bonobo44 Korzenie tragedii wołyńskiej I 14.07.03, 21:52 Rozmowa z Ryszardem Torzeckim 11-07-2003, ostatnia aktualizacja 11-07-2003 19:18 Wołyńską tragedię poprzedziły dziesiątki lat konfliktu i liczne błędy popełniane po obu stronach. A większa odpowiedzialność spoczywa zawsze na tej stronie, która sprawuje władzę - mówi prof. Ryszard Torzeckim w rozmowie z Izą Chruślińską Od redakcji Dla ludzi, którym leży na sercu przyjaźń ukraińsko-polska, rzezie wołyńskie rozpoczęte nocą 11 lipca 1943 r. są tematem najtrudniejszym. Wedle szacunków polskich historyków zginęło wówczas około 60 tys. Polaków, zaś wedle obliczeń historyków ukraińskich - 20 tys. Ukraińców. Prof. Ryszard Torzecki jest polskim przyjacielem Ukrainy. Prof. Jarosław Hrycak jest ukraińskim przyjacielem Polski. Obaj wielokrotnie wracali do tragedii wołyńskiej. Obaj byli strażnikami prawdy, pamiętając jednocześnie, by język opisujący mord wołyński uwzględniał historyczny kontekst zbrodni i nie ranił pamięci niegdysiejszych wrogów, a dziś przyjaciół. Wreszcie obaj dawali partnerowi w debacie prawo do własnego zdania, nie przekonywali na siłę, nie dowodzili, że w sprawie Wołynia istnieje tylko jedna racja. Warto zwrócić uwagę na obustronną ostrożność w interpretacjach. Czy był rozkaz centralnego dowództwa Ukraińskiej Powstańczej Armii nakazujący mordowanie polskiej ludności? Zdaniem polskiego historyka - raczej nie. Chyba jednak był - sądzi Ukrainiec. Obaj narażają się tymi słowami wielu swoim rodakom. Przez długie dziesięciolecia nad mordami wołyńskimi panowało milczenie. Polacy nie mogli o tym mówić głośno. Większość Ukraińców - jakkolwiek paradoksalnie by to brzmiało - nie miała pojęcia, że na Wołyniu zdarzyło się coś tak potwornego. Upadek dyktatury otworzył Polakom usta, pozwolił też Ukraińcom przyjrzeć się własnej historii. Na Ukrainie Wołyń stał się tematem najpełniejszej i najburzliwszej publicznej debaty ostatnich 12 lat. Polakom trudno w to uwierzyć, lecz dyskusje na temat Wołynia bardziej skupiały uwagę niż roztrząsanie największej tragedii współczesnej Ukrainy - zaplanowanego przez Stalina Wielkiego Głodu lat 30. Wołyń jest wielką sprawą dla obu narodów. Po obu stronach padały - i pewnie będą padać - słowa gniewu i oburzenia. Ale byli też ludzie wzywający do pojednania, tacy jak Ryszard Torzecki i Jarosław Hrycak. W tych szczególnych dniach warto posłuchać ich głosu. Paweł Smoleński Iza Chruślińska: Jak Pan, historyk, a więc człowiek patrzący na wydarzenia z pewnego dystansu, widzi kontekst konfliktu polsko-ukraińskiego w okresie II wojny światowej? Prof. Ryszard Torzecki: Uważam, że Polacy, oceniając ten konflikt, a zwłaszcza wydarzenia na Wołyniu, zbyt łatwo zapominają o jego przyczynach, o błędach, jakie popełniła strona polska. Mówią tylko o odpowiedzialności strony ukraińskiej, a dokładniej - Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Procesy polityczne rzadko kiedy powstają deus ex machina. Nie sposób patrzeć na wydarzenia na Wołyniu, nie biorąc pod uwagę konfliktu polsko-ukraińskiego, który od końca XIX w., od momentu odrzucenia przez Polaków z Galicji ukraińskich postulatów ugody, narastał aż do punku kulminacyjnego w latach okupacji i zaraz po niej. Nie należy zapominać, że na początku XX w. stosunki polsko-ukraińskie zaostrzyły się pod wpływem wzrastających w społeczeństwie wpływów Narodowej Demokracji. Potem wojna polsko-ukraińska z lat 1918-19 skłóciła oba narody jeszcze bardziej. Sprawa skomplikowała się po powstaniu II RP, kiedy około 5 mln Ukraińców znalazło się w państwie polskim. Próby pozytywnej wobec nich polityki nie udały się, od samego początku po polskiej stronie przewagę miały opcje wyrastające z endecji. Na różne sposoby ograniczano wszelkie ukraińskie ruchy społeczne lub narodowe, wzniecając tłumione potem siłą niepokoje. Niektóre z tych działań można wytłumaczyć koniecznością utrzymania porządku w młodym, wielonarodowościowym kraju. Jednak połączenie parcelacji wielkiej własności ziemskiej z polską kolonizacją, przede wszystkim na Wołyniu, było wymierzone bezpośrednio przeciwko Ukraińcom. Tam przecież panował straszliwy głód ziemi. Antagonizm polsko-ukraiński zaostrzyły też ustawy o szkolnictwie i języku urzędowania z 1924 r. Doprowadziły one do marginalizowania szkolnictwa ukraińskiego powstałego w wyniku pracy u podstaw kilku pokoleń Ukraińców. Z kategoryczną odmową, wręcz masowymi protestami, spotykały się próby powołania we Lwowie uniwersytetu ukraińskiego. Było to kolejne wyzwanie rzucane Ukraińcom. W 1929 r. powstała Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów. To była w znacznym stopniu reakcja na polską politykę. OUN odpowiadała na nią akcjami sabotażu i terrorem, zabijając polskich polityków i ukraińskich ugodowców. W odwecie rząd polski przeprowadzał pacyfikacje, akcje represyjne z wieloma ofiarami, apogeum tamtych wydarzeń stanowiło palenie cerkwi. Jednak przyczyną krańcowego nasilenia wrogości Ukraińców do Polaków była polityka narodowościowa polskich rządów po śmierci Piłsudskiego, polityka niezgodna z linią Marszałka. Główną odpowiedzialność za tzw. politykę wzmacniania polszczyzny na Wschodzie ponoszą marszałek Edward Rydz-Śmigły i gen. Tadeusz Kasprzycki, minister spraw wojskowych. Co składało się na tę politykę? - Popierano regionalizmy: Łemków, Bojków, Hucułów. Ze służby leśnej, łączności, komunikacji, poczty usuwano element niepewny, czyli Ukraińców. Burzono cerkwie, a nawet przy pomocy żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza starano się siłą nawrócić część Ukraińców na katolicyzm. W warunkach narastającego zagrożenia była to polityka samobójcza. Ani działania z lat 20., ani polityka z lat 1935-39 nie przyniosły oczekiwanych przez rząd rezultatów. Wręcz przeciwnie, przyczyniły się do konsolidacji obozu narodowego Ukraińców i do spotęgowania nastrojów nacjonalistycznych, które kryły również zapowiedź odwetu. Wspomniał Pan o innej wizji polityki wobec Ukraińców - Piłsudskiego. Co się na nią składało? - Piłsudski był zwolennikiem polityki asymilacji państwowej, a nie narodowościowej, ale zabrakło mu konsekwencji w jej wprowadzaniu pomimo całej sympatii do Ukraińców. W 1927 i w 1928 r. miały miejsce dwie nominacje, które zostały uznane za wyzwanie rzucone endecji. Wojewodą lwowskim został Piotr Dunin-Bąkowski, a Henryk Józewski wojewodą wołyńskim. Ten ostatni przygotował tzw. tezy wołyńskie, czyli wytyczne dla polskiej polityki wobec mniejszości ukraińskiej. Chodziło o to, aby wprowadzić inną politykę na Wołyniu niż w Galicji. Wśród osób zajmujących się tymi kwestiami istniała świadomość, że na Wołyniu nie było trudno wzniecić pożar. Dlatego Józewski zaproponował odtworzenie granicy pomiędzy Wołyniem a Galicją Wschodnią, czyli tzw. kordonu Sokala, tak aby nie przenikały tam wpływy nacjonalistyczne z Galicji. Wychodził z założenia, że ludność ukraińską powinno się różnymi metodami pozyskać dla spraw państwa. Temu celowi miały być podporządkowane zarówno administracja, jak i szkolnictwo, a także polityka wobec spółdzielczości i organizacji społecznych. W zamian za lojalność państwową dopuszczano np. język ukraiński w administracji publicznej, propagowano potrzebę rozwoju kultury ukraińskiej. To była jakaś próba wyjścia naprzeciw postulatom Ukraińców, choć z ukraińskiego punktu widzenia bardzo kontrowersyjna. W praktyce polityka Józewskiego polegała przede wszystkim na zabieraniu z ruchu ukraińskiego najbardziej wartościowych ludzi i próbie ich asymilacji. Wszelkie inicjatywy podlegały kontroli administracyjnej, odstępstwo od założeń kończyło się zazwyczaj rozwiązaniem organizacji, a nawet policyjnymi represjami. To nie była polityka licząca się z interesami Ukraińców, nawet umiarkowani nie godzili się na złudne często i zależne od kaprysu lokalnego urzędnika koncesje. Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Korzenie tragedii wołyńskiej II 14.07.03, 21:53 Jednak nawet ta próba wprowadzenia innej polityki wobec mniejszości ukraińskiej napotkała silny opór endecji, kresowej administracji, polskich osadników na kresach. Dominowało hasło: "My się z nimi - Ukraińcami - rozprawimy". Co gorsza, pojawił się i utrwalił wówczas mit spokojnego Wołynia, który trwał mimo wszystkich zatargów i mimo silnych wpływów komunistycznych. Znikł on dopiero w wyniku bratobójczych walk w latach 1942-44. Ze zgrozą obserwuję odrodzenie się tego mitu we współczesnych publikacjach. Po śmierci Piłsudskiego koncepcji, którą próbował wprowadzać Józewski, zabrakło poparcia. Działalność OUN była wodą na młyn endeckich i podobnych im orientacji. Skrajny nacjonalizm polski zetknął się z młodym, prężnym nacjonalizmem ukraińskim. Zatarg nasilił się krótko przed wybuchem wojny, kiedy to młodzież ukraińska z Galicji poszła walczyć o ukraińskie państwo na Zakarpaciu [działacze ukraińscy próbowali na tym oderwanym od Czechosłowacji skrawku zbudować państwowość ukraińską; próbę tę udaremnili Węgrzy, anektując Zakarpacie - red.]. Rydz kazał strzelać do tych, którzy przechodzili przez granicę. W rezultacie, kiedy w 1939 r. weszli na ziemie wschodnie Sowieci, część Ukraińców w pierwszym odruchu ich wsparła. Później zaś główne ukraińskie siły niepodległościowe związały się z Niemcami, nie wierząc, że z Polską uda się im dojść do porozumienia. Co Pana zdaniem mogło sprawić, że konflikt na Wołyniu stał się aż tak tragiczny? - Tu działały czynniki emocjonalne, zadawnione urazy, porachunki, także sąsiedzkie. Na atak odpowiadano atakiem. Nie zapominajmy, że to była chłopska wojna, w której mordowano się wzajemnie, używając metod i sposobów znanych w wiekach poprzednich. Wspominałem o głodzie ziemi na tych terenach. Ziemię w okresie międzywojennym dawano tylko osadnikom polskim. Pomijanie Ukraińców przy parcelacji było jedną z ważniejszych przyczyn konfliktu. Kolonizacja w dużym stopniu wynikała z założeń Wincentego Witosa; twierdził on, że tylko polski chłop zdoła ocalić dla Polski ziemie na Kresach Wschodnich, bo je zagospodaruje i obroni. Nie należy jednak zapominać o czynnikach zewnętrznych. Bez wątpienia przykład, jaki dało najpierw NKWD, a później hitlerowcy, wpłynął na zastosowanie krwawego terroru jako środka walki z przeciwnikami. Partyzantka sowiecka nigdy i nigdzie nie wpływała pozytywnie na sprawy polsko-ukraińskie, a Niemcy stale wykorzystywali jednych przeciw drugim. Jak polskie władze, w podziemiu i na emigracji, wyobrażały sobie rozwiązanie kwestii ukraińskiej? - Ogólnie można powiedzieć, że nie doceniono wagi problemu. Stanowiska władz podziemia były dość zróżnicowane. Byli zwolennicy ostrego kursu wobec Ukraińców, takie stanowisko reprezentował pierwszy delegat rządu RP Cyryl Ratajski. Gen. Grot-Rowecki dostrzegał konieczność pozytywnego rozwiązania kwestii ukraińskiej. Jednak miał on w tych sprawach tylko częściowe poparcie władz podziemia i opinii społecznej. Popierał go m.in. następca Ratajskiego Jan Piekałkiewicz. Sprawa pozyskania Ukraińców, a nawet prób zneutralizowania ich wrogiej postawy wobec Polski miała bardzo nikłe zrozumienie wśród różnych orientacji politycznych, wśród kresowiaków, a także w Biurze Wschodnim Delegatury. Nie zostało opublikowane w tej sprawie żadne stanowisku rządu RP na wychodźstwie, choć projekty takie były tworzone. Wydaje się, że w podziemiu zwyciężyły te siły, które nie zamierzały pertraktować z Ukraińcami, choć nawet one, zakładając, że granice pozostaną takie jak przed wojną, nie mogły zanegować istnienia problemu ukraińskiego. Strona polska nie umiała i nie zdołała przedstawić rozwiązania kwestii ukraińskiej, ale trzeba przyznać, że nie sprzyjały temu warunki zewnętrzne. Kwestia ukraińska w okresie II wojny światowej była podporządkowana kwestii granicy na Wschodzie, była pochodną stosunku ZSRR do Polski. Z tego właśnie wynikała ta szamotanina koncepcji, od pomysłów odrodzenia polityki federalizmu czy równouprawnienia ludności ukraińskiej na kresach, poprzez próby zlekceważenia problemu, aż do zamiarów wysiedlenia Ukraińców z zachodniej Ukrainy w porozumieniu z Sowietami. Próby rozmów z Ukraińcami podejmowano od 1941 r., ale aż do połowy 1943 r. to były tylko sondaże. Dodam, że nawet te były utrudniane i torpedowane na różnych szczeblach, od okręgów po Biuro Wschodnie. Rozmowy wznowione w drugiej połowie 1943 r. też nie przyniosły żadnych rezultatów. Brak było impulsu i rozkazu ze strony rządu, wydana w 1943 r. Odezwa [Krajowej Reprezentacji Politycznej - red.] do Narodu Ukraińskiego była raczej prowokacją dla strony ukraińskiej, wskazywała na całkowity brak zrozumienia wagi problemu. Kiedy po wojnie rozmawiałem z płk. Janem Rzepeckim, kierownikiem Biura Informacji i Propagandy AK, czy majorem Henrykiem Pohoskim, szefem II Oddziału, przyznali, że nawet po wydarzeniach na Wołyniu nie stać ich było na żadne nowe koncepcje wobec Ukraińców, proponowali co najwyżej powrót do koncepcji asymilacji państwowej. Eksterminacja, ludobójstwo - jak Pan Profesor ocenia zasadność posługiwania się tego typu terminologią w odniesieniu do wydarzeń na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943-44? - Ci, którzy posługują się terminem eksterminacja, mówiąc o wydarzeniach na Wołyniu, nie uwzględniają wielu racji historycznych. Na podstawie znanych mi dokumentów polskich, ukraińskich i przekazów ustnych nie można uznać, aby działania partyzantki ukraińskiej zmierzały w sposób świadomy i celowy do eksterminacji ludności polskiej. Wprawdzie kierownictwo OUN chciało się pozbyć ludności polskiej z tych terenów, gdyż uznawano ją za przeszkodę dla tworzenia państwa ukraińskiego, nie planowało jednak jej fizycznego wyniszczenia. Akty tego rodzaju były często żywiołowym odruchem mas i lokalnych dowódców, w wielu wypadkach akcja wymknęła się spod kontroli UPA, w innych nie umiano lub, co należy podkreślić, nie chciano nad nią zapanować. To była wojna wyjątkowo okrutna, ale jednak wojna. Wytępienie narodu polskiego nie zostało zamierzone. Jeśli chodzi o ludobójstwo, to każde wzajemne wyrzynanie się ludzi jest ludobójstwem, ale po obu stronach. Konflikt i na Wołyniu, i w Galicji podsycany przez stronę sowiecką pociągał za sobą ofiary z obu stron, ofiarami byli i Polacy, i Ukraińcy, choć ofiary po stronie polskiej były znacznie większe. Kontekst wołyński rzutuje na polski sposób postrzegania UPA. Czym wedle Pana była UPA? - Widzę UPA jako formację walczącą o niepodległość Ukrainy. Przeprowadziłem setki rozmów, m.in. z Janem Rzepeckim, Antonim Sanojcą, Henrykiem Pohoskim - dla nich to była partyzancka armia utworzona do walki o niepodległe państwo ukraińskie. Ich zdaniem celem UPA nie było mordowanie Polaków wbrew rozpowszechnionemu i wówczas, i dzisiaj w Polsce przekonaniu. Trzeba pamiętać, że na tych ziemiach toczyła się tragiczna walka o to, kto ma być tam panem. Stąd brał się ten straszny przelew krwi. I nie wolno tracić z pola widzenia również inspiracji sowieckiej. Historyk czy publicysta, który zajmuje się dziś tymi problemami, jest ciągle narażony na zarzut stronniczości, hołdowania propolskiej bądź proukraińskiej postawie. Pana Profesora zdaje się też to dotyczy? - Niestety, tak, to są sprawy bardzo bolesne. Na to, co wydarzyło się pomiędzy Polakami i Ukraińcami w okresie II wojny światowej, w tym na wydarzenia na Wołyniu, wpłynął w znacznym stopniu konflikt polsko-ukraiński z okresu dwudziestolecia międzywojennego. My, Polacy, robiliśmy swoje, mamy w tym część odpowiedzialności, a Ukraińcy swoją część, jedni i drudzy błądzili. Można pytać, kto jest bardziej odpowiedzialny. Według mnie zawsze ten, kto ma władzę. Przed wojną Polacy, w czasie wojny Sowieci i Niemcy. Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Korzenie tragedii wołyńskiej III 14.07.03, 21:55 Jednak uważam, że wzajemne oskarżanie się prowadzi donikąd. Potrzebne są rzetelne badania po obu stronach. To ważne, gdyż teraz brakuje równowagi, ukraińskie badaukraińskie badania są jednak mało rozwinięte, a strona polska skupia się na polskich ofiarach, mało rozpatruje podłoże narodowe i społeczne tego, co się stało, i nie bada z należytą uwagą win Sowietów, którzy starali się ten konflikt wygrywać dla własnych celów. Celem tych badań powinno być poznawanie wydarzeń i zrozumienie całości uwarunkowań. W moim przekonaniu tylko to pozwoli na zasypanie przepaści, jaka dzieli nasze narody, i na wybaczenie wzajemne krzywd, bo o zapomnieniu pewno będzie trudno mówić. Procesowi pojednania nie będzie służyć budowanie pomnika ofiar Wołynia, gdyż trzeba mówić w tym kontekście o polskich i ukraińskich ofiarach wojny, w kontekście błędnej polityki jednych i drugich. Nie służy pojednaniu również nazywanie UPA organizacją zbrodniczą. Prof. Ryszard Torzecki - jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów w kwestii relacji polsko-ukraińskich XX w., obronił doktorat na Uniwersytecie Łódzkim na temat: "Kwestia ukraińska w polityce II Rzeszy (1933-1945)", w latach 70. i 80. pracownik Instytutu Historii PAN. Napisał m.in.: "Kwestia ukraińska w Polsce w latach 1923-1929", Kraków, 1989; "Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej", Warszawa, 1993 Iza Chruślińska jest publicystką, autorką książki „Była raz »Kultura «. Rozmowy z Zofią Hertz” Rozmowa z Ryszardem Torzeckim www1.gazeta.pl/wyborcza/1093892,34591,1570339.html?as=2&ias=2 Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Och, jak to boli... 8( 14.07.03, 22:00 Gość portalu: ANka napisał(a): > Poza tym ze strony polskiej to nie chodzilo o ruchy > wyzwolencze.. To byl raczej odwet potem. Wiec jest to > bardzo nie tak.. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=50&w=6923417&a=6959135 zgadzam sie w zupelnosci 8( (chociaz intencja moglo byc to, ze AK prowadzila wojne wyzwolencza z Niemcami - nie zapominaj, ze nie bylismy wowczas wolnym krajem - wszystko, co sie dzialo dzialo sie na zasadzie rabania drew - wiory zabraly sie same za palenie nawzajem, obficie podlewane z obu stron [Niemiec i Rosji] nafta, dokladnie tak, jak to mialo m-ce w Jedwabnem - rownie jednostronnie na zasadzie prawa silniejszego - ku uciesze okupanta okupowani zachowali sie w stosunku do siebie nie gorzej niz on sam byl gotow ich potraktowac - to jest prawdziwy dramat - prawdziwa przyczyna wszystkich polskich nieszczesc - nie potrafilismy sie jednoczyc ze swoimi bracmi w obliczu prawdziwego zagrozenia - bracmi (?) traktowalismy ich jak bezrozumne chamskie bydlo - za te swoja dufe zaplacilismy rozbiorami i... Wolyniem - jest takie stare prawo fizyki, ktore mowi, ze 'cialo przyparte do muru odpowiada ... oporem tego muru' - wielu waznych Polakow [ND-cja] uwierzylo w jego nasmieszliwa parafraze - 'cialo przyparte do muru nie stawia oporu' - oni nawet po Wolyniu niczego sie nie nauczyli 8( To brak wyobrazni politykow (osadnictwo Wincentego Witosa, pozniejszy brak postulowanej szerokiej autonomii dla Wolynia) zaowocowal hekatomba ofiar... Wrocilo jak bumerang - to nasze wlasne rece zbroczone sa nasza wlasna krwia... bez naszego udzialu 'glupich Polakow po szkodzie' - tego by nie bylo... Nie zebym usprawiedliwial ludobojstwo... ale jego korzenie przynosza wstyd naszej owczesnej panstwowosci... wszystko moglo wygladac zupelnie inaczej... Och, jak to boli... 8( bonobo44 Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Torzeckyj kłamie 15.07.03, 17:44 bonobo44 napisał: ) Jednak nawet ta próba wprowadzenia innej polityki wobec mniejszości ukraińskiej ) ) napotkała silny opór endecji, ) kresowej administracji, polskich osadników na kresach. Dominowało hasło: "My ) się z nimi - Ukraińcami - rozprawimy". Co gorsza, pojawił się i utrwalił ) wówczas mit spokojnego Wołynia, który trwał mimo wszystkich zatargów i mimo ) silnych wpływów komunistycznych. Znikł on dopiero w wyniku bratobójczych walk w ) ) latach 1942-44. Ze zgrozą obserwuję odrodzenie się tego mitu we współczesnych ) publikacjach. ) ) Po śmierci Piłsudskiego koncepcji, którą próbował wprowadzać Józewski, zabrakło ) ) poparcia. Działalność OUN była wodą na młyn endeckich i podobnych im ) orientacji. Skrajny nacjonalizm polski zetknął się z młodym, prężnym ) nacjonalizmem ukraińskim. Zatarg nasilił się krótko przed wybuchem wojny, kiedy ) ) to młodzież ukraińska z Galicji poszła walczyć o ukraińskie państwo na ) Zakarpaciu [działacze ukraińscy próbowali na tym oderwanym od Czechosłowacji ) skrawku zbudować państwowość ukraińską; próbę tę udaremnili Węgrzy, anektując ) Zakarpacie - red.]. Rydz kazał strzelać do tych, którzy przechodzili przez ) granicę. W rezultacie, kiedy w 1939 r. weszli na ziemie wschodnie Sowieci, ) część Ukraińców w pierwszym odruchu ich wsparła. Później zaś główne ukraińskie ) siły niepodległościowe związały się z Niemcami, nie wierząc, że z Polską uda ) się im dojść do porozumienia. ) ) Co Pana zdaniem mogło sprawić, że konflikt na Wołyniu stał się aż tak ) tragiczny? ) ) - Tu działały czynniki emocjonalne, zadawnione urazy, porachunki, także ) sąsiedzkie. Na atak odpowiadano atakiem. Nie zapominajmy, że to była chłopska ) wojna, w której mordowano się wzajemnie, używając metod i sposobów znanych w ) wiekach poprzednich. Wspominałem o głodzie ziemi na tych terenach. Ziemię w ) okresie międzywojennym dawano tylko osadnikom polskim. Pomijanie Ukraińców przy ) ) parcelacji było jedną z ważniejszych przyczyn konfliktu. Kolonizacja w dużym ) stopniu wynikała z założeń Wincentego Witosa; twierdził on, że tylko polski ) chłop zdoła ocalić dla Polski ziemie na Kresach Wschodnich, bo je zagospodaruje ) ) i obroni. Nie należy jednak zapominać o czynnikach zewnętrznych. Bez wątpienia ) przykład, jaki dało najpierw NKWD, a później hitlerowcy, wpłynął na ) zastosowanie krwawego terroru jako środka walki z przeciwnikami. Partyzantka ) sowiecka nigdy i nigdzie nie wpływała pozytywnie na sprawy polsko- ukraińskie, a ) ) Niemcy stale wykorzystywali jednych przeciw drugim. ) ) Jak polskie władze, w podziemiu i na emigracji, wyobrażały sobie rozwiązanie ) kwestii ukraińskiej? ) ) - Ogólnie można powiedzieć, że nie doceniono wagi problemu. Stanowiska władz ) podziemia były dość zróżnicowane. Byli zwolennicy ostrego kursu wobec ) Ukraińców, takie stanowisko reprezentował pierwszy delegat rządu RP Cyryl ) Ratajski. Gen. Grot-Rowecki dostrzegał konieczność pozytywnego rozwiązania ) kwestii ukraińskiej. Jednak miał on w tych sprawach tylko częściowe poparcie ) władz podziemia i opinii społecznej. Popierał go m.in. następca Ratajskiego Jan ) ) Piekałkiewicz. Sprawa pozyskania Ukraińców, a nawet prób zneutralizowania ich ) wrogiej postawy wobec Polski miała bardzo nikłe zrozumienie wśród różnych ) orientacji politycznych, wśród kresowiaków, a także w Biurze Wschodnim ) Delegatury. Nie zostało opublikowane w tej sprawie żadne stanowisku rządu RP na ) ) wychodźstwie, choć projekty takie były tworzone. Wydaje się, że w podziemiu ) zwyciężyły te siły, które nie zamierzały pertraktować z Ukraińcami, choć nawet ) one, zakładając, że granice pozostaną takie jak przed wojną, nie mogły ) zanegować istnienia problemu ukraińskiego. ) ) Strona polska nie umiała i nie zdołała przedstawić rozwiązania kwestii ) ukraińskiej, ale trzeba przyznać, że nie sprzyjały temu warunki zewnętrzne. ) Kwestia ukraińska w okresie II wojny światowej była podporządkowana kwestii ) granicy na Wschodzie, była pochodną stosunku ZSRR do Polski. Z tego właśnie ) wynikała ta szamotanina koncepcji, od pomysłów odrodzenia polityki federalizmu ) czy równouprawnienia ludności ukraińskiej na kresach, poprzez próby ) zlekceważenia problemu, aż do zamiarów wysiedlenia Ukraińców z zachodniej ) Ukrainy w porozumieniu z Sowietami. Próby rozmów z Ukraińcami podejmowano od ) 1941 r., ale aż do połowy 1943 r. to były tylko sondaże. Dodam, że nawet te ) były utrudniane i torpedowane na różnych szczeblach, od okręgów po Biuro ) Wschodnie. Rozmowy wznowione w drugiej połowie 1943 r. też nie przyniosły ) żadnych rezultatów. Brak było impulsu i rozkazu ze strony rządu, wydana w 1943 ) r. Odezwa [Krajowej Reprezentacji Politycznej - red.] do Narodu Ukraińskiego ) była raczej prowokacją dla strony ukraińskiej, wskazywała na całkowity brak ) zrozumienia wagi problemu. Kiedy po wojnie rozmawiałem z płk. Janem Rzepeckim, ) kierownikiem Biura Informacji i Propagandy AK, czy majorem Henrykiem Pohoskim, ) szefem II Oddziału, przyznali, że nawet po wydarzeniach na Wołyniu nie stać ich ) ) było na żadne nowe koncepcje wobec Ukraińców, proponowali co najwyżej powrót do ) ) koncepcji asymilacji państwowej. ) ) Eksterminacja, ludobójstwo - jak Pan Profesor ocenia zasadność posługiwania się ) ) tego typu terminologią w odniesieniu do wydarzeń na Wołyniu i w Galicji ) Wschodniej w latach 1943-44? ) ) - Ci, którzy posługują się terminem eksterminacja, mówiąc o wydarzeniach na ) Wołyniu, nie uwzględniają wielu racji historycznych. Na podstawie znanych mi ) dokumentów polskich, ukraińskich i przekazów ustnych nie można uznać, aby ) działania partyzantki ukraińskiej zmierzały w sposób świadomy i celowy do ) eksterminacji ludności polskiej. Wprawdzie kierownictwo OUN chciało się pozbyć ) ludności polskiej z tych terenów, gdyż uznawano ją za przeszkodę dla tworzenia ) państwa ukraińskiego, nie planowało jednak jej fizycznego wyniszczenia. Akty ) tego rodzaju były często żywiołowym odruchem mas i lokalnych dowódców, w wielu ) wypadkach akcja wymknęła się spod kontroli UPA, w innych nie umiano lub, co ) należy podkreślić, nie chciano nad nią zapanować. To była wojna wyjątkowo ) okrutna, ale jednak wojna. Wytępienie narodu polskiego nie zostało zamierzone. ) Jeśli chodzi o ludobójstwo, to każde wzajemne wyrzynanie się ludzi jest ) ludobójstwem, ale po obu stronach. Konflikt i na Wołyniu, i w Galicji podsycany ) ) przez stronę sowiecką pociągał za sobą ofiary z obu stron, ofiarami byli i ) Polacy, i Ukraińcy, choć ofiary po stronie polskiej były znacznie większe. ) ) Kontekst wołyński rzutuje na polski sposób postrzegania UPA. Czym wedle Pana ) była UPA? ) ) - Widzę UPA jako formację walczącą o niepodległość Ukrainy. Przeprowadziłem ) setki rozmów, m.in. z Janem Rzepeckim, Antonim Sanojcą, Henrykiem Pohoskim - ) dla nich to była partyzancka armia utworzona do walki o niepodległe państwo ) ukraińskie. Ich zdaniem celem UPA nie było mordowanie Polaków wbrew ) rozpowszechnionemu i wówczas, i dzisiaj w Polsce przekonaniu. Trzeba pamiętać, ) że na tych ziemiach toczyła się tragiczna walka o to, kto ma być tam panem. ) Stąd brał się ten straszny przelew krwi. I nie wolno tracić z pola widzenia ) również inspiracji sowieckiej. ) ) Historyk czy publicysta, który zajmuje się dziś tymi problemami, jest ciągle ) narażony na zarzut stronniczości, hołdowania propolskiej bądź proukraińskiej ) postawie. Pana Profesora zdaje się też to dotyczy? ) ) - Niestety, tak, to są sprawy bardzo bolesne. Na to, co wydarzyło się pomiędzy ) Polakami i Ukraińcami w okresie II wojny światowej, w tym na wydarzenia na ) Wołyniu, wpłynął w znacznym stopniu konflikt polsko-ukraiński z okresu ) dwudziestolecia międzywojennego. My, Polacy, robiliśmy Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Re: Torzeckyj kłamie? W ktorym punkcie? 15.07.03, 21:10 "Prof. Ryszard Torzecki - jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów w kwestii relacji polsko-ukraińskich XX w., obronił doktorat na Uniwersytecie Łódzkim na temat: "Kwestia ukraińska w polityce II Rzeszy (1933-1945)", w latach 70. i 80. pracownik Instytutu Historii PAN. Napisał m.in.: "Kwestia ukraińska w Polsce w latach 1923-1929", Kraków, 1989; "Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej", Warszawa, 1993" Zarzucasz klamstwo czlowiekowi, ktory jest wybitnym specjalista i profesorem. Jesli to robisz, nie kwestionujesz zatem - jak mniemam - calosci jego wypowiedzi, lecz pewne fakty, co do ktorych sadzisz, ze masz pelniejsza lub pewniejsza wiedze. Czy zechcesz sie z nami nia podzielic? Jesli nie masz nic konkretnego na mysli, to daruj, ale po prostu bede musial usunac Twoj post, jako nie poparty zadnymi argumentami spam, ktory nic nie wnosi do dyskusji... bonobo44 Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Torzeckyj kłamie? W ktorym punkcie? 16.07.03, 08:42 bonobo44 napisał: > "Prof. Ryszard Torzecki - jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów w > kwestii relacji polsko-ukraińskich XX w., obronił doktorat na Uniwersytecie > Łódzkim na temat: "Kwestia ukraińska w polityce II Rzeszy (1933-1945)", w > latach 70. i 80. pracownik Instytutu Historii PAN. Napisał m.in.: "Kwestia > ukraińska w Polsce w latach 1923-1929", Kraków, 1989; "Polacy i Ukraińcy. > Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej", > Warszawa, 1993" > > Zarzucasz klamstwo czlowiekowi, ktory jest wybitnym specjalista i profesorem. > Jesli to robisz, nie kwestionujesz zatem - jak mniemam - calosci jego > wypowiedzi, lecz pewne fakty, co do ktorych sadzisz, ze masz pelniejsza lub > pewniejsza wiedze. Czy zechcesz sie z nami nia podzielic? Jesli nie masz nic > konkretnego na mysli, to daruj, ale po prostu bede musial usunac Twoj post, > jako nie poparty zadnymi argumentami spam, ktory nic nie wnosi do dyskusji... > > bonobo44 > Po pierwsze pisze, że ziemię z parcelacji mogli nabywać jedynie Polacy. Jest to niezwykle bezczelne kłamstwo. Trzy czwarte parcelowanej ziemi na Wołyniu trafiło w ręce Ukraińców. Co do tych słynnych już polskich osadników wojskowych to razem z rodzinami było ich zaledwie około 20 tysiące. Co to jest w porównaniu do ponad 2 milionowego Wołynia. Kolejna sprawa jakoby nie było celem UPa wymordowanie wszystkich Polaków tylko wypędzenie a sytuacja po prostu wymknęła się spod kontroli i dochodziło do samowolnych chaotycznych mordów w terenie. Skoro te mordy były chaotyczne i nieskoordynowane to ja sie pytam co takiego miało miejsce 11 lipca 1943 roku. Przecież w tym dniu dokładnie o tej samej godzinie UPA zaczęła mordować Polaków w kilkuset wsiach Wołynia. Oczywiście według ukrainofila Torzeckiego jest to zwykły zbieg okoliczności. A może on w ogóle neguje ten fakt? Na razie tyle kłamstw tego pseudonaukowca. Było ich więcej więc do tematu powrócę. > > > > Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Torzeckyj kłamie? W ktorym punkcie? 16.07.03, 12:11 Torzeckyj pisze " Popierano regionalizmy: Łemków, Bojków, Hucułów. Ze służby leśnej, łączności, komunikacji, poczty usuwano element niepewny, czyli Ukraińców. Burzono cerkwie, a nawet przy pomocy żołnierzy Korpusu Ochrony Pogranicza starano się siłą nawrócić część Ukraińców na katolicyzm". Jeśli chodzi o te popieranie regionalizmów prosiłbym o konkrety na czym to polegało. Obecne państwo polskie też popiera regionalizmy, wiele sie mówi o małych ojczyznach itp. Nie widzę w tym nic złego. A jeżeli było w tym coś złego proszęo konkrety. Jeśli chodzi o usuwanie Ukraińców z poczty, łączności itp. jest to zwykłe kłamstwo. Faktem jest, że władze miały takie plany ale do ich realizacji nie doszło ze względu na wybuch wojny. Co do nawracania na katolicyzm Torzeckyj operuje półprawdą. Był 1 (słownie jeden) wypadek, że żołnierze KOP na Wołyniu w powiecie krzemienieckim zmusili Ukraińców z jednej z wiosek nadgranicznych do przyjęcia katolicyzmu. Od razu jednak w polskiej prasie zrobił sie wielki szum na ten temat i więcej takich wypadków nie było. Z tego co napisał Torzeckyj mozna by natomiast dojść do wniosku, że zmuszanie Ukraińców do przejścia na katolicyzm było na porządku dziennym. Pisze Torzeckyj, że burzono cerkwie. Tak burzono ale na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu w roku 1938 a nie na Wołyniu. Na Wołyniu nie zburzono ani jednej cerkwi. W ogóle uważam, że korzeni rzezi wołyńskiej należy szukać gdzie indziej ale o tym później. Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Polityka polska wobec Ukraińców 16.07.03, 12:21 Zeby było wszystko jasne chciałem napisać, że polityka władz polskich wobec Ukraińców nie była zbyt dobra. Przede wszystkim zarzuciłbym jej brak spójności. Na pewno też Ukraińcy byli dyskryminowani i mieli prawo czuć sie obywatelami drugiej kategorii. Ale nie te czynniki moim zdaniem doprowadziły do rzezi wołyńskiej. Gdyby zresztą tak było rzezie te powinny nastąpić w roku 1939 albo najpóźniej 1940 a nie 1943! Przecież to nielogiczne. To znaczy, że co Ukraińcy byli wściekli na Polaków ale przez 4 lata sie hamowali i dopiero w 1943 juz nie wytrzymali dłużej i zaczęli rżnąc Polaków. Tylko człowiek niespełna rozumu mógłby uwierzyć w taką bajeczkę. Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 Re: Polityka polska wobec Ukraińców 17.07.03, 01:30 dmytro1 napisał: > To znaczy, że co Ukraińcy byli wściekli na Polaków ale przez 4 lata sie > hamowali i dopiero w 1943 juz nie wytrzymali dłużej i zaczęli rżnąc Polaków. > Tylko człowiek niespełna rozumu mógłby uwierzyć w taką bajeczkę. Do niedawna czlowiek rozumny mogl polegac na autorytetach. Pare dni temu moj znajomy oswiadczyl mi, ze nigdy by sie nie spodziewal po glowie jedynego supermocatstwa, ze ten oprze na klamliwych przeslankach swoja polityke, w istocie zupelnie bezpodstawnie rzucajac na szale zycie setek i tysiecy ludzi (a istnialo realne zagrozenie dla znacznie wiekszej, trudnej do oszacowania liczby ofiar - przypuszczalnie rozwazano nawet uzycie broni jadrowej 8()... I dlatego wlasnie, ze sam nauczylem sie przy tej okazji nie ufac autorytetom, tym bardziej czuje sie zaskoczony, ze dalem sie im uwiesc w przypadku Wolynia... Twoje argumenty sa istotnie niezwykle wazkie: 1) Rownoczesnosc zdarzen (wiekszosc dotyczy jednej niedzieli) to faktyczny dowod na zaplanowana akcje przeprowadzona z cala premedytacja. 2) Tlumaczenie jedynie atmosfera przyzwolenia, rzeczywiscie nie uzasadnia, dlaczego do tej tragedii doszlo dopiero pod sam koniec wojny (przynajmniej dla Ukrainy). Akcja UPA zatem istotnie wyglada na zaplanowane czystki etniczne obliczone na oderwanie tej ziemi od Rzeczypospolitej w obliczu antycypowanych rychlych zmian geopolitycznych. To to raczej stanowi o poszukiwanych przeze mnie przeslankach dla zaistnienia warunkow dla rozpetania ludobojstwa (a nie - przynajmniej na pewno nie jako warunek konieczny i wystarczajacy - jedynie polityka polska). Sa one analogiczne do tych, ktorych swiadkami bylismy nie tak dawno w Jugoslawii. Wydaje mi sie, ze nawet blizsza analiza dyskutowanego tekstu nie wniesie nic nowego do wagi Twoich zastrzezen pod jego adresem. Ciekaw jestem, co na te Twoje uwagi mialby do powiedzenia sam prof. Ryszard Torzecki? Jesli - jakims cudem - Pan nas czyta, panie profesorze, zapraszamy do zabrania glosu! bonobo44 Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Polityka polska wobec Ukraińców 17.07.03, 11:27 Po pierwszej wojnie światowej Ukraińcy starali się zbudować włane państwo. W zasadzie istniały wtedy dwa państwa ukraińskie jedno ze stolica w Kijowie drugie we Lwowie (formalnie). Budowa państwowości ukraińskiej nie udała się. W Galicji Ukraińcy przegrali z Polakami. Myślę, że ci którzy zaplanowali czystki etniczne na Wołyniu czyli OUN-UPA pamiętali o tym. Wiedzieli, że budowa niepodległej Ukrainy nie udała się w dużej mierzez tego powodu, że miejscowi Polacy przeciwstawili się Ukraińcom. Doszli więc do wniosku, że budowę niepodległej Ukrainy należy zacząć od usunięcia miejscowych Polaków. Można zapytać dlaczego więc nie wypędzali miejscowych Polaków tylko mordowali? Moim zdaniem chcieli po prostu, żeby nie miał kto się upomnieć ze strony polskiej o te tereny, żeby Polacy w ogóle zapomnieli o tych terenach, żeby nie pozostały żadne polskie ślady na tych terenach. Tylko tym można sobie wytłumaczyć np. wycinanie sadów, niszczenie cmentarzy, palenie całych wsi, które przecież mogli zasiedlić Ukraińcy czy też budynków użyteczności publicznej. Uważam też, że ważna była sama atmosfera wówczas panująca, atmosfera przyzwolenia na masowe mordy. Przykład dali przecież Niemcy mordując wołyńskich Żydów. Myślę, że gdyby nie wymordowano Żydów nie doszłoby też do rzezi Polaków. Po prostu niektórzy zobaczyli, że drugiego człowieka mozna bezkarnie zabić i nie ponosi się za to, żadnej kary a wręcz przeciwnie mozna się np. wzbogacić na jego majątku. Co do traktowania Ukraińców w II RP tp warto może porównać jak byli traktowani Ukraińcy w ZSRR gdzie w latach 30-tych Stalin doprowadził do sztucznego głodu w wyniku, którego zmarło kilka milionów Ukraińców. Na sowieckiej Ukrainie pod koniec lat 30-tych ukraińscy patrioci byli też masowo mordowani przez NKWD. Mimo takich strasznych przesladowań na sowieckiej Ukrainie nie doszło do masowych mordów na Rosjanach czy Żydach. Wręcz przeciwnie ludzie żyli tam w zgodzie bez względu na narodowość. A jak wyglądała sytuacja Ukraińców na rumuńskiej Bukowinie. Przecież tamtejsi Ukraińcy w porównaniu z polskimi byli dużo bardziej dyskryminowani. Mimo to w czasie II wojny światowej nie doszło tam do mordów Rumunów. Reasumując rzezie wołyńskie były starannie zaplanowaną i wykonana zbrodnią a nie żadnym żywiołowym odruchem uciskanej ludności ukraińskiej. Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Polityka polska wobec Ukraińców 17.07.03, 11:45 Wydaje mi się, że położenie Ukraińców w II RP można porównać z położeniem Polaków pod zaborem pruskim. 1. Szkolnictwo. W Prusach nie istniało żadne polskie szkolnictwo, od czasów Kulturkampfu po polsku nauczano jedynie religii ale na początku XX wieku wzięto się nawet za religię (słynna sprawa dzieci z Wrześni). W Polsce istniały szkoły ukraińskie choć ich liczbę się zmniejszała. Zastępowano je tzw. szkołami utrakwistycznymi czyli takimi gdzie uczono po polsku i po ukraińsku. Większość dzieci ukraińskich uczyła się właśnie w takich szkołach. Istniały ukraińskie gimnazja w Przemyślu i we Lwowie. A więc pod wzgledem szkolnictwa Ukraińcy w Polsce mieli lepiej niż Polacy w Prusach. 2. Religia. Zarówno Prusy jak i II RP były w zasadzie państwami tolerancyjnymi wyznaniowo. Oczywiście istniały różne przeszkody nieformalne dla innowierców chcących zajmować ważne stanowiska czyli katolików w Prusach a ewangelików, grekokatolików czy prawosławnych w Polsce. Poza jednym wypadkiem na Wołyniu nie zdarzyło się aby ktoś zmuszał Ukraińców do przyjęcia katolicyzmu. W Prusach coś takiego było w ogóle nie do pomyślenia. Czarnym epizodem II RP jest natomiast burzenie Cerkwi w roku 1938 na Chełmszczyźnie i południowym Podlasiu. W sumie pod tym względem sytuacja Polaków w Prusach była lepsza niż Ukraińców w Polsce choć sytuacja yuch ostatnich nie była najgorsza. 3. Osadnictwo. W Niemczech istniała Komisja Kolonizacyjna, która sprowadzała dziesiątki tysiący osadników na ziemie polskie. Polacy w ogóle nie brali udziału w parcelacji. W Polsce też istniała kolonizacja Wołynia czy Galicji Wschodniej ale w dużo mniejszej skali. W parcelacji brali tez udział Ukraińcy. Tak jak pisałem na Wołyniu 3/4 ziemi trafiło w ręce Ukraińców. Porównanie Polski z Prusami wypada więc na korzyść Polski. Gdyby więc uznać, że rzezie wołyńskie były wynikiem prześladowań Ukraińców w II RP to co tu dopiero mówić o sytuacji w zaborze pruskim gdzie Polacy byli jeszcze bardziej przesladowani. Teoretycznie więc tacy np. powstańcy wielkopolski powinni masowo mordować ludność niemiecka Wielkopolski. Wiemy, że nic takiego nie miało miejsca. Korzeni rzezi wołyńskiej trzeba więc szukać gdzie indziej. Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Torzeckyj kłamie? W ktorym punkcie? 17.07.03, 13:27 W ogole cały tekst pana Torzeckiego jest oburzający. Zamiast powiedziec prawdę, że doszło do rzezi Polaków kryje się on za eufemizmem, że doszło do konfliktu polsko-ukraińskiego i były ofiary po obu stronach. Równie dobrze można by napisać, że w trakcie 2 wojny światowej mieliśmy do czynienia z konfliktem polsko-niemieckim i po obu stronach były ofiary. No ale co sie mozna spodziewać po człowieku, który pisze w swoich książkach, że np. powiat Radzyń Podlaski gdzie mieszkało niecałe 2 tysiące Ukraińów i 81 tysięcy Polaków był powiatem mieszanym narodowościowo. Rozumiem, że jeżeli np. w Gdańsku mieszka 400 tysięcy Polaków i powiedzmy 500 Ukraińców to wg pana Torzeckiego Gdańsk jest miastem mieszanym narodowościowo polsko-ukraińskim. Naprawdę to co ten pan wypisuje to sie w głowie nie mieści. W innym miejscu ten pseudonaukowiec pisze, że w województwie tarnopolskim mieszkało kilkaset tysięcy Ukraińców wyznania rzymskokatolickiego. Kompromitacja!!! Każdy kto choć trochę interesuje się stosunkami polsko-ukraińskimi doskonale wie, że w tamtych stronach narodowość pokrywała się z wyznaniem tzn Ukraińcy byli grekokatolikami lub prawosławnymi, Żydzi byli wyznania mojżeszowego a Polacy byli wyznania rzymskokatolickiego. Wszyscy to wiedzą ale pseudonaukowiec Torzecki nie! Odpowiedz Link Zgłoś
dmytro1 Re: Torzeckyj kłamie? W ktorym punkcie? 17.07.03, 13:29 dmytro1 napisał: > W ogole cały tekst pana Torzeckiego jest oburzający. Zamiast powiedziec prawdę, > > że doszło do rzezi Polaków kryje się on za eufemizmem, że doszło do konfliktu > polsko-ukraińskiego i były ofiary po obu stronach. Równie dobrze można by > napisać, że w trakcie 2 wojny światowej mieliśmy do czynienia z konfliktem > polsko-niemieckim i po obu stronach były ofiary. No ale co sie mozna spodziewać > > po człowieku, który pisze w swoich książkach, że np. powiat Radzyń Podlaski > gdzie mieszkało niecałe 2 tysiące Ukraińów i 81 tysięcy Polaków był powiatem > mieszanym narodowościowo. Rozumiem, że jeżeli np. w Gdańsku mieszka 400 tysięcy > > Polaków i powiedzmy 500 Ukraińców to wg pana Torzeckiego Gdańsk jest miastem > mieszanym narodowościowo polsko-ukraińskim. Naprawdę to co ten pan wypisuje to > sie w głowie nie mieści. W innym miejscu ten pseudonaukowiec pisze, że w > województwie tarnopolskim mieszkało kilkaset tysięcy Ukraińców wyznania > rzymskokatolickiego. Kompromitacja!!! Każdy kto choć trochę interesuje się > stosunkami polsko-ukraińskimi doskonale wie, że w tamtych stronach narodowość > pokrywała się z wyznaniem tzn Ukraińcy byli grekokatolikami lub prawosławnymi, > Żydzi byli wyznania mojżeszowego a Polacy byli wyznania rzymskokatolickiego. > Wszyscy to wiedzą ale pseudonaukowiec Torzecki nie! > Aha żeby nie było, że to sobie wszystko wymyśliłem podaję książkę w której ten pseudonaukowiec napisał te bzdury. Jest to książka "Polacy i Ukraińcy. Sprawa ukraińska w czasie II wojny światowej na terenie II Rzeczypospolitej", Warszawa, 1993. Niech każdy sobie przeczyta tą książkę i oceni wiarygodność Torzeckiego. > > Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 BOHDAN OSADCZUK - Bociany nad cmentarzami 14.07.03, 22:49 OCZAMI UKRAIŃCÓW Bociany nad cmentarzami BOHDAN OSADCZUK Jedziemy do stolicy Wołynia - Łucka. (...) Przejeżdżamy Bug, który przed wielu, wielu laty wydawał mi się dużą rzeką. Odkąd znam Dniepr i Ren, zmieniłem jednak pogląd. A przed nami Wołyń. Przed pierwszą wojną najbardziej zacofana prowincja na zachodnich rubieżach carskiej Rosji. Miejsce bezwzględnej rusyfikacji i przepięknego folkloru ukraińskiego, z którego pełnymi garściami czerpał Igor Strawiński. A w Drugiej Rzeczypospolitej poligon polonizacji odgrodzony od Galicji - przez urzędowych i prywatnych szowinistów nazywanej obraźliwym dla ukraińskiego ucha mianem Małopolski Wschodniej - "sokalskim kordonem". Współczesnym pokoleniom polskim, oprócz garstki historyków, nazwa ta nic nie mówi, a dla Ukraińców, przynajmniej w zachodnich regionach, wciąż jeszcze jest synonimem ówczesnego kolonializmu polskiego, niezależnie od jego tragikomicznego znaczenia. Tragizm przedwojennej polskiej polityki narodowościowej polegał na tym, że polski rząd usiłował iść śladem francuskiego centralizmu i realizował wbrew obiektywnym warunkom "mocarstwową" koncepcję asymilacji. Ówczesny wojewoda wołyński Henryk Józewski, piłsudczyk z krwi i kości, serdeczny druh Ukraińców, miał przedziwną ideę. Chciał z Wołynia zrobić coś w rodzaju ukraińskiego Piemontu na podłożu polskiej państwowości. Wśród Ukraińców, którzy do niego przystali, był krewny Petlury, uchodźca z Połtawy, poseł na Sejm Stepan Skrypnyk, późniejszy patriarcha ukraińskiego Kościoła prawosławnego Mstysław i kilku innych petlurowców. Nie było jednak dostatecznej ilości przedstawicieli ukraińskich autochtonów wołyńskich. Ciążył nad tą ideą wspomniany "kordon sokalski", czyli nielegalna linia graniczna między Wołyniem i Galicją, przebiegająca koło Sokala. Dla Ukraińców ów dziwoląg był koszmarem i jednocześnie pożywką dla nastrojów antyrządowych szerzonych przez komunistów i nacjonalistów, a nawet demokratów ukraińskich. Co gorsze, koncepcji Józewskiego przeciwstawiła się większość Polaków osiadłych na Wołyniu, sprowadzanych z Polski centralnej i z Poznańskiego, Dowództwa Okręgu Korpusu w Lublinie i Korpusu Ochrony Pogranicza oraz Związku Ziemian, endecji i Kościoła rzymskokatolickiego. Dopóki żył Piłsudski, dopóty wojewoda Józewski stale mógł na niego liczyć. Po śmierci Komendanta wszystko się zmieniło. Józewski znalazł się w odosobnieniu i został przeniesiony do Łodzi. Nowy wojewoda Hauke-Nowak zaostrzył działania polonizacyjne na powierzonym mu terenie i oczywiście zaostrzył stosunki polsko-ukraińskie. Z takimi mniej więcej refleksjami jechałem do Łucka na konferencję zorganizowaną na tamtejszym uniwersytecie w sprawie konfliktów polsko- ukraińskich w czasie drugiej wojny światowej. Przy drogach kobiety pasły krowy, na łąkach koszono trawę, a nad polami i łąkami krążyły bociany, zapowiadając przyrost ludności. Dookoła panowała atmosfera powolnego ruchu, zupełnie inna od polskiego zgiełku za Bugiem. Jechaliśmy wśród gęstych lasów. W głowie krążyły wspomnienia o moich wołyńskich przyjaciołach z początków wojny, kiedyśmy razem pracowali w Chełmie. Nikt z nich już nie żyje. Kilku zginęło od niemieckiej kuli, większość od bratniej - ukraińskiej. Byli melnykowcami, a ich katami - banderowcy. I tu się zaczyna mało znany w Polsce rozdział ówczesnej wewnętrznej ukraińskiej wojny domowej. W okresie międzywojennym ukraińskimi duszami na Wołyniu na skutek kryzysu ekonomicznego i niesnasek narodowościowych rządziła głównie Komunistyczna Partia Zachodniej Ukrainy. Liberalni demokraci i nacjonaliści nie mieli tam dużo do powiedzenia. Liczne procesy antykomunistyczne osłabiły aktywność KPZU, ale śmiertelny cios zadał radykalnej lewicy Stalin, rozwiązując partię w 1938 roku. W przedwojennej OUN Wołyniaków było mało, chociaż ugrupowanie było ogólnoukraińskie i w kierownictwie znajdowali się zarówno działacze z Ukrainy Naddnieprzańskiej, jak z Galicji i Bukowiny. W Berlinie znajdowała się grupa czysto galicyjska, podczas gdy inni byli przeważnie w Pradze, Paryżu i Rzymie. Po rozłamie w Krakowie na emigracji w 1940 roku przy Andriju Melnyku została stara gwardia, natomiast puczyści pod wodzą Stepana Bandery stali się grupą czysto galicyjską. W tej sytuacji Wołyniacy, częściowo pod wpływem silnej reprezentacji studentów i pisarzy z Warszawy i Pragi, opowiedzieli się za melnykowcami. Byli prawosławnymi, a banderowcy grekokatolikami, chociaż to się nie liczyło, bo - jak faszyści na całym świecie - byli nastawieni antyklerykalnie. Oprócz tego już w okresie studiów w Warszawie zawiązali koneksje (w przeciwieństwie do nacjonalistów galicyjskich) z petlurowcami i późniejszym dowódcą pierwszej Ukraińskiej Armii Powstańczej na Wołyniu Borowciem (Tarasem Bulbą). W 1940 roku poznałem w Chełmie Borowca, gdy wyruszał w tajnej misji, którą powierzył mu prezydent Ukrainy na emigracji Andrej Liwyćkij, aby organizować na Wołyniu sieć oporu antysowieckiego. Boroweć, niepozorny, chuderlawy eks- student, miał mobilizować przyszłe siły w rozgrywce z bolszewizmem w imię odnowy niepodległej Ukrainy. Miał też szukać sprzymierzeńców wśród żyjących jeszcze piłsudczyków. Niewiele z tego wyszło, bo piłsudczyków deportowało NKWD w głąb Rosji, a ci, którzy jeszcze byli na miejscu, bali się współdziałać z Ukraińcami. Boroweć, pod pseudonimem Taras Bulba, najpierw zorganizował Polską Sicz, a potem Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Garneli się do niego również melnykowcy, których banderowcy w oficjalnym dokumencie określili zdrajcami nacjonalizmu. Banderowcom udało się zresztą rozpowszechnienie tezy, że to melnykowcy, a nie oni, byli zagorzałymi germanofilami. Rzeczywistość była inna. Melnykowskie ośrodki w Paryżu, Pradze i Rzymie, jeśli miały kontakty, to głównie z niemieckimi dyplomatami, a w Berlinie z Rosenbergiem odsuniętym od wpływów przez Hitlera i Ericha Kocha, późniejszego kata Ukrainy. Nieoficjalny minister spraw zagranicznych Dmytro Andrijewśkyj rozmawiał z Niemcami do czasu uwięzienia po... francusku, bo nie znał niemieckiego. Natomiast w tym czasie najważniejsza berlińska ekspozytura banderowców przy Meklemburgische Strasse była aż do 30 czerwca 1941 roku na garnuszku wywiadu niemieckiego admirała Canarisa. Charakterystyczne jest też to, że hitlerowcy wymordowali więcej ludzi z kierownictwa melnykowców, a przede wszystkim ich przywódcę Olżycza i nieomal całe przedstawicielstwo w Kijowie, niż ich konkurentów, mimo to że ujęli zarówno Banderę, jak i szefa nieuznanego rządu we Lwowie Jarosława Stećko. Wieści o utworzeniu Ukraińskiej Armii Powstańczej przez Bulbę-Borowcia i melnykowców wywołało kontrakcję przywódców banderowskiej OUN w Galicji, Mykoły Łebedia i Romana Szuchewycza. Zapadła decyzja o interwencji na Wołyniu i likwidacji zarówno bulbowców, jak melnykowców. Wykorzystano, z braku własnego podziemia, ukraińską policję, która wypowiedziała posłuszeństwo Niemcom i uciekła do lasów. To właśnie te już dawniej zdemoralizowane elementy były potem instrumentem w antypolskiej akcji banderowców. Najpierw jednak odbyła się rozprawa z bulbowcami. To ponury rozdział historii nie tylko ukraińskiego nacjonalizmu, ale też Wołynia. Za mało jeszcze wiemy o roli sowieckich emisariuszy i przywódców sowieckiej partyzantki. Niemiecki wielkorządca na Wołyniu Erich Koch, jak mi oświadczył swego czasu Karl Ario, który był akredytowanym korespondentem oficjalnej agencji prasowej DNB w okupacyjnym Równym, instruował gestapowców, aby wszechstronnie popierali walkę między Ukraińcami i Polakami, gdyż osłabienie jednych i drugich leży w interesie Niemiec. Banderowcy ukradli Bulbie nazwę UPA i po wyniszczeniu swych ukraińskich przeciwników zabrali się do rozwiązywania "polskiego problemu". Jednym z autorów projektu czystki etnicznej był Mykoła Łebed', który wiedział, jak robią to chorwa Odpowiedz Link Zgłoś
bonobo44 BOHDAN OSADCZUK - Bociany nad cmentarzami II 14.07.03, 22:50 Banderowcy ukradli Bulbie nazwę UPA i po wyniszczeniu swych ukraińskich przeciwników zabrali się do rozwiązywania "polskiego problemu". Jednym z autorów projektu czystki etnicznej był Mykoła Łebed', który wiedział, jak robią to chorwaccy ustasze z Serbami. Podczas kilku rozmów w Nowym Jorku Łebed' wyjaśniał mi, że nie miał najmniejszego pojęcia o sytuacji na Wołyniu. Twierdził, że nie dawał rozkazów dokonywania masowych mordów. Jego słowa nie były jednak przekonujące. Z drugiej strony wiemy, że wydarzenia zapoczątkowane mordami na melnykowcach i bulbowcach doprowadziły do dwóch ważnych następstw: postępującej stale dominacji służby bezpieczeństwa, która się przejawiła na przykład w likwidacji oficerów Armii Czerwonej, szukających schronienia pod skrzydłami UPA, i w usamodzielnieniu poszczególnych watażków. Jaskrawym przykładem była działalność głównego inicjatora i wykonawcy programu usunięcia Polaków Dmytra Kljaczkiwśkiego, pseudonim Kłym Sawur. Pewnego dnia przestał przekazywać sprawozdania ówczesnemu dowódcy Ukraińskiej Armii Powstańczej Mykole Łebiediowi i przedstawicielowi kierownictwa OUN Rostysławowi Wołoszynowi. Te i inne wydarzenia były przedmiotem niedawnych konferencji w Kijowie, Ostrogu i Łucku. Naukowcy już dużo wiedzą, chociaż wciąż jeszcze za mało. Kiedy jednak na salę wchodzą politycy i zabierają głos, zaczyna się nieszczęście. Widać, że Ukraina żyje nadal w mgle postkomunistycznych i postnacjonalistycznych kłamstw i półprawd. Szkoda, że owoce wielu naukowych spotkań nie przedostały się do świadomości szerszych kręgów naszych społeczeństw i nad tym trzeba będzie pomyśleć. Kiedy wychodzimy z gmachu uniwersytetu przy Bulwarze Wolności, ogarnia nas szum spacerującego tłumu. Perli się śmiech hożych Wołynianek. W pobliskiej restauracji dyskutują o gospodarczych związkach z Polską. Byłoby fatalnie, gdyby jęki ofiar zbrodni wołyńskich miały zagłuszać rozlegające się od dziesięcioleci głosy pojednania i współpracy. Nie dopuśćmy, aby krwawe upiory niedobrej przeszłości zaciemniały atmosferę historycznego przesłania Jerzego Giedroycia i owoców pielgrzymki Ojca Świętego na Ukrainę, które winny być dla nas i przyszłych pokoleń trwałym drogowskazem. A w rocznicę tragicznych wydarzeń uderzmy się w piersi i módlmy się w pokorze i pamięci o niewinnie w zbrodniczej nienawiści pomordowanych: "Błagamy o przebaczenie". Niech bociany krążące nad umęczoną ziemią wołyńską będą zwiastunami innej przyszłości. Autor jest emerytowanym profesorem historii porównawczej Europy Wschodniej na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie, był prorektorem Ukraińskiego Wolnego Uniwersytetu w Monachium. Pionier współpracy polsko-ukraińskiej. www.rzeczpospolita.pl/dodatki/specjal_030712/specjal_a_5.html Odpowiedz Link Zgłoś