Gość: Marek
IP: *.dip0.t-ipconnect.de
07.07.04, 22:26
POLSKA - NIEMCY
Na różnych falach
FOT. MIROSŁAW OWCZAREK
THOMAS URBAN
Czy to cisza po bitwie? A może to cisza przed burzą?
Większość polskich mediów prowadziła dyskusję o Centrum
przeciwko Wypędzeniom niczym bitwę, której punktem
kulminacyjnym była wizyta Eriki Steinbach, przewodniczącej
Związku Wypędzonych, w Warszawie w połowie września.
Debata z posłanką do Bundestagu została, jak doniosły gazety,
wygrana. Erika Steinbach nikogo nie przekonała.
Ale gdy odłoży się na bok kategorie zwycięstwa i porażki, i
spróbuje się abstrahować od emocji, które wycisnęły swoje piętno
na relacjach polskich mediów, to wyłania się inny obraz.
Protagoniści wzajemnie mijają się. Tak, jak Erika Steinbach nie
przekonała swoich polskich rozmówców, tak też oni niewiele
zdziałali swoimi argumentami. Steinbach nie jest sama. Ma za sobą
nie tylko całą frakcję chrześcijańskich demokratów w Bundestagu,
lecz również ważnych deputowanych opozycyjnych liberałów, a
także posłów z zielono-czerwonego obozu rządzącego.
Warto przyjrzeć się bliżej, na jakich płaszczyznach strony się
wzajemnie mijają, dlaczego dialog znalazł się w impasie.
Kto zna lepiej historię
Niemcy wiedzą dużo mniej o wspólnej historii niż Polacy. Takie są
po prostu fakty. Jednak centralny punkt we wzajemnym
niezrozumieniu między zwolennikami Centrum przeciwko
Wypędzeniom w Niemczech i jego przeciwnikami w Polsce nie
wynika tylko z braku wiedzy. Są to raczej fundamentalnie
odmienne sposoby podchodzenia do tej części wspólnej historii.
Chodzi o pojęcie kolektywnej winy. Wszyscy bez wyjątku wybitni
przedstawiciele polskiej inteligencji, którzy sami przeżyli grozę
niemieckiej okupacji - w tym Władysław Bartoszewski, Stefan
Bratkowski, Marek Edelman, Leszek Kołakowski, Stanisław Lem -
przedstawiwszy swoje przeżycia, często w bardzo emocjonalnej
formie, argumentowali tak samo: wypędzenie Niemców z terenów
na Wschód od Odry i Nysy było karą za to, że Niemcy rozpętali
wojnę i prowadzili ją w tak brutalny sposób.
Niektórzy skrócili to do drastycznego sformułowania: "Kaci chcą
udawać ofiary". Wypędzenie miałoby też być ostatecznie karą za
to, że Niemcy w demokratycznych wyborach pomogli Hitlerowi w
dojściu do władzy. Oni sobie sami zgotowali ten los. Tego samego
schematu argumentacji użył także niemiecki minister spraw
zagranicznych Joschka Fischer, gdy powiedział: "Niemcy sami
siebie okaleczyli". Spotkał się za to w Niemczech z ostrą krytyką.
Większość Niemców, również wielu przeciwników Eriki
Steinbach, nie rozumie tej argumentacji. Wskazuje się na to, że
przeważająca część Niemców, którzy zostali zmuszeni do
opuszczenia swojej ojczyzny, często po dłuższych pobytach w
obozach pracy przymusowej, to byli starcy, kobiety, młodzież i
dzieci. W 99 procentach nie ciążyła na nich indywidualna wina z
czasów narodowosocjalistycznego reżimu. Abstrahując od faktu,
że wyborcy w 1933 roku nie dlatego głosowali na Hitlera, że
obiecał im wojnę i ludobójstwo, lecz pracę i porządek.
Dzisiaj w niemieckim społeczeństwie istnieje daleko idąca
zgodność, że wypędzeni byli ofiarami. Byli ofiarami w
zachodnioeuropejskim rozumieniu prawa i wedle nauczania
Kościoła. To, że w katolickim kraju, jakim jest Polska, w tej
kwestii prawie wszyscy publicyści stosują kategorię winy
zbiorowej, której nie da się pogodzić z chrześcijaństwem,
zdumiało niektórych niemieckich publicystów.
W tym sensie po stronie niemieckiej nie rozumie się oburzenia
polskich komentatorów, gdy Erika Steinbach przytoczyła słowa
polskich biskupów ze słynnej wymiany listów z 1965/66 roku:
"Przebaczamy i prosimy o przebaczenie". Jeśli wypędzeni z
ojczyzny byli ofiarami, tak brzmi argumentacja, mają oczywiście
prawo do powtórzenia tego zdania. Odmawianie im tego prawa,
znaczy znowu stosowanie niechrześcijańskiego pojęcia winy
zbiorowej.
Również to, że polscy politycy i dziennikarze niedawno zażądali
od irlandzkiego prezydenta Parlamentu Europejskiego Pata Coksa
zapewnienia, że nigdy nie określił przymusowego wysiedlenia
jako bezprawia, nie jest rozumiane. Argumentuje się, że
wypędzenie ludzi, których indywidualna wina nie została
udowodniona, jest bezprawiem, tak samo jak przejęcie ich majątku
lub ich deportacja do obozów pracy. Z drugiej strony nikt w
Niemczech nie kwestionuje, abstrahując od skrajnych ugrupowań
prawicowo-ekstremistycznych, że niemieccy okupanci wyrządzili
Polakom po wielekroć większą krzywdę, zarówno pod względem
prawnokarnym, jak i moralnym. Nie rozumie się tylko, że to
"mniejsze bezprawie", którego pewna grupa Niemców po wojnie
doznała jako skutku tego "większego bezprawia", nie może zostać
nazwane bezprawiem.
Jałta i Poczdam raz jeszcze
W niemieckim społeczeństwie istnieje dzisiaj daleko idąca
zgodność co do tego, że niemieckie państwo jako całość ponosi
odpowiedzialność za skutki drugiej wojny światowej. Dlatego
utrata terenów na wschód od Odry i Nysy została uznana, dlatego
zawarto układ o wypłacie odszkodowań, dlatego kanclerze
federalni i prezydenci federalni prosili polski naród o wybaczenie.
Jeśli zaś strona polska wysuwa argument, że Polska przy
wysiedleniu Niemców wykonywała tylko rozkaz zwycięskich
mocarstw, a ponadto przesiedlenie było nadzorowane przez
aliantów, to spotyka się to z ostrym sprzeciwem ze strony
niemieckiej. Co właściwie zostało zaprotokołowane w Jałcie i w
Poczdamie? Na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku alianci
zgodzili się, że Polska utraci tereny, które w 1940 r. po
sfałszowanych wyborach zaanektował Związek Radziecki, i w
zamian za to postulowała "przesunięcie granic na zachodzie i
północy". Granic nie wyznaczono.
W protokole końcowym konferencji w Poczdamie w sierpniu 1945
r. ustalono, że niemieckie tereny na wschód od Odry i Nysy
zostaną oddane pod administrację sowiecką (północna część Prus
Wschodnich) i polską. Niemcy mają zostać wysiedleni z Polski,
ale Polska miała wedle ustaleń z Poczdamu na zachodzie granice z
1937 roku. Polemiczne pojęcie "granice z roku 1937" nie zostało
zatem wymyślone przez "rewanżystów w NRF", jak chciała
później propaganda PRL, lecz przez zwycięskie mocarstwa. To, że
tymczasowy rząd polski, zwłaszcza minister ziem odzyskanych,
Władysław Gomułka, uważał niemieckie tereny wschodnie na
długo przed Poczdamem za polskie tereny państwowe (ponieważ
Stalin tak zdecydował), spotkało się z protestem rządów w
Waszyngtonie i Londynie. Brytyjczycy i Amerykanie myśleli, jak
dzisiaj wiadomo, o oddaniu dużo mniejszych terenów, nie zaś o
wypędzeniu, przymusowym przesiedleniu i zakazie powrotu dla w
sumie 10 - 12 milionów ludzi.
Z powodu interpretacji linii Odry i Nysy jako nowej polskiej
granicy zachodniej doszło w 1946 roku do poważnego konfliktu
między Watykanem i polskim prymasem kardynałem Augustem
Hlondem - rozdział, który do dziś jest sporny między polskimi i
niemieckimi biskupami.
Arytmetyka zysków i strat
Inny przytaczany przez Polskę argument jest przez wielu
niemieckich historyków uważany za nieprzekonujący. Polska
straciła na Wschodzie, dlatego musiała dostać niemieckie tereny
wschodnie. Przeciwko temu wysuwane są argumenty, że na
ówczesnych polskich terenach wschodnich mniej niż jedną trzecią
ludności stanowili Polacy. Litwini, Rusini i Ukraińcy stoją dziś na
stanowisku, że Polska przemocą wcieliła te tereny w latach 1918 -
1920. Opinię tę słyszy się też często w Niemczech. Z tego powodu
również obliczenia o wysokości polskich strat wojennych, które na
przykład zrobił tygodnik "Wprost", kwitowane jest odpowiedzią:
materialna wartość wszystkich nieruchomości na niemieckich
Plus - Minus
http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_031115/plus_minus...
4 von 5 18.11.2003 23:01
terenach na wschód od Odry i Nysy, których utratę Niemcy
przecież uznali też za rodzaj reparacji, rekompensuje wielokrotnie
polskie straty.
Stanowisko rządu federalnego jest jednoznaczne: Jeśli kwestia
utraconych na rzecz ZSRR terenów wschodnich w ogóle istnieje,
to między Polską z