grzegorz_gajowniczek
28.11.04, 15:32
Gdy w poniedziałek, drugiego kwietnia, przelatywałem w pobliżu Betelgeuzy,
meteor, nie większy od ziarna fasoli zwanej Jaśkiem, przebił pancerz,
strzaskał regulator ciągu i część sterów, wskutek czego rakieta straciła
zdolność manewrowania. Włożyłem skafander, wyszedłem na jej powierzchnię i
próbowałem naprawić urządzenie, ale przekonałem się, że aby przykręcić
rezerwowy ster, który wziąłem ze sobą przezornie, potrzebna mi jest pomoc
drugiego człowieka. Konstruktorzy zaprojektowali rakietę tak nierozsądnie, że
ktoś musiał przytrzymywać kluczem główkę śruby, podczas kiedy ktoś drugi
dociągałby mutrę. Zrazu nie przejąłem się tym szczególnie i kilka godzin
straciłem na usiłowaniach przychwycenia jednego klucza stopami, podczas gdy
ręką dokręcałbym śrubę z drugiej strony. Ale minęła pora obiadu, a wysiłki
moje nie dały rezultatu. Kiedy raz już mi się prawie udało, klucz wyskoczył
spod stopy i pomknął w przestrzeń kosmiczną. Tak więc nie tylko niczego nie
naprawiłem, ale straciłem jeszcze cenne narzędzie i tylko patrzyłem
bezsilnie, jak oddala się, coraz mniejszy na tle gwiazd.
Po jakimś czasie klucz wrócił po wyciągniętej elipsie, ale choć stał się
sputnikiem rakiety, nie zbliżał się do niej na taką odległość, bym go mógł
odzyskać. Wróciłem więc do wnętrza rakiety i spożywając skromny posiłek,
rozważałem, w jaki też sposób wydobyć się z głupiego położenia. Statek leciał
tymczasem prosto z coraz większą szybkością, bo i regulator ciągu popsuł mi
ów przeklęty meteor. Na kursie nie miałem wprawdzie żadnych ciał niebieskich,
ale ta ślepa podróż nie mogła wszak trwać w nieskończoność. Jakiś czas
opanowywałem gniew, ale gdy biorąc się po obiedzie do mycia talerzy
stwierdziłem, że rozgrzany od potężnej pracy stos atomowy popsuł mi najlepszą
porcję polędwicy wołowej, jaką zostawiłem w lodówce na niedzielę, straciłem
na chwilę równowagę ducha i miotając najokropniejsze przekleństwa, rozbiłem
część serwisu, co przyniosło mi wprawdzie pewną ulgę, nie było jednak zbyt
rozsądne. W dodatku wyrzucona za burtę wołowina, zamiast ulecieć w dal, nie
chciała opuścić pobliża rakiety i krążyła wokół niej jako drugi sztuczny
satelita, powodując regularnie co jedenaście minut i cztery sekundy
krótkotrwałe zaćmienie słońca. Aby uspokoić nerwy, obliczałem do wieczora
elementy jej ruchu jak również perturbacje orbity, wywołane krążeniem
utraconego klucza. Wypadło mi, że przez najbliższych sześć milionów lat
wołowina będzie wyprzedzała klucz, wirując wokół statku po torze kołowym, aby
potem go prześcignąć. Na koniec, zmęczony rachunkami, położyłem się spać. W
środku nocy wydało mi się, że ktoś potrząsa mnie za ramię. Otworzyłem oczy i
zobaczyłem pochylonego nad łóżkiem człowieka, którego twarz była dziwnie
znajoma, choć nie miałem pojęcia, kto to może być.
- Wstawaj - powiedział - i bierz klucze, pójdziemy na górę i przykręcimy
śruby sterowe...
s lem