diabollo
26.08.10, 07:14
Precz z motłochem, czyli estetyczna wojna Palikota
Michał Sutowski
Czy Janusz Palikot zbuduje własną partię, czy tylko straszy Donalda Tuska? A
może to wszystko przysłowiowy pic na wodę i poseł z Biłgoraja pracowicie
poszerza elektorat Platformy o nową, wyluzowaną klasę średnią? To wszystko
szczegóły. Naprawdę liczy się co innego. Gra toczy się o to, czy walkę o
świeckie państwo i realny liberalizm w kulturze zawłaszczą ironiczni
libertarianie, czy zrobi to socjaldemokratyczna lewica. W pierwszym przypadku
czeka nas kolejna estetyczna wojna elity z „motłochem”.
Palikot ma oczywiście rację, gdy mówi, że wielu ludzi w Polsce nie ma swej
reprezentacji politycznej. Na przykład ci, którzy dość mają ideologicznego
terroru „kompromisu” katolików liberalnych z fundamentalistami, jaki legł u
podstaw III RP. Religia w szkołach, wychowanie seksualne na podwórku, aborcja
w piwnicy, nieruchomości w Kościele, taca bez podatku, import samochodów też.
Do tego biskupi w roli speców od ginekologii, homoseksualizmu i mrożenia
zarodków, o przepraszam, mordowania dzieci. No i jeszcze przemocy domowej,
alkoholizmu kobiet i „noszenia swego krzyża”…
Chyba wystarczy. Palikot powiedział to wszystko wprost, dołożył jeszcze
testament życia i związki partnerskie – „kulturowa” lewica w zasadzie gotowa.
Czy to wielka zasługa? Niewielka – grunt pod jego pomysły przez ostatnie
dwadzieścia lat kładły przede wszystkim feministki i kilkoro intelektualistów,
może jeszcze Unia Pracy. Poza nimi mało komu chciało się „kopać z koniem”. Ani
liberałowie z „Gazety Wyborczej” ani lewica partyjna z SLD nie mieli ochoty na
„wojny kulturowe” z Kościołem, który aż do roku 2004 był im bardzo potrzebny.
Ktoś musiał z ambony prowadzić owieczki do Unii.
W końcu jednak do Unii weszliśmy, „Wyborcza” zauważyła wreszcie, że subtelni
katolicy z krakowskiej ulicy Wiślnej są w naszym polskim Kościele… mało
reprezentatywni. A SLD, jak przeszedł do opozycji, przypomniał sobie, że
katolickie państwo narodu polskiego to jednak ideał wrogiej im opcji. A potem
był Smoleńsk i cyrk wawelski, wreszcie histeryczny spektakl pod krzyżem. Nawet
polskie społeczeństwo ma ograniczoną cierpliwość - skrzyknęło się więc kilka
tysięcy internautów i postanowiło pokazać, że są dla krzyża lepsze miejsca niż
Pałac Prezydencki i Krakowskie Przedmieście. Palikot po prostu wyczuł sytuację
i ruszył do ataku. Ma spore szanse powodzenia. To chyba dobrze?
Niedobrze. Cała masa sensownych haseł i pomysłów, jakie mogłyby przynieść
Polsce minimum liberalnej przyzwoitości, podszyta jest tu elitarną pogardą dla
zacofanej masy. Jako człowiek inteligentny Palikot rozumie zapewne – dzięki
Gombrowiczowi – że spór klasowy Syfona z Miętusem, „obrońcy wartości” z
„prześmiewcą” niczego nie zmienia. Pozwala poczuć się lepszym oświeconemu
inteligentowi i okazać pogardę „chamowi”, który „z natury rzeczy” ma być
zacofańcem i tradycjonalistą. A co z „chamem”? Przykuje się do krzyża, w końcu
łaskawie da się wynieść policji spod Pałacu, może zniknie nam z oczu - ale na
pewno się nie nawróci na Oświecenie.
„Akcja Krzyż” była dobrą odtrutką na katolicką celebrę, nachalnie obecną w
sferze publicznej ostatnich dwudziestu lat. „Jaja z krzyża” (a nawet „jaja na
krzyżu”, vide Nieznalska) są dobre na happening – nie mogą być jednak podstawą
lewicowej polityki emancypacyjnej. Walka o świeckie państwo, cywilizowaną
politykę zdrowotną, liberalną edukację itd. ma służyć rozwiązywaniu problemów
społecznych a nie kreowaniu podziału na radosną, wyzwoloną elitę i zacofany
motłoch. Obok symbolicznego – koniecznego – upodmiotowienia, legalizacja
aborcji ma dać ubogim kobietom te same możliwości, z których dziś de facto
korzystają klientki szwedzkich klinik, a nie służyć upokarzaniu
zniedołężniałych „obrończyń życia”. Celem wprowadzenia związków partnerskich
(małżeństw homoseksualnych?) są godne i równe warunki życia wszystkich ludzi a
nie apopleksja abp. Michalika. Edukacja seksualna w szkołach, refundacja
antykoncepcji i prawo do eutanazji mają zwiększyć szanse decydowania każdego
człowieka o własnym życiu – a nie wywołać rumieńce u redaktorów „Frondy”.
Świeckość państwa i jego dobrze pojęty, kulturowy liberalizm, mają dziś niezłą
prasę, dobrą jak nigdy. O tym, czy wesprą one słabszych czy raczej podniosą na
duchu silniejszych, zdecyduje nie tylko atmosfera, ale i „drugie skrzydło”.
Podatek liniowy (wizja Palikota) czy bezpłatne przedszkola i żłobki? Bez
socjalnego wymiaru, który realnie broni przed dyskryminacją, nie wydobędziemy
się z błędnego koła estetycznej wojny polsko-polskiej. Bez włączenia do
systemu ubogich, wykluczonych i sfrustrowanych będziemy musieli wrócić na
stare barykady. Niegdyś Adam Michnik kontra Okopy Świętej Trójcy, dziś Palikot
przeciw Krzyżakom… Jeśli za walkę o świeckie państwo i liberalizm nie zabierze
się lewica, na placu boju pozostaną nam odizolowane getta: miejskie,
polityczne i symboliczne. Kwestią układu sił pozostanie, kto kogo w nich
będzie zamykał.
www.krytykapolityczna.pl/MichalSutowski/PreczzmotlochemczyliestetycznawojnaPalikota/menuid-295.html