atropos
12.07.03, 23:12
Koleżanka przez 5 lat miała do czynienia z terapeutami akademickimi i to, co
o nich opowiada to doprawdy przechodzi moje pojęcie. Zaznaczam, że to nie
jest ubarwianie faktów, ponieważ zadałam sobie trud wyszukania ludzi, którzy
mieli z nimi styczność i ich słowa potwierdzają relacje koleżanki. W
skrócie: byli to (są) psycholodzy, którzy odwalają swoje przepisowe 8 godzin
i odnoszą się do pacjentów z lekkim lekceważeniem pomieszanym z irytacją,
interesują się tylko bardzo, ale to bardzo poważnymi przypadkami; jeżeli
ktos nie doświadczył tragedii typu śmierć kogoś bliskiego, drastyczna próba
samobójcza, gwałt, to nie jest dla nich interesujący. Koleżanka na pierwszy
rzut oka nie sprawia wrażenia osoby chorej, starannie się ubiera, maluje,
jest uprzejma i rozmawiając z ludźmi usmiecha się do nich, więc jest
kwalifikowana jako upierdliwe babsko, któremu trzeba zaaplikować oxazepam
dwa trzy razy dziennie plus cos tam jeszcze, to będzie spac i przestanie
zawracac głowę. Wiem, że innej znajomej sam szef Studenckiej Poradni Zdrowia
Psychicznego oznajmił: Ludzie Oświęcim przeżyli, a pani tu o byle co
histerie urządza!
Koleżanki nie dotknęła żadna z wymienionych wyżej tragedii, ale obawiam się,
ze jej cierpienie do najmniejszych nie należy.
Leczenie rzeczywiście nie było systematyczne, ale proszę mi wierzyć,
widziałam, w jaki sposób działały na nią te leki. Sama prosiłam ją, żeby ich
nie zażywała; pół biedy, jeśli tylko pozbawiały ją przytomności (zawsze
mówi, że po nich nie zasypia, tylko traci przytomność), zdarzało się,że
dostawała ataków paranoi i oskarżała otoczenie o wrogie zamiary. Zawroty
głowy i wymioty jako reakcja na leki to już były normą, zgłaszała to
psychiatrom, ale ci przepisywali jej inne leki, na które reagowała w ten sam
sposób. Tego juz zupełnie nie mogę zrozumieć, przecież przepisujac takie
leki, chyba coś o nich wiedzą, czy tez reakcja na nie to zawsze
nieprzenikniona tajemnica dopóki nie zacznie sie ich brać.
(Tytułem wyjaśnienia:szczegółowa znajomość tego przypadku bierze się stad,
że mieszkałam z nią w akademiku.)
Ostatnio była hospitalizowana w związku z zaburzeniami hormonalnymi, w
trakcie wywiadu dostała ataku histerii i skierowano ją do psychiatry, który
po 2 minutach postawił diagnozę: osobowość z pogranicza, zalecana
psychoterapia. Tyle,że psychoterapia indywidualna, a na tą w państwowych
osrodkach trzeba czekać miesiącami. Prywatna nie wchodzi w grę z braku
środków finansowych. Nie jestem też przekonana do diagnozy wydanej w
mgnieniu oka; takie zaburzenia to nie grypa, którą, notabene,pewnie też
można z czymś pomylić.
Nie zawsze jest w stanie tego ni to pobudzenia ni to apatii (trudno to
opisać, niekiedy wydawało mi się, że zachowuje się jak jakaś nawiedzona
mistyczka), czasem tygodniami był spokój, ale wystarczyła czyjaś głupia
uwaga, chamski komentarz i zaczynał się "taniec" z żyletką. Mówi, że
uspokaja ją widok krwi, która pięknie wygląda kiedy powoli zbiera się w
purpurowych kroplach, czy cos w tym stylu. Makabryczna sprawa.
Potrafi też być męcząca dla otoczenia, kiedy zaczyna swoje wywody o śmierci.
Czyta jakies koszmarne książki analizujące smierć od strony
antropologicznej, a że ma dobrą pamięć to może godzinami je referować,
proszę mi wierzyć - ludzie uciekają w popłochu, mnie nie wyłączając.
Nie znam sie na psychologii, ale na moje oko dyletanta, to w tych
okaleczeniach może posunąć się za daleko, jak gdyby stopniowo przygotowywała
się do uczynienia kroku ostatecznego.
No i co z tym zrobić?