solimerefa
26.06.16, 11:52
Muszę opisać dwie sytuacje, chociaż mój problem dotyczy tylko tej drugiej, ale nie da się jej zrozumieć bez wcześniejszego kontekstu.
Sytuacja 1. W marcu świętowałam ze swoim bratem bliźniakiem 30-ste urodziny. Tak się umówiliśmy, znajomi jego oraz moi, bardzo dużo ludzi w wynajętym na tę okoliczność lokali. Część to oczywiście wspólni znajomi a część ludzie, których oboje widzieliśmy pierwszy raz (w sensie ja jego, a on moich). Wśród jego znajomych, których wcześniej nie znałam był pewien kolega brata z żoną. Rok starszy od nas, przedsiębiorca z sukcesami. Brat go bardzo lubi, żona brata również, mój narzeczony także się z nim wtedy zakumplował a ja po prostu nie trawiłam tego człowieka od pierwszego wejrzenia, z wzajemnością zresztą. No, ale to bez różnica, duża impreza, nie musiałam z nim rozmawiać ani mieć do czynienia. Miesiąc później on zorganizował spotkanie w swojej willi. Zaprosił brata z żoną i mnie z narzeczonym. Oczywiście chodziło mu głównie o narzeczonego, ale nie mógł go przecież zaprosić beze mnie. Zaproszenia przekazał mój brat. Poszłam, czułam się źle, bawiłam się źle, pokłóciłam się gospodarzem o politykę, światopogląd, jego sposób bycia i formułowane przez niego oceny. Nie zrobiłam sceny, żeby nie robić niepotrzebnego skandalu, ale podjęłam decyzję, że więcej z tą osobą nie chcę mieć nic wspólnego. Za to brat z żoną i mój narzeczony bawili się świetnie. I na tym sprawa mogłaby się zakończyć, nie muszę przecież lubić wszystkich znajomych brata czy narzeczonego ani mieć z nimi kontaktu (i vice versa oczywiście), ale wynikła kolejna sprawa.
Sytuacja 2. Nie interesuję się piłką nożna w ogóle. Mój narzeczony bardzo. Po awansie Polski do 1/4 finału zapytał mnie, czy mam ochotę iść z nim w sobotę gdzieś do baru na mecz. Powiedziałam, że absolutnie nie, niech się umówi na sobotnie popołudnie i wieczór z kolegami i niech wspólnie przeżywają sportowe emocje, ja w tym czasie popracuję w domu (mam wolny zawód). OK. Umówił się ze znajomymi, w tym z moim bratem, z którym jest w bardzo dobrych stosunkach. Wyszedł z mieszkania o 13:00, wrócił o 23, tak mniej więcej jak planował. Zapytałam go jak było itp. Powiedział, że bawił się doskonale było naprawdę fajnie i żałuje, że mimo wszystko z nim nie poszłam, bo mecz trwał tylko 2 godziny a reszta czasu to po prostu spotkanie znajomych. Zapytałam gdzie w końcu poszli, bo przecież nie do brata, który ma małe mieszkanie a w dodatku żonę i dwójkę dzieci. Powiedział, że byli u tego znajomego brata, którego nie znoszę w domu, że oglądali mecz w basenie, bo znajomy specjalnie na tę okazję kazał przenieść i podłączyć telewizor na ogrodzie przy basenie i ogólnie, że był zachwycony i na pewno chciałby to jeszcze powtórzyć przy innych okazjach. No po prostu promieniał z radości jak mały chłopiec, który dostał jakiś wymarzony prezent.
I teraz mój problem. Jestem bardzo zła na narzeczonego. Wiem, że raczej nie słusznie, nic mi złego nie zrobił, ale świadomość, że doskonale bawi się w towarzystwie człowieka, którego autentycznie nie cierpię, trzyma z nim bliskie kontakty i je pogłębia, chętnie korzysta z zaproszeń. Czy mam choć trochę racji czując się zła na narzeczonego? Co dalej z tymi nieszczęsnymi meczami, czy przełamać swoją nudę i niechęć do piłki nożnej a przede wszystkim całej tej atmosfery towarzyszącej kibicowaniu i iść z nim do jakiegoś baru z jego znajomymi na kolejne mecze tylko po to, żeby on nie poszedł do tego znajomego brata, czy to głupie zachowanie i po prostu odpuścić? Co byście mi poradzili? Jak się zachować grzecznie i ostrożnie, jak nie wyjść na problemową histeryczkę?
Gosia