Dodaj do ulubionych

Bezimienne, bez twarzy

02.08.20, 11:39
im łez jak grochy nie zbywało...

Szanowni Państwo,
urodziny dziś obchodzi Gołda Tencer, twórczyni kolekcji „I ciągle widzę Ich twarze”. Z tej okazji składamy Pani Gołdzie Tencer najlepsze życzenia szczęścia, spełnienia marzeń i radości z robienia rzeczy dobrych i ważnych.

A dzięki uprzejmości autorek oraz wydawnictwa Edipresse Książki publikujemy poniżej fragment biografii „Gołda Tencer. Jidysze mame” Katarzyny Przybyszewskiej-Ortonowskiej opowiadający o tym, jak powstała kolekcja.

Jankiel i Gołda Tencer, Wiśniowa Góra 1955 rok.

Jankiel and Golda Tencer, Wiśniowa Góra, 1955.

Żydów miało nie być i tych zdjęć też miało nie być
Ramka z moją rodzinną fotografią stoi pusta…
Nigdy nie poznałam rodziców taty, a moich dziadków, nigdy nie poznałam jego licznego rodzeństwa, ich dzieci, o ile je mieli, bo przecież tego nie wiem. Długo nie znałam nawet ich imion, dat urodzenia, nigdy nie poznałam dat i miejsca śmierci.
I nigdy nie zobaczyłam ich twarzy…
Nie zachowało się żadne zdjęcie, żaden dokument, przedmiot. Nic.
Nie zostało po nich nic. Jakby ich w ogóle nie było.
Moje pokolenie nie miało szansy poznać swoich przodków. Moje pokolenie nie wiedziało, co to „dziadek”, „babcia”, „ciocia”, „wujek”. Zdawkowe odpowiedzi rodziców. Byli. Żyli. Zginęli. Zaginęli. Kiedy? Nie wiem. Gdzie? Nie wiem. Jak? Nie wiem. Nie pytaj. Do świątecznego stołu zasiadało nas niewielu. Puste krzesła, na których nikt nie usiadł, puste talerze i filiżanki, które nie doczekały się nikogo.
Smutek i cisza, modlitwa za zmarłych.
Moje pokolenie nie miało przeszłości, a milczenie rodziców nie pozwalało nam jej poznać. „Ojczyzną Żydów jest pamięć”. Zawsze to powtarzam. Tylko że trzeba mieć co pamiętać.
Może dlatego któregoś ranka wiosną 1994 roku obudziłam się z poczuciem misji. „Trzeba zebrać zdjęcia Żydów polskich” – pomyślałam. Te, które jeszcze zostały, których jeszcze nie pochłonęła historia, nie zniszczyli ludzie i czas.
Nie lubię odkładać niczego na później. Jutra może nie być. Natychmiast zadzwoniłam do przyjaciół: Małgosi Niezabitowskiej i Tomka Tomaszewskiego, by opowiedzieć im o swoim pomyśle. Tomek, doskonały, znany i ceniony w świecie fotograf, był sceptyczny.
– Gołda, to niemożliwe, by ktoś coś zachował – studził mój zapał. – Po tylu latach? Wątpię, żeby ktokolwiek przysłał choć jedno zdjęcie. Nikt już nic nie ma. Niepotrzebnie się łudzisz.
Odłożyłam słuchawkę niezrażona. Zbiegłam po schodach do pokoju, w którym stały książki, pudła pełne zdjęć i albumy rodzinne. Nerwowo przerzucałam kartki albumów. Było ich wiele. Mój brat w latach 60. zrobił tysiące fotografii. Ale nie ich wtedy szukałam. W stercie leżących luzem w pudle zdjęć odnalazłam to, o co mi chodziło. Kilka przedwojennych i powojennych fotografii mamy i jej łódzkiej rodziny.
Obracałam w palcach zdjęcia, dokładnie się im przyglądając. Jakie kryły historie? Jakie sekrety? Co opowiadały? Kto na nich był?
O pomoc poprosiłam mamę. Ona wiedziała.
Na jednej trzech chłopców: Szymek, Szmulek i Szymszo Lewkowicz z Łodzi. Byli to trzej synowie ciotecznej siostry mojej mamy, Jachet. Jachet pracowała jako prządka na Zachodniej. To ta, której mąż wyjechał do Paryża i wracał od czasu do czasu, a po jego pobycie rodził się kolejny syn. Najmłodszego Icka nie ma na zdjęciu. Tę nadpaloną fotografię mama dostała, kiedy w 1945 roku wróciła z zsyłki w ZSRR. Jak się później dowiedziała, Szymek i Icek zginęli razem ze swoją matką i babcią w łódzkim getcie. Szmulek na początku wojny pojechał do Białegostoku, ale miał narzeczoną w getcie, wrócił i prawdopodobnie też tam zginął. Szymszo, nauczyciel tańca, uciekł na wschód i słuch po nim zaginął. Chłopcy stoją na zdjęciu w mundurkach szkolnych i czapkach. Szymek i Szmulek mają krótkie spodenki i podkolanówki, Szymszo, najstarszy, już długie spodnie. Dwóch starszych chłopców trzyma pod pachą teczki. Twarz najmłodszego Szymka jest nadpalona, ledwo ją widać. Szymek i Szmulek są poważni, Szymszo – uśmiechnięty. Mama zawsze wspominała, jak zamykali się w pokoju, Szymszo stawiał jej stopy na swoich i porywał do walca. Tak uczył tańczyć małą Sonię… Nie wiem dokładnie, z którego roku mogło być to zdjęcie. Mama mówiła, że z początku lat 30.
Na drugiej fotografii starsza kobieta trzyma dziecko. Ma duże oczy, na głowie perukę, jak ortodoksyjne Żydówki, skromną ciemną bluzkę i spódnicę. Dziecko, ubrane w białe spodenki i kaftanik, ma rozdziawioną buzię. Ta kobieta to Majta Moszkowicz, moja prababcia, z wnukiem Szymszem, najstarszym synem jednej ze swoich trzech córek, Jachet Lewkowicz, późniejszym nauczycielem tańca. Zdjęcie zrobiono w Łodzi, na początku lat 20. To jedyne, na którym jest moja prababcia. Majta Moszkowicz prawdopodobnie zginęła w łódzkim getcie.
(…)
Znalazłam też dowód mojego dziadka, ojca mamy, Icyka Rubinowicza, urodzonego 14 stycznia 1895 roku w Łodzi, syna Arona i Blimy. Z dowodu można wyczytać, że był religii mojżeszowej, z zawodu piekarzem, a jego stan rodzinny to „żonaty”. Dowód wystawiono w 1923 roku. Miałam także fotografie taty i wujka Menaszego, zrobione tuż po wojnie, gdy są jeszcze, wydawałoby się, młodzi, choć oczy mają smutne.
Wszystkie zdjęcia były podniszczone, niewyraźne, naznaczone zębem czasu. Jedno z nich było nadpalone, inne urwane, pogniecione, pożółkłe. Na twardym papierze utworzyły się zmarszczki i bruzdy, jak na ludzkiej twarzy, której nie oszczędzał los. Ale skoro te fotografie przetrwały, dlaczego nie mogły przetrwać inne zdjęcia polskich Żydów?
Poczułam, że muszę je odszukać. I tak z tymi kilkoma ocalałymi fotografiami rozpoczęłam swoją krucjatę. Nie był to jeszcze czas internetu, więc z apelem, że poszukuję przedwojennych i wojennych zdjęć polskich Żydów, zgłosiłam się do telewizji i radia, wysłałam ogłoszenia do wszystkich lokalnych gazet, do czasopism dla kobiet, periodyków historycznych, nawet do magazynu strażackiego. Przyjaciele nadal pukali się w czoła, redaktorzy w mediach również nie zarazili się moim entuzjazmem.
Posiadanie fotografii Żydów było w czasie wojny zabronione, surowo karane, nawet śmiercią. Ludzie niszczyli więc wszystko, co przypadkiem do nich trafiało. Zdjęcia sąsiadów, znajomych, przyjaciół w większości spłonęły, tak jak uwiecznieni na nich ludzie. Na wieczną niepamięć.
Żydów miało nie być i tych fotografii też miało nie być.
Minęły dwa lata od mojego apelu.
Wszyscy o nim zapomnieli, ale ja nie przestałam wierzyć.
I nagle zdjęcia zaczęły napływać. Najpierw powoli, potem dzień w dzień przez rok przychodziły dziesiątki listów i fotografii. Białe, szare i brązowe koperty, małe, średnie i duże, zaadresowane ręcznie i na maszynie, gładkie i pogniecione piętrzyły się na podłodze, stole, wszystkich szafkach i parapetach w gabinecie Szymona w Teatrze Żydowskim. Zaglądaliśmy tam codziennie. Sterty listów rosły.
Ale jak te fotografie pokazać światu? Jak je przywrócić pamięci?
Do pomocy zaprosiłam kilkoro niezwykłych ludzi: Janka Jagielskiego, znawcę historii Żydów polskich, dziennikarkę Małgorzatę Niezabitowską, fotografa Tomasza Tomaszewskiego, Lecha Majewskiego, grafika i plakacistę, profesora Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, oraz reżysera i dokumentalistę Marcela Łozińskiego.
Pamiętam tamten ceremoniał. Siedzieliśmy w gabinecie Szymona, mój asystent Tadeusz rozcinał koperty, ja otwierałam i czytałam list, potem ten list trafiał do rąk Janka Jagielskiego, który zapiski archiwizował. Ostrożnie oglądaliśmy każdą fotografię, uważając, by jej nie uszkodzić. Te spotkania odbywały się przez kilka miesięcy raz, dwa razy w tygodniu.

cdn

Obserwuj wątek
    • wscieklyuklad Re: Bezimienne, bez twarzy 02.08.20, 11:40
      A listy napływały dalej…
      Jest taki niezwykły wiersz Wisławy Szymborskiej Jeszcze, w którym przez okupacyjną noc jadą pociągiem w nieznane skazane na zagładę imiona. Imiona, których nikt, tak jak ludzi, nie będzie pamiętał.
      „A dokąd tak jechać będą, a czy kiedy wysiędą, nie pytajcie, nie powiem, nie wiem”.
      Zapomniane imiona, zapomniani ludzie, zapomniane historie…
      Nagle ożyły w listach i na zdjęciach.
      Los nie oszczędzał fotografii i targał nimi jak ludźmi.
      I jak ludzie musiały, by ocaleć, schować się, ukryć, zamilknąć, zastygnąć, udać, że ich nie ma. Przeczekać, przechytrzyć historię, oszukać przeznaczenie. Z listów i opisanych w nich opowieści dowiedzieliśmy się, jak przetrwały. Ukryte w szufladach z rupieciami, w piwnicach, na strychach, pod podłogą, w rurach kanalizacyjnych, pod schodami domu, który spłonął w czasie powstania warszawskiego, przemyślnie zaklejone pod innymi zdjęciami w albumie, w szczelinach desek, pod obrazami, w makulaturze, zaszyte w okładkach książek, podszewkach płaszczy…
      Było zdjęcie znalezione w 1992 roku w trakcie remontu więzienia w Pińczowie. Na nim żydowska rodzina przy nagrobku. Na nagrobku napis w języku jidysz: „Najdroższa matka, skromna, o dobrym sercu Rajzel Białowons, córka Abrahama, błogosławionej pamięci, zmarła, mając 70 lat, w 1934 roku”. Skąd się tam wzięło? Nie wiadomo.
      Wiele nadesłanych zdjęć to odbitki ze szklanych klisz znalezionych w Zduńskiej Woli w 1987 roku przez historyka Jerzego Chrzanowskiego, który w poszukiwaniu eksponatów do miejscowego muzeum penetrował stare domy. Szklane klisze były ukryte pod belką na strychu domu przeznaczonego do rozbiórki. Jak się okazało, przed wojną mieścił się tam zakład fotograficzny Żyda Szmuklarowicza. Muzeum w Zduńskiej Woli zorganizowało potem wystawę odbitek z klisz. Przyjechało wówczas wielu ocalałych z Holokaustu Żydów z okolic Zduńskiej Woli, ale nikt nie rozpoznał nikogo ze sportretowanych.
      Jan Kochański z Zawiercia nadesłał zdjęcie, opisując je w ten sposób: „Przez cały czas okupacji pracowałem w hucie Zawiercie. Do czyszczenia maszyn otrzymywaliśmy garderobę pochodzącą ze zlikwidowanego getta. Wśród odpadów znajdowało się to zdjęcie”. Na fotografii dwóch pochylonych nad stołem brodatych Żydów. Jeden ma na głowie czapkę, drugi – jarmułkę. Na stole leży czarny kapelusz. W tle płot, za płotem – pola.
      (…)
      Ludzie nadsyłali fotografie, pisząc: „Nie wiem, skąd te zdjęcia wzięły się w mojej rodzinie. Ale mój zmarły tata mówił, że są to Żydzi”.
      „Przesyłam wam dwie fotografie kolegów ojca. Mama je ukryła w czasie okupacji, a po wojnie znów wkleiła do albumu. Jestem pewna, że będzie im dobrze u was. Przepraszam za zwłokę, ale musiałam jeszcze trochę z nimi porozmawiać, aby się ciepło i bez żalu z nimi rozstać”.
      Każde zdjęcie kryło niezwykłą historię. Wstrząsnęła mną opowieść Zahavy Bromberg, która wysłała nam maleńką zniszczoną fotografię o nieregularnych kształtach, wielkości paznokcia, już lekko zamazaną. Patrząc wnikliwie, można jednak dojrzeć na nim twarz eleganckiej kobiety w kapeluszu. Zahava Bromberg napisała: „Zdjęcie mojej mamy przeniosłam przez dwie selekcje doktora Mengele w Auschwitz. Raz trzymałam je w ustach, a drugim razem przyklejone plastrem do stopy. Miałam 14 lat. Moja mamusia Debora Goldstein-Rosen, tata, siostrzyczka Gizia i brat Abrahamek już nie żyli. Ukryli się na terenie obozu w Płaszowie przed wywózką do Auschwitz, ale 24 marca 1943 roku znalazł ich komendant obozu i zastrzelił na miejscu”.
      Spotkałam się później z Zahavą. Po wojnie została fotografką, mieszkała w Tel Awiwie. Po latach zastanawiała się, jak mogła być tak nieostrożna. Za posiadanie zdjęcia groziła jej natychmiastowa śmierć. A jednak potrzeba posiadania ostatniej pamiątki po zamordowanej mamie była silniejsza niż strach. Ocalona fotografia towarzyszyła ocalonej z Holokaustu Zahavie przez całe życie. W małym zniszczonym zdjęciu najwyraźniejsze są oczy. Oczy mamy.
      (…)
      Alicja z Borkowskich Sajkowska z Poznania przysłała dwie fotografie. Na nich śliczne dziewczynki w szkolnych fartuszkach, obie mają pełne, uśmiechnięte buzie i burzę loków. Lucyna i Izabela Fajzylberg, córki doktora Fajzylberga, podarowały pani Alicji te zdjęcia w 1936 roku, kiedy całą rodziną przenosiły się z Warszawy do Poznania. „Przechowuję je 60 lat – pisała pani Alicja. – Mimo wysiedlenia przez Niemców, różnych innych perypetii i klęsk życiowych, których nie będę opisywała, bo któż ich w Polsce nie zaznał, zawsze je miałam przy sobie. Co stało się z tą rodziną, nigdy nie zdołałam się dowiedzieć. Modlę się za nich co wieczór. Jestem szczęśliwa, że fotografie te składam w godne ręce. Nie miałam komu ich zostawić, dzieci moje wyjechały z Polski, ja mam przeszło 70 lat. Teraz wiem, że czyjeś oczy czasem spojrzą z życzliwością na moje przyjaciółki”
      Na przedwojennych zdjęciach twarze uwiecznionych na nich ludzi są spokojne i pogodne. I jeszcze wolne od przerażenia i lęku…
      (…)
      Jest takie jedno zdjęcie…
      Znam je dobrze, ale za każdym razem, gdy na nie patrzę, robi na mnie niezwykłe wrażenie. Fotografię wykonano w Tarnobrzegu na przełomie 1939 i 1940 roku. Na niej Żyd w białej koszuli i kamizelce wchodzi do rzeki. Za nim dziób łódki, odbite w wodzie drzewa. Na pierwszym planie pływają meloniki. Zdjęcie przysłał Marian Kosior z Tarnobrzega. Napisał: „Tak zabawiali się gestapowcy i żandarmi niemieccy. Likwidowali elitę żydowską w Tarnobrzegu, wpędzając tych ludzi do Wisły i strzelając do nich. Zdjęcie pochodzi ze zbiorów II Oddziału Armii Krajowej, obwód Tarnobrzeg, którego byłem żołnierzem”. Zostały tylko meloniki…
      Wiele nadesłanych fotografii to kadry z tragicznego spektaklu napisanego przez historię. Tabliczka z Łodzi z napisem: „Dzielnica żydowska. Wstęp wzbroniony”. Most nad ulicą Zgierską – przejście z jednej części getta do drugiej. Zdjęcie zrobione w 1943 roku. Na moście figurki bezimiennych. Fotografia z Krosna nad Wisłokiem. Żydów spędzono na rynek przed wywózką do obozu zagłady w Bełżcu. Kazano im szarpać się za brody. Podarte chałaty, opaski z Gwiazdą Dawida na ręku i wzrok rozdzierający serce.
      (…)
      Nadesłano zdjęcia z wywózek do obozów zagłady. Transport do Chełmna nad Nerem, pociągi pełne ludzi jadących na śmierć. Likwidacja getta w Bełchatowie, Żydzi z Myślenicy, usadowieni na chłopskich furmankach. Powiedziano im, że to akcja przesiedleńcza. Z walizami, kuframi, torbami wyruszają w ostatnią podróż. Fotografię wykonała pani Maria Górniesiewicz z balkonu. Drżała jej ręka, bała się zdemaskowania, zdjęcie jest nieostre, ale musiał być ktoś, kto da świadectwo. Józef Seweryn, ukryty w trumnie na wystawie zakładu pogrzebowego, przez sęk w desce zrobił zdjęcia łapanki na Żydów na Rynku Podgórskim w Krakowie. Innym razem dantejskie sceny fotografował z tramwaju. Na kolejnym zdjęciu wypędzenie Żydów z Pińczowa do Treblinki, przeprowadzka do krakowskiego getta. Obóz pracy w Poniatowej, esesmani biją Żyda. Wiele fotografii zostało wykonanych przez żołnierzy niemieckich, podpisane są: „Na polu walki”. Inny podpis: „Niemieccy żołnierze palą zawszone żydowskie łóżka”.
      I jeszcze jedno zdjęcie… Jedyna kolorowa fotografia płonącego warszawskiego getta, wykonana w kwietniu 1943 roku przez ukrywającego się wówczas w Warszawie łodzianina Karola Grabskiego. Na drugim planie zachodzi słońce. Widać różową poświatę. Na pierwszym planie dym unoszący się nad czarnymi dachami.
      Poza tym cisza.
      Nadeszło ponad dziewięć tysięcy fotografii.
      Setki niezwykłych historii. Tragicznych, wzruszających, ściskających za gardło, chwytających za serce. „Moja mama przyjaźniła się z panią Pejsakową. Kiedy mieli wywozić rodzinę z Opatowa, dała matce zdjęcia, aby przechowała, że może ktoś przeżyje…”. „Jesienią 1943 roku spotkałam na drodze kobietę. Dała mi swoje zdjęcie i powiedziała: «Może ktoś kiedyś mnie rozpozna, będzie wiedział, co się ze mną stało»…”. Na odwrocie: „Nie zapomnij, wspomnij, Hania – Tonia. Bendsburg, 11 lipca 1941 roku”. „Tonia była zatrudniona w fabryce cukierków Astra w Będzinie. Pracowała razem z moją żoną Anną, której to zdjęcie po
      • wscieklyuklad Re: Bezimienne, bez twarzy 02.08.20, 11:41
        18 kwietnia 1996 roku złożona z nadesłanych fotografii wystawa miała premierę w warszawskiej Zachęcie. Moje zdenerwowanie sięgało zenitu. Wiedzieliśmy, że zrobiliśmy rzecz wielką i ważną, ale trzeba było te zdjęcia pokazać światu, odgrzebać z niepamięci. Staliśmy na schodach w Zachęcie, witając gości. Przyszły tłumy. „New York Times” pisał potem, że „kilka tysięcy ludzi otoczyło budynek Zachęty”. Nie można było naraz wpuścić wszystkich zwiedzających, ludzie stali cierpliwie w kolejce i w milczeniu. Choć zdawaliśmy sobie sprawę z siły rażenia uzbieranej kolekcji, takiego zainteresowania się nie spodziewaliśmy. W ostatniej chwili na salę wniesiono kosze pełne figurek żydowskiego skrzypka z napisem: „Tym, którzy ocalili pamięć. Fundacja «Shalom»”. Wręczyliśmy je przybyłym na wystawę ludziom, którzy wysłali do nas zdjęcia i historie.
        Krótko po wernisażu rozdzwoniły się telefony z całego świata. Największe muzea i domy wystawowe chciały pokazać nasze fotografie. Na wiele miesięcy, a nawet lat, ruszyliśmy w drogę.
        Pokazywać nasze zdjęcia, dawać świadectwo.
        Pamiętam, jak dyrektor Yad Vashem, Avner Shalev, mówił przy mnie do swoich pracowników:
        – Przecież ona jest aktorką. – Tu wskazywał na mnie i wznosił oczy do nieba. – A wy jesteście historykami, dokumentalistami, archiwistami. Dlaczego nikt z was nie wpadł na taki pomysł?
        Pierwszym miastem, które upomniało się o naszą wystawę, był Frankfurt nad Menem. Życie to sinusoida przeróżnych zdarzeń. Tydzień przed wernisażem przeszłam operację. Lekarz prowadzący nie chciał wypuścić mnie ze szpitala. Wezwany na pomoc mój brat Janusz, gdy lekarz przekonywał go, że „pani Gołda nigdzie nie pojedzie”, odpowiedział:
        – To nie zna pan mojej siostry!
        Wystawę w Juedisches Museum we Frankfurcie otworzyłam z Ignatzem Bubisem, przewodniczącym Centralnej Rady Żydów w Niemczech, o którym już wspomniałam. Potem sama dokonałam otwarcia wystawy w Muzeum Historii w Łodzi. Moment był wzruszający. Pamiętam, jak powiedziałam wtedy:
        – Czy mogłam przypuszczać, że mała Genia z Próchnika 28 wróci po latach do rodzinnego miasta, by w Pałacu Poznańskiego otwierać wystawę?
        Jeszcze tego samego roku nasze zdjęcia poleciały do Los Angeles, gdzie zawisły w The Simon Wiesenthal Center and Museum of Tolerance. Przypomniałam sobie niezwykłe zdarzenie związane z tą wystawą. Zazwyczaj robiliśmy własne zaproszenie na wernisaż, według jednego wzoru. Centrum Wiesenthala poprosiło nas, by sami mogli zaprojektować zaproszenie na ich otwarcie. Na pierwszą stronę wybrali zdjęcie dwóch siedzących na ławce Żydów. Jeden był bez zębów. I nagle, niespodziewanie dostaliśmy wiadomość, że zgłosił się człowiek, który w jednym z mężczyzn na fotografii rozpoznał swojego brata. Takich historii było więcej. Kilka lat później zadzwoniła do mnie nieznajoma pani z Izraela. Płakała w słuchawkę.
        – Ktoś mi powiedział, że widział na zorganizowanej przez panią wystawie fotografie mojej rodziny.
        Zaczęłam dopytywać o szczegóły. Owa pani ocalała z Holokaustu jako jedyna z licznej żydowskiej familii. Nie miała żadnych zdjęć swoich bliskich, przez lata zapomniała, jak wyglądali. A teraz się okazało, że ktoś nadesłał aż czterdzieści fotografii z ich rodzinnego albumu. Gdzie je znalazł, nie wiadomo. Pani nadal płakała w słuchawkę.
        – Czy mogłaby pani wysłać mi te zdjęcia? – zapytała. I dodała: – Chciałabym pokazać moim dzieciom, że też miały rodzinę.
        Cały plik tych fotografii zawiózł do Tel Awiwu ówczesny ambasador Izraela w Polsce Szewach Weiss.
        (…)
        W 1998 roku wystawa I ciągle widzę ich twarze dotarła do Jerozolimy, gdzie otworzyliśmy ją w Yad Vashem, w dolinie gmin żydowskich. Na wernisaż przyjechali ze mną moi marcowi przyjaciele. Miałam zaszczyt zapalić znicz z Heńkiem Chmielnickim i Michałem Pączkiem. Z Heńkiem i jego żoną Pauliną przyjaźnię się do dzisiaj.
        Z wystawą pojechaliśmy do Meksyku, do Muzeum San Ildefonso, wernisaże odbyły się też w Holocaust Memorial Center w Detroit i w Mémorial du Martyr Juif Inconnu w Paryżu. Rok później pojechaliśmy z wystawą do Bostonu – gdzie otworzył ją z nami laureat Nagrody Nobla Elie Wiesel – Hamburga, Sankt Petersburga, Montrealu, Chicago. Wszędzie tłumy. W Nowym Jorku wystawa miała wisieć dwa miesiące, ale zainteresowanie było tak duże, że dyrekcja muzeum zdecydowała się odwołać wernisaż kolejnej ekspozycji. Nasze zdjęcia można było oglądać ponad pół roku. W kolejnych latach odnalezione fotografie zobaczyli mieszkańcy Brukseli, Pragi, Montrealu, Buenos Aires, Wilna, San Jose, Hagi, Toronto, Grenoble, Lyonu, Londynu, Madrytu, Porto, Barcelony i bardzo wielu miast polskich. Do dziś „ich twarze” zobaczyli mieszkańcy ponad sześćdziesięciu miast na świecie. A wystawa jedzie dalej. Żyje swoim życiem, kolekcja zaś się powiększa.
        (…)
        A jednak były zdjęcia. Istniały. Nie zniknęły z powierzchni ziemi.
        Znam na pamięć wszystkie fotografie, przestudiowałam wnikliwie każdą widniejącą na nich osobę. I mam wrażenie, że ci wszyscy ludzie dołączyli do mojej rodziny.
        Minęło tyle lat, a ja ciągle widzę ich twarze.
        Choć nie było to moim celem, gdzieś w głębi serca liczyłam na cud.
        A może istnieją gdzieś zdjęcia mojej rodziny ze strony taty? Może ktoś odnalazł je przypadkiem, przechował? Może usłyszał apel, zgłosi się do nas? Może ich zobaczę, poznam rysy twarzy podobne do moich, Janusza, taty, wujka Menasze…? Cud się nie zdarzył.
        Ramka z moją rodzinną fotografią stoi pusta.
        Tych twarzy nie zobaczyłam.
        Ciągle czekam.

        https://scontent.fwaw3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.0-9/117039478_3071392422914693_3181731894960034782_n.jpg?_nc_cat=107&_nc_sid=110474&_nc_ohc=q4ATBliuvFgAX9UsXQc&_nc_ht=scontent.fwaw3-1.fna&oh=051a7ab4da8cf6414ba5021bb70cd05b&oe=5F4B7DC5

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka