkowa tak wielu bytów.
      Podwórkowy rezonator odbijał go od odrapanych murów, ucząc współczucia, szacunku, miłości także.
      Dźwięk trzepanych dywanów odbijał się echem od ścian.
      Trzask drzwi od "przechodki", gdy ktoś skracał sobie drogę spiesząc gdziekolwiek.
      Stukot obcasów o kocie łby krakowskiego podwórka.
      Pewnie i dziś mieszkają tam głodni.
      Pewnie i dziś ktoś czeka wsparcia.
      Pewnie i teraz latem wszystkie okna zapraszają do wnętrz.
      Tu i teraz istnieją przecież dwa światy.
      Tylko wrażliwość zapodziała się gdzieś pośród cichych, plastikowych kontenerów na śmieci.
      A może zjadły ją szczury wielkości ludzi...
      • wscieklyuklad Re: Podwórka 02.01.16, 11:01
        Przypomniałem "Podwórkowy" tekst sprzed roku w całości...

        Kiedy go wtedy pisałem, miałem rzed oczami sztukę.
        Widziałem czarnego kota na żółtym tle krakowskiego Kazimierza.
        Wpatrzony w dal, w wolną przestrzeń pomiędzy kamieniczkami.
        Samotny...

        Tak, Kazimierz, to miejsce od zawsze magiczne.
        Teraz, gdy kusi pięknem po renowacji, letnimi ogródkami pośród wielu kafejek.
        Kiedyś, gdy wszystko było tak jeszcze zaniedbane, od starych budynków odpadał tynk, a kocie łby uliczek nie miały dzisiejszej gładkości.
        Dziś miejsce gwarne głosami setek wycieczkowiczów.
        Wtedy pustkowie, z przemykającymi się chyłkiem przechodniami.

        To miejsce mego dzieciństwa/nastoletniości.
        To miejsce, w którym mieszkało wielu szkolnych kolegów - w tym "pejsatych"...
        Moda oczywiście była wtedy inna i nikt nie obnosił się z loczkami po bokach głowy.
        Gdyby jednak je nosił, byłoby to zresztą zupełnie bez znaczenia - z pewnością wpływałoby na odbiór estetyczny, dziś taki wzorzec uczesania można napotkać w telewizyjnych relacjach z Izraela lub notek z wycieczek do Auschwitz...

        Klasa podstawówki była "etnicznie niejednorodna".
        Ze zdecydowaną przewagą rasy kaukaskiej, typ czysto sarmacki.
        "Tamci" - etnicznie skażeni (?) - nie byli z tego powodu szykanowani.
        I było wśród nich wielu biednych.
        Wychowawczyni klasowa w trakcie wywiadówek apelowała, by kto może, wspomagał głodnych kolegów choćby jedną kanapką.
        Dziś - w dobie dobrobytu - głównym zmartwieniem jest dostępność drożdżówek w szkolnym sklepiku - barierą nie są finanse, a troska o tuszę.
        Dziś - w dobie dobrobytu - w niektórych szkolnych stołówkach, dzieciom "częstowanym" obiadem, na który je nie stać, podaje się dania na jednorazowych, plastikowych "zastawach".
        Ci, których stać na opłatę, jedzą z "porcelany".

        Współczesność rodzi nowe podziały - nieznane od czasów, gdy ulicami miast poruszały się tramwaje z napisem "nurfiur" - w mentalności niektórych z wegetujących w krajach, gdzie takie podziały zainicjowano, nadal tkwi pojęcie "ibermenszyzmu" - to im kłaniają się osobnicy "niższego sortu". Kiedy tym najniżej stojącym w hierarchii społecznej "parchom" (niekoniecznie pejsatym", rzuci się drobny prezencik-ochłap - kłaniają się Rasie Panów jeszcze niżej - to dobrze, każdy winien znać swoje miejsce i dostrzec "Nadludzia" bez zmazy i skazy pierworodnej i popierworodnej i cieszyć si,e gdy ten w swej łaskawości głęboki skłon (głębszy jeszcze po ochłapie) odwzajemni niedbałym skinieniem Nadludzkiej czachy.

        Określenie "pejsaty" jest jednoznaczne.
        Nie kojarzy się nikomu (kto ma odrobinę oleju w głowie, a w duszy krztę przyzwoitości) - z nikim innym, jak z reprezentantem Narodu Wybranego.

        Tyle, że w mentalności naszej coraz powszechniejsze jest przeświadczenie o Narodowopolskim Mesjanizmie.
        Przeświadczeni to mylne.
        Odcinam się od takich podziałów.
        Odcinam się od atakowania kogokolwiek inwektywami rasistowskimi.
        Z zaciekawieniem przyjmę polemikę pomiędzy oponentami (niekoniecznie odnośnie rasowych przewag).
        Jeśli ktoś zechce zrugać treści prezentowane w formie artystycznej - niech to zrobi.
        Niech napisze to i to mi się nie podoba.
        Kontrowania i negacji przez pryzmat przynależności narodowej/rasowej/społecznej pod względem statusu, na "Podwórku" akceptować nie będziemy.

        Samotny czarny kot pośród zalanego żółtym światłem Kazimierza.
        Patrzy w dal czekając na swoją Ziemię Obiecaną?
        A może na Mojżesza, który wychynie z bramy pobliskiej kamieniczki, by walnąć kogoś w ciemię.
        Dla opamiętania.
    • sza.aliczek Re: Podwórka 02.01.16, 11:53
      Lubię rozmowy forumowe : )
      Bardzo ale to bardzo lubię dyskusje poważne i żarciki.
      Lubię o książkach, filmach, muzyce, a trochę mało tego na forach.
      Lubię o codzienności : )
      Ogromnie lubię komentować politykę!
      Nie lubię pisać tak, by sprawiać komuś przykrość. Nie czułam i nie czuję potrzeby zaznaczania kontry. Jestem już na tyle pewna swoich sądów i opinii, że nie mam parcia na poprawianie kogokolwiek. OK, czasem się jednego pana czepnę (nie na tym forum) i go podrażnię : ) Ale to tak bardziej ku rozgrzewce, niż kłótni : )
      Czas na forum powinien być czasem mile spędzonym.
      I już : )
      • sza.aliczek Re: Podwórka 02.01.16, 11:55
        ps nie miałam podwórka. ale miałam coś równie fajnego: kompleks boiskowo-parkowy plus dwa stawy! : ) Dobre dwa hektary do przegalopowania na dziecinnych nogach : )
      • hardy1 Re: Podwórka 02.01.16, 12:27
        Nie tak łatwo porozrabiać na Podwórku.

        Z noworocznym pozdrowieniem smile
        • 1zorro-bis Re: Podwórka 02.01.16, 12:59
          Podworko mialem do 18-go roku zycia. Gralismy w pilka a czasem zesmy sie tlukli. Byla nas miedzynarodowa mieszanka - Grecy, Hiszpanie, Polacy ( czyli Gorole big_grin) Slazacy, polscy Zydzi ( rodzice wiekszosci wrocili z ZSRR).
          Mieszanka byla "wybuchowa" ale wszyscy zesmy razem sie bawili. Opustoszalo najpierw w 1968 roku, potem zaczeli znikac inni......
          I dzisiaj jak czasem jak zagladam na moje podworko z lat dzieciecych - to stwierdzam ze to juz calkiem inny swiat.smirk
          • hardy1 Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców 02.01.16, 21:24
            Wspominamy podwórka nasze, więc... no dobra, wkleję fragment większej, już ukończonej całości wink

            Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców

            Zostałem natychmiast zagnany do wanny i przez dłuższy czas porządnie szorowany, aż do zaczerwienienia skóry. Mama, jak zwykle, w czasie mycia nie omieszkała swojego wypowiedzieć:
            – Czy wy się tam nie myliście? Woda brudna, jakbyś z kopalni wyszedł! A co to za plaster masz na kolanie?
            – A, to? Nic wielkiego. Wpadłem na drut kolczasty w lesie, już prawie zaleczone.
            – Że też zawsze coś ciebie spotyka! Pokaż no… na szczęście nie jest źle.
            – Mamuś…
            – Tak, teraz mamuś. Zawsze coś. Miałeś chyba dwa latka, jak zęby wszystkie wybiłeś, gdy spadłeś z drewnianego konika.
            – Zęby?! Ale ja nie pamiętam.
            – Jak możesz pamiętać? Płakałeś wniebogłosy. Włożyłam ci te mleczaki z powrotem, zawiązałam buzię chustką i do dentysty. Chciał je wyjąć, mówił, że nie wrosną, że trzeba czekać na stałe zęby. A czym byś gryzł? Nie dałam i dobrze. Ha! Wrosły i miałeś.
            – Ale w Gdańsku już nie płakałem. To pamiętam.
            – Co w Gdańsku?
            – No, jak się bawiliśmy w wojnę u cioci Jani na Szerokiej. Co wpadłem do tej dziury po domu i nogę rozwaliłem.
            – Nie płakałeś, bo zemdlałeś.
            – Ale nie od razu zemdlałem! Dopiero jak mnie Andrzej przytachał do łazienki i nogę pod wodę włożył.
            – Też pomysł, zamiast nas zawołać, to po cichu jeszcze weszliście. Wiesz, ile krwi straciłeś?! Cała wanna była we krwi.
            – Bo się bał, że dostanie wciry, że mnie nie przypilnował.
            – Swoje i tak dostał! Starszy brat, a taką ranę tylko zimną wodą chciał zatamować! Dobrze, że Tereska się przestraszyła i mnie zawołała, gdy zemdlałeś.
            – Ale wpierw nie chciała dać sukienki ze swojej lalki, jak Andrzej z dołu wołał, aby dała. Bo chciał mi zawiązać.
            – Przecież nie widziała, że się zraniłeś. Jak zobaczyła, to dała. Dziewczynki są zawsze bardziej odpowiedzialne. Co byście bez nas poczęli? Tylko bawicie się w wojnę. A potem ciągle was bandażujemy.
            – Nie ciągle! Jak mieszkaliśmy jeszcze w Bydgoszczy, przy Sosnowej, to biliśmy się z tymi za szkołą i nic mi się nie stało…
            – O czym mówisz? Nic nie wiem...
            Po co ja o tym wspomniałem? Próbowałem przemilczeć, mydląc sobie intensywnie głowę, ale mama nie popuściła:
            – Spytałam się. Kiedy to było?
            – Ee tam, takie tam… To było dawno.
            – Nie wymiguj się. Mów, jak zacząłeś.
            – Mamo, przecież mówię, że to było dawno, jeszcze w Bydgoszczy.
            – Więc tym bardziej to już żadna tajemnica. No więc?
            Właściwie mama miała rację. Nie była to żadna tajemnica, gdyż zbyt wielu chłopaków w tym uczestniczyło. I poszło o nie byle co, tylko kto jest Polakiem, a kto…:
            – To było wtedy, jak „Krzyżaków” wyświetlali, jak poszedłem już do szkoły. Andrzeja na film już wpuścili i opowiedział mi wszystko. No i potem nasze bloki umówiły się z tymi za szkołą, że zrobimy bitwę pod Grunwaldem.
            – To ilu was było?!
            – Mnóstwo, mamo! Dwieście, trzysta, a może i więcej! Ale to było! Wszyscy przygotowali miecze, tarcze i hełmy. No i jak się umówiliśmy, to ledwie się zmieściliśmy na tym placu z boku szkoły. No tam, co to plac był niczyj, ani nasz, ani ich. Aleśmy się z nimi bili! Tylko nikt nie chciał być Krzyżakami, to się kłóciliśmy. No więc my na nich krzyczeliśmy, że to oni są Krzyżakami, a my Polakami. A oni to samo na nas…
            – Zaraz, zaraz, to Andrzej wziął ciebie ze sobą?! Jak mógł, przecież nie miałeś nawet siedmiu lat!
            Oto cała mama! Nie rozumie takich prostych rzeczy. Co ma do tego wiek? Tata bez pytania by zrozumiał! Kiedy przeprowadziliśmy się do Grudziądza i na „dzień dobry” dostałem bokserską fangę w nos na podwórku, gdyż nie znałem słówka ”jo”2), to nie mówił, że ukończone osiem lat jest jeszcze zbyt małym wiekiem na bójki! A skąd miałem to słowo znać? W Bydgoszczy tak się nie mówiło; zresztą tam zamiast boksu na podwórku królowały zapasy. A w nich byłem bardzo dobry, starszych kładłem! Tego od fangi od razu położyłem na ziemi. Tylko że nie dotrzymał słowa. Jak go przewróciłem, to się poddał. I taki świnia, kiedy go puściłem, to mi znowu przyłożył! To mnie nauczyło przynajmniej ostrożności, że nie zawsze można wierzyć od razu w to, co drugi obiecuje. Dostał za swoje, dobrze go za drugim razem przycisnąłem. Odechciało mu się łamać dane słowo!
            Wiek, nie wiek, pewne rzeczy chłopak musi robić i już! Tylko jak to mamie wytłumaczyć?
            – Oj, mamo, prawie już miałem! Jak by mnie nie wziął, to sam bym poszedł. Miał mnie na oku. Zresztą chłopacy się umówili, że my młodsi między sobą się bijemy, a starsi ze sobą. No i jak tak stanęliśmy, to zaczęliśmy krzyczeć, że to oni mają być Krzyżakami, a oni tak na nas. Nikt nie chciał ustąpić. Mieliśmy być Krzyżakami?! To się wreszcie rzuciliśmy, krzycząc, że na Krzyżaków, a oni to samo. Aleśmy się bili! Ale lekko, mamo, tak na niby, przecież miecze były drewniane i tarcze mieliśmy.
            To ostatnie dopowiedziałem, widząc, jak mama zmienia się na twarzy. Dodałem dla uspokojenia:
            – I prawie nic nikomu się nie stało.
            Że też mnie podkusiło! A tata zawsze powtarzał, że mowa jest srebrem, ale milczenie złotem! Mama aż przerwała szorowanie moich pleców:
            – Prawie?! Przecież mogliście się pozabijać! Drewnianym mieczem też można krzywdę zrobić!
            – Ee tam, tylko kilka siniaków było. Ale jaka zabawa!
            – Zaraz, czy to było wtedy, kiedy pełno milicji ganiało po całym osiedlu?
            – Chyba tak, mamo. Bo jak walczyliśmy, to szybko przyjechała. Może przez ten hałas, albo ktoś z dorosłych wezwał. Więc wszyscy rzucili się w nogi, a milicja nas goniła. Ja z Andrzejem i jeszcze kilku chłopaków od nas wbiegliśmy do naszego domu. Schowaliśmy się na klatce na trzecim piętrze i myśleliśmy, że pobiegną dalej, ale usłyszeliśmy że wbiegają. To przez ten właz u góry weszliśmy na strych i wdrapaliśmy się do góry na te belki od dachu. Tam się na nich położyliśmy, a milicja też weszła na strych, ale nie patrzyli do góry. Przeszukali strych i któryś krzyknął, że pewnie drugą klatką uciekliśmy i tam też zeszli. No to jeszcze poleżeliśmy i już. Ale zabawa była!
            – Zabawa? Mogliście sobie krzywdę zrobić, i jeszcze bym chodziła po was na milicję!
            – Ale przecież nas nie złapali…
            – Ale mogli! Zawsze coś musieliście wywinąć! I Andrzej, starszy, a jeszcze ciebie wciągał.
            – Wcale nie, mamo. Sam chciałem.
            – Ale on starszy i miał ciebie pilnować, a nie wciągać do bijatyk.
            – Mamo! To nie była bijatyka, tylko biliśmy się jak pod Grunwaldem! A Andrzej mnie pilnuje, jak wtedy co mnie odkopał.
            – O Jezu! O czym znowu mówisz?!
            cdn.
            • hardy1 Re: Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców 02.01.16, 21:31
              Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców, cz. 2/2

              Znowu się zagalopowałem! A Andrzej mi mówił, żeby ani mru mru mamie…
              – Mamo, to było bardzo dawno, też jeszcze w Bydgoszczy. Już jestem wykąpany i głodny. Zjadłbym coś.
              – Zaraz zjesz. Co to było?!
              – A tam, kiedyś na podwórku zamek z piasku budowaliśmy i wykopaliśmy taki mały rów. No i mnie w nim trochę zasypało, ale zaraz Andrzej z chłopakami mnie odkopali. Andrzej mnie zawsze pilnuje. Jak wtedy co się topiłem.
              Ups! Czy ja jestem dziewczyna, żeby wciąż paplać? Co mnie dzisiaj podkusiło?! Co jest, że nie potrafię utrzymać języka za zębami. Spokojniej jest, kiedy dorośli za dużo nie wiedzą! A teraz mama aż siadła!
              – Coo?! Topiłeś się?! O matko! I ja nic nie wiem! Kiedy to było?!
              Wolałem zanurzyć się cały w wannie, tak, że woda przykryła mi głowę. Przecież muszę się wypłukać. Głodny jestem, starczy tego szorowania pleców! Przy okazji może mamie minie…
              Nie minęło. Poczułem silny ucisk na ramieniu i jak trzepocząca się ryba zostałem wyciągnięty na powierzchnię.
              – Mów natychmiast!
              – Przecież już mówiłem. Trochę mnie zasypało, ale Andrzej z chłopakami zaraz mnie odkopali.
              – Nie o to pytam!
              – A o co, mamusiu?
              – Dobrze wiesz. Gdzie i kiedy się topiłeś? I dlaczego nic o tym nie wiem?!
              – Przecież żyję. Andrzej mnie upilnował. I też było dawno.
              – Już ja mu dam! Nic nie mówił! Więc?
              – Mamuś, ale naprawdę nic się nie stało. I Andrzeja nie było winy, tylko właśnie mnie pilnował. To było kiedyś w Ornecie, u cioci Reni, jak poszliśmy na ryby pod most. No na tej rzeczce. Staliśmy na takich kamieniach i się poślizgnąłem i wpadłem. No i tam było za głęboko, ale było twarde na dnie i się odbiłem i wypłynąłem. Andrzej podał mi wędkę, ale nie sięgnąłem. Ale jak znów się odbiłem, to już byłem bliżej, chwyciłem i Andrzej mnie wyciągnął.
              Ukochana mamusia znowu z wrażenia aż klapnęła na taboret przy wannie.
              – Ja chyba przez was osiwieję!
              – Mamuś, ale już przecież umiem pływać. A tamto było dawno!
              – Czego ja jeszcze nie wiem?! Jak nie bójka z innymi, to milicja was gania. Teraz jeszcze to! Albo z tym psem, kiedy mi się wyrwałeś…
              Odetchnąłem. Mama chyba uspokajała się. I słusznie! Przecież wszystko jest w porządku, co było, to było, ale dawno się zmyło. Teraz zaś mamusię samą wzięło na wspominki, a to już było dla mnie bezpieczniejsze. Kobiety lubią gadać, jeżeli o czymś wiedzą. Lepiej więc rozmawiać o wilczurze, niż być ciągniętym za język o innych zdarzeniach...
              – Bo mama mnie słabo trzymała. Przecież lubię psy, to do niego podbiegłem.
              – Musiałeś chwytać tego wilczura za szyję?
              – Bo chciałem go ukochać… ale mnie tylko przewrócił. Psy wyczuwają, kto je lubi. Przecież nie ugryzł mnie.
              – Ale stanął łapami na tobie. Boże, aż mi serce wtedy prawie stanęło!
              – Ale pies tylko stanął i nie ugryzł. Zresztą ta pani zaraz go odciągnęła.
              Byłem zadowolony, że rozmowa zeszła na bezpieczny temat, ale moja skóra na plecach stawała się coraz bardziej czuła. Gąbka w dłoni rodzicielki nie próżnowała, nie licząc krótkich przerw na zanurzenie jej w wodzie. Czy mama nie skończy? Każdy coś przecież przeżył, nie byłem wyjątkiem wśród chłopaków. Lepiej nie będę się już odzywał, aby nie przedłużać, albo co gorsze, jeszcze znowu coś wygadam...
              – Albo jak na Dworcowej w Domu Towarowym wyrwałeś mi się w tłumie. Przecież nie miałeś wtedy chyba pięciu lat. Taki kawał drogi od domu, biegałam po wszystkich szpitalach i milicji.
              A jednak! Jeszcze mama się nie wygadała. Może jak nie będę się odzywał, to skończy się to maglowanie?
              – Czemu nagle zamilkłeś? – Przerwała szorowanie i spojrzała podejrzliwie. – Coś jeszcze ukrywasz?
              Oj, niebezpiecznie! To już wolę rozmawiać o psie czy też o tym zgubieniu się...
              – Mamusiu, przecież pamiętałem, że jechaliśmy tam tramwajem. Nie mogłem ciebie odnaleźć, to wróciłem jak tory prowadziły. A przy lasku to już wiedziałem gdzie dom.
              – Jak ja się wtedy zdenerwowałam!
              – … i za to, że nic mi się nie stało, to jeszcze mama na mnie nakrzyczała, jak wróciła – skrzywiłem się na dawne wspomnienie. – Gdybym się odnalazł dopiero na drugi dzień, to by mama mnie wyściskała… – Skorzystałem z okazji, aby mamie dogadać. Czy nie możemy już skończyć tych wspominek?!
              – Miałam z tobą skaranie boskie, jak byłeś malutki, oj miałam. Na chwilę nie można było ciebie spuścić z oczu. – I tak, nie przestając mówić, mama doszorowała wreszcie moje plecy, aż skóra piekła. Skończyła i, wychodząc z łazienki, dorzuciła:
              – No dobrze, opłukaj się i ubieraj. I zaraz do obiadu siadaj. Musisz opowiedzieć, jak na koloniach było.
              – Mamusiu, już przecież mówiłem, że...
              – Mówiłeś, ale opowiesz dokładniej. Wytrzyj się, a ja już stawiam obiad. Jeszcze pogadamy.
              O czym mama jeszcze chce rozmawiać?! Ileż można wspominać zamierzchłe czasy? Że też kobiety nigdy nie mają dosyć. Jak już je weźmie na wspominki, to mogą tak godzinami ciągnąć. Zagadają biednego człowieka na śmierć. A tam, pewnie tak tylko mama powiedziała... (-)
              • k.karen Re: Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców 03.01.16, 14:27
                Hardy smile Wspaniale, że powstaje Twoja następna książka. W swojej biblioteczce mam już trzy z Twoją twórczością i z przyjemnością dołączę następną, a wiem, że przecież nie ostatnią smile

                Gratuluję smile
                • hardy1 Re: Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców 03.01.16, 19:15
                  Karen, nie mam migającego oczka w podpisie, więc mrugnę pisemnie - jednym i drugim oczkiem jednocześnie wink smile
                  • k.karen Re: Rozmowy z mamą przy szorowaniu pleców 05.01.16, 11:57
                    To sobie z przyjemnością pomrugamy wink
    • sza.aliczek Re: Podwórka 02.01.16, 12:25
      Przykre - nie żyje Natalie Cole.

      https://www.youtube.com/watch?v=-4ZyUgX4PLA

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka