no i odważyłam się... może wylane odczucia przyniosą mi ulgę, a może moje
życiowe kopniaki pomogą komuś innemu, by wiedział jak postępować albo poczuć
się lepiej... a może zweryfikuje moje postępowanie?
Więc witam wszystkich ciepło i wiosennie. Jestem koralik, bo tak naprawdę
lubię wszelkiego rodzaju kobiece dodatki
Ot i scenariusz prawdą pisany...
Czy żona, która dostała kopniaki od męża w brzuch... tak kopniaki w brzuch!,
choć pięści w głowę też nie brakowało... (no nie było to aż tak częste, bo na
15 lat żwiązku "tylko 4 razy"

)... może w dalszym ciągu tytułować mąża -
mężem? Chyba nie? nie potrafiłam już na niego patrzeć i ... pokazałam drzwi z
drugiej strony... na zawsze. Od pięciu lat zbieram się do rozwodu, separując
się nieformalnie i mieszkając oddzielnie. Przecież to powinno być już proste,
wszystkie więzi małżeńskie zostały zerwane. Uczucia umarły. Czego się zatem
boję? emocji? nerwówki, jego widoku? Nie! Nie wyobrażam sobie jak mogę swoje
życie opowiadać publicznie w sądzie przed nieznajomymi obcymi twarzami.
Żeby było śmiesznie, postanowiłam że będzie to rozwód bez orzekania o winie.
Dogadaliśmy się. Zadośćuczynieniem jest część jego majątku, czyli mieszkanie.
Niemniej czy to zadośćuczynienie wymarze w mojej duszy i pychice czarny
scenariusz przeżytych chwil......? Czy odbuduje nasz - rodziców autorytet
wobec dzieci? Zapewne nie. Przez te lata samotnie borykając się z problemami
życia, mam ogromne problemy wychowawcze z moją młodzieżą. Nie mam autorytetu.
Jestem matką, którą można poniewierać słowem. Niszczyć psychicznie, wyzywać...
Tego nie brakowało na codzień. One były tych scan świadkami.
To nie dobra materialne w życiu mają najwyższą wartość, lecz dobra duchowe,
przyjażń, uczucia, miłość... i pomocna dłoń w chwilach kryzysu, osamotnienia.
Żeby było jeszcze śmieszniej, jest mi go żal, bo przez swoją głupotę zapłacił
najwyższą cenę, rozbity zwiazek, utratę dzieci i dorobek materialny. Pod
koniec marca wnoszę jednak pozew, by pewien epizot życia odłożyć do uśpienia...