korciło mnie, zeby o tym pogadać jeszcze na tamtym forum, ale z
oczywistych przyczyn

nie miało to sensu.
Tu zresztą bardziej chyba temat pasuje bo dotyczy i etyki i ludzi i
społeczeństwa, a nie tylko religii
istnieje takie forum:
www.kryzys.org/viewforum.php?f=2
mnóstwo smutnych zyciowych historii. Niektóre rady i ksiazki - jak
np. Dobson warte polecenia każdemu w trudnej sytuacji związkowej
bez wzgledu na swiatopogląd. W sytuacji zdrady npp. jedyne dobre
rady to: nie narzucaj się, zajmij się soba itp.
Nie dzwii mnie oczywiscie na tym forum oparcie o religię. przeraza
mnie natomiast to wszechobecne przekonanie, ze małzeństwo, choćby w
stanie nie tyle agonni co posmiertnego rozkładu za każdą
cenę "utrzymać" co wprost oznacza brak zgody na rozwód.
nieco takze dziwi mnie owo lansowane niezmiennie przekonanie, jakoby
zgoda na rozwód byla w oczach Koscioła jakimś megagrzechem.
tymczasem ja sie w realu z taka postawa ksieży. grzech to wówczas,
jesli sie do rozwodu swoim zachowaniem doprowadzi. Nawet
niekniecznie grzech wówczas, gdy sie o niego wystąpi!
pytalam raz taką osobę przekonaną o tym samym co tam wypisują i
stwierdzila, ze zgoda na rozwód to ...pozwolenie na rzech
współmałzonka. hmmm no ja już katolicyzmu nie praktykuje od lat
kilku dobrych, ale wydaje mi się, ze wg Koscioła odpowiada się za
grzech cudzy gdy się ma jakis wpływ na grzesznika.
Brak zgody na rozwód nie zmienia istotnie mozliwosci grzesznika. Z
rozwodem czy bez jesli nie chce juz byc ze współmałzonkiem, nie
bedzie. to samo w sobie niekoniecznie jest grzechem, ale jest nim na
bank bycie z kims innym w zwiazku. Tyle, ze do tego rozwód nie jest
koniecznie potrzebny.
No, ale tyle ze strony religii. Mnie bardziej zastanawia czy to jest
etyczne. Nie pozwalać odejsc osobie, którą rzekomo się kocha
najswietszą miłoscią. Co to daje komuś takiemu? Ma satysfakcje, ze
tamta osoba nie moze się formalnie z kims związać? jakie to ma
znaczenie, skoro i tak nie chce już z nią byc?
to jakaś forma kary? I dla kogo? przecież taka osoba też sie meczy,
na niedająca rozwodu. I na marne to pójdzie, bo na ogół rozwód się
dostaje, takze bez zgody, tylko po dłuzszym czasie.
Czy to w porządku wmawiac komus, ze jego obowiązkiem jest się
upokorzyć, pomeczyc, wyzuć z godnosci?
Ja mysle, ze nie. Mozna cos tam ratowac, jesli jest wola i nadzieja.
Ale takie "małzeństwo" na papierze na siłę w imie jakies
nieprawdziwej idei, jaki ma sens?
A wy jak myslicie?