diabollo 08.05.14, 17:37 m.krytykapolityczna.pl/felietony/20140508/kondominium-globalizacji Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
diabollo Re: Kondominium globalizacji 09.05.14, 08:04 Tekst ważny, więc pozwolę sobie na cytaty fragmentów: ********* A im państwo mniejsze i słabsze – militarnie, gospodarczo, cywilizacyjnie, w zakresie zdolności kreowania kapitału społecznego – tym mniejszą dawkę suwerenności czy choćby samosterowności przewiduje dla niej kondominium globalizacji. Polska wcale nie jest na dole tej suwerennościowej tabeli. Tam na dole (na jeszcze głębszych peryferiach globalizacji) tłoczą się państwa naprawdę upadłe, a mimo to przepełnione mitami absolutnej i niepodzielnej narodowej (lub plemiennej, tam, gdzie jeszcze nawet nie ma „nowoczesnego narodu” suwerenności. Można nawet powiedzieć, że im bardziej jakieś państwo jest faktycznie upadłe, tym bardziej jego narodowi albo jego plemionom pozostał już tylko mit niepodzielnej suwerenności (z której oczywiście „ograbili nas obcy”. W Polsce, która wcale aż tak nisko w tabeli peryferiów dziś się nie znajduje, mamy inną tabelkę wewnętrzną: im bardziej upadły polityk, tym chętniej się posługuje mitem niepodzielnej suwerenności i pogardą wobec „kondominium”. Wystarczy znów spojrzeć na poruszającego się dość szybko w pionie Jarosława Gowina. Im głębiej upada, tym bardziej intensyfikuje się jego suwerennościowy język, którego nie nadużywał tak bardzo jako ważny polityk czy minister rządzącej neosanacji. Jednym z najbardziej skutecznych narzędzi suwerennościowego mitu panującego dziś w Polsce jest bez wątpienia mityczna narracja założycielska III RP. Zgodnie z nią, w 1989 roku Polska obaliła komunizm (rozpoczynając tę pracę w sierpniu 1980 i kontynuując ją bez większych zakłóceń przez całe lata 80.). Ta mityczna narracja szczególnie silnie wybrzmiewa z okazji obchodów ćwierćwiecza, których apogeum dopiero nadchodzi. Prawda historyczna była taka, że nie obaliliśmy komunizmu. W latach 80. komunizm – nawet w swojej fazie zejściowej – zdołał jeszcze skutecznie spacyfikować i rozbić polskie społeczeństwo. Rany po tamtej pacyfikacji i po tamtym rozbiciu wciąż próbujemy zaleczyć. Jedni z nas próbują to robić mitem, inni pokojem i dobrobytem, jeszcze inni (od Adama Michnika po Bronisława Komorowskiego) próbują łączyć te wszystkie kuracje. Faktem jest, że korzystając z geopolitycznej okazji – koniec zimnej wojny, rozpad ZSRR – wyczołgaliśmy się jako społeczeństwo i państwo ze stanu śmierci klinicznej lat osiemdziesiątych. To wyczołganie się było aktem heroicznym i było sukcesem. Gotów jestem bić dziś głową o ziemię pokłony przed wszystkimi ojcami założycielskimi i matkami założycielkami, którzy i które byli liderami i były liderkami tego bolesnego wyczołgiwania się z głębokiej dupy lat osiemdziesiątych: przed Wałęsą, Walentynowicz, Geremkiem, Krzywonos, Jaruzelskim, Labudą, Kuroniem, Wojtyłą, Michnikiem, Millerem, Kwaśniewskim, Urbanem... Ta wyliczanka brzmi groteskowo w uszach „komuchów” i „solidaruchów”, ale i tak jest bliższa prawdy, niż narracja o obaleniu przez Polaków (i płk. Kulińskiego) komunizmu od Bramy Brandenburskiej aż po Kamczatkę (z Angolą, Etiopią i Afganistanem w pakiecie globalnym). Oczywiście pierwsza „Solidarność” była pokazem niewydolności systemu. Oczywiście śmierć kliniczna polskiego społeczeństwa i państwa w latach 80. przydała się jako argument analitykom Gorbaczowa, żeby złamać opór własnych twardogłowych. To wszystko kosztowało Polaków dużo, bardzo dużo, ale może było warto. Jestem gotów powtarzać, że było warto. I będzie warto, jeśli tego wszystkiego nie trafi w przyszłości szlag. Nie sposób się zatem dziwić, że wszyscy wybierają obchody mitu, gdyż trudniej byłoby urządzać obchody takiej historycznej prawdy. Tylko przedstawiciele Krakowskiej Szkoły Historycznej lubili powtarzać, że zła historia jest matką złej polityki. Kto by tam jednak dbał o jakość dzisiejszej polskiej polityki. Ona nie wydaje się mieć jakiegokolwiek znaczenia, skoro wszyscy decydują się podlewać ją mitem. Jeśli jednak – jak przypominają pospołu „Gazeta Wyborcza” i tygodnik „Do Rzeczy” – obaliliśmy komunizm, to czemu nie mamy absolutnej i niepodzielnej suwerenności? Nieduży naród, który poradził sobie z systemem zajmującym pół świata i mającym bazy rakietowe zdolne cały świat zniszczyć, zasługuje chyba na niepodzielną suwerenność? Jeśli jej nie ma, to ktoś nam zwycięstwo nad komunizmem ukradł albo ktoś je zmarnował. „Michnik i postkomuniści ukradli nam nasze zwycięstwo nad globalnym komunistycznym systemem!” – woła prawica. „Prawicowe swary zmarnowały entuzjazm naszego zwycięstwa nad globalnym komunistycznym systemem!” - odpowiadają prawicy ludzie dobrej woli. Tymczasem ani nikt nam tego zwycięstwa nie ukradł, ani nikt nam entuzjazmu z niego nie zmarnował, gdyż tego zwycięstwa – w każdym razie w takiej formie, w jakiej je przedstawia mit – nigdy po prostu nie było. *** Odpowiedz Link