wed05
18.10.05, 15:43
Gdy muzyka zagłuszała rzeczywistość czuł się naprawdę wolny, odosobniony od
codzienności. Żył tymi dźwiękami, które słyszał czasami po kilka razy w ciągu
nocy. A noc była jego światem. Nie znał innego. Lepiej się czuł gdy było
tak ; ciemno, cicho.
Działo się wtedy na tyle mało, że wszystko mógł kontrolować, a żadnej
najmniejszy szmer nie uszedł jego uwadze. Nie wiedział o tym co za dnia, ale
tym się nie przejmował. Nie interesowało go takie życie. Zbyt wiele, za dużo.
Nie mógł przetworzyć i zrozumieć wszystkiego co musiałby zrozumieć żeby żyć,
a rozumiał zbyt wiele by być obojętnym. Postanowił więc odwrócić się od dnia
i zawrzeć przymierze z nocą, która wydawała się odpowiedniejszą przyjaciółką.
Wszechobecna cisza, lub muzyka. Nic innego nie istniało w jego uszach.
Czasami jakiś zabłąkany nocny przechodzień zwracał jego uwagę dźwiękiem
podeszew uderzanych w rytmicznym tempie o chodnik. Czasami też zdarzało się
słyszeć chaotyczny trzask kropli, które spadając z nieba pozostawiały po
sobie tylko jedyny taki znak swojej bytności. Noc była naprawdę wspaniała,
nigdy się nie dłużyła. Czasami była tylko za krótka, a szczególnie wtedy gdy
była gorąca – to musiało być lato, a wtedy jego obcowanie ze swą jedyną
ukochaną było szczególnie narażone na wczesne promienie słońca wdzierające
się niespokojnie i nagle poprzez okna. Wtedy nadchodził kres, wiedział iż
nadchodzi czas na sen. Nie zawsze chciał już rozstawać się z nocą i oddać się
we władanie swych wiecznych koszmarów – dobrze wiedział. Kładł się on więc
wtedy na jedynym łóżku jakie posiadał, głowę przykładał do poduszki. Zamykał
oczy i marzył. Marzenia pozwalały mu jak najprędzej odejść z tego świata na
kilka godzin. Przenosiły go do świata snów, gdzie jednak nie znajdował już
marzeń. Czekały tylko koszmary. Z czasem się do nich przyzwyczaił. Wiedział,
że śpi, już się nie bał. I jak by mu się to szalone nie wydawało gdy się
budził, zawsze miał wrażenie, że sen ten, czy koszmar miał czegoś go nauczyć.
W końcu zrodził się w nim, w jego głowie. Tam gdzie wszystkie lęki i smutki
spotykały się w niewiadomym miejscu z radościami, marzeniami i
rzeczywistością. Tylko dlaczego wciąż widział koszmar ? Próbował coś
zrozumieć, wiedział, że musi. Nie udawało się to. Gdy tylko nastawał jego
ranek, a więc zmierzch dnia, budził się by przeżyć w samotności kolejną noc.
Ale nie był sam. Otaczała go przecież cisza, albo muzyka. Ale cisza była
zawsze bardziej piękna i bardziej dostojna od najlepszych nut. Cieszył się ze
swej przyjaciółki nocy. Pocieszał się, że inni nie mają żadnych przyjaciół,
lub złych przyjaciół. Fałszywych przyjaciół bał się zawsze. Uznał więc, że
będzie tylko noc i on, on i noc. Gdy wsłuchiwał się w doskonała ciszę nocy,
poczuł się niespokojnie.
Czegoś mu brakowało, sam nie wiedział czego. Niczego przecież nie
potrzebował. Noc dawała wszystko. Ma przecież tak być on i noc, noc i on. Nic
więcej i nikogo więcej. Uspokoił się.
Gdy znów, jak każdego poranka, zaczęły wdzierać się w jego źrenice
promienie słońca wiedział iż czas na koszmary. To było tak oczywiste. Zawsze
tak robił. Położył się więc na jedynym łóżku jakie posiadał, głowę przyłożył
do poduszki. Chciał marzyć. Chciał bardzo, ale nie mógł. Starał się. Czas
jednak mijał, a on wciąż nie mógł marzyć, a tylko to pozwalało mu oddać się w
pełni czarodziejce snów. Wykorzystało to słońce. Z początku nieśmiało
oświetlało mu twarz, najpierw lewą, potem prawą stronę. A on wciąż czuł
pustkę, bał się tych promieni. Chciał jak najszybciej uciec. Im bardziej
chciał uciekać tym większa niemoc się w nim zbierała. Z początku począł
przebierać nogami aż prześcieradło zawinęło się wokół nich. Poczuł chłód na
plecach, następnie stróżki potu, już cieplejsze poczęły płynąć. Płynęły
szybko, coraz szybciej. Jak gdyby uciekały od niego, chroniąc się w jego
koszuli.
Znalazł w sobie jeszcze siłę, przyłożył głowę do poduszki. Ale na nic to.
Promienie słoneczne oświetlały już nie tylko nieśmiało twarz, ale wdzierały
się raz po raz, bardziej bezczelnie pomiędzy oko, a powiekę. Poczuł ich
ciepło. Leżał bez ruchu, z zamkniętymi oczyma, nie chcąc wykonać żadnego
ruchu, który by zdradził iż jeszcze nie śpi. Czy to oznaczało iż koszmary
wydostaną się poza sen ? Kiedy one będą go atakować, a on ... co on wtedy
zrobi ? Sen zawsze się kończył gdy przychodziła przyjaciółka noc i odganiała
to co złe, a teraz został sam. Bezbronny. Bezbronny i opuszczony. Może i
zdradzony. Noc już nie chciała pomagać. Czy więc sam miał zmierzyć się ze
swymi demonami ?
Nie był na to gotowy. Wiedział, że sobie nie poradzi. Postanowił znów od nich
uciec. Tak jak zrobił to kiedyś. Nie był gotowy na walkę, ale ukrywać
potrafił się świetnie. Wtedy mógłby znowu spotykać się z nimi tylko pod
opieką nocy, która w odpowiednim momencie zabierała by je od niego. Tylko czy
noc go jeszcze potrzebuje ? On potrzebował jej, a ona jako najlepsza i jedyna
przyjaciółka z pewnością mu nie odmówi. Ona zawsze przyjmie. Zabierze on
demonów, albo i same demony czasami. Musi więc uciec, postarać się tym razem.
Ale i słońce nie dawało za wygraną. Głaskało ciepłą dłonią jego twarz, nie
pozwalając zapomnieć o sobie. Pamiętał to uczucie, kiedyś było codziennością.
Musiał w tym momencie zadecydować.
A czuł się tak słaby. Noc to rozumiała, a słońce chociaż z pozoru takie
ciepłe skrywało przecież demony. Otworzył jednak nagle oczy. A promienie już
bez trudności wdarły się w źrenice, których tak dawno już nie spotkały.
Patrzył się na nie tak długo, aż łzy kłębiące się w oku nie zabrały mu tego
widoku. Przetarł je więc i począł znów wpatrywać się w to czego tak dawno nie
widział. Gdy przyjaźnił się z nocą nie wydawało mu się, że jest to potrzebne.
Wydawało mu się, że trzeba mu przed tym się chronić. I wtedy, tak... chyba
wtedy pojął, że to nie w słońcu są demony, ale demony tworzy noc – tylko po
to by ją kochać. Bo tak naprawdę noc była samotna, a w samotności innych
szukała siły by pokonywać na czas demony, dzięki którym zdobywała nowych
przyjaciół. Żywi się strachem. To nie może być prawdziwa przyjaźń.
Oddał się słońcu, chociaż w jego promieniach widział więcej – to jednak nie
było tak okropne jak demony nocy. Słońce mu nic nie obiecało – jak noc. Ale
one również go nie oszukiwało.
Zawarli twardą i ciężką przyjaźń. To go kosztuje wiele sił.
Kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, położył się na jedynym łóżku jakie
posiadał.
Głowę przyłożył do poduszki i zaczął marzyć by usnąć. Teraz wokół czyha na
niego noc. Ale on śpi i z niepokojem czeka na pierwsze promienie słońca bo
właśnie śni swe marzenia...
---------------------
wed05@gazeta.pl
www.papillon05.blog.onet.pl