Za miesiąc mój szwagier się żeni. Wesele jest ok. 500 km od miejsca gdzie mieszkam z mężem i dzieckiem. Ślub jest w miejscowości rodzinnej panny młodej, wesele jeszcze ok. 70 km dalej, to pierwsze utrudnienie. Po drugie: wesele jest w zajeździe na pustkowiu, w dodatku jest tam tylko 20 pokoi... ale organizatorzy uważają, że zrobi się tzw. dostawki i "upchnie się" dwa razy więcej osób. Gości weselnych ogółem będzie ponad setka, cześć będzie przewożona (?) nocą do miejscowości w której mieszkają rodzice panny młodej.
Dwa miesiące temu delikatnie daliśmy z mężem do zrozumienia, że potrzebujemy oddzielnego pokoju i chcielibyśmy wiedzieć, czy są w stanie nam taki zaoferować. W dodatku odległość wymaga tego, żeby przyjechać na miejsce w piątek, w sobotę jest wesele, w niedzielę natomiast... poprawiny. Potrzebujemy więc noclegu na trzy noce. Do dzisiaj nie wiemy nic.
Sprawa jest delikatna, nie chcemy robić rodzinnej afery, ale nie zaakceptujemy zakwaterowania nas z osobami postronnymi, a nocne, dwugodzinne jazdy i nocleg u obcych ludzi w domu także nas nie interesują. Sytuacja jest niekomfortowa, odechciewa mi się w ogóle całej wyprawy. Rodzice państwa młodych są bierni, nie panują nad sytuacją, chyba oddali młodym stery wraz z pieniędzmi na urządzenie wesela.
Problem w tym, że młodzi nie widzą problemu, w tym po prostu się różnimy. Odnoszę wrażenie, że uważają nas za marudnych i roszczeniowych

Nie jestem jakimś VIP-em, po prostu dla mnie jest oczywiste, że goście muszą mieć pokoje dwuosobowe. Mężowi jest przykro, że zamiast cieszyć się weselem brata, musi martwić się o logistykę i możliwe, że nawet zdrowia młodych nie wypije, bo trzeba będzie nocą wyjść z wesela i jechać gdzieś do samodzielnie znalezionego hotelu i położyć dziecko spać.
Jak pogodzić to wszystko?