anushiak25
16.01.06, 09:58
11 kwietnia…. Niedziela wielkanocna….. Koniec mojego związku z mężczyzną i
początek nowego życia. Niechciana ciąża, ból i samotność. Nie wiedziałam co
ze sobą począć. Nie wiedziałam jak sobie z tym poradzić. Miesiące
przepłakałam żeby w końcu dojść do wniosku że dam radę. Byłam twarda i będę
taka zawsze. Pokochałam to maleństwo i dostrzegłam jasne strony mojej
przyszłości. Jeszcze kogoś poznam – powtarzałam sobie to tyle razy że
zaczęłam w końcu w to wierzyć. Dotrwałam, z pomocą mamy wyszłam z depresji.
Uczyła mnie powoli jak się zajmować dzieckiem, domem. Jak być szczęśliwą mimo
przeciwności losu… Szczęście choć łzawe trwało krótko
Gabriel skończył 4 miesiące. Mama poszła do szpitala. Nagle, bez
żadnych powodów zachorowała.. A miałyśmy tyle planów… wakacje nad morzem,
spacery, wystawne obiady dla całej rodziny i wiele wiele innych. Planowałyśmy
nawet jakie filmy obejrzymy gdy tylko wróci do domu. Nie mogłam jej za często
odwiedzać.. tylko w weekendy jak tata miał wolne. Dzieci do szpitala wcale
nie wpuszczali. Udało mi się go przemycić 2 czy 3 razy. Ale to mało.
Zaniosłam mamie zdjęcia, nawet psa, bo za nim też tęskniła. Nie zdążyłam się
pożegnać. Zmarła niespodziewanie. Miałam jej tyle do powiedzenia i pokazania.
Była moim drogowskazem bez którego strasznie się gubię. Wszyscy bez niej się
gubią. Tata popadł w pracoholizm, siostra się wyniosła z domu…. A ja musze
być dalej silna. Mam dziecko, musze się trzymać dla niego. W końcu pogodziłam
się ze stratą najlepszej przyjaciółki. Ze stratą najukochańszej dla mnie
osoby. Teraz piszę i płaczę ale naprawdę rozumiem … nie cierpiała i to jest
dla mnie najważniejsze.
Teraz zaczynam na nowo. jakiś czas temu związałam się z
przyjacielem z dzieciństwa. Było właśnie tak jak powinno być. Pokochał mojego
syna jak własnego, mnie też traktował jak księżniczkę. To było miłe. Nigdy
nie byłam romantyczna... zwłaszcza po ostatnich przejściach bardziej
potrzebowałam tak zwanego luzu niż poważnego związku. Widywaliśmy się
codziennie. pomagaliśmy sobie w tych trudnych i dobrych chwilach. Znalazłam
ukojenie dla moich wątpliwości i czarnych wspomnień. Nareszcie uwieżyłam w
siebie. W to że jednak mam szansę. Szansę na normalność. Na rodzinę.....
Zostawił mnie. Znalazł inną. Widocznie szukał czegoś innego. A ja znów jak
flaga na wietrze. Wolna, niechciana, rozżalona i obwiniająca siebie. Może ja
nie zasługuję na szczęście? Po czym poznać że człowiek ma pecha? Syn jest
cudowny, mam przyjaciół... ale czy to już wszystko? Czy tylko tyle mi się od
życia należy?? Codziennie się modlę o tatę. tylko on mi został na świecie.
jedyna podpora. Nie męczę go swoimi problemami. Cieszy mnie to że jest. Że
mam komu zrobić obiad i podać kapcie. Bez niego bym zginęła.
Postanowiłam zacząć nowe życie. Zdrowsze. Chcę zapomnieć i nabrać
ponownie nadziei. Jak w kalejdoskopie. Co dziennie nowe widoki na przyszłość.
Wszystkie na razie ciemne. Ale nie gustowałam nigdy w żywych barwach... może
to moje przeznaczenie