janinakowa
06.01.16, 13:47
Cóż... mamy w rodzinie alkoholika, pije od lat i nie zmieni się bo nie chce. Jest samotnym kawalerem, został w domu rodzinnym z rodzicami, bezrobotny, czasem łapie fuchy z ktorych zarabia na używki,jedzenie i paliwo, mieszkanie utrzymują rodzice on czasem coś pomoże jak ma moment trzeźwy.
Lubimy się nawzajem ale... jest czynnym zdegenerowanym alkoholikiem.
Święta zawsze organizujemy u rodziców(jadę do nich na kilka dni, ok 80km, jestem rozwiedziona od kilku lat) do nich się zjeżdżamy, sprzątamy caly dom, z siostrą gotujemy, szykujemy, itd. Rodzice już zaawansowani wiekiem, zawsze dzieci trzymali krótko przy sobie i dyrygowali, zrobili dużo zlego na emocjach dzieci, wszyscy już to rozumieją że z głupiej miłości było i ich własnych problemów, więc wszyscy pogodzeni, że są jacy są i że każdy swoj bagaż musi nieść dalej,
ale teraz są już na tyle starzy, że zwyczajnie nie ma sensu przerywać tradycji robienia świąt u nich, bo inaczej siedzieli by tam sami i rozpaczali, sami się do kogoś z nas nie wybiorą bo już zbyt schorowani, a nikt nie ma tak dużego domu jak oni byśmy się gdzie indziej pomieścili.
Rodzice alkoholikowi nie umieli pomóc, wrzeszczą, krytykują ga, ale nie pozwalają nic zmienić. Tato zamknie drzwi żeby pijaka nie wpuścić to mama otworzy. Rodzice nigdy nie umieli się dogadać. Teraz też żadne nie chce brać odpowiedzialności, oddają przestrzeń alkoholikowi a od reszty trzeźwych dzieci oczekują zaopiekowania się nimi. Choćby taki banał- Mama wykupiła abonament tv kablowej, telewizor stoi w salonie, to zamiast jasno określić, że ona płaci to i chce sobie oglądać swoje programy, to do mnie marudzi , że alkoholik codziennie zalega przed tv i ona "nie może" nic oglądać...jemu uwagi nie zwróci. I tak ze wszystkim, zawsze mama ustawiala się w pozie "wy mnie ratujcie" i "to oni mi źle robią".
I ładnie było w te święta, dośc kameralnie bo nie wszyscy z rodziny mogli przyjechać.
Wszyscy się staraliśmy pomóc, każdy coś od siebie dołożył do zorganizowania.
Było mi przykro jednak, bo nikt w tej rodzinie nie umie rozmawiać, nie dzielimy się emocjami, wrażeniami, rodzeństwo pozamykane emocjonalnie, nikt nie pyta co umnie, pyta mama ale gdy jej opowiadam to wcale nie słucha. Do tego nieobecni zadzwonili do rodziców z życzeniami, ale już np nie poprosili mnie do telefonu by życzenia przekazać, ani nie zadzwonili do mnie bezpośrednio.
Ci którzy przyjechali, przygotowywali się do wigilii.
Alkoholik już rano w wigilię nie wytrzymał i coś wypił,
przyszedł podchmielony, radosny że jesteśmy, chciał być pomocny, bo generalnie jest życzliwym człowiekiem, nieagresywnym, jak się napije to się robi bardzo towarzyski i z wszystkimi chce rozmawiać nieważnie czy go ktoś chce sluchać(gdy jest trzeźwy to burkliwy i zły, nie odzywa się do nikogo)
do kolacji wigilijnej się na tyle doprowadził do porządku, że był całkiem ok.
Na drugi dzień również, siedzial u siebie, czytał książki, z nami zamienił parę slow przy obiedzie, już myślalam, ze tak minie jeszcze to kilka dni, że wytrzyma i będą zgodne święta,
ale nie, w kolejny dzień już ruszył do baru lub kolegów "kolędować", przyszedł w stanie bardzo wskazującym po południu, nie chciał obiadu, posiedział chwilę, pomądrzył się, nagadał (bo już w kolejnej fazie był w której włącza mu się gadanie jak katarynka) i poszedł znowu w teren. W nocy już się kładliśmy, gdy halas - przyprowadziło go dwoch wyrostków, dzieci znajomych, podśmiechujących się z niego, niemogącego się utrzymać na nogach, bełkocącego, i ciągle chcącego się towarzysko udzielać (pokój ma na parterze),
chciał ich jeszcze winem częstować więc chłopcy szperali mu po pokoju gdzie to wino ma...
Gdy do nich zeszlam szybko się pożegnali i uciekli, alkoholik leżał na łóżku, nie mógł ustać na nogach, spodnie zasikane całe nogawki, belkot. Nie da sobie nic powiedzieć, nie będzie leżal.. Zgasilam światlo i poszłam wkurzona spać. Jeszcze przez godzinę na parterze były halasy, zasypiałam podenerwowana bo jak tu spać, gdy nie wiesz co piętro niżej się dzieje, może walnął głową o szafkę i rano znajdziemy trupa,
w głowie wrociły wspomnienia sprzed lat gdy byłam dzieckiem a tak było często (zaczął się upijać mając 17lat, jest starszy ode mnie), a ja już myślałam, ze lepiej żeby alkoholik gdzie umarł to by wreszcie był spokoj w domu,
nie wiem co robił, ile razy się przewrócił, rano na parterze odór przepitego, w kuchni garnek bigosu odkryty i bigos rozpaćkany po stole.
Alkoholik rano wstał wcześnie(ponoć rano cierpi na bezsenność), zrobił co do jego codziennych obowiązków domowych należy (nakarmienie zwierząt, zapalenie w piecu) i znowu gdzieś zniknął .. poszedł dalej pić.
Wrócił w porze obiadowej wstawiony, chwiejęcy się na nogach, perrorujący, przegadujący wszystkich, opowiadający ile to on nie robi, na każda uwagę miał pięć swoich.
Ja dopiero co posprzątałam dom, wyprałam pociapane w nocy obrusy i miałam podawać obiad. Widząc jego stan nalożylam mu jedzenie i zanioslam do niego do pokoju, żeby tam zjadł. Nie, on się rozsiada za stołem i będzie jadł ze wszystkimi, i on wie co ma robić, nikt mu nie będzie gadał..
Szlag mnie trafił, wygarnęłam wiązankę nie wiem nawet jaką bo nie pamiętam z nerwów, sama się dziwię skąd we mnie tyle skumulowanej agresji, normalnie jestem spokojna i nie bluzgam. Nawrzeszczałam, żeby mnie nie wku.. i się tu nie rządził, żeby nie demolował domu, że ma ciapkać u siebie a nie tu, tam ma iść zjeść! itd. Bluznęłam ku.wami. Widząc moją furię poszedł. Mama przy stole siedząca zero komentarza tylko zoboała mina cierpiętnicy.
Zjadł, wrócił, zażyczył sobie kubka, by zlać sos z talerza bo sobie wypije zamiast zupy, i gadał swoje dalej. Stwierdził, że jeszcze obgryzie mięso z kości rosolowej, więc mu zaniosłam tak jak było położone na miseczce by miał to u siebie, jak wroci w nocy to tam wyrozwala i pobrudzi a nie w kuchni,
przyniósl z powrotem , już obrażony, że mu "dają jak psu w misce!",
i gdzies tam w tle dogadywania żebym się nie denerwowala bo złośc piękności szkodzi.
Za chwilę znowu gdzieś zniknął, poszedł w teren kontynuować..
Dla nas, reszty rodziny, święta się skończyły.
Emocje siadły, wszyscy przybici.
Kilka razy odzywały się syreny pogotowia
zaczęłam myśleć, że po co tak nawrzeszczałam, a jeśli się cos stało i alkoholik już nie wroci?
co jeśli to były nasze ostatnie slowa do siebie?
okropne uczucie
Wrócił, cały i zdrowy. Na drugi dzień nie odzywał się do nikogo, trzeźwiejący i obrażony.
Ja wrócilam do siebie
-dziesiąt km od nich.