Witam - czytam Wasze wypowiedzi, historie poplatane nierzadko. (bylam tu
niegdys jako Lwieje)
Chcę tu napisać, co mnie gryzie, może okaże się, że pospolite me problemy?
(Bo sytuacja mnie przerasta)
Jestem w trakcie pisania wniosku rozwodowego.
Zona od 12 lat, matka od 11 i 8.
Starałam się, by zwiazek szczęsliwy był - zależało mi na zadowoleniu męża tak
bardzo, że - skoro wolał kanapę - spedzałam czas sama. Wyjazdy weekendowe z
koleżanką, szkolenia... W imie tak zwanego świętego spokoju coraz mniej razem
czasu spedzaliśmy z sobą.
To, co doskwierało mocno - to nasilająca się oziebłość męża. nie potrafiłam
tego zrozumiec, ani zaakceptować.
Kontynuujac - po paru latach takiego chłodu poznałam kogoś - kots może
powiedzieć, "z nudów", kto inny powie że z powodu poczucia beznadzieji i
zimna. Po drodze - tj przed zdradą jeszcze - była depresja, próby ratowania
małżeństwa, propozycja terapii - nieprzyjmowana do wiadomości, groźba
rozwodu - nie brana na poważnie.
Byłam pewna, że to koniec - jednak groźba rozwodu, rzucona jeszcze przed
spotkaniem "innego faceta" nie była zrealizowana - (dzieci, stabilizacja...
teraz wiem, że to bbył bład - trzeba było w pustkę iść, choc to niełatwe)
no a teraz mam - mąż uwierzył w możliwośc odejścia - obiecuje złote góry,
tłumaczy,że kocha, że pokochał ponownie i że mozemy - powinniśmy nawet -
razem znów być.
Uważam, że to nie fair - wogóle gówniana sytuacja, bo uważam, że ani on, ani
ja nie jesteśmy/bylismy fair. Ale dzieci są.
Ja chcę nadal rozejść się, on - co rozumiem - nie chce separacji od dzieci -
a rozwód siłą rzeczy to oznacza.
nie czuje się na siłach zaufac mu - naprawdę wszelkie moje wczesniejsze
desperackie próby wprowadzenia zniam były jak groch o scianę.
Z drugiej strony - on teraz dręczy, na zmianę oskarża albo przeprasza -
Bergman wysiada.
(ech, może trochę mi lzej, choc sama sobie pewnie napisałabym "idź się
utop

)
Znacie jakieś szczęsliwe happy endy?