Dodaj do ulubionych

Gender, klasa, Wałęsa

28.12.11, 22:01
Gender, klasa, Wałęsa
Kinga Dunin

Czy Danuta Wałęsa jest feministką? Nie ja wymyśliłam to pytanie. Pojawia się ono w jej autobiograficznej książce, pojawia się w jej omówieniach. Odpowiedź samej zainteresowanej jest przewidywalna: jasne, że nie. I nawet znajdujemy coś w rodzaju wyjaśnienia: bo kobieta, jak zechce, może wszystko osiągnąć, wszystko to, co mężczyźni. Musi tylko dużo bardziej się postarać. Dla niektórych z tej konstatacji wynika feminizm, dla niektórych nie. Dla mnie jest tu o jedną przesłankę za mało. Brakuje odpowiedzi na pytanie, czy chcemy to zmienić. Nie ma prostszej definicji „obiektywnego” feminizmu: jest to przekonanie, że kobiety mają gorzej i należy to zmienić. Cała reszta to komentarze i przypisy. Pełno w nich sporów o to, w czym gorzej i jak zmienić.


Poza tym „obiektywny” feminista/tka z tą etykietą albo światopoglądowym wyborem – jak kto woli – nie musi się identyfikować. I to, że Danuta Wałęsa się nie identyfikuje, jest jasne, a „obiektywnego” dziecka w brzuch nie ma co jej wmawiać. Skąd jednak pojawiło się takie podejrzenie? Jak można matkę-Polkę-katolkę, żonę Lecha podejrzewać o coś takiego?!


Tu przypomniała mi się Rebecca West, nieżyjąca już angielska intelektualistka o skłonnościach feministycznych i socjalistycznych oraz jej słynny bon mot: Nie wiem, czym jest feminizm. Wiem tylko, że ludzie nazywają mnie feministką, kiedy wyrażam uczucia odróżniające mnie od ścierki do podłogi. Zainteresowanie potencjalnym feminizmem Danuty Wałęsy jest chyba dowodem na to, że to wciąż działa! Nie ma bowiem w tej książce (w kwestii gender) niczego poza opisem procesu odróżniania się od ścierki do podłogi, rodzenia się poczucia własnego ja niezależnego od kobiecej roli społecznej zdefiniowanej skrajnie konserwatywnie. Ja ziemia, która rodzi, on radło, które działa, ja dzieci, on polityka, ja dom, on świat. Itepe, itede.


Widzimy więc, po pierwsze, jak ścierka do podłogi zyskuje poczucie własnej wartości – tak, nadal jestem tradycyjną kobietą, ale to nie znaczy, że gorszą od mężczyzny (tu powracamy do sporów, co to znaczy, że kobieta ma gorzej, ale nie zostaniemy przy nich). Po drugie upewnia się, że w rolach publicznych potrafi zachować się nie gorzej od męża, a nawet lepiej. Nigdy nie wygłupi się tak, jak on. Poza tym pozwala sobie na potrzeby, które wykraczają poza konwencję tradycyjnego związku, a są już bardziej nowoczesne, a nawet po. Chce partnerskiej relacji, komunikacji (z Wałęsą! Chi, chi). Kiedy to nie wychodzi, daje sobie prawo do rozczarowania.


To mniej więcej tyle, jeśli chodzi o gender. Sam gender. Ale jest jeszcze jeden wymiar tej biografii, o którym raczej cicho. Jest to też historia ogromnego awansu klasowego, możliwego dzięki sytuacji rewolucyjnej, bo przecież nie mozolnemu wspinaniu się na kolejne szczeble edukacji, kompetencji, bogactwa. Młoda Danuta tak widzi ich przyszłe życie – powolne dorabianie się, ciułanie, odrobinę większe mieszkanie, trochę lepszy telewizor. Historia funduje jej drogę na skróty. I scenariusz z bajki o Kopciuszku. Niezależnie od tego, jak ciężkie byłoby jej życie, ile maku oddzieliłaby od grochu i ile naszorowałaby się podłóg, swój awans zawdzięcza księciu Wałęsie. On natomiast pogalopował na koniu historii, który dowiózł ich na najwyższe pozycje w państwie. Ku niekłamanej zawiści chłopskich krewnych.


I znowu, czy kobiety mają gorzej? A może lepiej? Lepiej, bo mogą awansować za nic. Gorzej, bo bo bez męża dzielność Danuty w czasach komunizmu, ośmioro dzieci, ciężka praca w domu dałyby jej figę z makiem.


Z chłopa król, z chłopki królowa i dwie strategie. Ona grzeczna, konformistyczna, spełniająca wymogi, starającą się wypełnić sobą wyobrażony wzór pierwszej damy. On zawsze ten sam, z robotniczą charyzmą, niewyparzoną gębą, bez kompleksówm, ale i bez świadomości własnych braków. Jego prezydentura nie zapisała się najlepiej, ale też świat się od niej nie zawalił. Z powodów klasowych – była interesująca. Była testem nowego systemu, który Wałęsę musiał wypluć, zamieniając w szlachetne truchło. Obowiązującą ideologią tego systemu jest bowiem merytokracja, obiecująca nagrodę adekwatną do zasług i kompetencji. A tak naprawdę za dopasowanie. Wałęsa zasługi miał, ale ze starego świata, roli kompetentnego prezydenta nie umiał odegrać, był prezydentem-dysonansem klasowym.


I jak się wydaje, dziś Wałęsowa to rozumie, a on mniej. I jest w tym piękny, jak mucha w bursztynie.

www.krytykapolityczna.pl/Dunin/GenderklasaWalesa/menuid-68.html
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka