Dodaj do ulubionych

Widzę ciemność

16.04.16, 11:34
- Rządzi nami człowiek, który prócz braku "cywilizacyjnych kwalifikacji" ma głowę zwróconą do tyłu - mówi prof. Radosław Markowski, politolog z Uniwersytetu SWPS.
AGNIESZKA KUBLIK: Ostrzegał pan: wybory parlamentarne 2015 zdecydują, czy w Polsce uchowa się demokracja, czy nie. Teraz może pan powiedzieć „a nie mówiłem”.

PROF. RADOSŁAW MARKOWSKI: Mam dwie natury: badacza i obywatela. Wolałbym pomylić się jako naukowiec i mieć satysfakcję jako obywatel. Jest odwrotnie. Podkreślmy jednak: w październiku 2015 r. odbyły się wolne i uczciwe wybory, w których koalicja PiS i dwóch mniejszych partii wygrała. Ma więc legitymację do zarządzania krajem, nie ma natomiast prawa zmieniać porządku konstytucyjnego RP. Owe 5 mln 712 tys. głosujących na listę PiS to niecałe 19 proc. uprawnionego elektoratu i mniej niż 38 proc. aktywnie głosujących. A więc o wiele, wiele za mało, by przemawiać w imieniu „całego narodu”.

Faktycznie: w trzech poprzednich wyborach zwycięska partia dostawała więcej, jednak nie przekładało się to na jednopartyjną większość parlamentarną.

- Tym razem mieliśmy aż 16 proc. zmarnowanych głosów (poprzednio 4 proc.), i to zadecydowało. Niestety, owe uczciwe i wolne wybory mają nieuczciwe i zagrażające wolności konsekwencje, bo taką - podkreślmy - świadomą decyzją Kaczyńskiego jest ostentacyjne i zamierzone łamanie konstytucji i praworządności.

To ma wystraszyć płochliwych, bo systemy takie jak PiS-owski opierają się na zarządzaniu strachem, pokazowym, acz selektywnym karaniu prawdziwych lub sfingowanych przypadków, nakręcaniu psychozy zagrożenia zewnętrznego itd. Mamy zawieszoną demokrację i niedziałający jeden z jej filarów - nadzór prawny nad działaniami egzekutywy. Potwierdzają to wszystkie polskie autorytety prawnicze oraz międzynarodowe, nawet filary prawicowej myśli i ideologii w Polsce, jak prof. Adam Strzembosz. Polityczna wola jednego człowieka, który przed nikim i niczym nie odpowiada, jest ważniejsza niż kultura prawna.

Jako obywatele musimy sobie zadać pytanie: wobec kogo mamy być lojalni - konstytucji czy władzy partyjnej? Podobne pytanie chyba zadają sobie przedstawiciele resortów siłowych, oficerowie wojska polskiego, policjanci, którzy niebawem znajdą się na ulicach, a może to być obecność mniej klarowna niż wtedy, gdy hordy kiboli rzucą kamieniami. Po drugiej stronie będą starsi ludzie, kobiety, ci, którzy nawet w takich sytuacjach nie depczą trawników.

Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę. I pewnie się nie myli, że wystarczy mu manipulować tymi 5 czy 6 mln Polaków, by przy frekwencji ok. 50 proc. rządzić po wsze czasy. Bo PiS tworzy bardzo skutecznie całą nową rzeczywistość. I z wielką przykrością stwierdzam, że część Polaków się na to nabiera. Ale skoro Polak nie czyta - nowe badania Biblioteki Narodowej pokazują, że 63 proc. w ciągu roku nie ma nawet jednej książki w ręku - to taka manipulacja jest po prostu skuteczna. Nasze dane Polskiego Generalnego Sondażu Wyborczego pokazują, że odsetek ten wśród elektoratu PiS jest znacznie wyższy niż wśród elektoratów innych partii, podobnie jak uczestnictwo wyborców PiS w kulturze.

Wielki problem polega na tym, że za zlepkiem konfabulacji, kłamstw o ostatnich latach i w ogóle o ostatnim 25-leciu, nie usłyszeliśmy w ogóle wizji tego, do czego PiS zmierza. Wszystko jest definiowane negatywnie: UE, liberalna demokracja, elity polityczne, ale ani słowa - w każdym razie sensownego słowa - o tym, co chcą zbudować.

Co się z ich wypowiedzi wydobywa, to obraz osamotnionej Polski, która nie potrzebuje Unii, Niemców, w ogóle nie wiadomo, z kim i dokąd mamy zmierzać. Wygląda na to, że chodzi o samoizolację Polski i przywrócenie tu "patriotyzmu, religijności i modlenia się o gospodarczy cud".

W wyborach w 2015 r. Polacy nie zagłosowali za zmianą?

- Nie. Z licznych badań wynika, że Polakom nic w głowach się nie poprzestawiało. Polacy byli do ostatnich tygodni 2015 r. euroentuzjastami, coraz bardziej zadowolonymi z wszystkich aspektów życia.

Tylko nie z polityków.

- 70 proc. jest zadowolonych z tego, jak działa władza lokalna, ale z 33 do 40 proc. przybyło tych, którzy twierdzą, że władza jest arogancka. To ostatnie to efekt "ośmiorniczek u Sowy" i nieskrępowanej niczym propagandy zaprzeczania wszystkim rzetelnie zgromadzonym - zarówno przez krajowe, jak i międzynarodowe instytucje do tego powołane - danym o rozwoju naszego kraju.

Polacy podążają w kierunku narodowo-chrześcijańskiego konserwatyzmu, nacjonalizmu?

- No właśnie. Pierwszy dowód, że sianie nienawiści wobec europejskiego otoczenia przynosi efekty, jest zawarty w komunikacie CBOS o stosunku Polaków do innych narodów. W stosunku do identycznego badania z jesieni 2015 r. niechęć Polaków do wszystkich z kilkudziesięciu narodów, o które pytano, pogorszyła się, czasami znacznie, czasami mniej, ale jest to uniwersalne zjawisko. Takie są efekty czterech miesięcy siania propagandy niechęci do innych narodów.

Mówił pan, że PiS może rządzić po wsze czasy. Jak?

- Po pierwsze: apatia i prywatyzacja życia. Niestety, konsumpcyjny kapitalizm i urynkowienie naszego życia temu sprzyjają, za chwilę się okaże, że przy nieskrywanym celu PiS, jakim jest szerokie zastraszanie większości społeczeństwa, ludzi gotowych bronić demokratycznych pryncypiów będzie ubywało. Przeważyć mogą drobnomieszczańskie cechy pilnowania swoich interesów.

Po drugie: nie można wykluczyć rozpowszechnienia się mechanizmu "pasażera na gapę" - oglądania się na innych, by coś zrobili.

Po trzecie: nieskutecznie zachowuje się opozycja. Nie rozumie, że naprzeciwko nie ma oponenta politycznego, z którym można szukać kompromisu, ale znajduje się tam wróg polityczny dążący do tego, by opozycję skompromitować i zniszczyć literalnie. Widzą, na przykład Ryszard Petru, jakieś "światełka w tunelu". Przyznam się, że ja akurat widzę wielki tunel na końcu gasnącego światełka.

Po czwarte: część popularnych publicystów i komentatorów też zachowuje się tak, jakby w Polsce nie była naruszana Konstytucja RP, ale jedynie były omijane mniejszej wagi normy polityczne, z jakimi miewamy do czynienia pod każdą szerokością demokratyczną. Wiele z publicznie obecnych osób wykonało zresztą gigantyczną pracę na rzecz PiS, neurotycznie odnosząc się do rządów poprzedniej koalicji PO-PSL.
Po piąte: przy monopolizacji mediów i wsparciu Kościoła stworzona zostanie ideologiczna mieszanka nacjonalizmu i religijnego fundamentalizmu, wsparta militarystyczną retoryką. To nie przypadek, że partia uzurpująca sobie prawo przemawiania w imieniu narodu tak się go perspektywicznie boi, że organizuje jednostki militarne, bo wie, że wcześniej czy później ulica będzie decydowała o tym, co się z nią stanie.

Rola Kościoła w tym wszystkim to oddzielna i zarazem fundamentalna kwestia. Wszedł on na drogę budowania państwa teokratycznego, awersji do prawa pozytywnego, socjalizowania do pogardy dla nauki, empirii, porządku konstytucyjnego prawa i przedstawiania się jako depozytariusza prawdy objawionej oraz prawa naturalnego, jakoby wyższego od stanowionego.

Skoro tak, to z biegiem czasu, podczas następnych wyborów

- Jakich wyborów? Pani zakłada, że będą normalne, uczciwe wybory? Ja myślę, że nie. I proszę to zanotować wężykiem.

???

- Zapisaną w konstytucji "proporcjonalność" wyborów można różnie zmanipulować. PiS może uchwalić nową ordynację wyborczą, która da im wygraną. Można tak zmienić okręgi wyborcze, np. we wschodniej Polsce, że PiS dostanie tyle głosów, że wystarczy, niezależnie jak reszta Polski zagłosuje.

Nawet Orbán tego nie zrobił.

cdn.
Obserwuj wątek
    • gaika Re: Widzę ciemność 16.04.16, 11:35
      - Po rezolucji Parlamentu Europejskiego intelektualista, uczony profesor z obozu PiS, zasugerował, że Polska zaszantażuje teraz Europę straszakiem podobnego referendum jak brytyjskie. Rozumie pani? Mamy według niego sądzić, że jak zapowiemy Polexit, to Finowie, Francuzi, a zwłaszcza Holendrzy rzucą nam się do stóp i błagać będą, byśmy tego nie robili. Megalomania narodowa tego obozu dosięga wszystkich niezależnie od wyrobienia intelektualnego. A swoją drogą, w sytuacji, jaka jest, PiS powinien - skoro "honor" taki ważny, (a i Bóg, i ojczyzna także) - rzeczywiście wypiąć się na UE i pokazać swoim zwolennikom i reszcie rodaków sceptycznych wobec Unii, jak to się samodzielnie dokonuje skoku w nowoczesność i zamożność.

      Kaczyński niedawno zasugerował, że jakiś kompromis jest możliwy.

      - Jak? Marszałek Sejmu nie reagował na to, że sfałszowano wynik głosowania. Ot, po prostu nie miał ochoty. Nie przypuszczałem, że będę żył w takim ustroju politycznym, w którym żadne normy nie obowiązują, tylko wola jednego człowieka. I tu jest dodatkowa sprawa - bardziej dla psychologów niż politologów: ten stopień toksycznego uzależnienia ludzi z jego otoczenia od wodza. To jest chore, w demokracjach takiego lokajstwa nie ma. Czy widziała pani te zdjęcia, jak prezes łaskawie, przechodząc obok wybranego przez suwerena prezydenta RP, od niechcenia podaje mu rękę, nie patrząc nawet na niego?

      Widziałam niechęć i chęć okazania wyższości.

      - Czegoś takiego nie widziałem w żadnym bantustanie. I żeby ten wódz jeszcze coś sensownego na przyszłość proponował - ale sam jest swoistym cywilizacyjnym analfabetą (służę licznymi wskaźnikami), odciętym od rzeczywistości XXI w. To nie jest naigrawanie się, to poważna sprawa, bo rządzi nami człowiek, który prócz braku "cywilizacyjnych kwalifikacji" ma głowę zwróconą wstecz, a politykę widzi przez pryzmat Marszałka i procesów budowania państw narodowych ponad wiek temu. W konsekwencji psychologiczny izolacjonizm jednego człowieka prowadzi do polityki izolacji kraju. Można zacząć z nim rozmawiać dopiero wtedy, gdy razem ze swą świtą padnie - tak po japońsku - na kolana przed narodem i przeprosi za to, co zrobił.

      Nie przeprosi, bo właśnie wstał z kolan.

      - Reakcja świata zrobi jednak na nim wrażenie. Ani Europa, ani USA nie muszą się odnosić do naszych spraw tak przyjaźnie jak do tej pory. Nie można też wykluczyć, że prezydent Duda uzna jednak, iż winien być lojalny bardziej wobec narodu niż prezesa, i zacznie prowadzić niezależną politykę. Sam musi sobie odpowiedzieć na pytanie, czy w przyszłości jego wnuki w encyklopedii będą czytały o mężu stanu, czy o lokaju.

      W końcu, po zachowaniu PiS w ostatnich tygodniach, po opinii Komisji Weneckiej i rezolucji Parlamentu Europejskiego oraz aroganckiej nań reakcji rządu PiS, wszyscy musimy na nowo przemyśleć, gdzie żyjemy i czy na pewno chcemy w takim kraju żyć. Puczyści konstytucyjni nie powinni rządzić w centrum Europy. Teraz od społeczeństwa - wspartego międzynarodową wspólnotą demokratyczną - zależy, na co pozwoli tym, którzy powinni nam zgodnie z prawem służyć. Wielkie lustro przed nami. Powiedzonko, iż "narody mają taką władzę, na jaką zasługują", choć nie zawsze się sprawdza, to do dzisiejszej sytuacji Polski pasuje.

      Cały tekst: wyborcza.pl/1,75478,19927339,kaczynski-po-wsze-czasy-wystarczy-manipulowac-5-czy-6-mln-polakow.html#ixzz45ydaEjNB

    • oby.watel Re: Widzę ciemność 16.04.16, 16:25
      Uzupełnienie.
    • diabollo Re: Widzę ciemność 17.04.16, 10:16
      Zero refleksji nad przyczynami, które wynoszą faszyzm do władzy.
      Wszyscy byli zadowoleni, tylko ordynacja zawiodła, stworzona przez yntelygentów o mentalności "zawsze byłem za jowami".

      Zero refleksji jak Polska powinna wyglądać, żeby się ciągle nie osuwała w faszyzm.

      Kłaniam się nisko
      • oby.watel Re: Widzę ciemność 17.04.16, 10:53
        diabollo napisał:
        > Wszyscy byli zadowoleni, tylko ordynacja zawiodła, stworzona przez yntelygentów
        > o mentalności "zawsze byłem za jowami".
        >
        > Zero refleksji jak Polska powinna wyglądać, żeby się ciągle nie osuwała w faszyzm.

        Mógłbyś to rozwinąć, o czcigodny? Albowiem podobno JOW-y preferowały duże partie, o czym wielu przekonywało tutaj też. Na szczęście w Polsce JOW-ów nie było i wygrała mała partia. No bo trudno nazwać dużą partią partię liczącą raptem niewiele ponad 20.000 członków, prawda?
        • grzespelc Re: Widzę ciemność 17.04.16, 17:48
          Gdyby były jowy, to PIS miałby teraz 300 posłów i właśnie czytalibyśmy nową konstytucję.
          • oby.watel Re: Widzę ciemność 17.04.16, 18:29
            Gdyby guzik miał piórka, to by była przepiórka. Gdybyś miał milion byłbyś milionerem. Gdyby głupota dodawała skrzydeł przemysł lotniczy dawno by zbankrutował. Itd. Itp.

            Nawet przyjmując za pewnik to co piszesz to przy JOW-ach posłowie nie byliby tak ograniczeni, ponieważ nie Kaczyński układałby listy. To zaiste trudno pojąć i sobie uświadomić, ale tak niestety jest w przypadku JOW-ów - lider nie jest wszechwładny i nie może nikogo ukarać skreślając z listy i nagrodzić umieszczając na pierwszym miejscu, bo decydują wyborcy. Ale zawsze można pocieszać się gdybaniem.
            • grzespelc Re: Widzę ciemność 19.04.16, 12:27
              "ponieważ nie Kaczyński układałby listy."

              Ale Ty jesteś naiwny...
              • oby.watel Re: Widzę ciemność 19.04.16, 18:27
                Też mi argument! Jeśli mam REALNY wybór, to nikt mnie nie zmusi do głosowania na kolesiów Kaczyńskiego. Oczywiście to nie zadziała od razu - wyborcy muszą zrozumieć jak to działa i mieć przekonanie, że od nich coś zależy. Mniej więcej 15 lat trwało przekonywanie się, że przy tej ordynacji niewiele od wyborców zależy, bo jak by nie głosowali do sejmu i tak wejdą krewni i znajomi króliczków partyjnych.
                • grzespelc Re: Widzę ciemność 21.04.16, 08:52
                  Nadal nic nie rozumiesz.
                  Choćby setkom niezależnych kandydatów udawało sie zebrać podpisy, to i tak nie będą mieli na dobrą kampanię, i w praktyce wejdą ci, których wystawi Kaczor albo Donald.
                  • oby.watel Re: Widzę ciemność 21.04.16, 09:36
                    Nadal nic nie rozumiesz. Ordynacja to nie tylko JOW-y, ale także finansowanie, okręgi i wiele innych czynników. Zmiana tylko jednego oczywiście niczego nie zmieni i może dać jeszcze bardziej opłakane skutki. Chodzi o zmianę ordynacji na taką, która daje realny wybór, a nie plebiscyt partyjnych nominatów.
                    • grzespelc Re: Widzę ciemność 21.04.16, 17:56
                      Zaczynasz wreszcie mówić jak człowiek.

                      Aczkolwiek ja nie wierzę w możliwość stworzenia systemu odpornego na różne wypaczenia.
                      • oby.watel Re: Widzę ciemność 21.04.16, 18:03
                        Od początku mówię jak człowiek. Zaś wiara lub jej brak nie powinna mieć wpływu na decyzje. Ten system się nie sprawdził. Mamy tego dowód - 100% członków partii popiera linię partii. Ostatni raz taka jednomyślność występowała w czasach komuny.
                        • grzespelc Re: Widzę ciemność 22.04.16, 16:53
                          "100% członków partii popiera linię partii."

                          Zasadniczo taka jest istota partii.
      • grzespelc Re: Widzę ciemność 17.04.16, 17:46
        Diagnoza nie jest prosta. Podobno niedawno była gdzieś w warszawie debata, w której wziął udział pan prof. Czapliński i powiedział, że z jego badań (a bardziej rzetelnych w Polsce nie ma) wynika, że status materialny poprawia się także w niższych warstwach społeczeństwa. Z tego wywiódł tezę, że nie o to chodzi, a raczej o wartości. A wartości oferuje prawica. A przynajmniej głośniej o nich krzyczy. No i trzyma szkoły, gdzie młodzieży sprzedaje się te barykady i inne bzdury.
        Ale może jednak chodzi o kwestie materialne, tylko inaczej ujęte: bo w Europie lepiej, a co mi będziesz o PRL-u, nie interesuje mnie to; bo drogi awansu zajęte, bo perspektywy niepewne itp.
        Nie wiem, czy to pan Czapliński badał.
        • gaika Re: Widzę ciemność 17.04.16, 22:36
          grzespelc napisał:

          > Diagnoza nie jest prosta. Podobno niedawno była gdzieś w warszawie debata, w kt
          > órej wziął udział pan prof. Czapliński i powiedział, że z jego badań (a bardzie
          > j rzetelnych w Polsce nie ma) wynika, że status materialny poprawia się także
          > w niższych warstwach społeczeństwa. Z tego wywiódł tezę, że nie o to chodzi, a
          > raczej o wartości. A wartości oferuje prawica. A przynajmniej głośniej o nich k
          > rzyczy. No i trzyma szkoły, gdzie młodzieży sprzedaje się te barykady i inne bz
          > dury.
          > Ale może jednak chodzi o kwestie materialne, tylko inaczej ujęte: bo w Europie
          > lepiej, a co mi będziesz o PRL-u, nie interesuje mnie to; bo drogi awansu zajęt
          > e, bo perspektywy niepewne itp.
          > Nie wiem, czy to pan Czapliński badał.

          Chciałam zwrócić uwagę, że piszę tu o tym od paru miesięcy (od naszej dyskusji o marszu niepodległości począwszy), że skutkiem faszyzujących tendencji nie jest przede wszystkim wykluczenie z dostępu do dóbr. Twierdziłam i twierdzę (zarówno na podstawie naocznych i nausznych konstatacji), jak i badań (m.in. kto na kogo głosował), że problem jest bardziej złożony i właśnie dotyczy także tzw. wartości.

          Czapiński zresztą o tym także kiedyś mówił-cezurą czasową dla wzrostu postaw konserwatywnych i ksenofobicznych (od 2011 r. o 25%) jest katastrofa smoleńska.

          Dodam od siebie, że fakt, iż na partię Razem wciąż chce głosować tylko 3% wyborców pokazuje, że choć program zacny, nie ma na niego dużego zapotrzebowania.

          Polaków kręci co innego.

    • gaika Re: Widzę jeszcze ciemniejszą ciemność 17.04.16, 22:41
      Do faszyzmu brakuje nam w Polsce tylko przemocy. Całą resztę już mamy. Z Joanną Tokarską-Bakir rozmawia Dorota Wodecka

      Joanna Tokarska-Bakir - antropolożka kultury i religioznawczyni, pracuje w Instytucie Slawistyki PAN, autorka m.in. książek: "Rzeczy mgliste" (2004), "Legendy o krwi" (2008, wydanie francuskie 2015) i "Okrzyki pogromowe" (2012). Obecnie pracuje nad książką "Portret społeczny pogromu kieleckiego".

      Dorota Wodecka: Czy antropolog rozumie coś z tego, co dzisiaj dzieje się w Polsce?

      Joanna Tokarska-Bakir: Antropolog widzi, że to, co nas dziś dręczy, jest skutkiem przełomu roku 1989, którego sens dopiero teraz do nas dociera.

      Co pani ma na myśli?

      - Upraszczając koncepcję brytyjskiej antropolożki Mary Douglas, można powiedzieć, że społeczeństwa ludzkie - wszystko jedno, czy zamieszkują Nową Gwineę, czy Europę - dzielą się z grubsza na trzy kategorie: rynki, sekty i hierarchie.

      Polacy tradycyjnie skłaniają się do tworzenia społeczeństw typu "sekta", o silnych więziach i dużym ciśnieniu grupy na jednostkę, przy średniej potrzebie oddziaływania odwrotnego, czyli takiego, które przekształcałoby grupę od wewnątrz.

      Jest to skutek traum i wiktymizacji, lat niewoli, dominującej pozycji Kościoła z jego nauką o uwznioślającej roli cierpienia, a także niskiego czynnika realnej skolaryzacji - bo współczynnik skolaryzacji "nierealnej" podskoczył nam nieproporcjonalnie wskutek boomu pozornej edukacji.

      Takie sekciarskie społeczeństwo istniało również w Polsce w czasach socjalizmu, z charakterystyczną dla niego urawniłowką i przemocą polityczną.

      Rewolucja 1989 r. sprawiła, że kraj się otworzył, grupowe ciśnienie zelżało i Polska w trybie alarmowym stała się "rynkiem". Spowodowało to nie tylko zmianę systemu gospodarczego, ale też poważne zmiany w zbiorowym samopoczuciu. Bo nagle powstało dużo wolnego miejsca między ludźmi, wcześniej wypełnionego przez socjalistyczne ciepełko, "małą stabilizację" plus hasła o "wyższości klasy robotniczej".

      Ludzie z inicjatywą, czyli uprzywilejowana mniejszość, mogli tę nagłą nadwyżkę wolnego miejsca gospodarczo i personalnie wykorzystać. Pozostali odczuli to jako porzucenie, osierocenie przez państwo, które zlikwidowało nie tylko pegeery, darmowe wczasy, kluby prasy i domy kultury, ale też niezbędne złudzenie, że są oni dla niego jakoś ważni.

      Było to tym bardziej bolesne, że to właśnie entuzjazm tych ludzi umożliwił reformy rządu Tadeusza Mazowieckiego.

      Prawie dekadę temu pisała pani o tych sierotach w tekście "Śrubka w polskiej wyobraźni". Czy dziś Polacy mają dość rynku i chcą z powrotem do sekty?

      - Nie wszyscy chcą. Te dwie tendencje, rynek i sekta, w wielu krajach potrafią nieźle współistnieć. Przez dłuższy czas także w Polsce prowadziły żywoty równoległe.

      Dopiero katastrofa smoleńska spowodowała erupcję konfliktu między nimi i zainteresowała tym konfliktem polityków.

      Dlaczego? Jak łączy się rynek i sekta z wypadkiem lotniczym?

      - Konflikt wynikł z rozbieżnych, charakterystycznych dla sekty i rynku sposobów dystrybucji winy za to nieszczęście.

      Może to brzmieć zaskakująco, ale jak dowiodła Mary Douglas, w tej dziedzinie istnieją tylko trzy możliwości. W społeczeństwie hierarchicznym katastrofę postrzega się jako skutek grzechu, przekroczenia tabu. W społeczeństwie typu sekta winę za nieszczęście przypisuje się knowaniom wroga zewnętrznego lub wewnętrznego. W społeczeństwie typu rynek wina za katastrofę pojmowana jest jako przegrana słabszego aktora w rywalizacji z aktorem silniejszym, którym w rozpatrywanym przypadku byłyby procedury ruchu lotniczego.

      W przełożeniu na krajowe kategorie swoistym "błędem" komisji Laska/Millera było to, że piętnowaną w raporcie skłonność do szarży i lekceważenia przepisów - to zdanie w stenogramie: "Musimy próbować do skutku" - ujęto w "rynkowych" kategoriach - abstrakcyjnych, bezosobowych.

      Takim samym komunikatem zakończyło się skądinąd śledztwo w sprawie wypadku amerykańskiego Challengera: winę przypisano w nim kulturze pracy w laboratoriach NASA lekceważącej normy i ryzyko wypadku. Co jednak było do przyjęcia w USA, w każdym razie przez większość tamtego społeczeństwa, wyraźnie nie zostało zaakceptowane w Polsce.
      Jak wynika z haseł na demonstracji zorganizowanej w ubiegłą sobotę pod ambasadą rosyjską, raport Millera został sformułowany w kategoriach nieczytelnych dla grupy, która tam demonstrowała.

      Ewa Stankiewicz, dziennikarka lansująca teorię zamachu, powiedziała: "Dopóki osoby odpowiedzialne za śmierć prezydenta nie odpowiedzą w najsurowszy możliwy na ziemi sposób, będziemy państwem teoretycznym". Dlaczego taki język raportu jest nie do przyjęcia dla zwolenników teorii zamachu?

      - Może dlatego, że jego zdystansowany ton odebrany został jako niewspółmierny do spowodowanego przez katastrofę cierpienia? A może powodem była niezdolność przyjęcia do wiadomości śmierci akurat w tym miejscu, w takiej liczbie i o tym kalibrze?

      Jest jeszcze ewentualność, o której pisałam w tekście o katastrofie smoleńskiej "Karnawał smutku" opublikowanym w "Gazecie Wyborczej". Przywoływałam w nim opinię Marii Janion, że Polacy są narodem, który nie potrafi przyznać się do klęski jako takiej, że zawsze musi jakoś ją uwznioślić.

      Kompulsywnie przedstawia ją jako ofiarną lub bohaterską, tak jakby zwykła śmierć była czymś upokarzającym. Do takiej zwykłej śmierci z powodu nieprzestrzegania procedur jako zbiorowość jesteśmy ciągle nieprzygotowani.

      Ta część nas, która jest sektą?

      - Powiedziałabym raczej: ta część w nas, która nią jest. Bo granica sekta - rynek może przebiegać nie tylko pomiędzy nami, ale także wewnątrz każdego z nas. Może jesteśmy sekciarzami w miłości, a urynkowieni w religii? Bo chyba nie odwrotnie?

      A mówiąc serio, jako ludzie rynku musimy pamiętać, że pozycja członka sekty jest zdominowana koniecznościami. Jego swoboda wyboru jest ograniczona i trzeba znacznej samoświadomości i siły charakteru, by oprzeć się pokusie przedstawiania się jako ofiary złych mocy.

      cdn.
      • gaika Re: Widzę jeszcze ciemniejszą ciemność 17.04.16, 22:42
        Przykład? Wyobraźmy sobie człowieka z małego miasta, który najpierw zdobył wymarzoną pracę w "Gazecie Wyborczej", a potem nagle ją utracił. Co będzie dla niego łatwiejsze: czy przedstawić w domu sprawy "po rynkowemu" - "znudziło mi się tyranie", jak zrobiłby to prawdziwy miejski wyjadacz, czy ogłosić, że wywalili go Żydzi?

        Tak właśnie można wylądować w sekcie antysemitów.

        Co sekta robi z indywidualną odpowiedzialnością za życie?

        - Członek sekty nie widzi tego pytania, a jeśli zostanie zmuszony do konfrontacji z nim, odczuje to jako krzywdę i przemoc, którą nazwie "przemysłem pogardy".

        Nie po to w końcu przystaje się do sekty, aby odczuwać indywidualną odpowiedzialność, prawda?

        Co nie znaczy, że członek sekty częściej niż ten od rynku jest paranoikiem czy narcyzem. Równie często jak tamten ugina się on pod ciężarem wątpliwości, czy podoła mesjanistycznemu zadaniu, które na nim ciąży. Ulega jednak charakterowi grupy lub instytucji zdejmującej z niego odpowiedzialność.

        Jak sekta odnosi się do słabości i grzechu?

        - Rzeczywiście, najbardziej rzucającą się w oczy cechą sekty jest to, co robi ona ze złem.

        Uważa je za niemożliwe do skontrolowania, dlatego też, zamiast je resocjalizować, stale je wypiera, bo ma obsesję własnej niewinności.

        Przytaczanym przez Douglas przykładem są małe wioskowe grupy w Afryce Środkowej niezdolne do uporania się z trapiącymi je problemami albo grupy religijne, takie jak amerykańscy amiszowie, ulegające niekończącym się schizmom.

        W tych pierwszych występuje kosmologia lęku przed czarownicami, politycznego negatywizmu, rezerwy wobec seksu, obawy o granice ciała indywidualnego i zbiorowego, atakowanego przez wrogów zewnętrznych.

        W tych drugich ceną utrzymywanego za wszelką cenę egalitaryzmu jest wieczny podział na prawych i nie aż tak prawych. W rezultacie sekta nie jest w stanie wytworzyć stabilnego "niepokalanego" centrum.
        Jej polityka polega na nieustannym denuncjowaniu tego centrum - pojawiają się tu oskarżenia o czary, niepobożność, światowość lub kosmopolityzm. Są to grupy o silnie zarysowanych granicach, ale małych możliwościach przemiany wewnętrznej, czemu odpowiada niska samoocena jednostek przy wielkich aspiracjach zbiorowości.

        W instytucji typu sekta szczególnie upośledzona jest zdolność rozpoznawania ryzyka, co sprawia, że podejmuje ona zadania niewspółmierne do sił, często kończące się spektakularną klapą. Jak można się domyślić, wina za niepowodzenie bywa przypisywana wrogom zewnętrznym.

        Czy dzisiejsza władza, o ile tworzy sektę, musi się wkrótce podzielić? Tyle rywalizujących ośrodków: Kaczyński, Macierewicz, Ziobro, Duda, Szydło, "Gazeta Polska"...

        - Owszem. Nawet w najstarszej hierarchii świata, jaką jest Kościół i Watykan, nie udaje się utrzymać konfliktów pod korcem, a co dopiero w sekcie.

        Dlaczego pani uważa, że Polska jest raczej sektą, a nie hierarchią? Przecież siła Kościoła sugerowałaby to drugie.

        - Członkowie sekty lubią myśleć o sobie, że są hierarchią - szczególnie gdy fantazjują, że za chwilę obejmą przywództwo, i rzeczywiście istnieją na świecie hierarchiczne sekty.

        Ponadto w hierarchii, podobnie jak w sekcie, wierzy się w prawo do poświęcania jednostek dla dobra ogółu.

        Jednak różnica jest ogromna: jest nią trwałość rytuałów hierarchii kontrastująca z niestabilnością sekty, wciąż będącej w ruchu. Hierarchia jest ociężała i powolna, a każdy jej członek zna swoje miejsce w szyku. Natomiast sekta składa się z samych aspirantów dorobkiewiczów, z których żaden, o ile nie zostanie do tego zmuszony, nie chce się nikomu podporządkować. Jest tu mnóstwo zawiści i zewsząd rozlega się narzekanie.

        Z czymś się to nam kojarzy?

        Mówiła pani, że system obwiniania o spowodowanie nieszczęścia chroni "wartości wyższe" w danej kulturze, których nie problematyzuje się z obawy przed narażeniem ich na szwank. Jakie wartości chroni sekta, a jakie rynek?

        - W pierwszym przypadku jedną z najważniejszych rzeczy do ochrony jest przekonanie o wybraństwie grupy, o tym, że mimo wszystkich klęsk Bóg nas jednak kocha i że jesteśmy najlepsi na świecie.

        Inną rzeczą jest refleksja nad posłuszeństwem elitom władzy.

        W przypadku rynku obwinianie słabszego jako tego, który po prostu przegrał rywalizację z lepszymi, chroni nas przed dostrzeżeniem egoizmu i brutalności systemu uprzywilejowującego silnych, których wygrana wcale nie musi być efektem fair play.

        Rynek jako zbiór stale rywalizujących ze sobą jednostek ma zawsze problem ze stworzeniem wspólnoty, która by się z nim identyfikowała.

        Czy Jarosław Kaczyński chce zmienić Polskę w sektę?

        - Z pewnością polityka, którą prowadzi jego rząd i jego prezydent, ma na celu zwiększenie charakterystycznej dla sekty spoistości społecznej.

        Chce to zrobić metodami administracyjnymi, wyciągając wnioski z przykładów historycznych, przede wszystkim z historii faszyzmu. Pominę wymowną sprawę Trybunału Konstytucyjnego, czyli "wygaszenie" kontrautorytetu, który mógłby mu zagrozić. Pominę też to, że o ile projekt nazistowski zaatakował domy towarowe jako symbol nowoczesnego kapitalizmu, o tyle rząd Kaczyńskiego zwrócił się ku sklepom wielkopowierzchniowym. Oraz to, że o ile rząd Rzeszy 12 maja 1933 roku wydał dekret o reorganizacji rolniczych stosunków własności, o tyle nasz rząd wyprodukował ciekawy w aspekcie porównawczym projekt o handlu ziemią.

        Wszystko to pominę, zamiast tego wskazując, że od pierwszego dnia rządów PiS uwaga została skupiona na tym, co przedstawia on jako "ochronę rodziny i życia". Ale jak trafnie ujęła to prof. Płatek, nie o życie tu chodzi, tylko o władzę nad żyjącymi.

        Szczegółowo zaś chodzi o wzmacnianie rodziny autorytarnej - z osłabioną pozycją kobiety, którą zasiłki 500+ będą skłaniać do rodzenia dzieci i wycofywania się z rynku pracy. Zasiłku tego zostaną też pozbawione kobiety samotnie wychowujące dzieci, zachęcane teraz do "ustabilizowania swojej sytuacji rodzinnej".
        Państwo autorytarne ma ogromny interes w rodzinie autorytarnej, która przejmuje część jego zadań propagandowych.

        cdn.
        • gaika Re: Widzę jeszcze ciemniejszą ciemność 17.04.16, 22:44
          Pełna rodzina to niekoniecznie rodzina autorytarna.

          - Oczywiście, ale wycofanie wsparcia dla rodzin niepełnych, nie mówiąc o innych modelach rodziny, to sygnał, który z pewnością zostanie zauważony - polityka społeczna dlatego w ogóle działa, że wpływa na życie ludzi, uruchamiając w nich coś w rodzaju rozproszonego oportunizmu.

          Zresztą każdy porządek społeczny wykształca w masach swych członków takie struktury, jakich aktualnie potrzebuje.

          Jarosław Kaczyński trafnie odczytał potrzeby społeczeństwa sfrustrowanego przez rządy Platformy, która de facto nie prowadziła żadnej spójnej polityki społecznej. W czasie gdy rządziła, społeczeństwo coraz głębiej pogrążało się w apolityczności.

          Tę sytuację wielokrotnie wykorzystywali populiści.

          - Tak jest. Jeśli zagłębimy się w historię Niemiec, zobaczymy, że Hitler od początku opierał się nie tylko na głosach wyborców wcześniej apolitycznych, ale też zwyciężył przez zmobilizowanie co najmniej 5 milionów tych, którzy wcześniej nie brali udziału w wyborach, a więc byli apolityczni. Apolityczność, jak sądzą niektórzy badacze, nie jest jednak biernym stanem psychicznym, ale postawą wysoce aktywną, polegającą na odparciu poczucia, że jest się kimś społecznie odpowiedzialnym i potrzebnym.

          Ci ludzie cały czas czekają, aż ktoś wyśle im komunikat: "jesteście ważni". Takim komunikatem była w realiach Rzeszy faszystowska polityka społeczna.

          Hitler zwyciężył z powodu polityki społecznej?

          - Tak twierdził badacz nazizmu Götz Aly, który uważał Hitlera za "wielkiego integratora", właśnie dzięki niej uzyskującego poparcie mas. Taka polityka pochłaniała rzecz jasna olbrzymie sumy, ale państwo się zadłużało, bo jej koszty miała spłacić zbliżająca się wojna.

          Ale ja nie zgadzam się z opinią Aly'ego, że Niemcy zostały przekonane do nazizmu wyłącznie przez politykę społeczną. Można troszczyć się o polepszenie warunków życia i wcale nie uzyskać poparcia społeczeństwa - dedykowany element ideologiczny jest w tej transakcji niezbędny.

          Na przykład Platforma Obywatelska odniosła kolosalny, zupełnie nieskonsumowany sukces, dając samorządom sieć supernowoczesnych bibliotek, sfinansowanych częściowo ze środków unijnych. Nie osławione aquaparki i inne fiu-bździu, ale cudowna, niezagrażająca, społecznie dostępna przestrzeń w prowincjonalnych gminach na końcu świata. Przecież to jest coś, czego zazdrościliby nam Szwedzi! I co, wie pani coś na ten temat?

          W Rzeszy postępowano inaczej. Zanim sformułowano politykę społeczną, zdefiniowano i pięć razy powiadomiono o niej jej adresata.

          Aktem podstawowym było stworzenie kategorii wspólnoty narodowej - Volksgemeinschaft, która miała być jedynym beneficjentem systemu.

          Czym była ta wspólnota?

          - Było to koło zamachowe władzy faszystowskiej, zakładające istnienie pseudomonolitu narodowego, przylutowanego od tyłu do charyzmatycznego wodza (określenie politologa Franza Neumanna). W sensie funkcjonalnym działało to jak kij połączony z marchewką.

          Bazowało na schlebianiu tym, którzy zasadniczo nie mając nic, usłyszeli, że w związku z krwią, jaka płynie w ich żyłach, będą mieli więcej, niż się kiedykolwiek spodziewali. A jeśli będą posłuszni władzy, która ich nominuje do tego tytułu, dostaną jeszcze więcej.

          Volksgemeinschaft to grupa wskazanych przez władze "prawdziwych Niemców", przedstawiana jako naturalna i odwieczna, a w rzeczywistości skonstruowana przez jej przyszłych zarządców. Z Volksgemeinschaft wykluczało nie tylko "niesłuszne" pochodzenie, ale także poglądy. Komuniści, socjaldemokraci - dwie grupy posłów uwięzione zaraz po dojściu Hitlera do władzy - a także katolicy pod warunkiem posłuszeństwa mogli w niej ewentualnie pozostać.
          Skuteczność zabiegu wyodrębnienia Volksgemeinschaft w stosunku do pozostałych obywateli Niemiec wykraczała poza funkcje rzymskiej zasady "dziel i rządź". Ze względu na panikę, jaką podobne mechanizmy selekcji budzą w masach, odpowiedniejszy byłby tu raczej obraz oddzielenia owiec od kozłów z Ewangelii Mateusza.

          Dlaczego te mechanizmy budzą panikę?

          - Bo na horyzoncie pojawia się rzeźnik.

          Czy mamy w Polsce zapowiedź posłużenia się podobnym mechanizmem selekcyjnym?

          - A jak pani uważa? Mój ulubiony przykład to wypowiedź prezydenta Andrzeja Dudy w Otwocku, szczególnie fragment o prawie do decydowania, "kto jest dla nas gościem, a kto wrogiem".

          Ktoś powiedział, że historia powraca nie tylko jako farsa, ale także jako reality show. Za każdym razem, gdy słucham wypowiedzi w rodzaju tej z Otwocka, mam podobne wrażenie.

          Dlaczego reality show?

          - Chodzi o wrażenie, że to nie dzieje się naprawdę, że to tylko "ustawka", coś w rodzaju "Big Brothera", zaraz będzie głosowanie i ktoś nas znowu opuści.

          Ktoś coś mówi, ale jakby na niby, tak naprawdę testując opór, jaki wzbudzają jego słowa. Czy w ogóle wzbudzą jakiś opór? Czy w końcu wyzwolą ryk entuzjazmu?

          Wybór reality show stanowi komunikat wabiący określone audytorium. To gatunek plebejski, eliminujący dystans, wprowadzający dosłowność, realizm.

          Pełne patosu patriotyczne przedsięwzięcia rekonstrukcyjne, akcentujące etykę, a nie estetykę, też operują podobną poetyką.

          Czemu to służy?

          - Przekazowi: "Jesteśmy tacy jak wy, blisko was". Ujarzmieniu wyobraźni, redukcji "pustego miejsca" wyprodukowanego przez rynek, subordynacji inaczej myślących: "Co, nie podobają ci się nasi bohaterowie?".

          Znów wrócę do faszyzmu: niektórzy badacze, tacy jak George Mosse, uważali, że faszyzm był produktem spektaklu, rezultatem unarodowienia mas, poddanych atakowi pomników, hymnów, sztandarów, manifestacji patriotycznych i kultu męczenników.

          Zmobilizował on ludzi, tak jak zmobilizowała ich popierana przez rządy PO-PiS polityka historyczna, wyposażając w złudzenie sprawczości, bycia aktorem, a nie tylko biernym odbiorcą polityki. Na tej samej zasadzie inni czerpią sprawczość z teorii spiskowych uważanych za zastępczy sposób uczestnictwa w polityce.

          Pewni polscy politycy, i wcale nie skrajni, twierdzili, że pod wpływem Muzeum Powstania Warszawskiego polski potencjał obronny wzrósł ileś tam razy. Mnie podobny "wzrost potencjału" niestety przeraża.

          Podobnie jak ministra Macierewicza rojenia o reaktywowaniu AK i wyposażeniu w broń maszynową planowanych oddziałów obrony terytorialnej.

          cdn.
          • gaika Re: Widzę jeszcze ciemniejszą ciemność 17.04.16, 22:45
            Dlaczego panią to przeraża?

            - To drugie dlatego, że "broni raz wydanej odebrać sobie nie pozwolimy" - by sparafrazować znane hasło polskich komunistów. Co sprawia, że scenariusz jugosłowiański, wczoraj jeszcze odległy, staje się w Polsce wyobrażalny.
            Wróćmy jednak lepiej do muzeów. Boję się prezentowanej w nich pamięci opartej na przymusie powtarzania. Pamięci, którą filozof Paul Ricoeur przeciwstawiał krytycznej historii jako przypominania sobie, jak to było naprawdę.

            Istnieje fantastyczna definicja pamięci krytycznej sformułowana przez historyka Fredrica Jamesona: "Historia jest tym, co boli, co stawia opór pragnieniu i wytycza nieprzekraczalne granice praktyce indywidualnej i zbiorowej, ukazując przerażający ironiczny rewers deklarowanych przez nas intencji".

            Niestety, nie mamy dziś i nieprędko doczekamy się muzeów podobnej historii.

            Czy to jest tylko polska specyfika to manipulowanie pamięcią?

            - Oczywiście, że nie. Z tego powodu w USA powstało najpierw Muzeum Holokaustu, który odbył się na drugiej półkuli, dopiero potem Muzeum Indian Amerykańskich, a Muzeum Afroamerykanów jest ciągle, zdaje się, w budowie.

            Z tego samego powodu generał de Gaulle zakazał pokazywania dezawuującego francuską kolaborację filmu Marcela Ophülsa "Le chagrin et la pitié", czyli "Smutek i litość" z 1969 r., motywując zakaz tym, że "niszczy on mit, jakiego potrzebuje francuski lud".

            De Gaulle wiedział, czego ten lud potrzebuje?

            - Najwyraźniej. Ale Francja jest krajem niezależnych historyków, którzy nie dali sobie wytłumaczyć, na czym polega domniemana "racja stanu" w dziedzinie badań naukowych.

            Czy oprócz "wzmacniania potencjału obronnego" polska polityka historyczna wzmacnia jakieś więzi społeczne?

            - Jeśli pani książka z zakresu historii krytycznej nie otrzyma finansowania, a inna z zakresu historii apologetycznej finansowanie takie otrzyma, to jedne więzi zostaną zerwane, a inne nawiązane.

            Ale jeśli zacznie pani systematycznie dokuczać pewnym historykom, na przykład odbierając im nagrody i medale, jak niektórzy proponowali postąpić w stosunku do profesora Jana Grossa, to przestrzeń debaty zacznie się gwałtownie kurczyć.

            Władza, która nie respektuje autonomii w dążeniu do prawdy, musi w końcu oprzeć się na lęku. Który skąd-inąd też jest rodzajem więzi.

            Czy to jest legalne: tak straszyć ludzi?

            - W demokracji liberalnej raczej nie, ale kto powiedział, że będziemy żyć w demokracji liberalnej? Sytuacja jest rozwojowa.

            Jak powiedział Walter Benjamin, materiał, z którego zrobiony jest faszyzm, to przede wszystkim materiał ludzki. A Carl Schmitt już w roku 1922 napisał tekst "Dyktatura" poświęcony radykalnie wywrotowej władzy ustawodawczej, która samą siebie uprawomocnia. W naszym kraju Schmitta czytali wszyscy - lewica, prawica, liberałowie i katolicy.

            Ci ostatni rozpisywali się z rozmarzeniem o Schmittowskiej apokaliptyce i "wodzu-katechonie, który poprowadzi nas do boju z Szatanem".

            Oto plon tej lektury.

            Czy to nie jest jednak przesada - porównywać Kaczyńskiego do Hitlera?

            - A czym pani mierzy zasadność porównania lub jej brak? Bo moim zdaniem rozstrzyga tertium comparationis, czyli podstawa porównania.

            W rozpatrywanym przypadku stanowi ją faszyzm rozumiany wcale nie jako obelga, tylko pojęcie analityczne, opisujące specyficzny typ rządzenia masami.
            Pewien, jak to mówi filozof Michel Foucault, typ władzy pasterskiej, tyle że nieopartej na pokoju, lecz na celowym dążeniu do wojny społecznej. Charakteryzuje go autorytaryzm, walka z trójpodziałem władzy, dążenie do podporządkowania sobie opozycji i stworzenia bezwzględnej dominacji ideowej.

            Zasadniczą rolę w debacie, ułatwionej przez zagarnięcie mediów publicznych, odgrywa polityczne naginanie faktów, które dominuje nad wszelką merytoryczną dyskusją. W razie gdyby dotychczasowe elity nie poparły punktu widzenia władzy, powołuje się własne elity. Argumentem ostatecznym w ustalaniu prawdy o faktach jest twierdzenie o narodzie jako ostatecznym źródle porządku politycznego.

            Ponadto system ten powołuje się na specyficznie sformatowany patriotyzm piętnujący jako zdradę wszelką krytykę państwa, szczególnie za granicą.

            Do kompletu brakuje tylko przemocy - i oby jej zawsze brakowało. Ten typ władzy gra na tęsknocie za doczesnym wybawicielem, z którym ludzie utożsamiają się tym bardziej, im bardziej czują się bezwartościowi.

            Możemy mieć zatem własny faszyzm?

            - Czyżbyśmy już go nie mieli? Pokażę pani coś. To gazeta "Narodowiec" z 3 grudnia 1933 roku, organ Narodowo-Socjalistycznej Partii Robotniczej okręgu krakowskiego. Czytamy w niej o wyborach do rad miejskich w Wielkopolsce i na Pomorzu. "Wykazały one potężny rozwój ruchu narodowego". Narodowcy zdobyli 814 mandatów, a sanacja tylko 623. Rezultat: "ani jeden Żyd nie wszedł do rad miejskich w omawianych dzielnicach".

            Faszyści piszą tu o wyborach do rad miejskich, bo sanacja "w Krakowie i Małopolsce idąca razem z Żydami, a na Pomorzu i Wielkopolsce razem z Niemcami" blokowała im dostęp do parlamentu. Tak jak francuska prawica i socjaliści blokują dziś dostęp do niego obu paniom Le Pen [Marine i Marion, córce i wnuczce Jeana-Marie Le Pena, twórcy Frontu Narodowego].

            Dzisiejsza Polska to jednak całkiem inny kraj niż sanacyjna Polska i obecna Francja. Gdy w ostatnich wyborach nacjonaliści tacy jak Winnicki weszli do parlamentu z list Kukiza, nie było jakiegoś specjalnego alarmu z tego powodu.

            Dlaczego?

            - Może nie chcemy wierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę?

            wyborcza.pl/magazyn/1,151486,19927214,rzeznik-na-horyzoncie-joanna-tokarska-bakir-o-sekcie-polskiej.html#BoxGWImg
            • diabollo Re: Widzę jeszcze ciemniejszą ciemność 18.04.16, 10:12
              Bardzo ciekawe, dziękuję, czcigodna Gaiko.
              Kłaniam się nisko.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka