Dodaj do ulubionych

Antysemicka czystka w Polskim Radiu

21.01.13, 19:07
Wojciech Orliński,

Antysemicka czystka w Polskim Radiu


Zasmucony stosunkowo słabymi statystykami ruchu w reklamie „KORCZAK ZA DARMO!” (zwłaszcza w porównaniu z „TELEFON W ZEGARKU!”wink, postanowiłem je lekko podpimpować blogonotką. Kwestia Janusza Korczaka pasuje jak ulał do modnej ostatnio niestety tematyki „cholernego problemu Ziemkiewicza” z „nieasymilującą się mniejszością żydowską”.

Ze świadectw współpracowników Korczaka wynika, że do końca lat 30. nie uważał siebie za „mniejszość żydowską”. Nie wyznawał judaizmu, tworzył w języku polskim.

Jako oficer wojska polskiego i weteran wojny bolszewickiej był polskim patriotą (zabawne, że o jego udziale w tej wojnie wspomniano w angielskim haśle w wikipedii, ale nie w polskim; „zapomnij Jake, to #polskawiki”wink. Z jego dorobku naukowego i społecznego korzystali polscy obywatele, nie tylko jakaś wyimaginowana „nieasymilująca się mniejszość”.

Że Korczak jednak nie jest tak po prostu Polakiem, tylko należy do jakiejś wrogiej mniejszości, o tym zaczęło mu przypominać to samo państwo, w którego mundurze służył podczas wojny bolszewickiej. Pod koniec lat 30. II Rzeczpospolita pogrążała się coraz głębiej w endeckim szambie.

Aleksander Lewin, jeden z wychowawców współpracujących z Korczakiem wspominał: Lata 30. pogłębiły jeszcze bardziej tragizm losów Korczaka. Narastały tendencje faszyzujące życie kraju. Coraz brutalniej uzewnętrzniały się nastroje antysemickie. Dotykały one boleśnie zarówno Korczaka, jak i dzieci, którymi opiekował się. Pamiętam, że ilekroć w tym czasie (mam na myśli lata 1937–1939) musiałem wyjść z grupą dzieci poza teren Domu Sierot, trzeba było to czynić niemal w ordynku bojowym – straż przednia i straż tylna, złożona ze starszych chłopców, by uchronić się przed zaczepkami, napaściami i pobiciem. Oczywiście, nie zawsze wychodziliśmy z tych opresji bez szwanku. Ale są to zaledwie drobne ilustracje pewnej sytuacji ogólniejszej.

Państwo polskie tolerowało takie ekscesy albo haniebnie się do nich przykładało. W 1938 roku Niemcy deportowali do Polski 17 tysięcy polskich obywateli, których uznali za Żydów. Polska odmówiła ich przyjęcia - jak to w ogóle możliwe, żeby jakakolwiek rzeczpospolita odmówiła wjazdu na swoje terytorium obywatelom, których jest rzeczą pospolitą?

Cóż, taka, która w ramach antysemickiej czystki wyrzuciła Korczaka na początku 1939 z Polskiego Radia. Nie mógł dalej wygłaszać na jego antenie pogadanek dla dzieci, bo uznano go za „mniejszość”. „Nieasymilującą się”. I stanowiącą „cholerny problem”.

Jak to wynika z cytatów z „Myśli nowoczesnego Polaka”, które przytaczałem z okazji tego nieszczęsnego wywiadu z Ziemkiewiczem - Dmowski najbardziej nienawidził właśnie tych Żydów, którzy się asymilują. Antysemita jakoś tam się dogada z tymi Żydami, którzy pielęgnują swoją odrębność i dobrowolnie zamykają się w gettach czy sztetlach.

Smutnym pośmiertnym triumfem Hitlera jest to, że w Polsce przyjęło się spoglądanie na sprawy polsko-żydowskie przez optykę ustaw norymberskich. Zapewne nawet wśród czytelników tego bloga wiele osób zapytanych o narodowość Korczaka w pierwszym odruchu poda „żydowską”, radośnie ignorując to, że on sam przed 1940 roku tak o sobie nie myślał.

A przecież to, że okupant część naszych obywateli nazwał „Żydami”, było równie absurdalne jak gdyby najechali na nas Marsjanie i podzielili nas według fryzur czy wzrostu. Te wszystkie pytania „czy Polacy mordowali Żydów, czy raczej Żydzi Polaków” są równie fundamentalnie źle postawione, jak „czy Polacy mordowali rudych a bruneci Polaków”.

wo.blox.pl/2013/01/Antysemicka-czystka-w-Polskim-Radiu.html
Obserwuj wątek
      • diabollo „Django” albo przemoc emancypacji 24.01.13, 16:16
        Rafał Ziemkiewicz zapolemizował z Agatą Bielik-Robson jak umiał, pisząc: „ona kieruje się pewnymi fobiami, fobiami feministki, która boi się «brutalnej, męskiej siły» i fobiami intelektualistki, zdaje się o korzeniach żydowskich”.

        Kiedy to czytałem, na usta cisnęły mi się słowa nieprzystające publicyście pozostającemu jednak reprezentantem pewnego skodyfikowanego zawodu, stosującemu się do minimalnych choćby zasad sublimacji (użycie w tym jednym zdaniu dwóch słów – „skodyfikowany” i „sublimacja” –których RAZ nie zrozumie, jest celową parafrazą metody mojego ulubionego – „ulubiony” to eufemizm na „bezgraniczną miłość” - bohatera najnowszego filmu Quentina Tarantino Django, granego przez Christopha Waltza, który do handlarzy niewolników na amerykańskim Południu zwraca się w tak wyszukanym języku, że w odpowiedzi słyszy zazwyczaj: „a co to, k..., znaczy po angielsku!?”wink.

        Wspominam o tym filmie, bo to on uratował mnie przed warsztatową kompromitacją, dostarczył mi tropów pozwalających zająć się Ziemkiewiczem wedle wszelkich zasad polemicznej sztuki. Zauważę jeszcze tylko, że Django to już drugi po Bękartach wojny film Tarantino, w którym ten reżyser bardzo świadomie uczy, jak używać przemocy – symbolicznej, skonwencjonalizowanej, a przez to jednak będącej owocem pracy sublimacji – w służbie emancypacji. Robi to po to, żeby emancypacja nie była bezbronna w starciu z panoszącą się coraz bardziej jawnie przemocą symboliczną współczesnej reakcji (sądzę, że ta druga przemoc jest dziś bardziej brutalna i nie łączy się z żadną pracą sublimacji, ale mogę się mylić, jestem stroną w sporze).

        Współcześni reakcjoniści lubią się przebierać w kostium „brutalnej męskiej siły”, której „feministki, lewicowcy, liberałowie i Żydzi się boją”. Chociaż akurat na Ziemkiewiczu to przebranie leży fatalnie. Wszyscy przecież wiedzą, że RAZ „brutalnej męskiej siły” boi się nieporównanie bardziej niż ABR. Na co dowodem – zdecydowanie nie jedynym – jest to, że nie ABR, ale RAZ przesiedział całe lata 80. w szafie (pisząc zresztą w tej szafie zupełnie poczciwe kawałki młodzieńczej prozy SF). Wyszedł z szafy, aby dzielnie wystąpić przeciwko „krwawemu reżymowi” Mazowieckiego, a dzisiaj przeciwko „krwawemu reżymowi” Tuska. Kiedy ludzie bojący się „brutalnej męskiej siły” tak panicznie, jak boi się jej RAZ, wychodzą już z szafy, czas samemu zacząć się bać. Bynajmniej nie ich, ale tego, że ich wyjście z szafy oznacza, iż ci nadzwyczaj ostrożni panowie dostrzegli poza szafą „brutalną męską siłę”, do której sami mogą się bezpiecznie przyłączyć. Zatem dla mnie ktoś tak ostrożny jak Rafał Ziemkiewicz w latach 80., prowadzący dziś marsz narodowców ulicami Kielc, to ostatni dzwonek alarmowy.

        Ale wracając do Django. Zachwyciłem się kreacją Christopha Waltza, bo grany przez niego bohater rozpoczyna swoją drogę w tym filmie jako bliski mi ironiczny reformista. Nawet nie zbuntowany przeciw niewolnictwu, przyznający szczerze, że „te niewolnicze bzdury czasem mi się przydają w interesach”, aby zaraz w następnym zdaniu zaproponować czarnemu Django „zawarcie kontraktu”, co oznacza realne zwrócenie mu wolności. Ich stosunki będą się początkowo opierały na paternalizmie, czy raczej vaternalizmie, gdyż Tarantino personalnym medium ostrożnej oświeceniowej emancypacji na amerykańskim Południu uczynił – bez wątpienia wyłącznie dla większego efektu komicznego – „Niemca z Düsseldorfu”. Zatem wybory postaci granej przez Waltza nie są motywowane żadną radykalną ideą abolicjonizmu, ale „zdrowym, oświeceniowym rozsądkiem”. Jeśli ostrożny i zdroworozsądkowy Waltz bierze jednak w końcu udział w ogólnej jatce, a nawet płaci cenę swego „radykalnego zaangażowania” z rewolwerem i obrzynem po stronie emancypacji, to wyłącznie dlatego, że nawet „oświeceniową prawicę” (dopóki w ogóle jeszcze jest „oświeceniowa”wink do buntu przeciwko zastanemu światu popychają ewidentnie nie dające się już wytrzymać, stawiające tych ludzi pod ścianą, brutalność i „bestialstwo” (cyt. za Tomasz z Akwinu) reakcyjnych piewców niewolnictwa, właścicieli i użytkowników sielankowego prawicowego Candylandu (także figura z wzięta z filmu Django).

        Dwaj bohaterowie filmu, zanim spotkają się ze swoim przeznaczeniem w Candylandzie, wędrują przez miasta i miasteczka amerykańskiego Południa na dwa lata przed wybuchem wojny secesyjnej, budząc bezgraniczne zdumienie, gdyż nikt tam jeszcze nigdy nie widział „murzyna na koniu”. Rafał Aleksander Ziemkiewicz również zachowuje się tak, jakby wychowywał się w mieście, gdzie nikt jeszcze nie widział ani murzyna na koniu, ani kobiety, która odważnie wywalczyła sobie pozycję równą pozycji mężczyzny. O cholera, przecież miasto, w którym RAZ się wychowywał, to Warszawa lat 80.! W dodatku on wychowywał się na warszawskiej polonistyce. To daje do myślenia, a nawet budzi niepokój. Czy naprawdę nikt w tym mieście nie widział jeszcze murzyna na koniu?

        Ale wracając do Django, ciekawe jak Bronisław i Dawid Widsteinowie czują się z tym skrzydlatym słówkiem RAZ-a o „fobiach i lęku intelektualistki, zdaje się o korzeniach żydowskich”? Czy dalej będą potulnie odgrywali rolę „Śnieżynek” w osobistym Candylandzie Rafała Aleksandra Ziemkiewcza? „Śnieżynka” to inny ciekawy bohater filmu Tarantino. Wuj Tom, tyle że w wersji nieporównanie bardziej nieprzyjemnej, zupełnie nieźle zagrany przez Samuela L. Jacksona. Oczywiście tak jak „Śnieżynka” wiecznie osłaniał białego właściciela Candylandu przed „liberałami i lewakami”, także Wildsteinowie mogą bez końca bronić najbardziej nawet „judeosceptycznych” subotników RAZ-a, byle by tylko Ziemkiewicz po ich stronie walczył przeciwko „lewackim wrogom konserwatywnej tradycji i państwa Izrael”. Otóż ta koalicja, to być może największa życiowa pomyłka Bronisława i Dawida Wildsteinów. Po pierwsze, ABR nie jest wrogiem państwa Izrael. Ona tylko uważa, że po pierwsze, można krytykować błędy prawicowej polityki izraelskiej także z pozycji lojalnych wobec losu obywateli tego państwa. Moim zdaniem, szczególnie z tej pozycji trzeba błędy prawicowej polityki izraelskiej krytykować. A po drugie, ABR walczy o prawo do akceptowania także innych aspektów żydowskiej tradycji, znienawidzonych przez cały prawicowy Candyland i z niego przepędzanych. Walczy o prawo do akceptacji tradycji diaspory z jej żarliwym nieraz uniwersalizmem, sympatią dla nowoczesności i emancypacji, a nawet z jej przygodami asymilacyjnymi. Jeśli ktoś woli Spinozę od Netanjahu, Adorno od Netanjahu, a nawet śp. Icchaka Rabina od Netanjahu, naprawdę nie znaczy to, że jest antysemitą.

        Z kolei Rafał Aleksander Ziemkiewicz nigdy nie zaakceptował Żydów, na przykład ich równoprawnej obecności w polskiej kulturze czy w polskim życiu ekonomicznym. Zarówno jemu, jak też sporej części narodowej polskiej prawicy spodobało się jedynie żydowskie zdziczenie, które wykorzystują jako alibi dla zdziczenia własnego. W Izraelu, państwie przecież frontowym, takie zdziczenie musiało się pojawić, skoro pojawiło się w Polsce, w Rosji, w Niemczech, w Ameryce i wśród Palestyńczyków. Zdziczenie jest nieuchronnym cieniem każdej wojny, nawet każdej polityki. Rzecz tylko w tym, czy to zdziczenie jest dla nas problemem, z którym próbujemy sobie poradzić, czy przeciwnie, staje się przedmiotem naszej fascynacji.

        CDN...
        • diabollo Re: „Django” albo przemoc emancypacji 24.01.13, 16:17
          Dla bohatera granego przez Christopha Waltza zdziczenie prawicowego Candylandu stało się problemem, co zaprowadziło go na pozycje krwawego zaangażowania po stronie emancypacji. Dla prawicowych właścicieli Candylandu – których „brutalnej męskiej siły” bali się czarni niewolnicy i białe kobiety – zdziczenie stało się obiektem nieskrępowanej fascynacji.

          www.krytykapolityczna.pl/felietony/20130124/django-albo-przemoc-emancypacji
        • grzespelc Re: „Django” albo przemoc emancypacji 24.01.13, 19:53
          "Chodzi o to, żeby emancypacja nie była bezbronna w starciu z panoszącą się coraz bardziej jawnie przemocą symboliczną współczesnej reakcji"

          Tak, właśnie o to chodzi. I to już od 20 lat. Jako dziecko myślałem, że obaliliśmy komunę po to, żeby każdy był wolny. Potem okazało się, że prawica, a w szczególności KK, wolnością tylko wycierały sobie gęby.
Inne wątki na temat:

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka