diabollo
02.09.10, 07:55
Arcyagitator
Jacek Fedorowicz 2010-09-01,
Pod koniec ubiegłego tygodnia abp Sławoj Leszek Głódź wygłosił przemówienie,
którego dwa przesłania mogły się wbić najskuteczniej w pamięć telewidzów, jako
że powtarzane były wielokrotnie przez wszystkie stacje telewizyjne: że w
sprawie krzyża na Krakowskim należy posłuchać głosu narodu i że nie padło
dotąd słowo "przepraszam" z ust wszystkich tych, którzy kpili z prezydenta
Lecha Kaczyńskiego.
Z pierwszym postulatem wypada się zgodzić i w konsekwencji przenieść co
prędzej krzyż w inne miejsce, bo wola narodu jest właśnie taka. Co prawda od
lat różne grupy w różnych miejscach oświadczają, że są narodem i tam, gdzie są
one, jest Polska, co sugeruje, że kilkadziesiąt milionów osób i 99,99 proc.
terytorium RP Polską nie jest, nikt już jednak nie bierze takich oświadczeń na
poważnie.
Co innego przesłanie drugie, doskwierający arcybiskupowi brak przeprosin.
Gdyby się zgodzić z tym postulatem, to po pierwsze, należałoby natychmiast
zaniechać wszelkiej krytyki wszelkiej władzy, bo przecież każdego jej
przedstawiciela może spotkać tragiczny wypadek, po którym trzeba się będzie
wycofywać, przepraszać i oświadczać, że krytykowało się niesłusznie, i po
drugie, należałoby powoli zacząć przepraszać za wszystkie słowa krytyki, za
wszystkie żarty poczynione dotychczas, a skierowane pod adresem nieżyjących
już polityków. Autorom specjalizującym się w tworzeniu tekstów żartobliwych,
szczególnie tym leciwym, obowiązek przepraszania mógłby zająć już całą resztę
życia.
Powyższe wyjaśnienia brzmią dość banalnie. Wiemy, że narodem nie jest grupka
ekstremistów i że władzy można, a nawet trzeba wytykać błędy. To wszystko jest
oczywiste - jak mniemam - również dla abp. Głódzia. Dlaczego więc mówi to, co
mówi? Myślę, że jest jedną z ciężej trafionych ofiar Jarosława Kaczyńskiego,
zapatrzonych w niego i wciąż wierzących w jego powrót do władzy. Wszystko, co
wygłosił abp Głódź na Jasnej Górze, brzmiało tak, jak by powstało dokładnie
według tez prezesa PiS. Abp Głódź, jak każdy człowiek głęboko wierzący (w
Kaczyńskiego), pewnie nawet nie zdawał sobie sprawy z nieprzystawalności
przemówienia do miejsca, z którego jest wygłaszane.
Nie będę zdziwiony, gdy abp Głódź zostanie szefem kampanii PiS w najbliższych
wyborach.
Kolejna ofiara prezesa to "Solidarność". Piszę o tym wszystkim ze smutkiem.
Było jak zwykle: związek posługujący się nazwą "Solidarność" usilnie się
starał, by ci, dla których 30 lat temu ta nazwa była najpiękniejszym słowem na
świecie, stracili do niej jakąkolwiek bodaj sympatię. Służy już od dawna
partii Prawo i Sprawiedliwość za przystawkę. Jakże słusznie namawiał kiedyś
Lech Wałęsa, by sztandary schować do szafy i zacząć wszystko od nowa, pod inną
nazwą. Zwalniałoby to z obowiązku ciągłego zaznaczania, że obchodzi się
30-lecie tamtej "Solidarności", nie tej.
wyborcza.pl/1,75968,8319126,Arcyagitator.html