aisog
20.10.11, 10:42
Witam,
Osiem lat temu, gdy poznalam mojego meza, mial depresje. W wyniku naszego zwiazku zostala ona przytlumiona, a ja bylam zbyt mloda i glupia, zeby go wyslac do lekarza. Po prostu cieszylam sie, ze nie ma juz mysli samobojczych i ze ogolnie lepiej mysli o sobie. Byl radosny i szczesliwy. W zeszlym roku nastapil nawrot, ktorego nie zauwazylam. Bylam w ciazy, opiekowal sie mna tak wspaniale, ze nie przyszlo mi do glowy, ze znow sie ze soba zmaga. W tym roku urodzilam dziecko, po ciezkim porodzie dlugo dochodzilam do siebie, poza tym bylam strasznie padnieta i zmeczona zajmujac sie dzieckiem. W tym czasie jego praca zaczela wymagac wyjazdow sluzbowych, ciagle nie bylo go w domu, to po trzy dni, to po cztery, to tydzien i tak przez caly czas. Przez co ja bylam zmeczona jeszcze bardziej bedac z noworodkiem, a potem niemowlakiem 24g/h i jak przyjezdzal na dwa, trzy dni do domu, to marzylam tylko o tym, zeby zajal sie dzieckiem i zeby odpoczac. Przez to w ogole nie zauwazylam symptomow, ze cos sie zlego z moim mezem dzieje.
Jak maly mial piec miesiecy, projekt meza sie skonczyl, a nastepny nie wymagal juz tak dlugich wyjazdow, bylo to po dwa, trzy dni i o wiele blizej od domu. Cieszylam sie, ze teraz juz bedzie czesciej w domu, bo strasznie za nim tesknilam, poza tym zaczelam w koncu powoli regenerowac swoje sily fizyczne i psychiczne, wiec mialam nadzieje, ze w koncu zaczniemy bardziej unormalizowane zycie. Ale moj maz nagle oswiadczyl, ze chce nas zostawic. Ze chce rozwodu, ze nie jest szczesliwy, ze w ciagu roku znajdzie sobie nowa zone i zrobi jej dziecko i bedzie mial szczesliwa rodzine. Oczywiscie chce przy tym byc tez dobrym ojcem dla naszego synka, ktory bedzie szczesliwym dzieckiem, bo i tak bedzie wiedzial, ze jego ojciec go kocha.
Moj maz jest przekonany, ze nie moze ze mna byc i z naszym dzieckiem, bo to ja wpedzilam go w depresje. Dodam przy tym, ze bardzo sie kochalismy, wiem, ze bylam miloscia jego zycia (zreszta on moja tez), klocilismy sie, czasami o drobiazgi, ale przeciez wszyscy sie kloca, ja bylam bardzo szczesliwa, mamy duzo wspolnego, umiemy rozmawiac godzinami na przerozne tematy, jestesmy (bylismy?) bardzo dobrymi przyjaciolmi, wiemy o sobie rzeczy, ktorych nikt inny nie wie, moglismy sobie ufac i powiedziec wszystko - generalnie zawsze uwazalam, zejestesmy stworzeni dla siebie i ze jestesmy dobrym malzenstwem. Wiedzialam, ze ma kompleksy, ze czuje sie niedowartosciowany cokolwiek bym nie robila czy mowila, ale nigdy nie przypuszczalam, ze rzuci wszystko i postanowi odejsc, bo woli byc sam, i to jeszcze w takim momencie naszego zycia.
Tyle tytulem wstepu.
Ogolnie przerazona stanem jego psychiki (niezaleznie od tego, co robi bardzo go kocham i martwie sie o niego) namowilam go na terapie u psychologa. Niestety nie wiem, do jakiego lekarza chodzi. I stad moje pytania: Czy to normalne przy terapii, ze psycholog mowi mu,
wyprowadzil sie z domu, od swojej rodziny, od zony i dziecka? (bo to bylo powodem, ze jednak zdecydowal sie wyprowadzic tydzien temu i nas juz calkiem zostawic; co prawda wczesniej i tak rzadko nocowal, bo mial wciaz sluzbowe wyjazdy, ale zawsze, a teraz to juz w ogole go nie ma);
zeby odwiedzial dziecko raz w tygodniu? (zeby sie przyzwyczajal, ze bedzie je widywal raz w tygodniu, bo tak to przeciez bedzie po rozwodzie);
zeby myslal tylko o sobie, nie patrzac na uczucia i potrzeby innych? Zeby mial wszystkich innych gleboko gdzies, robil tylko to, na co ma ochote, tylko to, co mu sprawia przyjemnosc? Zeby nie mial wyrzutow sumienia, tylko byl totalnym hedonista (i nie mowie tu tylko o sobie, ale tez o rodzicach i przyjaciolach);
zeby wycofywal sie, gdy tylko pojawia sie jakies trudnosci, nieprzyjemnosci, zeby unikal trudnych sytuacji.
Czy jest to tylko pierwszy etap terapii, czy tak ma juz wygladac jego zycie? Dlaczego psycholog nie pomaga mu jakos odnalezc sie w swojej rodzinie, tylko mam wrazenie, ze skupia sie na pomocy mu w zyciu po rozwodzie? Zeby nie czul sie zle z tym, ze zostawia zone z malym dzieckiem? Dlaczego psycholog nie rozumie, ze on ma zaburzone poczucie odbierania swiata i przedstawia wiekszosc sytuacji nie takich jakie bylo, ze on cierpi na pewne paranoje, ze wierzy w rzeczy, ktorych nie bylo albo byly inne niz sobie wyobraza? Ze on nie byl w stanie odebrac moich pozytywnych intencji i (jak sie okazalo) wiele razy odbieral cos pozytywnego lub neutralnego dla niego jako negatyw, jako atak w niego?
Nie mam pojecia, jak wyglada taka terapia majaca wyleczyc depresje, dlatego prosze o opinie kogos doswiadczonego w tego typu sytuacjach. Czy depresje da sie w ogole wyleczyc? Czy on bedzie w stanie kiedys zrozumiec, ze nie jestem jego wrogiem, ze go kocham i ze zawsze chcialam dla niego jak najlepiej?