Gość: avangarda
IP: *.torun.sdi.tpnet.pl
18.07.02, 17:59
Nie potrafie sobie poradzic z problemami w pracy. Zreszta z zadnymi nie
potrafie sobie poradzic, ale poza praca mam przyjaciol, wiec jakos to jest. W
pracy nie mam nikogo, a jedynie pelno stresow, nad ktorymi nie potrafie
zapanowac. Przytlaczaj mnie do tego stopnia, ze wciaz chce mi sie plakac.
Dzien w dzien to samo. Wstaje rano i kiedy uswiadamiam sobie, ze czeka mnie
praca pojawiaj sie lzy i bol zoladka. Kiedys tego nie bylo. Wiem, najlepszym
rozwiazaniem jest zmiana pracy, ale jak to zrobic przy takim bezrobociu???
Nie moge sobie pozwolic na brak srodkow finansowych, jakiekolwiek by byly.
Nie wierze nawet, ze cos sie zmieni kiedykolwiek. Mam wrazenie, ze juz cale
zycie tak sie bede czula, a pewnie nie bedzie ono za dlugie, bo ile mozna tak
wegetowac na skraju wyczerpania psychicznego? Kazdego dnia ide z obawa, ze
bedzie jeszcze gorzej i zwykle jest. Nie wiem nawet, czy to jest "chore", ze
nie potrafie nabrac dystansu do problemu. Przeciez nie pojde do psychologa z
problemami w pracy. Poza tym, nie mam nawet kiedy isc. Zeby czuc sie dobrze,
musze mies przy sobie kogos komu ufam, a to niemozliwe. Przeraza mnie kazdy
nastepny dzien i "dobry" nastroj odzyskuje tylko w piatkowe wieczory.
Najgorsze sa niedziele. Wciaz mysle o tym, aby uciec na drugi koniec swiata i
wrocic, gdy juz wszystko samo sie rozwiaze. Nie oczekuje chyba nawet rady,
jak z tym walczyc. Wydaje mi sie to niemozliwe, nie na moje sily, a w
zasadzie ich brak. Zwykle czuje sie jak male dziecko, bezradne. To chyba moj
sposob "ucieczki", choc nie jest skuteczny. Chyba nawet oczekuje, ze pojawi
sie ktos, kto wszystko rozwiaze za mnie i sie mna zaopiekuje. To troche
smieszne. Czy to sie kiedys skonczy?