mardaani.74
04.10.17, 23:51
Przez kilka lat miałam ten luksus, że pracowałam zdalnie, ale jak wszystko co piękne źródełko powoli wysycha, i nie bardzo chyba ugram coś więcej w tym temacie, poza tym to były tylko umowy o dzieło. Po otrzymaniu pisma z zus o środkach na koncie emerytalnym mróz idzie po kościach i wyjeżdża przed oczy słowo "eutanazja".
Postanowiłam więc, niech się wali pali, trzeba iść do "normalnej" pracy. Chodziłam koło tego tematu jak lew w klatce kilka miesięcy, niestety mimo małego bezrobocia szału w propozycjach pracy nie było. Chciałam dać sobie trochę czasu, ogarnąć jakoś temat, ale jak mi się mąż poważnie rozchorował to uznałam, że to nie przelewki i pod wpływem narastającej desperacji zatrudniłam się do pracy która co tu dużo gadać jest po prostu ciężką fizyczną pracą, ale od teraz zaraz, z pełnym socjalem i umową o pracę.
Trochę mi wyszła terapia szokowa, teraz wyjdzie w praniu jak daleko odpadłam od peletonu. Dzisiaj byłam pierwszy dzień, mam duży mętlik w głowie, niby nie było źle, choć o wdrażaniu w temat czy choćby mikro szkoleniu można było zapomnieć. Nie powiem jest pewna satysfakcja ze zrobienia na luzie (tam nie ma czasu na coś takiego jak własne myśli) czegoś co jeszcze parę lat temu na samą myśl przyprawiłoby mnie o atak paniki, ale czuję że na dłuższą metę chyba wywinęłam sobie (jak zwykle) niezły numer, na szczęście resztkami przytomności na pół etatu :)
a teraz proszę o poklepanie po pleckach, bo dzisiaj mi też się przyda i proszę powiedzcie mi, że jakoś to będzie i że wszystko się ułoży nawet jeżeli w to nie wierzycie.