Gość: Pendragon
IP: *.siemianowice.sdi.tpnet.pl
16.05.03, 15:25
Wklejam artykuł zaczerpnięty z tygodnika "WPROST"
Poczytajcie sobie jak "skutecznie" działały kolejne rządy po roku 1991, czyli
po PRL-u.
Postanowiłem wkleic Wam ten artykuł, ponieważ uważam, że obecna sytuacja w
naszym kraju to nie tylko zasługa "czerwonych złodzieji"- jak określił
SLD-owców w jednym z tematów loggy, lecz wszystkich polityków rządzacych od
poczatku III RP.
Link do artykułu: http://www.wprost.pl/ar/?O=43853
Haracz Stagnacji
Tygodnik "Wprost", Nr 1067 (11 maja 2003)
Za 250 mld zł kolejne rządy III RP kupiły spokój społeczny i trwanie na
urzędach
Ponad 800 najnowocześniejszych myśliwców, 12,5 tys. kilometrów autostrad, 500
uniwersytetów, ponad trzy miliony nowych miejsc pracy - można by kupić,
wybudować lub stworzyć za 250 mld zł, za które kolejne rządy III RP kupiły
spokój społeczny i trwanie na urzędach. Takimi pieniędzmi można by spłacić
cały polski dług publiczny. Zamiast tego podtrzymywano przy życiu
niepotrzebne kopalnie, huty, nierentowne koleje, nierynkowe gospodarstwa
rolne i trzykrotnie umarzano długi szpitali. Zapłaciliśmy więc swoisty
haracz. Kolejne rządy wyjęły z naszych kieszeni i wydały wbrew naszym
interesom, choć pod presją wielkich grup społecznych, niemal tyle pieniędzy,
ile napłynęło do nas z zagranicy (według PAIZ - 260 mld zł). Za pieniądze
zachodnich inwestorów powstało bądź odżyło co najmniej 50 tys. firm. Dały one
pracę co najmniej dwóm milionom Polaków, wyłożyły na rozwój 60 mld zł,
wytwarzają 60 proc. eksportowanych przez nas towarów i usług. Gdyby te 250
mld zł zostawiono obywatelom, wszystkie te wskaźniki można by pomnożyć przez
dwa. Polska byłaby dziś innym krajem, tyle że politycy mogliby stracić
przywileje i korzyści ze sprawowania władzy. Zamiast lepszej przyszłości
Polski wybrali trwanie na urzędach.
Za 250 mld zł kolejnym rządom udało się ugasić 15,9 tys. strajków, które w
latach 1990-2001 zorganizowano w naszym kraju. Wydając tak ogromne pieniądze
(ponad 62 mld dolarów), rządzący nie rozwiązali żadnego istotnego polskiego
problemu. Nakłady te także w przyszłości nie przyniosą żadnych zysków.
Najlepsza szansa na radykalne reformy i ucieczkę do przodu, czyli lata
szybkiego (6-7 proc.) wzrostu gospodarczego (1995-1997), zostały zmarnowane
głównie wskutek braku wyobraźni klasy politycznej. Używając określenia
brytyjskiego historyka prof. Normana Daviesa ("Boże igrzysko"), Polska wciąż
tkwi w stanie "ustabilizowanej klęski".
- W naszej historii spójną wizję Polski i jej rozwoju mieli może kanclerz Jan
Zamoyski i marszałek Józef Piłsudski. Dziś nikt nie uprawia w Polsce
polityki, a tylko doraźne gaszenie kolejnych pożarów społecznych i
gospodarczych - mówi prof. Paweł Śpiewak, socjolog i historyk idei z
Uniwersytetu Warszawskiego.
Przeżeracze
Kiedy w 2001 r. tuż po śmierci Edwarda Gierka CBOS zapytał Polaków o ocenę
działalności byłego I sekretarza PZPR, z sympatią wspominała go połowa
respondentów. Wśród osób, które w 1980 r. miały co najmniej 18 lat, aż 63
proc. oceniło go pozytywnie. Ludzie mają prawo nie pamiętać, że do dziś
płacimy długi odziedziczone po dekadzie Gierka, mogą się domagać wyższych
płac za krótszą pracę (obecnie pracuje ledwie 53,8 proc. Polaków w wieku
produkcyjnym), mogą chcieć utrzymywania nikomu niepotrzebnych
przedsiębiorstw, ulg, rewaloryzacji i darmowych obiadów. Rządy nie mają
jednak prawa takich żądań spełniać, bo razem z żądającymi popełniają zbiorowe
samobójstwo.
W Polsce, niczym w schyłkowym okresie Imperium Rzymskiego, organizowanie
igrzysk stało się najpopularniejszą metodą pozyskania poparcia (a
przynajmniej neutralności) obywateli. Wymuszanie socjalnych łapówek od
państwa odbywa się głównie przez akcje protestacyjne: w latach 1990-2001 w
strajkach wzięło udział 3 mln osób (choć raz strajkował co piąty
zatrudniony!). Strajki przez 11 lat zmniejszyły nasz PKB najwyżej o 0,01
proc., bo protestowały głównie deficytowe molochy. Tak naprawdę przerwy w ich
pracy raczej powiększyły produkt krajowy. Koszty uboczne są natomiast
gigantyczne.
Nasze państwo zaczyna przypominać wiejskie gospodarstwo, które może się
jeszcze wyżywić samo, lecz nie ma już pieniędzy, by zainwestować w produkcję
czegokolwiek na rynek. Za kupowanie społecznego spokoju, czyli finansowanie
wywalczonych szantażem podwyżek i reanimowanie gospodarczych trupów,
zapłaciliśmy w ostatnich 13 latach równowartość dwuletnich nakładów
inwestycyjnych ponoszonych przez całą gospodarkę. W konsekwencji mamy deficyt
budżetowy w wysokości ponad 40 mld zł, stagnację gospodarczą, ponad 3,3 mln
bezrobotnych, a ratowane molochy znów są zadłużone albo już padły. Pod
wpływem strajków i demagogii polityków tworzono spółki i holdingi, łącząc
firmy mające szanse egzystencji z bankrutami. W efekcie na przykład jedyną
rentowną kopalnią okazała się ta w Bogdance, o której zapomniano i nie
włączono jej do Państwowego Holdingu Węglowego.
Głód narkomana
Na wymuszane przez związki zawodowe świadczenia społeczne oraz dotacje dla
upadających branż, czyli de facto na łapówki za spokój społeczny,
roztrwoniono 73 mld zł zdobytych do 2003 r. dzięki sprzedaży prywatnym
inwestorom akcji banków, Wedla, TP SA, PKN Orlen, elektrowni i wielu innych
przedsiębiorstw. Czesi za przychody z prywatyzacji potrafili przynajmniej
zbudować autostrady.
Polityka gospodarcza naszego państwa to w istocie działania narkomana, który
by kupić kolejną działkę (czyli pobudzające wyniki sondaży), wynosi z domu i
sprzedaje meble, telewizor, pamiątki rodzinne. Nawet gdyby skarb państwa
pozbył się posiadanych gruntów, budynków, mostów, akcji, uniwersytetów czy
ośrodków naukowych, uzbierałby - jak wynika z raportu MSP z 2001 r. - 600 mld
zł. Zanim rozdałby to na prawo i lewo, pożylibyśmy może jeszcze 20-30 lat,
ale potem trzeba by się rozejrzeć za syndykiem masy upadłościowej. Zresztą
mamy coraz mniej rzeczy, które ktoś chce kupić. Dlatego państwowy narkoman
zaczyna okradać podatników: zamraża progi podatkowe, likwiduje ulgi, nie
dając nic w zamian, "przywilej" kupna polis OC wycenia na 1 euro, do ceny
litra benzyny chce doliczać 9 groszy.
Jarosław Bauc, minister finansów w rządzie Jerzego Buzka, wiedział, że
budzimy się z letargu dopiero wtedy, gdy zbliżamy się do ściany, więc z
premedytacją straszył dziurą budżetową w astronomicznej wysokości 90 mld zł.
Świadomość potrzeby wykonania gwałtownego skrętu i uniknięcia zderzenia
wydaje się powoli docierać do polityków, o czym świadczy biegunka pomysłów
wicepremiera i ministra finansów Grzegorza Kołodki, który niemal na wyścigi
zaczął co dzień obniżać podatki (niestety, na papierze): CIT do 16 proc., PIT
przez wprowadzenie nowej stawki 17 proc. Szkoda, że tak późno. - Wszędzie
słyszę, że w kasie państwa brakuje pieniędzy. Bzdura, brakuje pomysłu na
takie ich wydawanie, żeby się pomnażały, a nie stanowiły tylko swoistych
zasiłków - mówi prof. Śpiewak.
Specjalna Strefa Ekonomiczna Polska
Irlandia, która do EWG wstąpiła w 1973 r., trwoniła własne i cudze (unijne)
pieniądze tak samo jak Polska. Jednak w latach 80. zagrała na nosie Brukseli
domagającej się likwidacji strefy ekonomicznej w Shannon i obniżyła CIT z 40
proc. do 16 proc. (z zapowiedzią dalszej redukcji do 10 proc.). Dzięki temu
cały kraj zamieniono w raj podatkowy. Pozbawienie się ponad połowy wpływów z
CIT wydawało się szaleństwem, lecz opłaciło się. Na Zielonej Wyspie pojawili
się zagraniczni inwestorzy, wzrost gospodarczy przyspieszył do 8-9 proc.
rocznie, bezrobocie z kilkunastu procent spadło do 5 proc., a PKB per capita
z 60 proc. unijnej średniej w latach 70. wzrósł do 120 proc.
Estonia, najbardziej konkurencyjna gospodarka naszego regionu, już w 1992 r.
wprowadziła liniowy PIT w wysokości 26 proc., a pięć lata temu zlikwidowała
podatek dochodowy od firm. Węgrzy zmniejszyli stawkę CIT do 18 proc. już
sześć lat temu, a zagrani