Sama się "wymadrządam" w innych watkach, a tu mam problem i to nie lada.
Mianowicie, w moim otoczeniu jest osoba, ktorej nie cierpię, odczucie to jest
odwzajemniane, co daje sie poznac w ironicznych uśmiechać, obmawianiu i
różnych niemiłych uagach podmoim adresem do innych. Ja nie obgaduję, nie robie
min.... Inna sprawa, ze z przyczyn ozobistych widzac tę osobe wpadam po prostu
w panikę, zwyczajnie, acz irracjonalnie się jej boje

Przyczyny, dla ktorych
tak jest sa na tyle osobiste, ze nie chcę ich tu ujawniać, ale naprawdę nie są
wydumane. Dodam, ze moje stosunki z tą osobą sprzed konfliktowej sytuacji byly
z mojej strony razcej barzdo chłodne, natomiast ta osoba nazrucala mi sie
(bardzo zreszta jak sie przekonalam wkrótce, falszywie) ze swoją "przyjaźnią".
Z calą pewnością, znajac sytuacje oraz ową panią nie zameirza ona mnie wcale
przeprosić, a moje jakies tam wybaczanie (hehe) ma daleko w oddali ....Mnie
zresztą też nie zalezy na jej pzreprosinach ani nic z tych rzezcy. Po prostu
chcialąbym jej nie widziec, co staram sie wdrozyć. Niestety, nawet podczas
konfliktowej sytuacji, proszona przez ogo innego, by się do mnie nie odzywala,
nagabywala mnie. Tearz tego nie robi, za to stroi miny i wiem, ze obgaduje
mnie ile wlezie .. Trudno. Staram się unikać tej osoby, ale czasem z pzryczyn
zawodowych i towarzyskich (niezaleznych kompletnie ode mnie) po prostu się nie
da

Nie chce sie ośmieszyć i wyjśc na kogos niekulturalnego przy tym, a
jedniocześnie nie umiem opanowac strachu przed tą osobą. Dodam, ze jest
bezczelna, bo potrafi np. podejśc tam, gdzie siedzę z kims innym, by zwracac
sie do tego kogoś. Ma spory tupet, ktorego mnie brakuje. Co robić ?? Poradźcie!
Korcia
"Nie zdechniemy tak szybko, jak sobie roi śmierć"