magrybka
24.02.05, 19:09
Odkąd pamiętam, było we mnie coś dziwnego. Nauczyłam się określać to mianem
braku bezpośredniości. Na wszystko (począwszy od czasu, gdy skończyłam ok. 11
lat) patrzyłam z dystansu, jakby nic tak naprawdę mnie nie dotyczyło, bo
działo się na niby. Było pozbawione sensu. Nie warte zachodu. Permanentnie
obce i obojętne. Ludzie w ogromnej większości puści i pospolici.
Czuję się chronicznie niezdolna do życia; od kilu lat cierpię na poważną
depresję (chyba zawsze ją miałam), której bezskutecznie (wciąż) usiłuję się
wyleczyć (tran, dziurawiec, siłownia itp.). Ale wszystko i tak przelatuje mi
przez palce; niczego nie chcę, na niczym mi nie zależy. Jak bym znajdowała
się w klatce ze szkła, uwieszonej gdzieś powyżej