kotulina
21.07.09, 21:31
Dlaczego polskie definicje zjawisk, określeń itp. nie zawierają/
zawierają niewiele przykładów. Napakowane są za to słownictwem
naukowym, którego zrozumienie wymaga ubocznych poszukiwań, co nuży.
Czemu tak rzadko stosuje się przykłady? Przecież jeden przykład może
więcej wyjaśnić niż cała definicja.
1. Definicje
Czy używanie prostszego języka i posługiwanie się przykładami
uchodzi w Środowisku za barak profesjonalizmu?
Oto przykładowy fragment takiej definicji (choć ten zawiera troszkę
przykładów, więc nie jest taki zły - w moim mniemaniu):
"Z innych dialektyzmów dość dużą częstotliwość i szeroki zasięg
socjalny miały: asynchroniczna realizacja wygłosowego -ą,
rozszerzenia il, ił, yl, ył w el, eł oraz formy czasu przeszłego
typu mowiłech, robilichmy, a w niektórych rękopisach także
zachowanie i po ř, mazurzenie i formy wzion, wzieni. Rzadziej
pojawiały się gwarowe realizacje samogłosek pochylonych i przykłady
świadczące o neutralizacji niektórych opozycji fonologicznych przed
spółgłoskami nosowymi i odmiennej niż w języku literackim
dystrybucji niektórych wykładników fleksyjnych."
2. Słowniki
Bardzo często okazują się niepraktyczne.
Np. "Nous sommes" - co to znaczy?
Słowa "sommes" nie znajdziemy w słowniku. Żeby poznać jego znaczenie
musimy wiedzieć, że pochodzi od "être". Czyli musimy je znać,...
żeby je poznać. I gdzie tu sens?
Są takie pisma, które tworzy się, dla samego pisma, ale przede
wszystkim pisze się po to, żeby czytać. Dlatego pismo powinno być
sporządzane z perspektywy czytających. Moim zdaniem.