Dodaj do ulubionych

Skazany na samotność?!?

06.10.03, 03:02


witam

zbierałem sie do napisania tego posta ładnych kilka tygodni, nie wiem czy
jest to objaw mojej chorby czy wrodzone lenistwo. własciwie to nawet nie
wiem czy cos mi dolega czy mam tylko przejsciową handre- sami ocenicie .
postaram sie przybliżyć mój przypadek. na temat depresji wpadłem nie dawno,
potem znalazłem wasze forum, kilka ciekawych stron i artykułów które
otworzyły mi oczy.

własciwie to czuje sie teraz całkiem normalnie, nie ma pesymistycznych
mysli, samoocene mam chyba na własciwym poziomie
Obserwuj wątek
    • dziwaq Re: Skazany na samotność?!? 06.10.03, 08:30
      wyglada na to ze masz depresje. Cokolwiek to jest skontaktuj sie z lekarzem,
      moze nie po tabletki ale na psychoterapie. To co opisujesz - wiele ludzi
      doswiadcza bedac w depresji. Moze byc wrodzone a rozbudzone przez okolicznosci.
    • kakofonia Re: Skazany na samotność?!? 06.10.03, 08:34
      Na pewno warto pójść do psychiatry, który prawdopodnie będzie w stanie
      przynajmniej z grubsza odpowiedzieć na Twoje pytania i niemal na pewno skieruje
      Cię do psychologa albo psychoterapeuty.
      Przede wszystkim - zrobiłeś już ten pierwszy krok, czyli napisałeś tutaj, teraz
      zrób ten drugi i poszukaj pomocy u fachowca. Nie spodziewaj się cudów, nagłego
      i całkowitego poprawienia wszystkiego, ale zacznij o siebie walczyć. A po
      drodze być może spotkasz ludzi, którzy Ci w tym pomogą i pozwolą uwierzyć w to,
      że warto było spróbować.
      Powodzenia.
      • dziwaq do kakofonii 06.10.03, 08:36
        zaciekawilo mnie ze napisalas ze psychiatra kieruje do psychoterapeuty, a ja
        myslalem ze psychiatra to psychoterapeuta. Czy mozesz prosze wyjasnic?
        • kakofonia Re: do kakofonii 06.10.03, 08:55
          Witaj :-)
          sama czasem nie wiem, na ile to się pokrywa. Tzn. na pewno jest tak, że
          niektórzy psychoterapeuci są psychiatrami i zapewne odwrotnie. Ale piszę z
          mojego doświadczenia: mój psychiatra zapisał mi leki i postawił wstępną
          diagnozę (zobaczymy, co bdzie dalej) po czym, z uwagi na to, że wygląda na to,
          że na różne formy zaburzeń depresyjnych cierpię już od bardzo dawna, zalecił
          psychoterapię, stwierdzając, że pełne wyleczenie z pewnością wymagać będzie
          znacznie szerszych zabiegów niż farmakologiczne. Moja pani dr stale
          współpracuje z pewnym psychoterapeutą i wielu pacjentów leczy równocześnie z
          nim.
          Ze względu na to, że konii pisze, że te problemy są u niego od dawna
          pomyślałam, że z nim będzie podobnie.
          Ale fachowcem nie jestem, więc niech może inni się wypowiedzą.
          Pzdr.
          • hellio Re: do kakofonii 07.10.03, 13:10
            Chętnie służę informacjami z pierwszej ręki "kto jest kim", może to się komuś
            przyda:
            -psychiatra to lekarz; po skończeniu studiów medycznych robi specjalizację z
            psychiatrii w czasie której zgłębia wiedzę o zaburzeniach psychicznych i
            metodach leczenia. Ale jeżeli jest wypadek i pada pytanie sakramentalne: czy
            jest tu lekarz? ma moralny obowiązek powiedzieć "tak" i fachowo udzielić pomocy
            -psycholog to ktoś, kto skończył studia psychologiczne - zgodnie ze standardem
            kształcenia psychologów muszą to być studia 5-letnie, magisterskie (nie ma
            licencjatów). W zależności od specjalizacji możemy mieć do czynienia z
            psychologiem klinicznym, społecznym, rozwojowym etc. W programie studiów jest
            oczywiście określone pensum zajęć warsztatowych, kształtujących tzw.
            umiejętności psychollogiczne, ale nie przzygotowują ani nie uprawniają do
            prowadzenia psychoterapii. psycholog, nawet kliniczny nie jest oczywiście
            upoważniony do wystawiania recept
            -psychoterapeuta to osoba, która ukończyła odpowiednie kursy i szkolenia,
            przygotowujące do prowadzenia psychoterapii (indywidualnej, grupowej). W
            zależności od orientacji teoretycznej są różne tryby zdobywania tego rodzaju
            kwalifikacji, generalnie jednak nie jest to proces łatwy, trwa parę lat, czas
            jakiś pracuje się pod okiem supervisora. Przyjmuje się, że niekwestionowane
            uprawnienia do prowadzenia praktyki mają osoby certyfikowane przez polskie
            towarzystwo psychologiczne i ptpsychiatryczne. Na stronie PTP jest lista
            certyfikowanych terapeutów i supervisorów.
            MOże kogoś zaskoczę, ale dobrze przygotowanym terapeutą może być ktoś "nie po
            psychologii". Często kursy takie kończą ludzie po resocjalizacji, socjologii i
            mamy paru znakomitych bardzo znanych terapeutów nie-psychologow. Psycholog,
            żeby być terapeutą również musi zdobyć tego rodzaju przygotowanie. Same studia
            tego nie zapewniają ani psychologowi ani psychiatrze. Dlatego możemy mieć do
            czynienia z psychiatrą który jest jednocześnie terapeutą z odpowiednimi
            uprawnieniami i umiejętnościami (np. o orientacji kognitywno-behavioralnej)
            albo z takim, który ma w swoim arsenale tylko bloczek z receptami.Tak samo
            psycholog, z tym, że ten ostatni nie ma nawet blooczku (chociaż często
            twierdzi, że ma talent, co jest nadużyciem bo sam talent do prowadzenia
            psychoterapii nie wystarczy).
            Aby skojarzyć psychoterapię z leczeniem farmakologicznym musi często
            współpracować dwoje specjalistów. Drugorzędne ma znaczenie, kto kogo do kogo
            kieruje. To tyle, pozdr,H
    • looserka Re: Skazany na samotność?!? 06.10.03, 09:21
      Ja Ci radzę jednak na początek psychologa,jesli on uzna,że potrzebna jest
      konsultacja psychiatry, to Cię do niego skieruje. Mam wrażenie jednak, po
      przeczytaniu Twojego postu,że przede wszystkim potrzebujesz psychoterapii, nie
      leków. Niemniej nie zostawaj z tym sam, poszukaj pomocy.
      Aha, i naprawdę, nie próbuj diagnozować się na własną rekę na podstawie
      materiałów na temat róznorodnych zaburzeń psychicznych, jakie znajdujesz.
      Poczekaj na diagnozę lekarza, psychologa,.Naprawdę zespoły afektywne nie zawsze
      są diagnozowane jako psychozy ( a nawet częściej chyba nie są), to,że jesteś
      introwertykiem, wcale nie oznacza, że musisz być schizoidem :) itp. Wiesz, na
      razie lepiej nie czytaj za dużo na temat chorób psychicznych, OK? Bo jak się
      wgłębisz w opis objawów, to możesz stwierdzić, że i początki schizofrenii też
      możesz mieć ewentualnie... To dość powszechne zjawisko.

      Pozdr.
      L.
      • konii Re: Skazany na samotność?!? 06.10.03, 13:47
        witka

        nie nazwałbym sie intrawertykiem ani ekstrawertykiem, wydaje mi sie ze jestem
        gdzieś po srodku.... ale nie bede sie rozpisywał ... to raczej temat dla
        psychologa/psychiatry/psychoterapeuty

        zanim pójde gdziekolwiek musze przynajmniej troszke wiedziec na temat co mnie
        czeka... czy możecie powiedziec coś na temat psychoterapi... na czym to polega
        (pogadanki/zajecia grupowe)

        no i najwazniejsze gdzie znajde kompetentną osobę (jestem z wawy) która nie
        potraktuje mnie jak to piszecie w niektórych postach... 3min rozmowy i recepta.
        może byc publiczny zakład choć wolałbym prywatnie.

        choc leki tez by mi sie chyba przydały, mam straszną huśtawke nastrojów od
        totalnego doła do niemalże euforii, to chyba nie jest normalne?

        pozdrofka
        • twardziellka Re: Skazany na samotność?!? 07.10.03, 10:04
          konii napisał:


          >> choc leki tez by mi sie chyba przydały, mam straszną huśtawke nastrojów od
          > totalnego doła do niemalże euforii, to chyba nie jest normalne?
          >
          wyglada na to ze masz depresje dwubiegunowa.
          • looserka Re: Skazany na samotność?!? 07.10.03, 10:12
            twardziellka napisała:

            > konii napisał:
            >
            >
            > >> choc leki tez by mi sie chyba przydały, mam straszną huśtawke nastrojó
            > w od
            > > totalnego doła do niemalże euforii, to chyba nie jest normalne?
            > >
            > wyglada na to ze masz depresje dwubiegunowa.

            Choroba afektywna dwubiegunowa nie objawia się nieustanną huśtawką nastrojów.
    • konii Re: Skazany na samotność?!? 08.10.03, 23:32
      jednyna rzecz jaka mnie pociesza to fakt że kiedy już będe miał dość tych
      wszystkich upokorzeń i ciągłych porażek , będe mógł to skończyć

      i nie jest to bełkot desperata tylko wybór, jak to pięknie napisał
      Piotr: "kiedy ból życia przekroczy siły do walki z nim" sorki że nie dokładnie
      ale mam nadzieje że oddałem sens wypowiedzi
      bo co takiego pięknego jest w życiu aby na siłe je przedłużać???
      • kakofonia Re: Skazany na samotność?!? 09.10.03, 09:23
        konii napisał:

        > jednyna rzecz jaka mnie pociesza to fakt że kiedy już będe miał dość tych
        > wszystkich upokorzeń i ciągłych porażek , będe mógł to skończyć

        Skojarzyło mi się:
        "O Bracia w smutnym życiu! co trwa bardzo krótko;
        Lat niedługich parę musi starczyć nam za ukojenie:
        Czyż nie zdołamy wytrzymać tych lat zadyszanych?
        Lecz gdybyście nie chcieli dopełnić będznego żywota,
        Można przecież z nim skończyć na własne życzenie
        Bez obawy, że po śmierci przyjdzie się przebudzić...

        Bracie mój, biedny mój Bracie, tak to jest:
        W tym życiu nic nas dobrego nie czeka,
        Lecz skończy się ono wkrótce i nigdy się nie powtórzy;
        Nie mieliśmy o tym pojęcia przed naszym narodzeniem
        I nie będziemy go mieli złożeni do grobu:
        Ważę tę myśl i ona mi niesie pociechę".

        To James Thomson, XIX wiek. Po angielsku brzmi znacznie lepiej. Cytuje go
        William James w eseju "Czy warto żyć". Polecam. James sam przeszedł przez
        depresję i miał z nią problemy do końca życia. Pisał więc z własnego
        doświadczenia. I w końcu mówi: warto, bo możemy swoje życie uczynić wartym
        zycia. Jak masz siłę, żeby czytać, to spróbuj. Może nie pomoże, ale
        przynajmniej pozwoli dostrzec inną perspektywę.

        > i nie jest to bełkot desperata tylko wybór, jak to pięknie napisał
        > Piotr: "kiedy ból życia przekroczy siły do walki z nim" sorki że nie
        dokładnie
        > ale mam nadzieje że oddałem sens wypowiedzi
        > bo co takiego pięknego jest w życiu aby na siłe je przedłużać???

        Dziś powiem, że nic. To samo powiedziałabym wczoraj. Ale w zeszłym tygodniu
        czułam się lepiej i odpowiedź byłaby inna. Nie wydarzyło się wtedy nic
        szczególnie "pięknego", ale było wystarczająco ok, żeby myśli o śmierci
        zniknęły.
        Pod koniec lipca popełnił samobójstwo pewien człowiek, którego kiedyś poznałam.
        Dopiero po jego śmierci dowiedziałam się, że walczył z depresją przez bardzo
        wiele lat. Sprawiał wrażenie pogodnego, był b. sympatyczny. Zostawił listy, w
        których wyjaśniał, że to nie jest nagły krok desperata, tylko że po prostu jest
        już zmęczony tą walką i chce odpocząć. I skoczył z piątego piętra. Zostawił
        żonę i młodego syna. Wcześniej zabił się też jego brat i ojciec.
        Więc pewnie - można. Ale ten człowiek przynajmniej walczył. Przez ileśtam lat
        starał się przezwyciężyć swoją chorobę. Więc trzeba próbować, próbować,
        próbować. I może się nagle okaże, że coś pięknego jednak w tym życiu jest.
        • konii Re: Skazany na samotność?!? 10.10.03, 00:46
          chyba dla świetego spokoju pójde do psycholaga po rade.... ale dalej mysle że
          depresja to nie jedyna przyczyna moich zmartwień, może błedy w wychowaniu,
          cechy osobowości a możę deprecha tak mi spustoszyła w głowe.... nie wiem co to
          jest ale trzeba rozpoznać wroga, gorzej jeśli wróg to ja.

          jak już się zdecyduje to postaram się napisac na forum jak mi poszło....
          gorzej że nie wiem gdzie się udać, psychologa mam pod ręką ale jest to
          ostatnia osoba do której zwróciłbym się o pomoc... mimo że jest z nim bardzo
          bliski kontakt nie umiał rozpoznać w moim zachowaniu depresji tylko obwiniał
          mnie zarzucając mi lenistwo i nieodpowiedzialność.

          niechciałbym trafić na kogoś takiego, a na próby nie mam ochoty dlatego licze
          że wskażecie kogoś sprawdzonego, kto mnie wysłucha, nie chcecie robic
          reklamy ... piszcie na priva....................................... może w
          końcu odnajde jakąś przyjemność z życia :-/

          dzieki za wsparcie, to jedna z rzeczy których mi w życiu najbardziej brakuje
    • iwona.grobel Re: Skazany na samotność?!? 09.10.03, 13:17
      Różnica między psychiatrą, psychologiem i psychoterapeutą została w
      odpowiedziach na pana wątek wyjaśniona. Ja radzę Panu zgłosić się do psychologa
      w Poradni Zdrowia Psychicznego i powiedzieć mu wszystko to, co opisał pan na
      forum. Po postawieniu wstępnej diagnozy zaproponowany zostanie panu odpowiedni
      rodzaj terapii, ewentualnie, w razie potrzeby, dodatkowe konsultacje.
      IG
      • konii Re: Skazany na samotność?!? 23.10.03, 00:25
        cze

        już myslałem ze jest lepiej.... a tu nagle dóóóóół, najsmieszniejsze jest to
        ze spowodowany takim szczegulikiem, drobnostką,

        do mysli samobójczych zdązyłem sie juz przyzwyczaic ale do tego ze nie
        potrafie z kims porozmawiać dłuzej nic 3 min juz nie
        to pieprzy mi całe zycie, dziewczyny nie miałem juz 5 lat, czy wy rozumiecie
        co to znaczy nie miec kobiety tyle czasu .... a jestem w takim wieku gdzie po
        pierwsze kontakty nawiazuje sie róznie czesto jak sie zrywa a po drugie
        wszyscy na ciebie patrzą i pewnie najsmiewaja sie ze jesteś jakiś inny chyba
        bo z dziewczynami to ci nie idzie, eh najgorzej jest jak w towarzystwie
        zacznie sie rozmowa o kobietach, mozna w skrócie powiedziec ze nie mam o czym
        gadać.
        najsmieszniejsze jest to że ja mam powodzenie.... tzn wizualne powdzenie, 90%
        dziewczyn które znam próbowało zemną coś "zakrecić".... a ja .......... nawet
        gdybym chciał, gdy juz zobaczyły kim jestem omijały mnie szerokim łukiem, no
        bo co jest ciekawego w kims kto chetniej pogada o problemach współczesnej
        gospodarki niż o jakis pierdułkach.... niestety gdy znajde juz osobe która ma
        jakies swoie zdanie to tez mi nie idzie.
        kiedy chodze po szkółce to widze te pożądliwe spojrzenia, heh powiem nie
        skromnie ze gdybym chciał miałbym każdą.... ale co z tego
        nie uprawiałem sexu od 3 lat, a wiem ze gdybym przez 5 minót
        potrafił "ponawiajać" o dupie maryni, niewychodził bym z łózka
        na przykłąd dziś: siedze sobie na w klasie i ogladam kasete ze studniówki
        (boże za pare miechów studniówka a ja nie mam z kim iść) a o metr odemnie
        siedzi bardzo fajna dziewczyna nie tylko wizualnie ale i charakter ma
        zajebisty (wiem bo kolega ze nia chodził), wlepia we mnie oczy jak by chciał
        mnie schrupać :-), a ja ......... spojrzałem na nią , nie wiedziałem co
        powiedzieć i uciekłem szybko, i tak mam zawsze.
        niestety w nawiazywaniu kontaktów z kolegami mam jest podobnie, po prostu nie
        potrafie podtrzymac rozmowy, w koncu uciekam w samotność, najchetniej
        wyprowadziłbym sie z tego zakichanego miasta, wynajoł mieszkanie i spedzał
        całe dnie przed kompem..... choć pewnie i to by mnie znudziło.... w koncu
        strzeliłbym sobie w łeb i nareszcie miałbym spokój.

        jedyne co mnie trzyma przy zyciu, heh własciwie to juz nie wiem czy to na
        długo wystarczy,
        znów nie skromnie powiem że uważam sie za sporo inteligentniejszego od mojego
        otoczenia, nauka wchodzi mi do głowy jak trzeba ... tylko z matmą (a raczej
        matematyczką-wstrętna baba- nic nie potrafi nauczyć) mam problemy, a tak to
        luzik.... choć wogule sie nie ucze to jakos to leci
        mój intelekt poswiecam na uczenie sie ekonomii, interesuje sie szeroko pojetym
        zyciem gospodarczym i takie tam pierdułki, właznie zaraz rzuce sie na kolejny
        rozdział ksiażki o min. zarzadzaniu kryzysowym..... ale czuje ze mi to nie
        wystarcza.... bez zycia towarzyskiego, bez kobiety, kumpli i piwa nie czuje
        sie spełniony.... pociesza mnie tylko marzenie ze moze kiedys sie wylecze i
        wszytsko sie ułoży

        dołuje mnie jeszcze jedno, mimo młodego wieku posiadam juz "prace" która daje
        mi całkiem spore zarobki, a wszyscy którzy o niej wiedza uwazaja ze mam po
        prostu farta ....... najbardziej bolesne jest to że jest to moia "rodzina" ,
        matka stwierdziła (choć pewnie powtórzyła słowa ojca z którym nie rozmawiam od
        5-6 lat, zadbał on o to także zebym poczół sie zerem) zebym potraktował to
        jako wygraną w totka .... nie wgłebiajac sie w szczegóły mozna to
        interpretowac jako ... głupi jesteś fartło fartło ci sie.
        a jesli wszyscy oni maja racje, moze nalezy "przejrzeć sie w zwierciadle
        przyjacół bo ono pokaże ci jaki jestes naprawde"

        moze powiecie ze nie jest jeszcze z nim tak zle, w koncu ma na cos ochote....
        ale to chyba tylko taki przerywnik, obnizony nastrój jeszcze spadnie i odechce
        mi sie wszytskiego, znowu nie bedzie mi sie nawet chciało pisać na tym forum.

        zazdroszcze tym ludziom piszacym na tym forum których przypadki zainteesowały
        formółowiczów, mój temat juz dawno gdzieś spadł.... wiem ze poprostu pisze
        nieciekawie i nudnie, czasami jak sie czytam to nie wiem o co mi chodziło.....
        i tak wyglada cała moja marna egzystencja
        • kakofonia Re: Skazany na samotność?!? 23.10.03, 10:17
          Konii, a co z Twoją wizytą u psychologa?
          • konii Re: Skazany na samotność?!? 24.10.03, 16:00
            nie wierze że jakaś kuracja/tabletka mi pomoże
            • mag26nov Re: Skazany na samotność?!? 25.10.03, 16:22
              wiesz,po przeczytaniu twego pierwszego postu, poczulam do ciebie sympatie,a po
              tym drugim dluzszym diametralnie zmienilam zdanie
              • konii Re: Skazany na samotność?!? 26.10.03, 22:59
                > wiesz,po przeczytaniu twego pierwszego postu, poczulam do ciebie sympatie,a
                po
                > tym drugim dluzszym diametralnie zmienilam zdanie


                sorki, ja tak juz czasami ma że potrafie być naprawde nieznośny(sami
                widzicie), ale po wyrzuceniu tego z siebie poczułem się lepiej, co prawda na
                krótko ale zawsze.

                kiedy teraz o tym myśle to żałuje że napisałem cokolwiek tego dnia, ale po
                prostu cały czas mnie dreczy ta myśl co ze mną jest, jak to naprawić. czasami
                odrywam sie od tego ale przez wiekszość czasu o niczym innym nie mysle, wiem
                ze nie powinienem sie sam diagnozować ale wiem że to chyba nie depresja,
                człowiek w tym stanie ucieka od wszystkich a ja chciałbym być akceptowany ale
                coś we mnie na to nie pozwala.

                jeszcze raz przepraszam że nabrużdziłem, postaram sie wiecej tego nie robić
                :-(

                papatki

                • mag26nov Re: Skazany na samotność?!? 27.10.03, 22:34
                  > sorki, ja tak juz czasami ma że potrafie być naprawde nieznośny(sami
                  > widzicie), ale po wyrzuceniu tego z siebie poczułem się lepiej, co prawda na
                  > krótko ale zawsze.

                  to nie o to chodzi,ze uwazam,ze to źle,iż starasz sie sobie pomoc,itd.,itp.,
                  tylko o sposób w jaki sie wypowiedziales. te bzdury,ze nie miales od iluśtam
                  lat kobiety i w ogóle. sam przeczytaj w/w posta i oceń. w sumie to nie moja
                  sprawa i wisi mi,co robisz, i pewnie tobie tez wisi co ja o tutaj wypisuje,ale
                  mam prawo komentowac,skoro nawypisywales to wszystko na, bądź co bądź,
                  publicznym forum.w kazdym razie wyglądasz mi na obrośniętego w piórka
                  żałosnego dupka.

                  >
                  > kiedy teraz o tym myśle to żałuje że napisałem cokolwiek tego dnia, ale po
                  > prostu cały czas mnie dreczy ta myśl co ze mną jest, jak to naprawić.
                  czasami
                  > odrywam sie od tego ale przez wiekszość czasu o niczym innym nie mysle, wiem
                  > ze nie powinienem sie sam diagnozować ale wiem że to chyba nie depresja,
                  > człowiek w tym stanie ucieka od wszystkich a ja chciałbym być akceptowany
                  ale
                  > coś we mnie na to nie pozwala.
                  >
                  > jeszcze raz przepraszam że nabrużdziłem, postaram sie wiecej tego nie robić
                  > :-(
                  >
                  > papatki
                  >

                  i nie myśl za wiele.............
        • norr Re: Skazany na samotność?!? 28.10.03, 15:52
          Oj biedaku, ja ma takie wrażenie, że Tobie myślenie nie słuzy, bo jak za dużo
          myślisz to Ci sie niefajne rzeczy wydają.
          Jak miałam 20 lat to nie miałm żadego chłopaka, na studniówce byłam sama a o
          sexie to w prakcyce nie myślałam. Też mi dobrze szło w szkole (najlepiej z
          matmy) i tez niekoniecznie miałam przyjaciół. Na imprezy też mnie nikt nie
          zapraszał. Mam chyba podobną nature do Ciebie, bo tez mi było z tym źle i też
          nad tym myślałam. Tylko nie miałam kompa i netu, lekarz nie porzyszedł mi do
          głowy a poza tym rodzice by mnie wyśmiali.
          Teraz z perspektywy czasu i leczenia "prawdziwej" depresji wiem, że za dużo
          myślałam. Było minęło- teraz jest chyba nieżle.
          Spoko- do studniówki jeszcze sporo czasu. Jak masz powodzenie to podejdź do
          którejś dziewczyny i ją zaproś. Jezu, ile ja bym dała, żeby mnie jakiś facet
          zaprosił na studniówke!!!!
          A...wydaje mi isę, że masz jakis pomysł na życie- uciec, wyprowadzić sie,
          odciac od rodziny- to już jest coś.
          Jak chcesz napisz na priv :-)
        • abyss0 Re: Skazany na samotność?!? 12.11.03, 16:43
          >heh powiem nie
          > skromnie ze gdybym chciał miałbym każdą....

          wtrace swoje pare groszy bo jeszcze rok czy dwa lata temu bym sie w 100%
          procentach zidentyfikowal z tym co napisali konii i nikim.
          ze wszystkim.ogromna samotnoscia, kompletnym brakiem umiejetnosci komunikacji
          z drugim czlowiekiem,graniem przed otoczeniem zeby nie pokazac wlasnych
          slabosci,wyluzowaniem w chwilach(rzadkich) dobrego nastroju,odbiorem przez
          otoczenie jako niedostepnego typa majacego wszystkich gdzies,dziecinstwem gdy
          bylem rozesmianym radosnym dzieckiem,kochajacymi rodzicami,jestem przystojny i
          podobam sie dziewczynom itd.
          roznica jest to ze nie czulem ani nie czuje sie inteligentniejszy od innych
          choc jestem zdolny do refleksji,potrafie przekonywac i trudno jest mnie zagiac
          w rozmowie.

          kluczem do zmiany takiego fatalnego stanu psychicznego jest akceptacja tego
          stanu. i to nie jest zaden banal.
          zaakceptowac nie znaczy lubic ten stan albo nie chciec go zmienic.chodzi o to
          zeby nie zaprzeczac temu ze jest jak jest. rozwaz sytuacje w ktorej jestes
          wsrod ludzi, masz jakas wade tzn rzecz ktora uwazasz za swoja wade(np jestes
          malomowny,boisz sie ludzi,czujesz lek przed rozmowa czy ocena itp) i za
          wszelka cene starasz sie to ukryc.zamiast zaprzeczac wlasnej osobowosci i
          wlasnemu ja(ktore posiada te wady) trzeba sie zgodzic ze sa,nie walczyc z
          nimi.co z tego ze ktos nie zobaczy twoich slabosci (na skutek ukrywania ich
          przez Ciebie,ogromnym kosztem zreszta) skoro bedzie to tylko pozor i gra.do
          czego to doprowadzi?do niczego,to slepa uliczka bo cale zycie bedzie sie
          opieralo na cholernie meczacej grze. gdy zaakceptujesz swoje niedoskonalosci
          (powtarzam ze nie polubisz je ale zgodzisz sie ze sa i sa czescia Ciebie) to
          wtedy gdy ktos Ci np powie 'cos ty taki niesmialy' to nie bedziesz traktowal
          tego jako zarzut przed ktorym trzeba sie bronic lecz jako opis faktycznego
          stanu rzeczywistosci. a zaprzeczanie rzeczywistosci jest przeciez bez sensu.
          nie bedziesz czul leku przed tym ze ktos Cie rozgryzie ze jestes niesmialy lub
          ze sie boisz(bo prawde przeciez powie,taki wlasnie jestes). akceptacja to
          klucz do zmian na lepsze.nie mozna bowiem probowac zmienic czegos co
          nieistnieje(czegos czemu zaprzeczamy przed samym soba ze istnieje)

          to tyle.napisalbym wiecej ale to kwintesencja(a raczej kiwintesencja jednego z
          glownych czynnikow)
          aha zapomnialbym, cytat Twojej wypowiedzi z poczatku mojego posta swiadczy o
          tym ze zaprzeczasz rzeczywistosci.gdybys chcial mialbys kazda?no nie mow ze
          nie chcesz. prawda jest taka ze masz cholerne problemy z kontaktami z
          dziewczynami i nie potrafisz sobie znalezc nawet jednej.doskonale o tym wiesz
          ale nie akceptujesz tego ze tak jest.

          to co napisalem to nie jakies tam moje przemyslenia ale to wnioski ktore
          wyciagnalem dzieki pomocy doskonalych,znajacych sie na rzeczy terapeutow

          ja Ciebie doskonale rozumiem bo bylem w dokladnie tej samej sytuacji co
          Ty.teraz jest duzo lepiej.
    • nikmin Re: Skazany na samotność?!? 29.10.03, 23:59
      właściwie to jestem może nieco lżejszym przypadkiem Ciebie Koniii
      moje życie upłynęło mi w dużej części na rozmyslaniu jak mi jest cholernie źle
      na świecie , bo mam skomplkiowany charakter i ciężko nawiązuje mi się kontakty
      z ludźmi
      od kiedy poszedłem do liceum i (mam 28 lat) zacząłem uswiadamiać sobie czym
      jest samotność
      jestem człowiekiem , który nienawidzi samotności ale jednocześnie cały czas
      kieruję się w jej strone
      przez właściwie całe liceum , miałem wprawdzie kumpli ale nasza znajomość
      (właściwie szkolna przyjaźń kończyła się najczęsciej z chwilą ostatniego dzwonka
      i było tak przez następne 12 chyba dobrze liczę lat
      kiedy skończyłem 22 w moim życiu zaczął się koszmar
      samotnść tak mi doskwierała, że to uczucie stało się prawie JEDYNĄ TREŚCIĄ ,
      która wypełniała mi życie - tzn myslenie dlaczego tak jest że z człowieka ,
      który całkiem nieźle radził sobie w latach dziecięcych, stałem się
      człowiekiem , który jest ciagle sam. setki razy analizowałem siebie, i swoje
      zachowanie po własnie takich kilkuminutowych kontaktach, po których czułem się
      jednym wielkim przegranym , dlatego , że pomimo iz od tygodnia np nie miałem do
      kogo otworzyć gęby nie potrafiłempodtrzymac rozmowy z osoba, która do mnie
      zagadała
      nie było tak , że nie miałem wtedy kompletnie nikogo, miałem znajomych

      Konii naskrob cos do mnie na skrzynke we dwóch łatwiej sie mysli
      • nikmin Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 00:02
        znalazłem sobie znajomych z którymi podróżowałem całymi dniami, pijąc
        alkohol ,generalnie najważniejsze było dla mnie uczucie , żeby się napić nie za
        wiele rozmawiając z nimi, ale ponieważ pochodzą z normalnego domu , mam
        kochajacych starych, po jakims czasie się kapneli jakie zycie prowadzę, a poza
        tym nie mogli pojąć jak za ich miłość mogę odpłacać im taka wobec nich agresją
        i co ważniejsze pogarda- wynikająca z tego , ze to ich głównie winiłem za to
        jaki jestem
        porzuciłem więc towarzystwo i zacząłem spedzać swój żywot w domu
        w pewnym momencie dostałem takiej paranoi, że każde wyjście z domu było dla
        mnie jak podroż na niebezpieczna wyprawę, podczas , której groźni przechodnie
        będą na mnie krzywo albo groźnie patrzeć
        podróż autobusem to było wyzwanie
        tak działo się ok. 3 lat w tym czasie oddałem się nałogowi ogladania telewizji
        i studiowałem zaocznie
        niestety na studiach nie potrafiłem nawiązać kontaktów z ludźmi , którzy mnie
        interesowali w grupie, czułem się jak za szklaną szybą , wiem że traktowali
        mnie jako nadętego dupka , bo w obawie przed zdemaskowaniem swojej tragicznej
        kondycji psychicznej i tego , jak jestem niesmiały grałem osobę która wpada i
        wypada na zajecia udając że ma cos strasznie ważnego do załatwienia, a potem
        szedłem przez park jak wyszedłem ze szkoły rozklejałem się totalnie , łzy mi
        ciekły
        mój umysł uległ od tej sytuacji zastoju w życiu takiemu uwsteczniniu i
        zgnuśnieniu, że uczyłem się do egzaminu 1,5 miesiaca czego inni uczyli się
        przez tydzień i zdawałem tylko dzieki temu , że wygladam że tak powiem chyba na
        poziomie a wykładowcy mówili- wygląda pan na takiego co na wiecej pana stać
        itp.
        Matka zaprowadziła mnie do psychiatry, pamietam pierwszą wizytę wszystkie panie
        się zbiegły aby zobaczyć , generalnie nic mi ona nie dała , ponieważ pani jak
        odniosłem wrązenie uważała że zmyslam albo przesadzam albo coś w tym stylu,
        własciwie nic mi nie doradziła zaprosiła na kolejną wizytę po czym oświadczyła
        że wszystko jest już ok.
        Dopiero druga wizyta cos dała – pani zapisała mi leki , po krótkiej 5 minutowej
        wizycie wywalczonej łokciami posród ludzi , którzy wygladaja na takich z
        problemami więc dostac się jest cholernie trudno, leki , kótre po jakimś czasie
        stosowania przyniosły mi ULGE
        Poczułem że odrywam się chociaż troche od tego mojego bagna w głowie , że mogę
        zwolnic te swoje rozbiegane mysli , że nie musze wsiadac już do pociagu i
        jechac bez celu 2 dni po polsce
        I tyle daje Ci psychiatra w słuzbie zdrowia publicznej, nic więcej bo nie ma
        czasu , nawet teraz choc wiem że pójść powinienem nie mam siły się tam rozpychać
        Teraz znalazłem pracę i pracuję, co zapewnia mi to że nie myslę o swojej
        samotności, jest tylko jeden moment kiedy ogarnia mnie żałość – kiedy wychodzę
        z pracy chciałbym gdzieś pójść ale nie mam gdzie
        Życie spędzam przed tv i netem , i na alkoholowych libacjach weekendowych z
        kolegami
        Mam 27 lat miałem kiedyś dziewczynę przez miesiąc L, najgorszemu wrogowi nie
        życzę czegoś podobnego życia „w zaklętym kamiennym kręgu” choc nauczyłem się z
        tym żyć, np. kiedy chcę dotknąć kobiecej dłoni to idę do kiosku kupic bilet...
        Sory za styl ale wszystko mi się przypomniało te ciężkie chwile i ciezko mi
        było się skupic

        Ps. Co o tym sądzicie?

        • nikmin Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 00:29
          zapomniałem jeszcze dodać że w między czasie, nie udało mi się rozpocząć
          żadnego związku z kilkoma dziewczynami, które po prostu spalały się myśląc , że
          jestm nie wiem jaki nadęty i niedostępny, gdy tymczasem mnie w ich obecności
          paralizowało , czułem że nie moge wykonac żadnego ruchu
          najgorszą moja porażką sposród nich było to co stało się 5 lat temu
          nie wiem czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia , ja nie wiem ale w
          każdym razie spotkałem kobiete , której nie poznałem ale od razu zwróciłem na
          nia uwagę- była tym kimś kogo sobie wymarzyłem w moim naiwnym romatycznym
          rozumku , a ponieważ słyszałem co nieco o niej - wiedziałem , że oprócz tego ,
          że strasznie mi odpowiada jako kobieta ma podobna zainteresowana i
          postrzeganiwe świata co jest dla mnie rzeczą b wazną
          niestety nie udało mi sie doprowadzic do tego żeby nasze sciezki sie zeszły
          pomimo, że próbowalismy tego oboje, twało to ok 3 lat
          w których ona np podsyłał mi swoich kolegów i tego typu akcje
          w tym samym czasie na horyzoncie pojawiła się inna kobieta , która wydawała mi
          sie bardziej sprytna i elastyczna nie już ten mój wymarzony ideał ale ktoś z
          kimś można nawiazac jakis dialog podleczyc dusze i otworzyć się na innych ludzi
          co wiem po tym powolnym polepszaniu jakości mojego życia jakie nastepuje -
          jest mozlaiwe, więc pomyslałem pokornie że może ona - niestety też się udało
          dziewczyna miała chyba o mnie zbyt wygórowane mniemanie , że nie wiem jak bedę
          o nią zabiegał na dyskotekach, gdytymczasm ja szedłem tam jak skazaniec po to
          żeby ją stamtą zabarc i odizolowac się od świata w jej towarzystwie
          i to by było tyle
          • mr_hyde Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 00:31
            Wiele z tego co napisałeś mógłbym napisać i to słowo w słowo.
    • amiranda Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 02:35
      Nawet nie wiesz jak bardzo rozumiem Twoje odczucia.Nie wiem co mogę Ci poradzić
      bo sama nie umiem sobie pomóc. Mam jednak cichą nadzieję że może kiedyś pojawi
      się zarówno w Twoim jak i moim życiu ktoś,kto pomoże nam przezwyciężyć te
      uczucia, kto sprawi że zaczniemy w siebie wierzyć,kto nas zrozumie.I życzę Ci
      tego z całego serca.
    • nolwen Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 07:09
      Koniecznie znajdx dobrego terapeutę - jest parę ośrodków w każdym dużym
      mieście - znajdziesz w necie. Naprawdę możesz podnieść jakosć swego zycia
      i ...chyba warto zając się tym teraz a nie za kolejne 10 lat. W tym wszystkim
      kluczowe znaczenie odgrywać może właśnie rodzina...trzeba to też obgadać z
      terapeuta. Powodzenia.
    • hrluc Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 07:41
      W moim przypadku zaczynalo sie tak samo, skonczylem marnie. Trzy lata
      siedzialem w domu. Spalem dlugo i nie zalezalo mi na niczym. Stracilem mase
      czasu. Gdybym wiedzial co sie ze mna wtedy dzialo , sprawy potoczylyby sie
      inaczej. Proponuje ci wizyte u psychologa. Lepiej wczesniej sie martwic niz
      pozniej osiasc w totalnej beznadziei.
      • konii Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 10:19
        witam

        nikmin, na kogoś takiego jak ty czekałem, tylko doświadczając takiego bagna
        można zrozumieć kogoś w podobnej sytuacji, a nie nazywać go dupkiem.

        ostatnio mam utrudniony dostęp do netu, postaram napisać coś w weekend.

        narka
    • neo422 Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 10:54
      Choruje na chorobe afektywna dwubiegunowa mam 40lat jak bylem mlody podobnie
      sie czulem idz w te pedy do lekarza bo sie to rozwinie i mozesz nie zapanowac
      pozdrawiam
    • hrluc Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 17:46
      Moze sie spotkamy i stworzymy grupe wsparcia bo widac ze wyalienowanych jak ja
      tu niebrakuje)).
      Pisales o podobienstwach do osobowosci autystycznych, i schizofrenicznych
      nazywajac to cholernym zamknieciem czy jakos.
      Jak ja wyladowalem u psychiatry zapisal mi leki. Poczulem sie lepiej, ale
      mialem jeszcze inne sprawy ktore mi ciazyly , rzucilem leczenie i teraz znowu
      zyje nie zyje. Po lekach jest lepirj, ma sie wiecej odwagi do walki. Tylko ze
      ktos taki jak ja zadaje sobie pytanie po co sie oszukiwac i zyc na lekach,
      przeciez bez nich jest sie zerem bo tylko tak mozna nazwac nieumiejetnosc
      poradzenia sobie z życiem he he
      Sa trzy opcje:
      1. Jechac na lekach czuc sie w miare ok plus czeste wizyty u psychiatry i
      penetracja duszy
      2. Zyc nie zyc
      3.Palnac sobie w leb.
      Sam nie wiem co wybiore.
      • warum Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 21:34
        Nigdy nie bralam lekow, ale czasem sa jedynym wyjsciem,zeby sie wyprowadzic ze
        stanu totalnej apatii. A potem? A potem moze zdarzy sie cud? I ktos sie
        usmiechnie bez powodu, a moze Ty sam zobaczysz,ze mozna sprobowac powalczyc o
        siebie? Mnie pomogly: placz, spanie, gadanie w przestrzen tutaj. I wcale nie
        oczekiwalam odpowiedzi, ale... gdy ktos odezwal sie i okazal odrobine
        zainteresowania, zrozumienia - robilo mi sie glupio... no co, bede sie tak
        mazgaic, udowodnie,ze potrafie, wygrzebie sie... No i tak skokami kangura ale w
        zolwim tempie... posuwalam sie w czasie. Az przyszedl moment,ze spojrzalam na
        siebie innymi oczami...i sprobowalam zyc. Niewiele mi z tego wyszlo, ale
        najgorszy stan mam chwilowo za soba. Teraz mam ochote walczyc o siebie, choc
        niekoniecznie wcielam to w czyn:(Bo... to jednak za trudne zadanie dla mnie na
        teraz. Pozdrawiam,i zycze...lepszego jutra.
      • silesia24 Re: Skazany na samotność?!? 30.10.03, 21:49
        jest trzecie rozwiazanie jak uciec od swojego zycia , wyjechac daleko gdzie nie bedzie wsparcia
        kochajacych rodzicow etc, i
        ja to zrobilam bo juz nie moglam zniesc samotnosci, wlasnej glupoty,braku perspektyw, obrony
        mgr,idei powrotu do domu, wiadomosci wieczornych.
        nie jestem zwykla maruda, probowalam zasiegnac rady specjalisty i uslyszalam : teraz wszystkim
        jest trudno, glowa do gory, trzeba myslec pozytywnie etc
        moja kuracja jest prosta , nie jest to rozwiazanie problemow lecz raczej dorazna ulga.
        zwiac
        ja zwialam do zagranice, nie znam tu nikogo, wszyscy sie usmiechaja i sa tacy radosni ale musze
        sie koncentrowac na nauce jezyka i znalezieniu pracy wiec nie ma zaduzo czasu na myslenie.
        wieczorem zasypiam ze zmeczenia, rano budze sie do pracy.teraz szukam pracy na weekend bo
        wtedy mam zaduzo czasu
        jak powiedzialam to usmierza bol tymczsowo
        • konii Re: Skazany na samotność?!? 01.11.03, 00:52
          witam

          tak jak to już ktos powiedział pod wieloma słowami które napisał Nikim
          podpisał bym sie oburącz:
          wrazenie normalności w dzieciństwie, staczanie sie w samotnośc, obwinianie
          rodziców, kompletny brak kontaktu z kimkolwiek.... heh dobrze że moge tu
          cokolwiek powiedzieć bo kisił bym sie z tymi problemami w dalszym ciągu sam.

          Nikim, sporo myslałem nad naszym "normalnym" dzieciństwem, czy nie wydaje ci
          sie że w miare jak dorastaliśmy rodziła sie w nas świadmość naszego
          wyalnienowania, początkowo wina obarczalismy rodziców, otoczenie ... bo nas
          nie rozumieją, sa za głupi.... i pewnego dnia spostrzegamy coś przerażającego,
          dla mnie tym dniem było przejrzenie sie w oczach moiego otoczenia. ten problem
          tkwi w nas, co to jest??? czy jest dla nas jakiś ratunek, dlaczego takimi sie
          staliśmy???

          mój stan dało by sie znieść gdybym mógł zamienić ped do ludzi zamienić na cheć
          do nauki/pracy ..... ale nie ma tak łatwo, kłopoty z pamiecią. brak
          koncentracji. a jeśli tylko sprubóje coś poczytać zaraz zamykają mi sie oczy.
          I trwam tak nie wiadomo po co. czy jest dla mnie jakis ratunek???

          nawet nie potrafie ładnie ubrać w słowa tego co własnie czuje :-(
          • anieatak Re: Skazany na samotność?!? 01.11.03, 01:33
            AN i E ..akademia nauk v elektronika
          • lolo76 Re: Skazany na samotność?!? 01.11.03, 12:25
            > mój stan dało by sie znieść gdybym mógł zamienić ped do ludzi zamienić na
            >cheć
            > do nauki/pracy .....

            znieść tak ale to nie rozwiązuje sytuacji, wiem to z własnego doświadczenia
            praca/nauka to tylko ucieczka od problemu. W moim przypadku wyglądało to tak że
            wraz z czasem praca i nauka zaczęły sprawiać coraz większe trudności. Najpierw
            przez parę latek coś co można chyba nazwać pracoholizmem, fajna sprawa od rana
            do wieczora praca i nauka, nie ma czasu nawet na myślenie o nieudanym życiu
            prywatnym lub wręcz o jego braku ( rozpacz i uświadomienie sobie swojej
            sytuacji przychodziły tylko wtedy kiedy byly wakacje itp. ) a potem coraz
            większe problemy. Robienie czegokolwiek zaczęło sprawiac stopniowo coraz
            większą trudność. Satysfakcja z sukcesów na polu pracy i nauki coraz mniejsza.
            Problemy ze wstawaniem porannym, problemy z zabraniem się do pracy, przeraźliwe
            zmęczenie po pracy. Przez pewien czas (nawet długi) udawało się utrzymać
            sytuacje działając według schematu : praca a po pracy zapadnięcie w totalną
            bezczynność, każda wolna chwila od pracy, wolny dzień, weekend wypełniony
            bezczynnością lub snem, który nie przynosił relaksu ani nie dodawał energii.
            Ale to wszystko do czasu. Doszło do tego że 3 godziny aktywnośći powodowały
            duże zmęczenie a normą stało się spanie po 10 godzin w nocy i dosypienie
            popołudniem jeszcze ze 3 godzinek. No i to był koniec nauki, pracy i zaczęła
            sie cięzka deprecha, czarna rozpacz, myśli samobójcze ( bo po co żyć jak nie ma
            się ani życia prywatnego ani zawodowego, a jest tylko pusta, cierpienie
            psychiczne i przeraźliwe zmęczenie mimo bezczynności )

            BTW fajny wątek, też jestem osobą która mogłaby sie podpisać pod prawie
            wszystkim co tu zostało napisane, mimo prób na razie niewiele udało mi się
            zmienić w moim zyciu :(
            • konii Re: Skazany na samotność?!? 01.11.03, 16:26
              cze

              wiem że pracoholizm to tylko ucieczka od problemu, ale lepsze to niż ciągle
              użalać sie nas sobą albo trwać w bezczynności.

              zmartwiłeś mnie: myślałem że pracoholizm to bilet w jedną strone, a tu powrót
              przez depresje :-(

              mówiłeś o ciągłym zmęczeniu, przez ostatnie tygodnie obesrwuje na sobie coś
              czego już długo nie miałem: spie całą noc- budze się ok. 12.00 i czuje sie jak
              młody bóg-po prostu tryskam energią.... tego zapału starcza mi na ok 60 min,
              potem przygnebienie wraca. pije hektolitry kawy, pale fajka za fajka ale to na
              niewiele sie zdaje.... dla mnie to już beznadzieja, nie moge ani
              pracować/uczyć sie ,ani próbować coś zmienić w swoim życiu prywatnym.... a
              raczej je stworzyć bo narazie nic takiego nie istnieje.
              i tak dni uciekaja mi jeden po drugim, gdyby nie obowiazki i inne sprawy
              byłoby całkiem przyjemnie.

              • hrluc Re: Skazany na samotność?!? 02.11.03, 12:33
                Widzisz napisales ze gdyby nie obowiazki czulbys sie przyjemnie. Cala ta
                chorobo to ucieczka od rzeczywistosci. Bawisz sie fantazja, myslisz o sobie
                zle, a jednak masz wysokie mniemanie o sobie. A gdy zetkniesz sie z
                rzeczywistoscia jestes juz za slaby czar pryska, i myslisz byloby calkiem fajnie
                cieszyc sie zyciem nie uczestniczac w nim tak naprawde nie doswiadczajac jego
                brudow. Tak wyglada moja diagnoza dla siebie samego.
                • nikmin Re: Skazany na samotność?!? 02.11.03, 13:59

                  Konii napisałes:
                  Nikim, sporo myslałem nad naszym "normalnym" dzieciństwem, czy nie wydaje ci
                  sie że w miare jak dorastaliśmy rodziła sie w nas świadmość naszego
                  wyalnienowania, początkowo wina obarczalismy rodziców, otoczenie ... bo nas
                  nie rozumieją, sa za głupi.... i pewnego dnia spostrzegamy coś przerażającego,
                  dla mnie tym dniem było przejrzenie sie w oczach moiego otoczenia. ten problem
                  tkwi w nas, co to jest??? czy jest dla nas jakiś ratunek, dlaczego takimi sie
                  staliśmy???

                  No tak, problem tkwi w tym , że mamy kilka takich cech , które b. utrudniają
                  nam kontakt z otoczeniem i dostosowaniem się do jego reguł
                  W sumie stosunki międzyludzkie opierają się na kilku zasadach, ulegających
                  rożnym modyfikacjom zależnie od środowiska
                  Pewni ludzie posiadaja cechy , które w wielkim stopniu ułatwiają im komunikację
                  z innymi np. są elastyczni , potrafia się dostosować do różnych środowisk
                  rozmawiać na każdy temat
                  Ja niestety jestem bardzo ograniczony jeśli chodzi o tematy rozmowy a także co
                  jest ważniejsze sposób jej prowadzenia
                  Kiedyś ludzie mniej mnie szanowali i ignorowali kiedy narzucałem ten swój
                  męczący styl, teraz wiem , że mnie szanują ale mój styl jest dla nich trudny ,
                  więc po prostu mnie unikają z szacuneczkiem
                  Poza tym to co jest dla mnie zgubne to to , że zacinam się w chwilach silnego
                  stresu czyli sytuacjach , które mają dla mnie największe znaczenie w życiu
                  Potrafię być wyluzowany , duszą towarzystwa podczas napadów śmiałości ale w
                  chwilach kiedy potrzebuję załatwić coś dla siebie ponoszę sromotne klęski
                  Rodzice mi mówią że kiedy byłem mały buzia mi się nie zamykała
                  Byłem b. komunikatywny i otwarty, ale z czasem kiedy dorastałem i rozmiałem, że
                  coraz mniej ludzi mnie rozumie o czym mówię –zamykałem się w sobie
                  Tak było też z moja matką, której wiecznie się nie podobało co opowiadam np. co
                  robiliśmy w szkole , po prostu kiedyś zamknąłem się i nic już jej nie
                  opowiadam , rozmawiam z nią półzdaniami
                  Chciałbym to zmienić ale jest we mnie jakaś blokada, jakby straciłem ją jako
                  partnera do rozmowy, jak zresztą wielu moich „przyjaciół” i nie potrafię z\nimi
                  znowu rozmawiac wręcz unikam tego choć nie chcę
                  Myśle ze oddalenie ludzi wraz z wiekim wynikało z tego że w wieku 20 lat co
                  zaczęło się wcześniej w wieku licealnym ludzie stają się mniej skorzy do
                  abstrakcyjnych rozrywek , które zawsze mnie najbardziej cieszyły ale stali się
                  bardziej pragmatyczni zaczęli się ustawiac w życiu
                  Ja stałem się zbedny bo zawsze miałem wzrok skierowany gdzieś w chmury a nie
                  np. na załatwienie sobie wymiernych korzyści (co nieznaczy że nie interesująę
                  się np. ekonomią –tyle że z innego pkt widzenia jako zjawisko – a nie żeby
                  wykorzystywać ją do pomnażania swoich pieniedzy)

                  • konii Re: Skazany na samotność?!? 02.11.03, 18:07
                    hrluc napisał:

                    Widzisz napisales ze gdyby nie obowiazki czulbys sie przyjemnie. Cala ta
                    chorobo to ucieczka od rzeczywistosci. Bawisz sie fantazja, myslisz o sobie
                    zle, a jednak masz wysokie mniemanie o sobie. A gdy zetkniesz sie z
                    rzeczywistoscia jestes juz za slaby czar pryska, i myslisz byloby calkiem
                    fajnie
                    cieszyc sie zyciem nie uczestniczac w nim tak naprawde nie doswiadczajac jego
                    brudow. Tak wyglada moja diagnoza dla siebie samego.

                    ze mną jest podobnie o ile nie tak samo, ale bardziej pogmatwanie... radziłem
                    sobie ze wszystkim ale w pewnym momencie coś sie stało (sam nie wiem jak do
                    tego doszło i co to było).... chyba zawiodłem sie na ludziach (choć chyba
                    bardziej na sobie) i od tamtej pory wszytsko przestało mieć sens,
                    rzeczywistość mnie przerosła. jak sobie poradzić... jak ty sobie radzisz???

                    Nikim, z moimi "najblizszymi" jest tak samo, tylko że ja reaguje nerwowo na
                    jakiekolwiek próby porozmawiania ze mną, najchetniej to bym sie wyprowadził i
                    odcioł od nich na zawsze. nie wiem jak było u mnie w dzieciństwie ale z
                    szczątków jakie pamietam to: gdy byłem jeszcze małym brzdącem byłem raczej
                    małomówny itd.... ale znowu wspomnienia szkolne mówią zupełnie co innego ehhh
                    sam już nie wiem jak to jest w rzeczywistości, tych umiejętności napewno też
                    mi brakuje i podobnie jak ty czuje jakąś wewnętrzną blokade która uniemożliwia
                    mi normalne funkcionowanie.

                    "Potrafię być wyluzowany , duszą towarzystwa podczas napadów śmiałości "
                    słowo w słowo jak u mnie.

                    zadziwa mnie to podobieństwo

                    czy wiec nic nie da sie zrobić, nie ma jak nam pomóc, musimy sie pogodzić ze
                    status quo?????????????????????



                    • nikmin Re: Skazany na samotność?!? 02.11.03, 22:38
                      Trochę nie wiem co Ci poradzić , chyba musisz przeczekac i być cierpliwy jeśli
                      nie masz choroby i są to tylko życiowe zawirowania. Być może powinieneś
                      obserwować jak Twoi rodzice układają sobie kontakty z ludźmi jakiego są oni
                      pokroju i próbować czerpać od nich, wiem że jest to bardzo trudne jeśli nie
                      akceptujesz swoich rodziców w danym momencie ja tak miałem , ale po jakimś
                      czasie dostrzegłem , że musze przyjąć jakąś taktykę jeśli chcę zacząć wydobywac
                      się z tego bagna
                      Jest tez coś takiego , że jak za bardzo chcesz się zaangażowac w znajomość od
                      razu ludzie jakoś tak uciekają czują się niepewenie w tej roli, chociaż
                      człowiek potrzebuje TERAZ
                      Kontaktu musi być cierpliwy i powoli budowac znajomość
                      Teraz tyle bo nic mi więcej nie przchodzi do głowy ale będę jeśle troche myslał
                      i sobie poprzypominam pozdr

                      • konii Re: Skazany na samotność?!? 10.11.03, 02:46
                        witam

                        przedwczoraj zmagałem sie z moim komputerem, zaplanowałem sobie mase pracy w
                        necie, wynajołem pokój w hotelu podłaczyłem sie do neta .... i nic, z jakiegos
                        wzgledu komp odmawiał posłuszeństwa, walka trwała do 4 rano, nastepnego dnia
                        miałem zaplanowane ważne spotkanie i zawaliłem, obudziłęm sie o 10.30... heh
                        przez nastepne godziny walka nie ustawał ale poczucie beznadzieji
                        narastało... "chyba jestem za głupi" i "nie nadaje sie do niczego" ... całą
                        winne za niesprawność kompa i utrate czasu poświeconego na prace zwaliłem na
                        siebie... no bo to przecież moja wina że nie potrafie naprawić.... inflacja
                        własnej wartości narastała.
                        po jakimś czasie zainstalowałem antyvira, cos mi mówiło że to będzie
                        rozwiązanie.... w domu na spokojnie okazało sie że przyczyna problemów jest
                        małe wredne i złośliwe żyjątko o nazwie blaster worm.

                        chciałbym napisać jakąś błyskotliwą puentę, ale po pierwsze brakuje mi słów
                        (tak działa mój virus) a poza tym chyba wszyscy zrozumieli..... ja sie nie
                        moge zebrać żeby zainstalować antyvira, nie wierze aby naprawił uszkodzone
                        pliki.
                        • drobny911 Re: Skazany na samotność?!? 10.11.03, 02:48
                          50 % Polaków nie zdaje sobie sprawy że stanowi połowę społeczeństwa :))
                          • konii Re: Skazany na samotność?!? 12.12.03, 23:09
                            dawno nie przeglądałem tego forum, może dlatego że było mi troszke lżej, gotów
                            jestem myśleć że moja przypadłość mi przechodzi... mam coraz czestsze opisane
                            dobrze przez nikima "napaday śmiałości" ... wiem jednak że to może szybko
                            ustąpic :-(

                            jednak dało mi to troche do myślenia... nikim twierdzi że niemamy tych
                            zdolności które u "normalnych" ludzi decyduja o komunikatywności,
                            elastyczności w rozmowie ... ja uważam że je posiadamy ale sa one głeboko
                            ukryte i daja o sobie znać tylko czasami - w napadach śmiałości
                            gdzie je zgubiliśmy??? moge tylko domniemywać że u Ciebie odpowiedzialna jest
                            za to matka która nieznosiła Twojego gadulstwa kiedy byłeś małym brzdącem,
                            taka sytłacja nie mogła nie wywrzeć konsekwencji na dopiero co kształtująca
                            sie psychike ... u mnie było podobnie tylko chyba zawiódł ojciec.

                            pisałem już o tym ... ale powtórze żeby podkreslić jak ważna jest ta nasza
                            wewnętrzna blokada, "chciałbym coś powiedzieć ale nie wiem co" - koncentruje
                            się na sobie (własnej słąbości-blokadzie) a nie na rozmówcy. czasami
                            zapominamy o niej i mamy napad śmiałości.

                            nie bez znaczenia jest też fakt że ja jestem dość młody ... czasami mam
                            wrażenie że tego wstrętnego psikusa robia mi jakieś hormony ... ostatnio
                            usłyszałem od koleżanki że czasami to chodze jak bym okresu dostał, wszytsko
                            mi przeszkadza i nikogo nie zauważam ... w sumie to ma racje, za dużo myśle o
                            tym co mówie i co sobie pomyśla o mnie inni (nawet na tym forum), chyba za
                            bardzo pragne akceptacji ... wtedy raczej nie mam szans na udaną rozmowe, ale
                            czy trzeba za to winnić brak "uzdolnień towarzyskich", chyba nie w tym tkwi
                            sedno.

                            jedno czego mi brakuje to odwagi do wizyty u psychologa, żeby potwierdzić moje
                            teorie :-)

                            nikim napisz co u Ciebie słychać, może opisz swoie "napady śmiałości" ...
                            przyznasz że są one wyjątkowo przyjemne, miło jest mi obserwować jak inni
                            widzą we mnie kogoś ciekawego, interesującego z kim zawsze można pogadać ...
                            ehhh jak chciałbym aby to trwało dłużej ... czy nie sądzisz że warto o to
                            powalczyć !

                            pozdrawiam
                            konii
                            • digger_digger Re: Skazany na samotność?!? 13.12.03, 14:54
                              Znalazlem dzis ten watek - mam prawie taki sam problem. Jestem po 20stce, studiuje. Ja dla odmiany mialem caly czas znajomych - kumpli ktorych poznalem jeszcze w podstawowce - robilem z nimi wzsystko i dobrze sie rozumialem - naprawde bylo nam razem super. Poza tym w jeszcze w liceum znalem pare osob lepiej, chodzilem na jakies imprezy(szczegolnie w pierwszej polowie) i gadalem na przerwach i w innych sytuacjach normalnie ze wszystkimi. Jakies pol roku temu, moze wiecej, juz nie pamietam to wszystko sie zmienilo (zmienialo sie stopniowo). Nie moge smialo porozmawiac z nimi, czuje sie przy najblizszych znajomych piety jak przy obcych osobach - najgorsze ze wiem ze oni czuja to i do konca nie rozumieja. Boje sie strasznie ze ich strace, i boje sie tez im cokolwiek o tym opowiedziec. Przez ten strach nie moge z nimi juz normalnie porozmawiac i boje sie tez z nimi spotykac. Z innymi obcymi ludzmi teraz jest juz w ogole tragedia. Najchetniej siedzialbym juz w domu i nie wychodzil w ogole (najchetniej z lozka). Pierwszy raz pisze takiego posta ale takiego dolka to jeszcze chyba nigdy nie mialem. Pozdrawiam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka