diabollo
25.04.10, 10:46
Dzień Boży
Kazimierz Kutz 2010-04-25, ostatnia aktualizacja 2010-04-22 12:23:28.0
Niestety, mój felieton z minionego piątku okazał się przeczuciem sobotniej
katastrofy - polskie "Bóg i Ojczyzna" wspięły się opodal Katynia aktem
strzelistym ku boskim ołtarzom. To arcypolska tragedia, i nigdzie indziej nie
mogłaby się zdarzyć; to dramatyczna pointa nagromadzonych konfliktów pomiędzy
partiami w walce o stan posiadania i politycznych utargów.
Nie da się tej tragedii odciąć od narastającego klimatu politycznej walki
ostatnich miesięcy. Nieustanne ściganie się dwóch najwyższych urzędów o honory
doczekało się swojego apogeum, od kiedy kancelaria prezydenta stała się
dynamicznym ośrodkiem walki politycznej z biurem premiera w myśl banalnej
zasady walki dwóch frontów - "jak wy nam tak, to my wam tak". Niejasne zapisy
konstytucyjne o podziale kompetencji prezydenta i premiera stworzyły możliwość
uczynienia z urzędu prezydenckiego bazy konkurencyjnej w bezwzględnej walce
politycznej.
Walczono o pola prestiżu Polski; niestety, obydwa urzędy miały wspólny tabor
lotniczy. Stąd byliśmy świadkami przepychanek o stare, poradzieckie graty, i
dodatkowe krzesło na międzynarodowych gremiach. To był stały wątek naszego
teatru politycznego po zdobyciu władzy przez PO.
Ostatnio znów ten zjełczały konflikt ujawnił się wulkanicznie w związku z
zaproszeniem Władimira Putina dla Donalda Tuska na obchody do lasów Katynia.
To był szok, bo prawicowe kręgi nie wyobrażały sobie tej uroczystości bez
udziału naszego prezydenta, zwłaszcza że pamięć historyczna była jego domeną
duchową, jego brata i całej formacji PiS. To miało wymiar intrygi Kremla!
Zaczęły ścierać się różne pomysły rozwiązania sprawy - jak ten, aby załatwić
drugie zaproszenie dla Lecha Kaczyńskiego, ale wtedy, wedle hierarchii,
musiałby je wydać prezydent Rosji, a co za tym idzie, musiałby sam pojawić się
w Katyniu. Pomysł był nierealny.
W końcu, by skontrować imprezę z inicjatywy rosyjskiej (z naszym premierem),
wymyślono uroczystość prezydencką - nasze święto! - czyli wielką mszę z
rodzinami katyńskimi. Nastąpiła gorączkowa mobilizacja, i boje o miejsce w
samolocie prezydenckim. W skład delegacji Lecha Kaczyńskiego weszli wszyscy,
którzy podlegali mu z urzędu, a więc dowódcy poszczególnych formacji
wojskowych, biskupi wojskowi, ministrowie jego gabinetów, elita partyjna PiS,
reprezentacja sejmu i senatu, reprezentacje innych partii i dyrektorzy ważnych
instytucji, których mianował z urzędu. I działaczy organizacji katyńskich.
Dawniej nazywano takie działanie "wyprawą na odsiecz". Rzeczywiście, to była
wyprawa o wyjątkowym natężeniu patriotyczno-religijnym, która w intencji
głównej miała dać odpór rosyjskim matactwom politycznym.
Prawdopodobnie ten czynnik psychologiczny sprawił całkowitą utratę zdrowego
rozsądku i zanik pamięci dotyczących przepisów regulujących podróżowanie elit.
Tylko jedna osoba nie zjawiła się w samolocie. Oto znów mamy do czynienia z
przejawem polskiego kultu klęski zbiorowej - w prostej linii to jest
kontynuacja bezsensu martyrologicznego powstania warszawskiego
Tu-154 jest typem samolotu z lat sześćdziesiątych i nikt w Europie na nich już
nie lata; tułają się jeszcze po Rosji, Chinach, Bułgarii, Rumuni i Dagestanie.
Dlatego katastrofa pod Smoleńskiem ma także wymiar innej symboliki. Populiści
partyjnej opozycji i cała rzesza dziennikarzy, którzy żyli z przedstawiania
polityków i parlamentarzystów na równi ze światem przestępców, mają w tym swój
wielki udział. To dzięki nim trzy ostatnie ekipy rządu ugięły się przed
zakupem nowego taboru lotniczego dla VIP-ów! Nie dalej jak miesiąc temu
oglądaliśmy głośny dokument o naszych parlamentarzystach, w którym opisywano
posłów i senatorów w stylistyce czarnego filmu o kanaliach; tropiono ich jak
ściganą zwierzynę, by ją dobić.
Tragedia na lotnisku pod Smoleńskiem jest trudna do nazwania, bo jest swoistym
faktem wojennym w czasach pokoju. Ale doszło do niej w miejscu, gdzie ostatnia
wojna jeszcze nie osiągnęła swojego kresu: w miejscu kaźni polskich oficerów w
1940 roku. Być może dopiero dzisiejsza ofiara krwi 96 osób na pokładzie
radzieckiego Tu-154 sprawi, że nastąpi przesilenie w stosunkach z naszym
sąsiadem ze wschodu. Byłaby to śmierć Belzebuba w tym miejscu.
Lech Kaczyński złożył życie w ofierze swojej sprawy. Ale czy musiał to robić -
on i tych 95 współuczestników wyprawy katyńskiej? Nie, nie musiał. I nie wiemy
jeszcze, jak dojrzewała decyzja kapitana samolotu o lądowaniu, i czy aby nie
był do niej przymuszony. Bo też była bezrozumna.
Rosyjska gazeta opisuje znamienne zdarzenie. Kiedy Donald Tusk jechał na
miejsce wypadku, by - obok premiera Rosji - złożyć kwiaty w zgliszczach
samolotu i odbyć wspólną konferencję, Jarosław Kaczyński miał także lecieć na
identyfikację brata, ale odmówił wspólnej podróży z premierem. Kiedy doleciał
- na miejscu byli już obydwaj premierzy - zidentyfikował brata, złożył kwiaty,
pomodlił się i wrócił do kraju. Ani nie przywitał się, ani nie spotkał z nimi.
Arcybiskup gdański (w stanie spoczynku) Tadeusz Gocłowski powiedział w
telewizji o katastrofie smoleńskiej: tragedię tę wyznaczył Polakom Bóg, w imię
sprawdzenia wiary, i stanowi część tajemnicy krzyża świętego.
Trzeba mieć nadzieję, że katastrofa pod Smoleńskiem będzie ostatnią ofiarą
krwi w imię postępu.
Kazimierz Kutz
wyborcza.pl/1,75968,7801579,Dzien_Bozy.html