pink_alois
23.05.10, 12:03
Oglądałem wczoraj wystąpienie Yaro który zaskoczył mnie kompletnie, odrzucił
całkowicie metodę walki agrarnej, kto kogo do ziemi, jak mawia Kalisz.
Spotkanie rozpoczęło się od skandowania tłumu "zwy-cię-żymy, zwy-cię-żymy"
Yaro nie poszedł tą drogą, stwierdził "Najpierw musimy zwyciężyć powódź"
Normalne w takim przypadku było by obwinianie rządu o brak działań anty
powodziowych, mówił o wieloletnich zaniedbaniach ale nie wskazywał winnych,
mało tego, powiedział, że opozycja będzie wspierać rząd we wszystkich
działaniach dotyczących powodzi.
Po raz pierwszy miałem okazję słuchać rzeczowej wypowiedzi bez demagogii i
populizmu, zrobiło to na mnie wrażenie, gdyby tak postępował w przypadku
kryzysu, świńskiej grypy, polityki zagranicznej, jawił by się społeczeństwu
jako poważny polityk i fotel prezydenta miał by w kieszeni.
Pomijam tu fakt, czy to głęboka zmiana wewnętrzna czy tylko zmiana retoryki na
okres wyborów.
Zapewne przeanalizowano skutecznie wyniki sondaży, które pokazywały że ilekroć
Kaczyński atakował rząd zawsze słupki wzrastały dla PO a jak wycofywał się z
telewizji - spadały, i drugi fakt, że PiS miała większe poparcie niż jej leader.
Niezależnie od przyczyn zmiany, taka postawa jest korzystniejsza dla państwa,
PiS-u i samego Yaro.
Pozostaje pytanie czy te zmiany są trwałe i na jak długo, pamiętamy przecież
ogłoszoną na konwencji PiS-u w Krakowie politykę miłości i co z niej zostało,
jak myślicie?