diabollo
26.03.25, 07:06
Wojciech Orliński
Paratop epitopu
Ze wszystkich złych wiadomości, które nadchodzą zza oceanu, szczególnie dołują mnie te o wypowiedzeniu wojny nauce przez administrację Donalda Trumpa.
Gdy wchodziłem w dorosłość, miałem nadzieję, że spory typu „czy nauka działa” ludzkość ma już za sobą. To, że komputery działają, samoloty latają, a antybiotyki leczą bakteryjne infekcje, powinno być dla każdego wystarczającym argumentem, że ci dziwni ludzie w białych fartuchach mają rację, nawet jeśli tej racji nie rozumiemy. Fachowcy w każdej dziedzinie – nie tylko w nauce! – rozmawiając między sobą, posługują się specjalistycznym żargonem, bo w potocznym języku nie ma słów na to, co robią. Gdy chemicy udoskonalają proszek do prania, muszą używać pojęć typu „perhydroliza tetraacetyloetylenodiaminy”. Laikowi wystarczy „do białego”, ale laik go sam nie wymyśli.
Żerują na tym youtuberzy, którzy atakują naukę, odwołując się do „zdrowego chłopskiego rozumu”. Z jakiegoś powodu nie zajęli się jeszcze chemią proszków do prania (hm, może to jest dla mnie pomysł na wzbogacenie?), ale zrobili piękne kariery na kwestionowaniu nowoczesnej medycyny. Można już mówić o jakiejś antynaukowej międzynarodówce, bo to ona wyniosła do władzy Trumpa, a w Polsce wspiera Mentzena.
Pisałem niedawno, że nowa władza w Stanach Zjednoczonych wstrzymuje badania naukowe używające niedozwolonych słów, jak „gender” czy „nierówność”. Niestety, nadeszły jeszcze gorsze wiadomości. Robert Kennedy junior, pełniący funkcję sekretarza zdrowia, należy do owej międzynarodówki. W związku z tym zamrożone są wszystkie badania nad szczepionkami mRNA. A to dlatego, że podczas pandemii Covid-19 te same filmiki najpierw twierdziły, że żadnej pandemii nie ma, a potem, że te szczepionki nie działają, a poza tym są wyjątkowo szkodliwe, a poza tym nie są szczepionkami. To ważne dla wszystkich czytelników. Jak mawiam uczniom, możesz się nie interesować biochemią, ale biochemia interesuje się tobą. Nas wszystkich kiedyś czeka ponura rozmowa o lipidach, białkach i przeciwciałach, razem z tradycyjnym pytaniem: „Czy coś jeszcze się da zrobić, doktorze?”.
Od kilkunastu lat trwają eksperymenty z immunoonkologią, potocznie zwaną „szczepionkami na raka”. Kilka już zatwierdzono do obiegu, następne czekają w różnych fazach badań. Idea jest genialna w swojej prostocie. Rak bierze się z tego, że jakaś nasza komórka, dzieląc się, robi „literówkę zagłady” w kodzie genetycznym. Błędne przepisanie DNA powoduje, że zwykła tkanka zaczyna się dzielić bez opamiętania. W najbardziej pechowym („złośliwym”) scenariuszu dziedziczy po swojej macierzystej tkance jej przepustkę, po której układ odpornościowy odróżnia „swoich” od „obcych”. Komórki raka rozchodzą się po organizmie. Gdy strzegące naszego zdrowia limfocyty mówią: „Ausweis, bitte!”, rak pokazuje im ważną przepustkę – i niestety przerzuca się dalej.
A gdyby tak układowi odpornościowemu podsunąć list gończy za rakiem? W idealnym scenariuszu uległby remisji. Jak to zrobić? Roznoszeniem „listów gończych” zajmują się komórki dendrytyczne, które w węzłach chłonnych przekazują rysopis limfocytom, mówiąc: „To on nas zaatakował! Strzelać bez uprzedzenia!”. Już starożytni Grecy widzieli, że infekcji towarzyszy spuchnięcie węzłów chłonnych, ale nie wiedzieli dlaczego. My już to wiemy: podczas infekcji odbywa się w nich masowe rozdziewiczanie limfocytów – bo takie, które jeszcze nigdy nie zobaczyły wroga, nazywa się „dziewiczymi” lub „naiwnymi”.
Te pierwsze „szczepionki na raka”, używane już od kilku lat, zawierają właśnie komórki dendrytyczne. Ich zasadnicza wada jest taka, że wstrzyknąć to jedno, ale dotrzeć do wszystkich węzłów chłonnych to drugie. Komórki poruszają się powoli. Rak niestety często wygrywa ten wyścig. W laboratoriach szuka się więc czegoś szybszego. A gdyby zamiast komórki z rysopisem wstrzyknąć sam rysopis? Albo, z innej mańki, unieważnić tkance rakowej jej przepustkę?
Gdy o tym opowiadają naukowcy, nie mówią o przepustce, lecz o MHC („układzie zgodności tkankowej”), nie o „rysopisie podejrzanego”, tylko o paratopie epitopu, a przede wszystkim – o konkretnym białku, które stanie się podstawą owego „rysopisu” (bo zawiera rzeczony epitop). Fachowe teksty na ten temat nie należą do lektur łatwych, ale przebijam się przez nie, no bo mnie też przecież zapewne kiedyś czeka ponura rozmowa o antygenach. W jakimś laboratorium być może już badają coś, co wtedy uratuje życie moje – albo twoje, droga osobo czytelnicza.
Z badań nad „szczepionką na raka” wynika to samo co z badań „szczepionek na covid”. Najskuteczniejszy sposób na „rozdziewiczenie limfocytów” to liposomy z mRNA, czyli „przepisem na białko” (a mówiąc precyzyjnie: na neoepitop). Działa najszybciej, ma najmniej skutków ubocznych. Nie wszystkie szczepionki na covid wykorzystywały mRNA. Astra Zeneca używała starszej technologii wektorowej. Wycofano ją, bo działała gorzej.
Od rozpoczęcia testów do zatwierdzenia leku mija zwykle 10–15 lat. Ubocznym skutkiem wojny antynaukowej międzynarodówki ze szczepionkami mRNA będzie opóźnienie tego może o rok, może o dwa. Statystycznie rzecz biorąc, wśród czytelników tego felietonu są osoby, które umrą, bo zabraknie im właśnie tego roku czy dwóch – tak jak tysiące ludzi nie dożyło szczepienia na covid. Ale mam nadzieję, że swoich czytelników nie muszę przekonywać, by nie głosowali na polityków wspieranych przez antynaukową międzynarodówkę.
Polityka 13.2025 (3508) z dnia 25.03.2025; Felietony; s. 91