etruska
16.03.07, 22:33
Witam wszystkich, to mój debiut na tym forum.
Mam pewien dylemat i mam nadzieję, że mi coś doradzicie. Pokrótce chodzi o
to, że wożę codziennie swoim samochodem pewną osobę, która nie tylko nie
próbowała nigdy się w żaden sposób zrewanżować, ale wręcz sprawia wrażenie,
jakby uważała to za coś oczywistego, co jej się słusznie należy – a ja mam
coraz większe poczucie bycia wykorzystywaną. Abyście mogli uznać, czy moje
odczucia są słuszne, przedstawiam więcej szczegółów.
Jestem kobietą pracującą, zamężną, z jednym dzieckiem, prowadzimy z mężem
tzw. „odrębne gospodarstwo domowe”, tzn. nie mieszkamy z rodzicami ani z
teściami, jesteśmy średnio zamożni – nie biedni, ale też nie bajecznie
bogaci. Mam własny samochód do swojej wyłącznej dyspozycji (nie najnowszy),
którym codziennie dojeżdżam do pracy, po drodze odwożąc dziecko do szkoły.
Od lata pracuje w mojej firmie nowa dziewczyna, skądinąd całkiem sympatyczna,
która, jak się okazało, mieszka bardzo blisko mnie, toteż zaproponowałam jej
wspólne jeżdżenie do pracy, ale tylko w jedną stronę, bo z pewnych względów
nigdy nie wracam po pracy bezpośrednio do domu. (W drodze powrotnej podwozi
tę dziewczynę inna koleżanka, która mieszka wprawdzie dalej, ale „wyrzuca” ją
w pobliżu domu). I tak już jeździmy razem od września. Przez długi czas nie
miałam z tym żadnych problemów, ostatnio coraz bardziej mi to zaczyna
doskwierać. Otóż:
1. Koleżanka (nazwijmy ją Pasażerką) przez te pół roku ani razu nie
zaproponowała, że dorzuci się do paliwa. Gdyby to zrobiła, prawdopodobnie bym
odmówiła, tym niemniej milej by mi było usłyszeć taką propozycję (to samo
dotyczy koleżanki podwożącej Pasażerkę po pracy). Ostatecznie, wożenie
Pasażerki nie jest naszym obowiązkiem, a jedynie dobrą wolą.
2. Obydwie z drugą koleżanką-kierowcą mamy dzieci w wieku wczesnoszkolnym –
Pasażerka nie zdobyła się nigdy nawet na kupno dla naszych dzieci po
batoniku, choćby na mikołajki, chociaż moje dziecko zna, bo ono z nami jeździ.
3. Podwożąc Pasażerkę nie nadkładam drogi, więc niby nic nie tracę – i tak
przejeżdżam dokładnie obok jej domu, muszę się tylko na chwilę zatrzymać i
ona wsiada. Ale inne znane mi osoby korzystające wspólnie z czyjegoś
samochodu zawsze dzielą się kosztami paliwa. Pasażerka bardzo dużo oszczędza
na biletach komunikacji miejskiej; nawet gdyby częściowo dokładała się mnie i
drugiej koleżance-kierowcy, to i tak byłaby do przodu w stosunku do cen
biletów. Pomijam komfort jazdy.
4. Pasażerka nie jest moją bliską koleżanką, w pracy prawie wcale ze sobą nie
rozmawiamy, a poza pracą w ogóle się nie spotykamy, zwłaszcza że jest ode
mnie sporo młodsza (jakieś 8-10 lat; ja 30 +, ona 20 +).
5. Sytuacja finansowa Pasażerki też nie jest najgorsza. Wprawdzie to jej
pierwsza praca po studiach, ale zarabia chyba niewiele mniej ode mnie, jest
niezamężna, bezdzietna i mieszka z rodzicami (pracującymi), więc koszty
utrzymania ma z pewnością niższe od moich. OK, ja mam jeszcze zarabiającego
męża, ale nie w tym rzecz.
6. Aspekty pozamaterialne: Zima w tym roku, jak wszyscy wiemy, nie była zbyt
zimowa, jednakże zdarzyły się parę razy nie tylko przymrozki, ale wręcz
mrozy. Moje auto stoi na dworze, więc czasami musiałam je rano oskrobać.
Kilkakrotnie podjeżdżając po Pasażerkę narzekałam, iż musiałam skrobać
samochód z lodu i pewnie będę miała ten problem w kolejnym dniu itd.
Liczyłam na to, że zaoferuje swoją pomoc, w końcu mieszka zaledwie
kilkadziesiąt metrów ode mnie, mogłaby podejść ten kawałek i pomóc mi skrobać
lód. Cóż, dziewczyna albo jest wyjątkowo odporna na aluzje, albo idzie w
zaparte i udaje, że nie rozumie. Poza tym wkurza mnie, gdy np. mam świeżo
umyty i wysprzątany samochód, a ona wnosi mi tonę błota lub piachu na swoich
podeszwach (nosi buty na protektorach). Oprócz niej rzadko kogoś wożę na
miejscu pasażera, więc brud w tej części samochodu to jej brud. Nie żebym
była jakąś pedantką, w sumie sprzątam ten samochód dość rzadko, nie każę jej
wsiadać w kapciach, ale buty mogłaby choć trochę otrzepać. W końcu
odkurzanie też trochę mnie kosztuje, nie tylko pieniędzy, ale głównie
wysiłku, więc tak sobie myślę, że w imię czego sprzątam brudy po zupełnie
obcej osobie.
7. Irytują mnie jeszcze 2 sprawy. Po pierwsze, gdy jest jakaś przerwa we
wspólnym jeżdżeniu (np. święta, czy któraś z nas nie chodzi przez parę dni do
pracy), to wieczorem w dniu poprzedzającym kolejną wspólną jazdę Pasażerka
wysyła do mnie SMS w celu umówienia się – co oczywiście skutkuje tym, iż ja
muszę jej odpisać. Cóż, gdy JA mam do kogoś sprawę, to DZWONIĘ, na MÓJ koszt,
bo rozmowa leży w MOIM interesie. No a w przypadku Pasażerki ja „dokładam
się” jeszcze do tego interesu, ponosząc koszty SMS-a z mojego prywatnego
telefonu. I nie chodzi o to, że ten SMS kosztuje parę groszy, a z reguły jest
w cenie abonamentu; chodzi o to, że wykorzystuję swoje opłaty na cudze sprawy.
8. Druga irytująca rzecz ma czasami miejsce na parkingu. Droga z parkingu do
budynku firmy jest dość długa. Czasem spotykamy tam inne osoby. Firma jest
dość duża, o dużym przedziale wiekowym pracowników, więc siłą rzeczy, jedne
osoby zna się bliżej, inne słabiej. Z niektórymi ludźmi mówimy sobie
tylko „dzień dobry” i tyle. Jeżeli spotykamy kogoś, z kim obie jesteśmy na
stopie, powiedzmy, koleżeńskiej, nie ma problemu, idziemy sobie wszyscy razem
i gawędzimy o pogodzie lub d… Maryni. Jeżeli natykamy się na kogoś, kogo ja
znam bliżej, a Pasażerka na „dzień dobry”, to wymieniamy tylko pozdrowienia,
bo ja, z racji tego, że przyjechałam z nią i idę z nią, nie wdaję się w
dłuższe rozmowy ze swoimi znajomymi, nie chcąc stawiać jej w krępującej
sytuacji –jest milion innych okazji do rozmowy: mogę się z tymi ludźmi
spotkać po pracy, możemy pogadać w pracy w czasie jakiejś przerwy, pójść
razem na lunch itp. Natomiast jest parę osób, które to Pasażerka zna bliżej,
kilku chłopaków w jej wieku (częściowo chyba znają się z czasów szkolnych), z
którymi spotykają się poza pracą, chodzą razem do pubu itp., a ja te osoby
znam na „dzień dobry/ cześć”. I gdy w drodze z parkingu do biura natkniemy
się na jej znajomych, ona natychmiast rzuca się w wir ożywionej konwersacji,
typu „co słychać?!/ co tam?!/ co się tak lekko/grubo ubrałeś?/ jak tam było
wczoraj w …?” Dodam, że to ona sama inicjuje te rozmowy, przy czym natężenie
żywiołowości jest takie, jakby nie widziała danej osoby z 10 lat. Jest to dla
mnie krępujące, wręcz czuję się maksymalnie głupio, bo nie wiem, co powinnam
zrobić: czy iść obok nich z głupią miną i przysłuchiwać się rozmowie, która
mnie nie dotyczy, czy odejść na bok i iść w pewnym oddaleniu od nich,
żeby „nie przeszkadzać”. Czuję się jak przysłowiowy Murzyn, który „zrobił
swoje, Murzyn może odejść”, tzn. wypełniłam swój obowiązek, przywiozłam
Pasażerkę do pracy, więc nie jestem już ani potrzebna, ani zauważana.
9. To wszystko powyżej mnie od pewnego czasu irytowało, ale czara goryczy
przelała się ostatnio. Otóż musiałam oddać auto do warsztatu i przez jakiś
czas byłam go pozbawiona. Dość mocno skomplikowało mi to życie, gdyż z mojego
miejsca zamieszkania nie ma takiego połączenia komunikacją miejską, którym
mogłabym dostać się do szkoły syna, następnie do pracy i jeszcze zdążyć na
czas. Owszem, jest autobus, ale przystanek jest dosyć daleko, trzeba
wychodzić z domu dużo wcześniej, no i to połączenie nie rozwiązuje kwestii
szkoły. Mój mąż pracuje poza miejscem zamieszkania, więc też nie mógł nas
wozić. Pasażerka natomiast, wcześniej, gdy ja miałam np. parę dni wolnego,
czasami jeździła autobusem, a czasem podwoził ją do pracy ojciec. Prawdę
mówiąc, w swojej naiwności liczyłam na to, że w ramach rewanżu za prawie pół
roku wożenia poprosi swego ojca, żeby