na_potrzebe_chwili
16.06.08, 14:59
Powiedzcie mi, jak to jest z tym orgazmem - jest coś takiego, jak orgazm
pochwowy i orgazm łechtaczkowy, czy jest tylko jeden?
Może inaczej napiszę - mam trzydzieści parę lat, za sobą jakieśtam
doświadczenie seksualne. Ogólnie wygląda i zawsze wyglądało to tak, że orgazm,
owszem, był, ale wyłącznie dzięki stymulacji łechtaczki.
Nie narzekam, jest nieźle, partner nie szczędzi mi tych doznań, sama też sobie
nie dawkuję. Problemów z osiągnięciem orgazmu w zasadzie żadnych.
Jest jedno ale - nigdy w życiu nie miałam orgazmu podczas stosunku, chyba, że
jednocześnie stymulowałam łechtaczkę, Same ruchy frykcyjne są przyjemne, choć
raczej powiedziałabym, że nie czuję, fizycznie, zupełnie nic, jakby moja
pochwa była pozbawiona jakichkolwiek nerwów. Lubię taki "zwykły" seks, bo
lubię mojego męża, ale wiem, że gdyby taki stosunek trwał nawet i całą dobę,
orgazmu mi nie przyniesie.
I mam pytanie - czy to ze mną jest coś nie tak (ginekologicznie i
seksuologicznie jesteśmy zdrowi - mamy się cieszyć z tego, co mamy, no i w
sumie się cieszymy), czy to raczej norma? Czy, żeby osiągnąć orgazm, konieczna
jest stymulacja łechtaczki w ten czy inny sposób, czy tylko ja jestem jakaś
niepełnowartościowa?
Z góry dziękuję za odpowiedzi.