05.08.10, 15:47
czy człowiek jest się w stanie zmienić? czy jest w stanie odrzucić
te części siebie które mu nie pasują i zbudować siebie na nowo
poprzez lepsze rozumienie albo poznanie?
Obserwuj wątek
    • elzbieta007 Re: pytanie 05.08.10, 20:24
      > czy człowiek jest się w stanie zmienić?
      Tak. Jeśli tego chce.

      >czy jest w stanie odrzucić te części siebie które mu nie pasują
      Powiedzmy: zaakceptować i zminimalizować ich wpływ.

      >zbudować siebie na nowo
      Nie.
      • maagda1901 Re: pytanie 05.08.10, 22:19
        Tak. Człowiek jest w stanie się zmienić, zaakceptować siebie takim
        jakim się jest, ale nieraz jest już za póżno na taką akceptację.
        Czasu nie cofniesz jak przeminie. I to dopiero jest problem. Jak
        sobie z tym upływem czasu poradzić, ze zmarnowanym życiem.
        • lucyna_n Re: pytanie 05.08.10, 22:36
          rozpaczanie nad zmarnownym życiem to marnowanie tego co jeszcze zostało
          niezmarnowane, nie warto, chyba że na zasadzie odbicia się od dna.
          • maagda1901 Re: pytanie 05.08.10, 22:55
            Oczywiście to prawda,że rozpaczanie nic nie pomoże,ale akurat
            nieraz nic innego nie można zrobić tylko rozpaczać.
            • lucyna_n Re: pytanie 05.08.10, 23:25
              można robić wiele rzeczy, a można siąść i płakać, co kto chce. Czasami trzeba
              trochę porozpaczać, a czasami zbierać się w sobie i iść dalej mimo wszystko i wbrew.
            • evee1 Re: pytanie 06.08.10, 02:55
              maagda1901 napisała:
              > Oczywiście to prawda,że rozpaczanie nic nie pomoże,ale akurat
              > nieraz nic innego nie można zrobić tylko rozpaczać.
              Ja to czuje tak (ale pscyhologiem nie jestem ;-)).
              Przede wszystkim trzeba przejsc caly cykl zaloby nad tym utraconym
              zyciem. I nie chodzi o to, aby udawac, ze nic sie nie wydarzylo w
              ramach hasla "zaczynamy zycie od nowa", tylko zaakceptowac i nauczyc
              sie zyc z ta swoja przeszloscia, ale tak by nie determinowala ona
              kazdego kroku w terazniejszosci.
              • liiona Re: pytanie 06.08.10, 08:37
                Wyciągać wnioski, uczyć się na błędach, pomagać innym swoim życiowym
                doświadczeniem i uczyć się życia ciągle i nieustannie pracując nad
                sobą.Przyglądać się ludziom jak sobie z życiem radzą, dobrze mieć wzór
                podobnego do siebie( odbicie w lustrze) na początku swojej drogi do zmian.
                Wracając się analizować co zrobiłam zle i dlaczego? nie popełniać tych samych
                błędów, nie szukać winnych, wtedy nastąpi zmiana i ja wierzę że na lepsze.Praca
                nad sobą, swoim charakterem, małymi kroczkami powoli dążyć do lepszego życia.
                Usiąść i rozpaczać, obwiniać cały świat że to on winien, a nie ja,to najgorszy
                scenariusz wychodzenia na prostą. Ale tak się to zwykle zaczyna, i albo idziemy
                dalej, albo siedzimy w miejscu, zmieniają się tylko ocierający łzy.


                "Nie jestem bardzo bystry, po prostu długo siedzę nad problemem."
                Albert Einstein.
                • kara.mija Re: pytanie 06.08.10, 10:57
                  a ja myślę, że i tak i nie. Ale najważniejsze jest żeby do tych
                  zmian dąrzyć. W tym dąrzeniu pewnie nie raz człowiek się podchnie i
                  popełni jakiś stary błąd ale albo zrobi to świadomie albo łatwiej
                  sobie go uświadomi.
                  Apetyt mam wielki - zjadam i przestawiam literki
                  • lucyna_n Re: pytanie 06.08.10, 11:14
                    a ja myślę że jak się za dużo myśli to potem ma się problemy z głową:)

                    na płacz też musi być w życiu czas, inaczej się chodzi z plecakiem żałoby nad
                    kimś/czymś i udaje wesołego. Masakra.
                • lucyna_n Re: pytanie 06.08.10, 11:13
                  opis idealnego kandydata do zwerbowania przez sektę.

                  "Przyglądać się ludziom jak sobie z życiem radzą, dobrze mieć wzór
                  > podobnego do siebie( odbicie w lustrze) na początku swojej drogi do zmian."
                  • liiona Re: pytanie 06.08.10, 11:40
                    Lucyno_no, dziękuję że mi to uświadomiłaś, będę na siebie uważała.
                    Serdecznie pozdrawiam :-)
                    • lucyna_n Re: pytanie 06.08.10, 13:11
                      ależ proszę nie ma sprawy, a z sektami żartów nie ma i wszystkim się wydaje że
                      są odporni tylko jakoś ciągle sekty istnieją i nowych kandydatów znajdują.
                      • annarchia Re: pytanie 06.08.10, 13:27
                        lucyna_n napisała:

                        > ależ proszę nie ma sprawy, a z sektami żartów nie ma i wszystkim się wydaje że
                        > są odporni

                        Mnie to by teraz brali, z taką rozwałka psychiczną jak obecnie HAHHAHAHAAA :D
    • annarchia Re: pytanie 06.08.10, 12:07
      haslohaslohaslo napisała:

      > czy jest w stanie odrzucić te części siebie które mu nie pasują

      Tzn. np. co?

      Ja mam w swojej głowie kata-stręczyciela, odpowiedzialnego za samoponiżanie,
      krytykę do bólu, lekceważenie, mocne ubliżanie sobie. Nie chodzi mi o zdrową
      samokrytykę, ale takie coś (=ja) w głowie, co mnie poniża tak okrutnie, że czuje
      się jak podczłowiek. Jak to odrzucić skoro to - to ja? Tak po prostu nie da się
      wywalić swojej osobowości. Kiedyś myślałam, że to mi zostanie na zawsze, bo to
      cała ja, a więc parszywy nastrój murowany po grób. Potem poszłam na terapię,
      zidentyfikowałam głos: mama. No i nic... Do niedawna myślałam, że dzięki pracy
      nad sobą będę potrafiła tego "krytyka" uciszać (aż i.. tylko) - jak się będzie
      pojawiał w głowie. Na zasadzie, że tylko zmienię stosunek do tej pojawiającej
      się ostrej samokrytyki. Ale ostatnio doznałam czegoś dziwnego... pojawił się
      taki moment, momencik, gdy POCZUŁAM bardzo mocno moją niezależność emocjonalną
      od matki i wtedy ten "kat" z głowy CAŁKOWICIE zanikł. Nie wiem, jak to opisać,
      bo to poczucie, ale to tak, jakbym nagle poczuła: jestem SOBĄ. Jakbym faktycznie
      odrzuciła (a raczej: samo zupełnie zanikało) coś, co kiedyś "tylko" wchłonęłam,
      na wiele wiele lat, i uznałam wręcz za rdzeń mojej tożsamości! A w tej chwili
      przebłysk: identyfikuję się z czymś, co nie dotyczy MNIE! Nagle poczułam głęboką
      nieadekwatność tych wszystkich poniżających określeń, jakie wobec siebie
      stosowałam... ten "kat" w ogóle zaniknął, miałam taką fantazję, że oddaję matce
      jej własne odbicie, bo ja nim nie jestem... że Było to więc bardzo szokujące
      doznanie, z jednej strony pozytywne, ale z drugiej skutkiem był porządny atak
      paniki, bo w tym przebłysku niezależności od matki (a było to silne uczucie)
      doznałam nagle OKROPNĄ pustkę i wyalienowanie i przerażenie i wtedy z tego
      strachu znowu wróciłam do "zaburzonej mnie". Ale chciałam Ci napisać, że wtedy
      poczułam to tak, jakby mnie olśniło, że ten kat, krytyk, wcale nie jest rdzeniem
      mojej psychiki. Jakby to samo ode mnie się "odrzuciło" - bardzo mocno to czułam.
      Nie wiem, czy o to Ci chodziło...
      A co do "niechcianych sfer" życia człowieka - odrzucenie przecież nie poprawi mi
      nastroju, trzeba będzie spróbować zmienić swój stosunek do tego, na zasadzie: co
      takiego przykrego mi to robi, ciągle, że chcę to odrzucić i czy dam rade zmienić
      to nastawienie... Przyznam, że są we mnie takie sfery, gdzie mam ogromne
      wątpliwości co do zmiany :(

      > i zbudować siebie na nowo

      W opisanej chwili chwilach poczułam się (w pewnym sensie oczywiście) jak tabula
      rasa. Pusta. W tym sensie, jakbym dopiero miała odkryć swoją PRAWDZIWĄ
      tożsamość. Oczywiście historii życia się nie da się zmienić, wszystkiego raczej
      nie da się wykorzenić, bo tyyyle lat człowiek tym nasiąkał, ale szczerze powiem,
      że ja w tamtym momencie poczułam, naprawdę, jakbym "wypluła" obcą osobowość, a
      moja autentyczna osobowość jeszcze się nie rozwinęła... tak, jakbym nawet nowe
      nawyki miała dopiero zdobyć! Zacząć gestykulować po swojemu, jakby to wszystkie
      gesty do tej pory były tylko bezrefleksyjnym naśladowaniem matki, innych kobiet,
      jakbym nie wiedziała, jakie JA mam nawyki, bo ja prawdziwa jeszcze nie żyłam...

      Ale wiesz, ja dość głęboko siebie analizuję... czasem chyba przeginam z tym;)
      ale to doświadczenie było dość znaczące... może tylko na takie przebłyski można
      liczyć, a nie na "przebudowę" siebie? :( NIE WIEM. Na razie jestem sceptyczna,
      ale jednak nie zapomnę, tego "odczucia" tabula rasa..
      • mskaiq Re: pytanie 06.08.10, 17:13
        Zobaczylas co musisz zrobic aby uniezaleznic sie od kata. Kazda
        proba uniezaleznienia sie oznacza atak kata, ktory moze byc
        samoponizaniem siebie, krytyka do bolu, ublizaniem sobie a
        takze lekiem zamiejacym sie w panike.
        Trzeba przetrwac ten atak, ci ktorzy probowali wiedza najlepiej
        jakie to trudne. Ten atak jest atakiem naszych wlasnych uczuc i
        mysli przeciwko nam samym.
        Trzeba popatrzec na mysli i uczucia ktore sa przeciwko nam
        jako nie nasze, oddzielic sie od nich.
        Kiedy pojawiala sie u mnie krytyka, to nie ja, to pochodzi od
        kata bo to sprawia bol a ja nie chce sprawiac sobie bolu.
        Kiedy pojawiala sie nienawisc to nie ja bo ja nie chce
        nienawidziec chocby dlatego ze nienawisc przynosi bol.
        Nie oceniam bo moze sie okazac ze moja ocena okaze sie
        nieprawdziwa i wtedy pojawi sie poczucie winy i bol, czasem
        nie do zniesienia.
        Uniezaleznilem sie od kata, jego atak nie mogl mnie dosiegnac,
        moglem zyc, moglem obserwowac nieustannie pojawiajace sie
        ataki ktore byly coraz mniej grozne.
        Zniknal podzial ktory tak bardzo ranil, zniknely przeciwienstwa
        takie jak milosc i nienawisc, dobro i zlo, gorszy i lepszy,
        madrzejszy i glupszy, itp.
        Mozna siebie zmienic, zrobilem to. Te zmiany moga byc bardzo
        trudne jesli pojawiaja sie na poziomie psychozy, borderline czy
        neurotycznym ale sa mozliwe.
        Serdeczne pozdrowienia.







    • haslohaslohaslo Re: pytanie 07.08.10, 13:30
      nie sądziłam że pytanie podchwyci chociaż w gruncie rzeczy jest ono
      dość podstawowym więc i każdy z nas ma swoją na nie odpowiedź.
      moim zdaniem to wygląda mniej więcej tak:
      następują w życiu pewne momenty przełomowe, uświadamiające nam naszą
      słabość i popełnione błędy. Zresztą nie muszą być one tylko nasze -
      mogą być brakującą ręką, brakującymi rodzicami, pieniędzmi,
      brakującym czasem na wyjazd na seszele. Ale mamy moment jasności,
      wglądu. I potrzeby zmiany. Do zmiany chyba najlepiej podejść
      systemowo - z ołóweczkiem i kartką, no i ją wprowadzać. Ostatnio
      czytałm gdzieś o wzroście wykładnicznym (strasznie fajna teoria, ja
      bardziej siedze w humanistyce, żeby nie było). Wzrost wykładniczy
      zakłada zmianę ilości w jakość. (mit o wynalezieniu szachów, rozwój
      internetu) Ale może tak po ludzki zastosować wzrost wykładniczy w
      swoim życiu? Robię coś codziennie, jakiś banalny rytuał, który po
      pewnym czasie zakłada zmianę jakości? Taka moja teza.
      Aha i jeszcze jedno. Moja wiara w zmianę wynika z poszanowania
      istnienia. Nie wiem czy się zgodzicie ale wydaje mi się że wiele
      samobójstw zostało popełnionych z tego samego powodu, paradoksalnie.
      Poszanowanie, pragnienie istnienia, jak największego i brak
      możliwości relaizacji. No tak, tu już jest kwestia wypracowania w
      sobie pokory i szacunku do tego co się ma.

      Pozdrawiam i wracam na moje rozdroże. Jeszcze raz dzięki.
      • annarchia Re: pytanie 07.08.10, 15:22
        haslohaslohaslo napisała:

        > bardziej siedze w humanistyce, żeby nie było). Wzrost wykładniczy
        > zakłada zmianę ilości w jakość. (mit o wynalezieniu szachów, rozwój
        > internetu) Ale może tak po ludzki zastosować wzrost wykładniczy w
        > swoim życiu?
        > Robię coś codziennie, jakiś banalny rytuał, który po
        > pewnym czasie zakłada zmianę jakości? Taka moja teza.

        ALE O CO CHODZI? :)

        > Aha i jeszcze jedno. Moja wiara w zmianę wynika z poszanowania
        > istnienia.

        Co to znaczy?

        Po przeczytaniu tego posta nie rozumiem kompletnie o co Ci chodzi...
        • haslohaslohaslo Re: pytanie 07.08.10, 19:36
          no jak to o co? :] we wstępie zadałam pytanie o naturę człowieka.
          Czy człowiek jest w stanie poprzez introspekcję dojść do przekonań
          albo zachowań które dadzą mu nadzieję na zmianę. No i ponieważ
          uważam że tak , (chociaż niestety nie jestem tego najlepszym
          przykładem jeszcze ..;) to proponuje metodę małych kroków. Drobnych
          gestów, które prowadzą do przeciążenia w organizmie (psychice,
          zachowaniu etc) i zmianie jakościowej. Strasznie mi się podobał opis
          wzrostu wykładniczego jako opis zjawisk społecznych i zastosowałam
          je tu jako chwyt propagandowy, w który to można uwierzyć w
          kontekście przemian jakościowych w jednostce.

          A o tym istnieniu? Bo to jest całkiem zabawny paradoks że wpadając w
          depresyjne nastroje albo w samą depresję jednostka jest przepełniona
          nienawiścią, żalem, agresją, bólem. Ale tak naprawdę bierze się to z
          miłości, z tych uczuć które kładzie się na szali. Warto to sobie
          uświadomić i przypomnieć. Tylko tyle.
      • liiona Re: pytanie 12.08.10, 12:46
        haslohaslohaslo napisała:

        Robię coś codziennie, jakiś banalny rytuał, który po
        > pewnym czasie zakłada zmianę jakości? Taka moja teza.

        To zdanie jest super:)
        Pozdrawiam:-)
    • bad.robot Re: pytanie 07.08.10, 22:54
      nie wierzę w zmianę
      wierzę w coraz bardziej skuteczne obejścia problemu
      • mskaiq Re: pytanie 08.08.10, 12:55
        Nie da sie obejsc problemu. Mozna go rozwiazac i wtedy znika,
        albo zyc nieustannie z istniejacym problemem ktory sie obchodzi.
        Serdeczne pozdrowienia.
        • czartownica Re: pytanie 11.08.10, 12:37
          są problemy nierozwiązywalne, nawracające
          na przykład taki:
          nie wiesz gdzie problem jest, choć jest
          zamiast siedzieć w gabinecie terapeuty przez kilka lat
          można się starać być mimo. a kiedy jest gorzej - nauczyć się wyłączać
          • ichnia Re: pytanie 11.08.10, 14:23
            Bardzo ciekawe spostrzeżenie.
    • haslohaslohaslo Re: pytanie 11.08.10, 17:16
      sluchajcie, musze to napisać bo inaczej nie zdzierże. w moim małym
      móżdżku jest tak że człowiek jest się w stanie zmienić - inaczej
      życie nie miałoby wielkiego sensu. Tak - do tego potrzeba siły (albo
      operacji plastycznej nosa którą planuje ;), nie zawsze jest
      najłatwiej - no i cóż z tego? ch... z tym.
      nie zamierzam dłużej się użalać nad tym jaka jestem brzydka ale po
      prostu o siebie zadbać jak trzeba. chcę też zadbać o moją duszę.
      potencjał jest :)
      • lucyna_n Re: pytanie 11.08.10, 18:11
        nie u każdego problemy wiążą się z niezadowoleniem z wyglądu.
        • haslohaslohaslo Re: pytanie 11.08.10, 18:29
          Oczywiście. Ale człowiek myśli o sobie holistycznie, taki buduje
          swój obraz. A ja chcę zacząć od wyglądu. Remanent duszy to praca
          trochę dłuższa jak sądze. Wobec czego pobiegne sobie po shejpa z
          pania Kalatą na okładce zeby mnie jej blask zębowia powalił z nóg. ;)
          • lucyna_n Re: pytanie 11.08.10, 21:17
            dlaczego nie, może dla Ciebie to właśnie bardzo dobra droga, o ile z tym
            wyglądem nie pojdzie Ci w jakąś obsesję.
            Moim zdaniem czasami takie prozaiczne sposoby jak np zmiana stylu ubierania, czy
            uczesania, makijaż, wymiana garderoby , gruntowne porządki w szafach i
            zakamarkach połączone z bezlitosnym wyrzucaniu wszystkiego co się nie za bardzo
            dobrze kojarzy albo jest nieładne, robią bardzo dobrze na psychikę.
            • czartownica Re: pytanie 11.08.10, 21:49
              pisałaś gdzieś o malowaniu - fajna rzecz -
              dowiedziałam się, że mam alergię na kosmetyki

              to prawdziwa jakościowa rewolucja w moim życiu.
              • lucyna_n Re: pytanie 11.08.10, 23:15
                ja też mam, zaszczypią, ale metodą prób i błędów znalazłam takie na ktore
                uczulona jestem mało i kilka godzin trwa zanim oczy na dobre zaczną szczypać. Co
                zresztą jest także pozytywne bo gdyby nic mi się nie działo pewnei nie chciałoby
                mi się zmywać makijążu aż by się sam wytarł w poduszkę co podobno jest szkodliwe
                i wogóle naganne.
                Jeżdże też sama rowerem po mieście, gorzej jak mam sama przejść 500 metrów,
                jechać tak, chodzić nie, czytałam gdzieś nazwy na fobie związane z chodzeniem i
                staniem, chyba je mam właśnie.
                • czartownica Re: pytanie 11.08.10, 23:56
                  malowania chwilowo mi się odechciało
                  lubię swobodnie oddychać i trzeć oczy bez konsekwencji (ale i potrzeby)

                  ciekawe z rowerem.
                  rower wyklucza kontakt z ludźmi - poza zderzeniem.
    • mskaiq Re: pytanie 14.08.10, 00:49
      czartownica napisała:
      > są problemy nierozwiązywalne, nawracające
      > na przykład taki:
      > nie wiesz gdzie problem jest, choć jest
      > zamiast siedzieć w gabinecie terapeuty przez kilka lat
      > można się starać być mimo. a kiedy jest gorzej - nauczyć się
      > wyłączać
      Kiedy nie wiesz gdzie jest problem to wlasnie wtedy warto isc do
      psychoterapeuty.
      Wylaczanie sie zwykle oznacza wyparcie, a czesto rowniez
      projekcje tego co nieswiadome na innych.
      Wtedy czesto nasze wlasne problemy atakuja nas z zewnatrz a to
      bywa przyczyna wielu epizodow depresyjnych.
      Serdeczne pozdrowienia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka