Dodaj do ulubionych

MON kłamie

19.02.11, 15:30
MON kłamie
Autor: PRZEMYSŁAW ĆWIKLIŃSKI ANDRZEJ SIKORSKI

Debeściaki lądują i startują z nieczynnego lotniska, generałowie dobrotliwie przymykają na to oko.

Wszyscy ujadają na rosyjski Międzypaństwowy Komitet Lotniczy, bo wypunktował winę polskich pilotów, którzy rozbili samolot pod Smoleńskiem, a nie zauważył ewentualnej winy rosyjskich kontrolerów lotów. Tymczasem polskie Ministerstwo Obrony Narodowej wprowadza w błąd posłów w podobnej sprawie. Do kolejnej katastrofy tuż po smoleńskiej nie doszło, ale przy braku szczęścia rządowy Jak-40 z 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego (piloci z tego pułku kierowali prezydenckim tupolewem), który leciał po ministra Radosława Sikorskiego, rozpieprzyłby się na Międzynarodowym Lotnisku im. Ignacego Jana Paderewskiego w Bydgoszczy. Napisaliśmy o tym w artykule "Sikorski przeżył" ("NIE" nr 19/2010 r.). Przypomnijmy: 26 kwietnia 2010 r., czyli 2 tygodnie po katastrofie smoleńskiej, samolot rządowy wylądował w Bydgoszczy pomimo tego, że lotnisko było nieczynne, a na wieży nie było kontrolerów. Piloci powinni wiedzieć, że nie wolno było im lądować. Informacja o tym, że w Bydgoszczy nie było kontrolerów, zawarta była w tzw. depeszy dziennej - dokumencie, który każdy pilot powinien przeczytać przed startem. Piloci JAKA, albo nie przeczytali depeszy, albo przeczytali, lecz informację zignorowali. Samolot rządowy usiadł na pasie startowym zamkniętego lotniska. Chwilę potem wystartował z ministrem Sikorskim na pokładzie. Na nasze doniesienie, że tuż po katastrofie smoleńskiej wojskowi piloci nadal łamią przepisy, nie było żadnej reakcji. Nie odpowiedział nikt z: Kancelarii Premiera, Ministerstwa Obrony Narodowej, Ministerstwa Spraw Zagranicznych, Dowództwa Sił Powietrznych, 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Urzędnicy, łamiąc prawo prasowe, udawali, że pada deszcz. Nasza publikacja zainteresowała jednak posła Jana Widackiego, który o skandaliczne wożenie się rządowym samolotem przez ministra Sikorskiego ofiq'alnie zapytał ministra obrony narodowej. W imieniu wciąż jeszcze pozostającego ministrem Bogdana Klicha odpowiedział wiceminister generał Czesław Piątas. Przytaczamy tę odpowiedź

dosłownie: W opinii Ministerstwa Obrony Narodowej kluczową informacją zawartą we wskazanym artykule prasowym, wokół której autorzy budują przekaz o naruszeniu przepisów przez personel latający 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego i stworzeniu zagrożenia w ruchu lotniczym oraz narażeniu życia swojego i pasażerów, jest stwierdzenie, że w oparciu o przepisy prawa lotniczego zakazana jest realizacja lądowań i startów poza godzinami pracy kontrolerów lotów. Jednakże "Zbiór informacji lotniczych", oficjalna publikacja Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej, dla lotniska w Bydgoszczy w punkcie ad. 2.3.12 zawiera zapis: Operacje lotnicze odbywające się poza godzinami pracy portu lotniczego muszą być zgłoszone minimum 12 godzin przed planowanym lotem i posiadać zgodę zarządzającego lotniskiem, w tym przypadku spółki Port Lotniczy Bydgoszcz SA. Dowódca załogi w dniu 23 kwietnia 2010 r. złożył plany lotu na trasie Warszawa-Bydgoszcz-Bruksela, które zostały przyjęte i zaakceptowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. W godzinach porannych w dniu 26 kwietnia 2010 r. służby odpowiedzialne za przyjęcie samolotu na lotnisku Bydgoszcz zostały poinformowane o planowanym lądowaniu samolotu rządowego, w związku z czym lotnisko było przygotowane na jego przyjęcie. Wbrew treści artykułu droga startowa nie została zamknięta i lotnisko funkcjonowało normalnie poza godzinami pracy portu lotniczego. W świetle przedstawionych powyżej informacji nie można mówić o jakimkolwiek naruszeniu przepisów, w związku z czym nie przewiduje się wyciągnięcia konsekwencji wobec zaangażowanych osób. Wyjaśnienia wymaga zdanie: Dowódca załogi w dniu 23 kwietnia 2010 r. złożył plany lotu na trasie Wdrszawa-Bydgoszcz-Bruksela, które zostały przyjęte i zaakceptowane przez Polską Agencję Żeglugi Powietrznej. Dowódca załogi

nie mógł złożyć planów lotu kontrolerom, bo ich nie było. A Polska Agencja Żeglugi Powietrznej przyjęłaby i zaakceptowała każdy plan lotu, ponieważ kieruje się tylko i wyłącznie dostępnością przestrzeni powietrznej i tzw. slotów wlotowych. Agencja przyjęłaby i zaakceptowałaby plan lotu Warszawa-Bydgoszcz-Pernambuco! Generał Piątas kłamał więc w żywe oczy i nigdy z tego kłamstwa się nie wycofał! Bydgoskie lotnisko było tego dnia zamknięte, a kontrolerów na wieży nie było. Przy regułach lotu IMC (według wskazań przyrządów) w plan lotu wpisana była litera "I", co oznacza, że odpowiedzialność za start i lądowanie powinien przejąć kontroler. I nikt więcej! Lądowanie było zatem nielegalne w świetle wszystkich przepisów lotniczych świata. Załoga rządowego JAKA narażała na niebezpieczeństwo siebie i ministra Sikorskiego. O tym, że Piątas kłamał, świadczy również wypowiedź szefa szkolenia sił powietrznych, też generała, Anatola Czabana. Na pytanie posła Jerzego Polaczka o "incydent bydgoski", zadane podczas posiedzenia sejmowej Komisji Obrony Narodowej, Czaban odpowiedział, znów dosłowny cytat: Powiem teraz o sprawie samolotu Jak-40. Lotnisko w Bydgoszczy jest lotniskiem w pełni sprawnym, wyposażonym i czynnym. Problem nie polegał na tym, że lotnisko było nieprzygotowane. Problem dotyczył tylko jednej sprawy. Z tego lotniska wojsko już praktycznie wyszło. Kontrolerzy pracujący na tym lotnisku mieli zapisane w planie swojej pracy, że mają być od godziny 10.00. Nie wiadomo, dlaczego, ale tak się zdarzyło, że do kontrolerów nie dotarta informacja, że powinni być w pracy wcześniej. Nie było tu natomiast żadnego błędu ze strony dowództwa sił powietrznych lub 36. Pułku. Po prostu piloci realizowali swoje normalne zadania. Ktoś, kto to organizuje, powinien to zabezpieczyć. Problem dotyczył tego, dlaczego do pracowników kontroli lotów nie dotarta informacja, że mają być w pracy wcześniej. Przecież przyjście do pracy godzinę wcześniej nie powinno być dla nich żadnym problemem.

Podsumujmy: dwóch wysokich przedstawicieli polskiej armii, generałów, mówi to samo (nikt nie zawinił, nikt nie ponosi odpowiedzialności), ale używa innych argumentów (Piątas, że kontrolerów mogło nie być; Czaban, że ich nie było, bo nie przyszli do pracy). Za nielegalne lądowanie oraz start z ministrem spraw zagranicznych na pokładzie odpowiada organizator lotu, czyli Kancelaria Premiera. Za mijanie się z prawdą i jej tuszowanie odpowiadają generałowie. Za wszystko odpowiada pozostający ministrem Bogdan Klich, którego premier Tusk powinien wywalić na zbitą twarz. Za dwie tragiczne katastrofy lotnicze - w Smoleńsku i Mirosławcu - ale też za skandal, do którego doszło na lotnisku w Bydgoszczy. ?

pcwikla@redakcja.nie.com.pl sikorski@redakcja.nie.com.pl

Lądowanie i start na zamkniętym pasie startowym są niebezpieczne i nielegalne. Za taki numer każdy cywilny pilot straciłby licencję.

www.nie.com.pl/art24290.htm
Obserwuj wątek
    • diabollo Jak do rzeźni 19.02.11, 15:35
      Jak do rzeźni
      Autor: AGNIESZKA WOŁK-ŁANIEWSKA


      Pilot maszyny, która lądowała przed prezydenckim tupolewem, powinien stanąć przed sądem. Ogłoszenie raportu MAK obudziło nieco już zmęczone demony i lud znów, niczym pieśń poety, krwi żąda, krwi żąda, krwi żąda. Mamy dla prokuratora Seremeta przyjacielską sugestię: może wyrzucić z sań dowódcę JAKA-40, który wylądował na Siewiernym półtorej godziny przed katastrofą? Tego samego, który wprawdzie poinformował załogę tupolewa, że w Smoleńsku jest ogólnie pizda, ale też dodał optymistycznie: powiem szczerze, że możecie spróbować, jak najbardziej. I to bynajmniej nie za znakomitą radę, której udzielił załodze tupolewa, tylko za własne czyny tego dnia. JAK-40 wyleciał z Warszawy o 5.28 rano, piloci znali wyłącznie ogólną prognozę pogody, opracowaną przez pułkowego meteorologa dzień wcześniej. Załoga nie uzyskała przed wylotem informacji z lotniska Siewiernyj, nie wysłała wstępnego zapytania w celu otrzymania zgody na przyjęcie samolotu. Generalnie, nie gadała z ruskimi, bo po co. Może miało to jakiś związek z faktem, iż znajomość rosyjskiego wśród załogi JAKA-40 była raczej umiarkowana, toteż, jak zeznali rosyjscy kontrolerzy lotu, kontakt z pilotem był wysoce utrudniony. Z nagrań z wieży w Siewiernym wynika, że pierwszą informację o zbliżaniu się JAKA obsługa lotniska otrzymała o godz. 6.53, czyli 8.53 czasu rosyjskiego. Załoga nie zameldowała, jaki wybrano system podejścia do lądowania, chociaż wymagają tego przepisy lotnicze Federacji Rosyjskiej. Obsługa wieży przyjęła - najwyraźniej pochopnie - że samolot ma własny system naprowadzania i nie potrzebuje pomocy z ziemi. Po wylądowaniu JAKA nagrała się rozmowa oficera, który obserwował manewr, z dowódcą JW21350 z Tweru: No, zrobił normalne podejście. Pewnie ma wyposażenie, przecież to taki samolot. .. A już myślałem, szczerze mówiąc, że pójdzie na drugi krąg. Warunki lądowania JAKA w opowieściach por. Wosztyla ewoluują - raz mówi, że widoczność lotniska była na granicy minimum bezpieczeństwa, raz, że warunki były trudne, poniżej minimum, i ciągle się pogarszały. W polskich uwagach do raportu czytamy, że Wosztyl zeznał, iż ziemię zobaczył z wysokości 80-90 m, a pas startowy - 50-70 m. Widzialność pozioma wynosiła natomiast - zdaniem komisji ministra Millera - nie więcej, niż 500 m. Czyli dwa do trzech razy mniej niż minimum bezpieczeństwa. Mimo tego, samolot wylądował. Co więcej - uczynił to bez zezwolenia na lądowanie, a nawet wbrew poleceniu, coby odlecieć. Koło kilometra od lotniska wieża stwierdziła, iż JAK-40 nie trafił w ścieżkę, jest za wysoko. Nakazała mu odejście. Dowódca polecenie olał sikiem falistym. Potem tłumaczył, że go nie usłyszał. Komisja, powołana przez dowódcę Sił Powietrznych na wniosek Inspektoratu MON do spraw Bezpieczeństwa Lotów, uznała, że nie zrobił niczego złego. Poznanie opinii sądu na temat działań dowódcy JAKA-40 byłoby o tyle cenne, że dokładnie te same działania podjął Arkadiusz Protasiuk: tupolew też wyleciał z Warszawy bez wstępnej zgody lotniska Siewiernyj na przyjęcie samolotu (komisja Millera twierdzi, że zgoda taka nie jest potrzebna), też nie zameldował wybranego systemu podejścia, też próbował lądować w warunkach poniżej minimum bezpieczeństwa i też bez zgody wieży. Orzeczenie sądu w sprawie Artura Wosztyla mogłoby wyznaczyć obiektywny kierunek myślenia o tym, kto jest winien rozbicia prezydenckiego tupolewa. Jest jeszcze jeden powód, dla którego sądowa ocena działań por. Wosztyla mogłaby się okazać pożyteczna z punktu widzenia poprawy jakości polskiego lotnictwa wojskowego. Otóż zdaje się on być adwokatem opinii, iż pilot nie ma wpływu na losy pilotowanego przez siebie samolotu. W wywiadzie, którego dowódca JAKA udzielił "Gazecie Wyborczej", możemy przeczytać: jeżeliby wieża powiedziała: "kategorycznie zabraniam", wtedy pilot nie robiłby nawet podejścia do lądowania; kontroler zawsze może zabronić, w każdym momencie. Kieruje ruchem na lotnisku. Jest panem i władcą. W swoim najgłębszym przekonaniu, że koledzy są bez winy, por. Wosztyl posunął się zresztą krok dalej, opowiadając, jak to wieża poleciła tupolewowi zejść na 50 metrów, co w sytuacji, w której samolot leciał nad głębokim na 60 m. jarem, było sugestią raczej nieszczęśliwą. Słyszałem, jak kontroler lotu mówił do nich, żeby nie schodzili poniżej S0 metrów - jak nie zobaczą lotniska, odeszli na zapasowe - tak, zdaniem "Gazety Polskiej", dowódca JAKA zeznał w prokuraturze. Co oczywiście szalenie podnieciło dziennikarzy, a w ślad za nimi - poszukiwaczy prawdy. Portal Niezależna.pl oświadczył: To był wyrok śmierci dla Tu-154, brukowce pisały o nowych szokujących faktach, aż nazbyt oczywistych dowodach rosyjskiego mataczenia, porażającej komendzie. Potem okazało się, że takiego polecenia nie było, wieża mówiła wyraźnie o 100 m - której to granicy załoga tupolewa nie zachowała, a tak w ogóle, to świadkiem rozmowy wieży z Tu-154 nie był Wosztyl, tylko jego technik pokładowy, który po rosyjsku mówił jeszcze gorzej. ?

      agnieszka.wolk-laniewska@redakcja.nie.com.pl

      Porucznik Artur Wosztyl ma wszystkie dane, żeby odpowiadać za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy komunikacyjnej, czyli z art. 174 kk, zagrożonego karą od 6 miesięcy do lat 8.

      www.nie.com.pl/art24292.htm
    • diabollo Ale "pech", że 19.02.11, 15:39
      ten cholerny Tupolew się rozpierdolił.

      Na szczęście to wszystko sprawa Ruskich!
      No i premiera bez jaj, który nie potrafił twardo rozmawiać z Ruskimi i dał się wystrychnąć im na dudka, na czym najbardziej ucierpiał "honor" Polskiego Generała Abstynenta, który leciał do Katynia przyjąć Najświętszy Sakrament.

      Kłaniam się nisko.
    • oby.watel Od waga i od powiedzialność wg premiera 19.02.11, 15:57
      Premier zaznaczył, że strona polska nie kwestionowała żadnych ważnych ustaleń MAK-u, podnosiła jedynie kwestię braków. Nie chodziło o przerzucanie na siłę odpowiedzialności. Jestem przekonany, że jeśli Polaków stać na to by nie fałszować zdarzeń i nie uciekać od odpowiedzialności, to i druga strona powinna mieć odwagę do pokazania całości obrazu - mówił. Nie może być tak, że dochodzenie do prawdy będzie poddane politycznym kalkulacjom. Okoliczności, a być może także przyczyny, ale na pewno okoliczności katastrofy, to także rosyjskie lotnisko, wieża kontrolna i zachowanie kontrolerów - dodał premier.

      Odwaga to wytykać błędy innym a bagatelizować swoje. Natomiast odpowiedzialność to wytykanie błędów innym, a tuszowanie swoich. Aż znowu coś wybuchnie, spali się, utopi lub spadnie.

      A największa odwaga i odpowiedzialność to wydanie zgody na eksport zboża gdy było wiadomo, że zbiory na całym świecie są fatalne. Ruscy wstrzymali eksport...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka